piątek, 31 grudnia 2010

W ponurym świecie marionetek - Erskine Caldwell, "Dom na wzgórzu"


Przez pewien czas pierwszymi moimi skojarzeniami w związku z twórczością Erskine'a Caldwella były wyjątkowo pesymistyczny obraz losu człowieka oraz tragikomizm. O ile jednak w Ziemii tragicznej, którą kiedyś czytałam, tych elementów humorystycznych było od groma, o tyle w Domu na wzgórzu nie ma ich praktycznie wcale. Tym razem jest gorzko i wręcz brutalnie.

Lucjana dziesięć miesięcy temu wyszła za mąż. Swojego męża, Grady'ego, kocha nad życie i jak na zbawienie wyczekuje na najmniejszą oznakę czułości z jego strony, ten jednak woli zabawiać się z murzyńską służącą oraz przepijać i przegrywać w karty resztkę pieniędzy, która pozostała mu z wielkiego majątku jego szacownego rodu. W jego skandalicznych poczynaniach w pełni popiera go matka, twierdząc, że przedstawiciel prześwietnej rodziny Dunbarów może robić co chce, i lżąc bezlitośnie swoją biedną synową, gdy tylko ta ośmieli się pożalić na obecny stan rzeczy.

Grady Dunbar i jego matka są reliktami dawnej epoki, epoki, w której rządzi arystokracja posiadająca nieograniczone prawa, w tym prawo do nicnierobienia i żerowania na pracy innych (Grady studia prawnicze skończył, ale pracować w zawodzie nie zamierza, bowiem wykształcenie jest „tylko dla poszerzenia horyzontów i dla osobistej satysfakcji”), epoki niewolnictwa i poniżania przedstawicieli innych ras, głównie Murzynów. Epoki chylącej się ku upadkowi, jak stary dom na wzgórzu, siedziba rodu Dunbarów – niegdyś wspaniała rezydencja, dziś – rozpadająca się rudera.

Są takie książki, przy których chce się płakać z bezsilności i nie można uwierzyć, że bohater może być traktowany z tak jawną niesprawiedliwością – i Dom na wzgórzu jest na pewno jedną z nich. Lucjana – zresztą nie tylko ona, wszyscy inni podlegający Grady'emu także, na czele z murzyńskimi robotnikami – była przez swojego męża traktowana wręcz nieludzko, a dogadywanie starej mamy Elsie przelewało czarę goryczy. Nie mogąc się przy tym powstrzymać od porównań z Ziemią tragiczną myślałam sobie – tamci byli tylko zabawnymi niedorajdami, chcieli być dobrzy, ale im nie wychodziło, już we krwi mieli tę gnuśność i niechęć do zmian, ale tutaj – tutaj mam czyste zło, człowieka, który poniża i terroryzuje wszystkich dookoła i nawet nie zdaje sobie sprawy, że coś jest z nim nie w porządku. Myliłam się jednak. W końcówce utworu okazuje się, że i Grady nie jest pozbawiony pierwiastków ludzkich, żałuje, że stworzył swojej żonie piekło – ale zdaje się być zarazem zupełnie wobec tego bezradny, jakby on z kolei tę arogancję i nieczułość miał we krwi, jakby rządziły nim jakieś siły wyższe. I to jest właśnie ten stały motyw caldwellowski, i to, co najbardziej w twórczości tego pisarza przeraża – że jego bohaterowie są niczym marionetki, podlegające niezależnym od nich siłom. Kręcą się tylko w kółko, jak w klatce, a zmiany na lepsze nigdy nie są im pisane.

Przy całym tym pesymizmie jednak świetnie się Caldwella czyta, styl ma nadzwyczaj lekki, zbudowany głównie na dialogach. Polecam więc, choć na pewno nie jako przyjemną, odprężającą lekturkę.

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Wchodzenie na drzewo, bydło i latawce, czyli jak tworzył Hrabal

W przerwie zmagań z tomiszczem z czołówki listy najdłuższych książek świata (Atlas zbuntowany, A. Rand) połknęłam zbiorek tekstów Hrabala pod tytułem Piękna rupieciarnia i postanowiłam skrobnąć tutaj o nim słów kilka.

Ta książka mogłaby być taką hrabalową wizytówką. Fragmenty większości tych tekstów kojarzę, niektóre zdania są już wręcz sztandarowe ("Bo ja przede wszystkim żyłem, no i robiłem sobie zapiski", "Bez przerwy pić też się nie da, więc się dokształcam"). Wiele jest tu o miejscach, chwilach, rzeczach dla niego ważnych, sporo o dzieciństwie, o legendarnym stryju Pepinie, o ukochanej Libni, o knajpach, gdzie spędził pół życia, jest i przejmujący portret Vladimíra Boudníka, z podkreśleniem jego zdolności dostrzegania boskości, geniuszu w rzeczach zwyczajnych, banalnych, zwykle umykających ludzkiej uwadze, na której to zdolności zresztą sam Hrabal budował swoją twórczość. Wszystko to podobało mi się niezmiernie, ale największą przyjemność czerpałam z lektury fragmentów - także licznych - w których mowa o pisaniu. Już sama myśl o zajrzeniu do tego laboratorium arcydzieł, podpatrzenia mistrza przy pracy, wywoływała przyjemny dreszczyk...

Zostajemy więc zaproszeni do małego pokoiku Hrabala, podglądamy go, jak wstaje rano z łóżka, "jakiś taki kompletnie przygaszony", goli się ("nieogolony nigdy nie napisałbym choćby linijki"), nic nie je ("bo gdybym się najadł, wtedy z pisania i w ogóle z myślenia, byłyby nici"), robi sobie kawę i pije ją, paląc papierosa - taki rytuał, koniecznie w samotności. Następnie siada do maszyny, przymierza się, jak wirtuoz, czeka - aż z palców spłynie gładko pierwszy obraz. Za nim następny i jeszcze następny, jak wchodzenie na drzewo, gałąź za gałęzią, niczym bydło wypędzane z wagonu i biegacze przekazujący sobie pałeczkę, i niczym latawce na sznureczkach przymocowanych gdzieś w głowie - strach tylko, żeby sobie tej głowy pewnego dnia nie obić i nie wypuścić ich gdzieś w niebo. Trzeba tylko nadążyć ze spisywaniem tych obrazów, co się gromadzą wokół jak muchy. Po trzech-czterech godzinach - koniec. Nie spojrzy jednak na to, co stworzył, o nie, za bardzo się tego boi, może jutro, a póki co pójdzie do knajpy, takiej, gdzie nikt go nie zna, rozkoszować się świadomością, że oni nie wiedzą, że jest brzemienny.

Jest i opowieść o tym, jak to się zaczęło - szary, deszczowy dzień, w którym zasiadł do maszyny i napisał pierwsze słowo: "Pada", do niego przykleiło się kolejne i tak skleił się, jakby sam z siebie, pierwszy wiersz. Zawsze jednak było właśnie tak - spontanicznie, nigdy nie robił wcześniej notatek, broń Boże nie zapisywał, o czym będzie pisał... "Bo ja przede wszystkim żyłem, no i robiłem sobie zapiski".

Czym według Hrabala była literatura? Miłosnym listem do świata. Od tego wszystko się zaczyna.Gdy ktoś spojrzy dokoła zakochanym wzrokiem, i dostrzeże - może zostać pisarzem. "Ponieważ wszyscy zakochani są genialni". Jaki był cel? "Literatura to nie tylko czytanie do poduszki albo dla zabawy, służy też do tego, żeby coś z niej wynieść, choćby nawyk rozglądania się wokół". Żeby dostrzec piękno w brudnej ścianie męskiej toalety albo w stercie żelastwa, w całej tej pięknej rupieciarni, którą mamy pod nosem - wystarczy spojrzeć.

piątek, 24 grudnia 2010

Śmierć w wydaniu Olgi Tokarczuk

Niezbyt adekwatną wybrałam sobie lekturę na ten radosny, świąteczny czas. Ostatnie historie Olgi Tokarczuk jest to bowiem książka o śmierci. O różnych sposobach jej przeżywania, o oswajaniu się z nią, o jej wszechobecności i wszechmocy - nawet cudowny akt narodzin człowieka jest tu zbudowany z małych śmierci. Pojawia się ona nie tylko w swoim fizycznym wymiarze - także martwota emocjonalna zdaje się być problemem wszystkich trzech głównych bohaterek, babki, córki i wnuczki, których oczami kolejno czytelnik patrzy na świat. Zadziwia brak zażyłości w ich wzajemnych relacjach. Czy jednak pani Tokarczuk nie jest niejako specjalistką od takich emocjonalnych wydmuszek? - przyszło mi do głowy. Jeszcze kilku innych bohaterów przez nią stworzonych wywarło na mnie podobne wrażenie, choć dziś pamiętam to już jak przez mgłę.

Jeśli chodzi o podobieństwo do innych powieści z dorobku tej pisarki, to zauważyłam też z przyjemnością powtarzanie się pewnych motywów. Jakże miło znów spotkać się z fragmentami, w których z anatomicznym zacięciem autorka opisuje ludzkie ciało - jak w Biegunach, uśmiechnąć się nad stwierdzeniem, że jakimś skandalicznym błędem natury jest brak możliwości wglądu w funkcjonowanie własnego organizmu (o czym mowa była i w Prowadź swój pług przez kości umarłych), czy przeczytać, jak to ciotka Marynka wypowiada późniejszy pogląd Janiny Duszejko - że w pewnym wieku wypada myć często stopy na wypadek bycia zabranym przez pogotowie.

Tym jednak, co przede wszystkim cenię w twórczości Olgi Tokarczuk, a co obecne było i w tej książce (oprócz onirycznej atmosfery, o której też warto wspomnieć) jest ta dziecięca ciekawość świata, wypowiedziane ustami bohaterów rozważania na temat rzeczy i zjawisk, nad przyczynami których większości ludzi, znudzonym światem, nie przyszłoby nawet do głowy się zastanawiać. Najwięcej było tego w części pierwszej, u Idy, w części drugiej nieco mniej, zaś w ostatniej - prawie wcale, nie miała więc już tego uroku. To samo nastawienie, które tak bawiło mnie u głównej bohaterki Nie mogę się doczekać... kiedy wreszcie pójdę do Nieba Fannie Flagg, zachwyconej rzeczywistością staruszki Elner. Bo przecież świat jest cudem.

Wesołych Świąt!

środa, 22 grudnia 2010

Rozkoszna pikanteria Colette


O Sidonie-Gabrielle Colette przeczytałam pierwszy raz w Drugiej płci Simone de Beauvoir. Później była wzmianka na lekcji francuskiego, widok nowego, czarno-różowego wydania Czyste, nieczyste na półce w księgarni – i wreszcie antykwariat, w którym znalazłam nieco sfatygowane dwa tomy z cyklu o Klaudynie. Nasłuchawszy i naczytawszy się tyle o ich autorce, nie mogłam nie kupić.

Na cykl ten składają się cztery powieści o dziewczynce z małego francuskiego miasteczka Montigny. Opisane zostają najpierw szkolne perypetie tego nieco dzikiego, niesfornego, rozmiłowanego w przyrodzie swojej małej ojczyzny, zadziwiającego urodą, wiedzą i szczerością dziewczęcia, a następnie jej dalsze losy po przeprowadzce do Paryża.

Brzmi niewinnie, także niepozorne okładki sugerują umoralniającą powiastkę dla pensjonarek. Tymczasem – pieprzny to kąsek. Nauczycielki ze szkoły w Montigny łączy płomienny romans, Klaudynę napastuje pan Duterte, szkolny lekarz, a także jedna z jej szkolnych koleżanek, żywiąca do niej uczucie więcej niż przyjacielskie... Wszystko aż kipi od erotyzmu i to miłosne napięcie zdaje się być głównym motorem, poruszającym tryby tej małej szkółki. W Paryżu, jak na Paryż przystało, rozpusty jeszcze więcej – kuzyn Marcelek zakochany w chłopcach, lesbijski epizod Klaudyny – już wtedy mężatki, romanse i intrygi zmanierowanych i rozkapryszonych paryskich dam...

Sama Klaudyna – jaka jest? Leciutka i niewinna jak puszek, a przy tym zwinna jak jaszczurka, ostra jak brzytwa, o wymowie jadowitej. Taki jest i język, jakim się Colette posługuje, i ona sama także, podejrzewam, taka była (nie jest tajemnicą zresztą, że sporo w Klaudynie autobiografizmu). Łyka się jej zdania jak cukierki, jak miętówki, które tak ochoczo chrupała Łusia. I wspaniale pisze o bogactwie dziewczęcej urody. Aż żal, że samemu już się nie jest taką rumianą jak jabłuszko, żywotną nastką. :)

Pierwsza część – Klaudyna w szkole jednak pod tym względem – i pod wszystkimi innymi, moim zdaniem – zdecydowanie przoduje. Najwięcej ma uroku, najwięcej świeżości. Poczynając od Klaudyny w Paryżu autorka pogłębia warstwę społeczno-psychologiczną, pokazuje przypadki nieszczęśliwych par, zniewolenia – czy to kobiet, czy mężczyzn – w miłosnym związku, problem zdrady, zwyczaje społeczności paryskiej... Wszystko to jednak nużyło mnie już, te ciężkie suknie i mdły zapach perfum.

Oczywiście w swoich czasach powieści o Klaudynie wywołały wielki skandal. Obecnie emocje budzą nieporównanie mniejsze, już nie szokują, nie oburzają - ot, po prostu lekka, odprężająca lektura. W związku z tym odczuwam pewną nostalgię. Za czasem, kiedy erotyzm nie był jeszcze tak oczywisty, tak jawny. Był czymś złym i gorszącym, ale przez to kuszącym, tematem, do którego należało podchodzić z taktem, na paluszkach. Pozostawał w sferze aluzji, żartu, dziewczęcych chichotów i podchodów – ale jakże był dzięki temu smakowity! Palce lizać. Dzisiaj seksu jest wszędzie pełno, więc i w literaturze zwykle podaje się go prosto na tacy, bez subtelności, bez smaczku. Szkoda.

niedziela, 19 grudnia 2010

O dziwakach, szaleńcach i starcach historyjek kilka

Biorąc pod uwagę moje czechofilskie zapędy, nie powinno dziwić, że blog ten zaingurowany zostanie postem o książce twórców rodem znad Wełtawy. :) Nie dziwnym jest też, że z powodzeniem można by zbiorek ten nazwać "starociem", bowiem takimi tekstami nie pierwszej świeżości nigdy nie pogardzam (więc pewnie będą się często tu pojawiać). A knigą, o której będzie mowa, jest Na rozdrożu. Antologia opowiadań czeskich 1960-1980.

Wykopałam ją z ciemnego kąta osiedlowej biblioteki, niezrażona faktem, że spośród autorów zamieszczonych tam opowiadań kojarzyłam tylko dwóch, pochłonęłam - i stanęłam przed trudnym zadaniem, jak zwykle zresztą po lekturze antologii. Bo jak zwięźle i krótko, a zarazem wyczerpująco napisać o zbiorze opowiadań, z którego każdemu należałby się osobny, obszerny tekst? Pozostaje wyszukiwanie wspólnych mianowników, szukanie powiązań i podobieństw. Pozornie teksty z tej antologii łączy niewiele, prócz, jak sugeruje tytuł, ram czasowych ich powstania. Istnieje jednak pewien motyw przewodni - a jest nim różnie pojmowane człowieczeństwo i próby pozbawienia go niektórych jednostek.

Strony tego zbioru zasiedlają ludzie zdziwaczali, w jakiś sposób upośledzeni, samotni, czasem po prostu starzy - zepchnięci na margines swojego środowiska, niedocenieni. W czasach, w których wartością najwyższą jest praca i sprawność fizyczna, ci, którzy już nie są w sile wieku, kończą zwykle wyrzuceni jak zbędny rekwizyt, bez słowa podziękowania. Z zewnątrz obserwują „nowy świat”, budowany przez młodych, w którym przeszłość i tradycja zostają ostentacyjnie odsuwane w kąt. Przerażenie powszechnym zmechanizowaniem i bezdusznością pracy, odmalowane niegdyś w Zbyt głośnej samotności Hrabala, pojawia się i tutaj, w opowiadaniu Dziura w płocie J. Marka. W przeciwieństwie do tych utworów, w Wizycie A. Branalda z kolei przyszłość rysuje się w jaśniejszych barwach - choć główny bohater, lekarz, po wielu latach zatrudnienia w szpitalu zostaje zmuszony do przejścia na emeryturę, nie odchodzi niezauważenie - na korytarzu roi się od wdzięcznych pacjentów. Może więc jest jeszcze nadzieja na zachowanie dawnego szacunku i dawnych ideałów.

Nie jest to jedyne opowiadanie, w którym człowieczeństwo ostatecznie triumfuje. Większości bohaterów udaje się odnaleźć mimo wszystko potwierdzenie własnej wartości, spokój, lub chociaż jego namiastkę. W opowiadaniu Gorzko, gorzko J. Navrátila ta namiastka odnaleziona w gronie pacjentów szpitala psychiatrycznego zostaje bohaterowi szybko odebrana, jednak zmiana, jaka dokonała się w reakcji na tę sytuację w członkach jego rodziny z żoną na czele, pozwala ufać, że może jednak nie będzie on już więcej w pogardzie we własnym domu.

Antologia ta jest więc pięknym wyrazem niezłomności człowieka nawet w bardzo ponurych i przytłaczających czasach. I nie jest to bynajmniej pieśń przebrzmiała, bowiem mimo że reżim komunistyczny mamy już za sobą, temat pogardzania ludźmi i braku szacunku dla człowieczeństwa jest wciąż aktualny.