niedziela, 30 stycznia 2011

Słodkie bawidułkowanie - Bohumil Hrabal, "Aferzyści"

Aferzystów otwiera, a w zasadzie poprzedza – bowiem występuje pod tytułem „Zamiast wstępu” - tekst, który jest wisienką na torcie tego zbioru. Żeby było zabawniej, sam Hrabal go nie napisał, a jedynie zredagował, Krwawa ballada, którą napisali czytelnicy jest bowiem zbiorem fragmentów listów, które otrzymał czeski pisarz. Nie potrafię oprzeć się pokusie przytoczenia kilku smaczków (choć w zasadzie całość nadawałaby się do przytoczenia), bowiem ilekroć natykam się na ten tekst, szeroki uśmiech sam natychmiast pojawia mi się na twarzy.

Ty wstrętny chamie, ty sklerotyczny dziadygo o sztubackich ciągotach, ty obleśna świnio, twoje miejsce w kryminale, policja obyczajowa powinna się tobą zająć, nadajesz się za kratki albo do czubków.
Panie Hrabal, pierwszy raz w życiu piszę do autora. Wczoraj po przeczytaniu książki Tato, tyś zbzikował myślałem, że napiszę do Saroyana, ale gdzie go szukać. Pan jest bliżej...
Ktoś stworzył wokół niego glorię, i teraz mówi się już tylko, jaki to świetny pisarz itp. A to jest łobuz, łajdak, może pedał albo impotent. Przecież te wszystkie jego tzw. ludowe powiedzonka nadają się do zaskarżenia w sądzie, a właściwie to jest po pierwsze, obiekt dla badań neurologicznych, a po drugie, dla policji obyczajowej.
To Twoja wina, że młodzież od 13 do 15 lat kurwi się w mieszkaniach swoich przebywających w pracy rodziców. Jaką za to poniesiesz odpowiedzialność?
Dość Hrabala! - oto hasło wszystkich porządnych ludzi.
Panie Hrabal, niech mi pan wierzy, po przeczytaniu Pańskich książek nie mam już spokoju, wciąż mnie męczy i prześladuje niewymowne piękno, subtelność, dowcip, ból, mądrość, o Boże, niech to diabli. 
Zaraz potem mamy opowiadanie tytułowe – Aferzyści, którego bohaterzy zmyślają i bajdurzą, udając, że są kim innym, niż w rzeczywistości. Ten motyw udawania, który zresztą był Hrabalowi bardzo bliski, jako że on sam był mistrzem ukrywania prawdy o sobie samym, przewija się później we wszystkich kolejnych utworach, zaś naczelnym aferzystą okazuje się bohater Barona Münchhausena – Hanta, pakowacz makulatury, postać znana już ze Zbyt głośnej samotności, wzorowana na autentycznym przyjacielu i współpracowniku Hrabala. Stałym refrenem tych opowiadań zdaje się też śmierć, często w ujęciu humorystycznym – pan rejent dnie całe spędza na planowaniu swego pogrzebu i wymyślaniu kolejnych wariantów swojego epitafium, Hanta radzi pewnemu starcowi, który martwi się, że nikomu już na nic nie jest potrzebny, aby sprzedał swój szkielet uniwersytetowi, Marzenka, współpracownica Hanty, znajduje pocieszenie w myśli, że ma wykupione miejsce na cmentarzu w Olszanach i już niedługo tam spocznie...

Wszystko ostatecznie sprowadza się do zaprzeczania rzeczywistości – umieranie, choć jest go w tych utworach pełno, traktowane jest z reguły lekko, ze śmiechem (zupełnie jak to Szczygieł opisał w Zrób sobie raj), prawdziwą tożsamość zwykle kryje się pod fantazyjnymi maskami, zaś cudownie surrealistyczny utwór Bawidułki, którego bohaterowie mieszkają w szarej, pokrytej pyłem okolicy cegielni, lecz chwalą sobie to miejsce jako najzdrowsze i najbardziej barwne na ziemi (i, żeby było śmieszniej, długowieczność mieszkańców i niesamowita kolorystyczna gama obrazów miejscowego artysty, który czerpie inspirację z rodzimych widoczków, zdają się to przekonanie potwierdzać), to właściwie jeden wielki manifest odrzucenia tego, co rzeczywiste.

Piszę „opowiadania”, jednak te teksty Hrabala – z wyjątkiem kilku – nie są opowiadaniami w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. To raczej takie „zapiski z życia”, o których mówił, fragmenty rozmów podłapanych w gospodach i na ulicy, łańcuszki historyjek zasłyszanych u znajomych bawidułków, scenki, widoczki, kłębki myśli. Widać tutaj wyraźnie jego metodę twórczą, ten „zapis automatyczny”, bez planu i namysłu, chaotycznie. Trochę jak sny – ta sama mglista logika, niejasności i niedopowiedzenia, a po przebudzeniu trudno właściwie stwierdzić „o czym to było”. Ma to swój urok, ale chyba jednak wolę tę jego metodę w dłuższych formach, w powieściach łatwiej mi było do tego przywyknąć. Tu natomiast bardziej podobały mi się właśnie te „tradycyjne” opowiadania – zwięzłe, przemyślane kompozycyjnie, z zaskakującym zakończeniem – i żałuję, że było ich tak niewiele. Dodatkowo wielu bohaterów Hrabala mówi „językiem ulicy”, pojawia się sporo kolokwializmów, trochę nudzące opisy pracy w hucie i tamtejszy żargon, skróty myślowe, brak wyjaśnień i przypisów – przez to wszystko czytało się chwilami ciężko.

Polecam więc ostrożnie. Raczej tylko wielbicielom Hrabala. Dla tych, którzy chcieliby dopiero zacząć przygodę z jego twórczością, mam na podorędziu inne perełki. :)

***
Cytaty: B. Hrabal, Aferzyści, wyd. Śląsk, Katowice 1983.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

O sławnego pisarza ucieczkach od rzeczywistości - Michael White, "C.S. Lewis. Chłopiec, który spisał dzieje Narnii"

Tym razem, dla odmiany, biografia. Lubię czytać o życiu innych ludzi, zwłaszcza pisarzy, zaglądać do ich pracowni, poznawać ich jako ludzi, co później daje pełniejszy obraz ich twórczości. Chętnie więc sięgnęłam po książkę C.S. Lewis. Chłopiec, który spisał dzieje Narnii.

Twórczości C.S. Lewisa nie znam co prawda zbyt dobrze. Nie czytałam ani Listów starego diabła do młodego, ani Trylogii międzyplanetarnej, ani żadnej z jego książek naukowych. Można jednak powiedzieć, że mam do tego pisarza stosunek sentymentalny – kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, każdego wieczora mościłyśmy sobie z siostrą w łóżkach wygodne gniazdka i słuchałyśmy z przejęciem, jak Tata czyta nam kolejny rozdział Opowieści z Narnii. To była chyba pierwsza „prawdziwa” książka w moim życiu i objawienie, chociaż w ciągu kilkunastu lat fabuła zupełnie wyparowała mi z głowy, a już na pewno nie byłam w stanie wtedy, w wielu kilku lat, uchwycić chrześcijańskiego przesłania tego siedmiotomowego cyklu.

Jeśli więc cokolwiek interesowało mnie w sposób szczególny, kiedy sięgałam po tę biografię, to były to na pewno okoliczności powstania tej mojej „pierwszej prawdziwej” kniżki i może jeszcze – za sprawą filmu Cienista dolina, który bardzo mi się podobał (choć, jak przekonałam się po lekturze tej biografii, upiększył i zmelodramatyzował rzeczywistość) – postać Joy Gresham i historia miłości jej i Lewisa.

Dostałam, co chciałam, a prócz tego o wiele więcej. Poznałam nie tylko cnoty, ale i przywary Lewisa – snobizm, arogancję, nienawiść do XX wieku i związanego z nim postępu naukowego (wyobrażam sobie, jak by pomstował, żyjąc w dzisiejszych czasach!), podszytą niestety również niezrozumieniem i zaniechaniem wszelkich prób poznania nauk ścisłych i ich znaczenia dla ludzkości. Awersja ta zresztą rozciągała się niemal na wszystko, co Lewisowi współczesne – pogardliwie wypowiadał się także o „współczesnej literaturze” na czele z Dickensem, Joycem i T.S. Elliotem, którzy w naszych czasach należą do absolutnych klasyków (ale czy i nam nie zdarza się z nieufnością podchodzić do twórców nam współczesnych? Aż kusi, by sformułować jakąś ogólną refleksję o literaturze i podejściu do niej).

Jest w tej książce i sporo o przyjaźni Lewisa z Tolkienem, a przy okazji – jakim człowiekiem był Tolkien (rzucił mi się w oczy przede wszystkim jego gorliwy, wręcz graniczący z fanatyzmem katolicym – obraził się na Lewisa i niemal zerwał z nim kontakty, gdy ten się nawrócił, ale został nie katolikiem, a anglikaninem; mam zresztą wrażenie, że w tamtym środowisku wielu przesadzało albo w jedną, albo w drugą stronę – albo pozbawiony wyrozumiałości ateizm, albo fanatyzm religijny). Razem z kilkoma innymi literatami, ta dwójka wielkich pisarzy tworzyła klub Inklingów, który, choć w zasadzie nie był żadną oficjalną grupą – po prostu grono przyjaciół, lubiących porozmawiać o książkach i podzielić się własnymi w tym zakresie dokonaniami, sącząc alkohol – ponoć wywierał wpływ na literaturę tamtych czasów być może większy niż sławna Grupa Bloomsbury.

Najbardziej jednak zadziwił mnie – żeby nie powiedzieć zszokował – związek Lewisa z Janie Moore i niezwykle toksyczny wpływ Janie na pisarza. Jak zdołał wytrzymać tyle lat z kobietą stawiającą tak wygórowane żądania, nie dbającą o to, że miał swoją pracę na uczelni, swoje pisanie, pragnącą zawładnąć całym jego życiem, czytającą jego najbardziej prywatne zapiski? To chyba naprawdę musiała być wielka miłość, choć wciąż trudno mi to sobie wyobrazić.

Co do Opowieści z Narnii – ich bajkowy świat, który tak wciąga czytelnika, miał dla samego Lewisa ogromne znaczenie „terapeutyczne”. Kiedy zaczął pisać ten cykl, znajdował się w krytycznym punkcie swojego życia - pijaństwo brata, większa niż kiedykolwiek uciążliwość Janie, starej już i zniedołężniałej, duma zraniona po niedawnym przegranym słownym pojedynku z Elizabeth Anscombe. Narnia stała się dla Lewisa ucieczką od tego wszystkiego, schronieniem, powrotem do szczęśliwego dzieciństwa, czasu zabaw z bratem Warrenem w ich Pokoju na Końcu Świata.

Usuwając się w przytulny kokon stworzonej przez siebie krainy, Lewis mógł zepchnąć w cień świat realny. W Narnii nie było akademickiej drabiny, nad którą nie miał kontroli, nikt go nie potępiał. A jedyne kobiety-demony, jakie tam występowały, był w stanie pokonać pod postacią Aslana; Narnia była światem, w którym żadna młoda kobieta-filozof nie mogła rozbić w puch jego przemyślnej argumentacji, a pijani bracia nie byli w stanie zagrozić idealnej rzeczywistości.

Podobała mi się ta biografia, nie była bowiem przeładowana datami, miejscami, postaciami bez większego znaczenia. Pamiętam, jak czytałam Piękny umysł o życiu Johna Nasha – była to świetna lektura, ale wymęczyła mnie straszliwie, właśnie przez przytłoczenie szczegółami. Tutaj tego nie ma, więc czyta się lekko i przyjemnie, niemal jak powieść. Druga rzecz, która zwykle irytuje mnie w książkach biograficznych to zaburzenie chronologii, skakanie w czasie i przestrzeni, pod tym względem zaś – choć podzielona na rozdziały niejako tematyczne, które nieraz wymagały cofnięcia się do wydarzeń sprzed miejsca, na którym zakończył się rozdział poprzedni – ta biografia Lewisa też wypada całkiem przyzwoicie, opisując konsekwentnie kolejne etapy życia pisarza, bez drażniących zawirowań. Polecam więc – lektura w sam raz, aby dowiedzieć się o Lewisie „czegoś więcej” niż to, co można znaleźć w lakonicznych notkach biograficznych.

***
Cytat: M. White, C.S. Lewis. Chłopiec, który spisał dzieje Narnii, wyd. Twój Styl, Warszawa 2007.

piątek, 21 stycznia 2011

Uczta wcale nie taka wspaniała - Karen Blixen, "Uczta Babette"

Karen Blixen jest znana z autobiograficznej powieści Pożegnanie z Afryką, na podstawie której nakręcono film o tym samym tytule - niezapomniany. Najwyraźniej ta duńska pisarka ma szczęście do dobrych ekranizacji, bo o Uczcie Babette dowiedziałam się też za sprawą filmu, ponoć znakomitego (ponoć, bo mimo, że słyszałam o nim wiele i ostrzę sobie na niego ząbki od dawna, nie miałam do tej pory okazji go obejrzeć – może to i lepiej, zawsze to sensowniej zapoznać się najpierw z literackim pierwowzorem).

Jak sam tytuł - Uczta Babette i inne opowieści o przeznaczeniu - wskazuje, opowiadanie o uczcie jest tylko jednym z kilku zamieszczonych w tym tomie. Co więcej, oryginalny tytuł całego zbioru brzmi po prostu Anecdotes of Destiny, więc zapewne został przy tłumaczeniu na polski zmieniony ze względu na znany już w tamtym czasie film, ot marketingowy chwyt. Wszystkie utwory z tego tomu łączy właśnie motyw przeznaczenia – moment iluminacji, którego doświadczają poszczególni bohaterowie w różny sposób (szczegółów nie zdradzam, żeby komuś nie popsuć przyjemności, jeśli – mimo mojej recenzji – zdecyduje się tę książkę przeczytać).

Pierwsze opowiadanie - Nurek - wywołało moją konsternację. Sprawiało bowiem wrażenie niedopracowanego, zlepionego - na siłę i dość nieudolnie - z dwóch zupełnie różniących się klimatem opowieści. Najpierw bądź co bądź realistyczna (główny bohater wierzy gorąco, że spotka kiedyś anioła, jednak gdy mu się to udaje, okazuje się, że anioł wcale aniołem nie jest, a wszystko to jedna wielka intryga i oszustwo) historia studenta Saufe, a zaraz potem ni z gruszki, ni z pietruszki zaprzyjaźniona z nim gadająca ryba w okularach w rogowych oprawkach, wygłaszająca mądrości na temat sensu istnienia. Że co? I jeszcze zakończenie, które niczego nie wyjaśniło, przeciwnie, zostawiło jeszcze większy zamęt w głowie - bo go właściwie nie było, opowiadanie urywa się, jakby ktoś zapomniał dopisać kilka ostatnich słów.

Pozostałe utwory nie dostarczyły mi już wrażeń tej natury, pojawiły się natomiast inne zastrzeżenia. Czytając te opowiadania miałam wrażenie, że rozpełzają się na wszystkie strony, rozgałęziają w sposób niekontrolowany, prowadzą w puste uliczki - pojawiają się jakieś fakty, zdarzenia, postaci zupełnie bez znaczenia, tymczasem temu, co ważne i co ciekawi czytelnika, często poświęcone jest minimum uwagi. Czasem nieład ma swój urok, ale to był jakiś inny rodzaj nieładu, drażniący. Najbardziej "trzymającym się kupy" opowiadaniem z tego towarzystwa jest moim zdaniem Nieśmiertelna opowieść i to właśnie ono podobało mi się najbardziej, nie tytułowe. Nawiasem mówiąc, Opowieść też została zekranizowana - w 1968 roku przez Orsona Wellesa, ale o tym akurat filmie wcześniej nie słyszałam.

Rozczarowała mnie niestety ta próbka twórczości Karen Blixen. Może za wiele oczekiwałam? Chciałam soczystości, magii, barw, uczty Babette jako wielkiego koncertu zmysłów, tymczasem dostałam zbiór fragmentarycznych utworków przypominających luźne notatki spisane na szybko na kartce wydartej z zeszytu, pełnych kukiełkowatych, schematycznych postaci (rozumiem, że autorka zrezygnowała z psychologizowania na rzecz fabuły, ale bez przesady!).


Z innej beczki (a może nie do końca takiej innej): Zaczęłam czytać W poszukiwaniu straconego czasu. Wspaniała, wspaniała lektura. Jedna z najlepszych w moim życiu. I zastanawiam się, na ile biedna Babette została skrzywdzona przez to równoczesne czytanie Prousta... ;)

***
K. Blixen, Uczta Babette i inne opowieści o przeznaczeniu, wyd. Rebis, Poznań 2007.

niedziela, 16 stycznia 2011

A jednak literat – „Mur”, Jean Paul Sartre

Sartre'a do tej pory jako pisarza nie znałam w ogóle, jako filozofa – odrobinę, najbardziej zaś (chociaż wstyd) jako kochanka Simone de Beauvoir. Jako że przyznano mu niegdyś literacką Nagrodę Nobla (której nie przyjął), wiedziałam, że literatem musiał być też nielichym, więc gdy nawinął mi się pod rękę w księgarni tom jego opowiadań pod tytułem Mur, uznałam to za świetną okazję do nadrobienia zaległości. I przeczytałam.

Czego się dowiedziałam? Że, istotnie, Sartre pisał smakowicie. Że jego twórczość literacka mówi o nim zupełnie inne rzeczy, niż się spodziewałam. Nie wiem, jak to wrażenie sprecyzować, po prostu kiedy czytałam te opowiadania, wydały mi się takie bliskie ludziom, na swój sposób ciepłe. Oczywiście, jak na egzystencjalistę przystało, Sartre postawił swoich bohaterów w sytuacjach uwypuklających uporczywy ciężar ich istnienia – ale daje się w tym wyczuć zarazem jakieś współczucie, w końcu historie te opowiedziane są z perspektywy tego, który doskonale rozumie pojawiające się tam rozterki. Dowiedziałam się też w ten sposób, że wizerunek Sartre'a, który wcześniej ukształtowałam sobie w głowie – bliski książkom i intelektualnym dysputom, daleki ludziom z krwi i kości – był zupełnie mylny, co potwierdziło zresztą też posłowie autorstwa Łukasza Baduli. I, wreszcie – to też już z posłowia – że twórczość literacka miała dla Sartre'a ogromne znaczenie, lecz nie w kontekście osiągnięć, prestiżu, wyróżnień, a stanowiąc dla niego niejako misję, powołanie. Tymczasem w mojej świadomości jakoś wcześniej był filozofem i tylko filozofem. Sporo więc rewelacji.

Czym jest mur w tych tekstach? W opowiadaniu tytułowym pojawia się jako symbol nieuchronności śmierci. Jeden z trójki bohaterów, których następnego dnia o świcie czeka egzekucja przez rozstrzelanie, mówi:
Myślę, że wtedy będę chciał wniknąć w mur, że z całej siły plecami będę się w niego wpierał, ale mur nie ustąpi, tak jak to we śnie bywa.
Mur pozostaje twardy i nieustępliwy, nie pozwala w siebie wniknąć. Czy nie jest też w ten sposób symbolem rzeczywistości, naszego istnienia, na które jesteśmy skazani? Moim zdaniem to najważniejszy kontekst, w jakim mur pojawia się w tym zbiorze. Prócz tego są i mury – choć nie pojawiające się już w sposób tak oczywisty – oddzielające coś lub kogoś od czegoś lub kogoś. W opowiadaniu Intymność Lulu zdaje się być w ten sposób oddzielona od swojej cielesności, w Herostratesie głównego bohatera mur oddziela od reszty ludzi, w Pokoju ściana wyrasta między Ewą a jej psychicznie chorym mężem...

W opowiadaniach Sartre'a jest także sporo na temat seksualności (co mnie akurat nie zaskoczyło). Zwykle jest ona jednak w jakiś sposób zwichnięta, chora, odzwierciedlając duchowe zagubienie bohaterów. Mężczyzna pragnący pójść w ślady Herostratesa czuje odrazę na myśl o stosunku z kobietą, bohaterka Intymności, choć ma kochanka, także ze wstrętem podchodzi do zbliżeń z mężczyznami („traktują cię jak instrument, na którym umieją grać”), a przy swoim mężu czuje się dobrze i swobodnie, bo jest impotentem (a jak rozkosznie i z czułością wypowiada się o „pimpusiu” Henryka, który tak grzecznie spoczywa jej w dłoni... ogólnie wśród przemyśleń Lulu, choć bohaterka ta do sympatycznych nie należy, dużo jest różnych perełek, jak na przykład o tym, że „rozgwiazdy lepiej się muszą kochać niż ludzie, kładą się na plaży w słońcu i wysuwają żołądek na wierzch, żeby się przewietrzył, i każdy go może zobaczyć” a przecież „jak już się kocha, to powinno się kochać wszystko, przełyk i wątrobę, i jelita”).

Generalnie uważam ten zbiorek za cenne literackie odkrycie.

***
Cytaty pochodzą z: J.P. Sartre, Mur, wyd. Zielona Sowa, Kraków 2005.

sobota, 15 stycznia 2011

Kim jest John Galt? Ayn Rand, "Atlas zbuntowany"



Tajemnicze pytanie w tytule postu pojawia się na samym początku Atlasa zbuntowanego, aby później pobrzmiewać na wszystkich niemal kartach tej powieści i – w czasach, gdy wywołała ona największy szał i dzięki temu stała się drugą (po Biblii, co jest o tyle ciekawe, że pod pewnymi względami Atlas jest rodzajem anty-Biblii) najczęściej czytaną książką w Stanach Zjednoczonych wg Biblioteki Kongresu – stać się sygnałem rozpoznawczym wielbicieli dzieła Ayn Rand. Ponad 1000 stron tej soczystej prozy można uznać za obszerną odpowiedź na to pytanie – kim jest John Galt, niszczycielem czy zbawicielem, jaki jest jego cel, jaką bronią się posługuje?

Powieść ta prezentuje przerażającą wizję świata popadającego stopniowo w ruinę wskutek nieprzemyślanych rządów grabieżców. Polityka mająca na celu zrównanie wszystkich obywateli Stanów Zjednoczonych, potępiająca monopol w dziedzinie przemysłu i ludzi biznesu dzięki swym zdolnościom wybijającym się ponad tłum, wykorzystująca szumne frazesy dobra społecznego i pomocy słabszym, prowadzi do wybuchu strajku pod przewodnictwem Johna Galta. Wszyscy najzdolniejsi, a więc i najbardziej potrzebni światu – naukowcy, wynalazcy, inżynierowie, bankierzy, filozofowie – zdając sobie sprawę, że jeśli będą się nadal godzić na obecne warunki rządu, wszystko, czego dokonali, zostanie im odebrane, przyłączają się do strajku i pozwalają światu pogrążyć się w chaosie. Zawalone tunele i mosty, zatrzymane na środku pustkowia pociągi, porzucone fabryki, brak pożywienia, elektryczność jako produkt luksusowy – oto rozkład, jakiemu ulega świat, gdy się go pozbawi jego „silnika”. Kiedy Atlas, do tej pory cierpliwie podtrzymujący kulę ziemską na swych barkach, zbuntuje się.

John Galt wraz ze swoimi poplecznikami głosi, że źródłem wszelkiego zła jest poświęcenie. Człowiek powinien zawsze kierować się w życiu swoim własnym dobrem, nie zważając na żądania innych, zaś podstawą jego poznania musi być rozum, nie emocje. Relacje międzyludzkie winny opierać się zawsze na zasadzie wymiany – jak w biznesie – miłość w zamian za podziwiane cnoty, pomoc głodującemu w zamian za niezasłużone cierpienie itd. Jeśli ktoś jedynie żąda, nie oferując nic w zamian, nie ma prawa otrzymać. Według tego wzorca Galt pragnie odbudować świat, kiedy już zostanie doszczętnie zniszczony przez tych, którzy mianują się dobroczyńcami ludzkości, w rzeczywistości zaś są chciwymi karzełkami, których głównym motywem jest nie miłość do ludzi, lecz kompleks niższości, poczucie bycia gorszym wobec tych zdolniejszych i inteligentniejszych, których teraz, będąc u władzy, można zniszczyć.

Mówi się o tej książce, że zmienia ludzkie życie. Że otwiera oczy, że wstrząsa. Myślę, że mną także wstrząsnęłaby – gdybym uznała słuszność filozofii Rand, wyrażonej ustami Johna Galta. I gdybym była w stanie uwierzyć, że to rzeczywiście przepis na świat idealny. Tymczasem nie potrafiłam potraktować tej ideologii jak coś więcej niż zwykłą ciekawostkę. W trakcie swojego osławionego trzygodzinnego monologu Galt mówi:

Emocje są wpisane w twoją naturę, ale ich zawartość dyktuje umysł. (A. Rand, Atlas zbuntowany, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2005)

I to mi zgrzyta. Faktycznie, jeśli przyjąć takie założenie, wszystko się zgadza. U bohaterów Rand rzeczywiście emocje zdają się mieć swoje źródło w umyśle, w racjonalnym poznaniu. Miłość i pożądanie stają się odzwierciedleniem własnej osobowości, pokochać można tylko tego, kto dorównuje nam wielkością. Ale jak często zdarzają się uczucia zupełnie sprzeczne z umysłowością, niewytłumaczalne. Jak dla mnie sprawa jest bardziej złożona, autorka popełniła jakiś błąd dotyczący natury emocji, coś za bardzo uprościła, coś dopowiedziała... Nie można żyć według zasady „Kieruj się przede wszystkim rozumem”. Filozofia Rand jest nie do zastosowania w przypadku ludzi z krwi i kości. Sprawda się w przypadku Johna Galta, człowieka idealnego – jakim w istocie miał w tej powieści być, sprawdza się w przypadku Dagny Taggart, Francisca d'Anconia, Hanka Reardena – ale są to tytani, nie ludzie. Jaki człowiek jest w stanie kochać tak mocno, a przy tym bez cienia żalu i bez walki oddać obiekt swojego uwielbienia innemu człowiekowi, nawet jeśli tamten jest autorytetem, przewodnikiem i przyjacielem? Czy miłość nie jest samolubna, nie wymaga wyłączności? I tak – w rzeczywistości ci wszyscy mężczyźni zakochani na zabój w Dagny (nawiasem mówiąc, tylko jedna piękna i inteligentna kobieta na taką ilość bohaterów męskich to za mało – naturalne, że prędzej czy później wszyscy robili do niej maślane oczy) wyzabijaliby się nawzajem, albo przynajmniej pokłócili śmiertelnie. Nastąpiłby w każdym razie jakiś wstrząs, tymczasem tutaj tego nie ma.

Ogólnie rzecz biorąc Atlasa czyta się lekko, a przy tym autorka wspaniale potrafi budować napięcie – podobało mi się, jak wprowadzała co chwilę nowe zagadki, potrafiła przyciągnąć uwagę i utrzymać przy sobie czytelnika. Z drugiej strony jednak płomienne monologi, którymi przemawiali bohaterowie, o ile jeszcze z początku budziły emocje, o tyle po kilkuset stronach stały się męczące. Patos z tych stron aż się wylewał, praktycznie w kółko potwarzane były te same stwierdzenia (może bluźnię, ale moim zdaniem z powodzeniem można by tę ksiażkę skrócić o 1/3 jej objętości), a co gorsza – wszyscy niemal uczestnicy strajku Galta mówili w ten sam sposób i podobnie się zachowywali. Nie określiłabym ich na pewno jako „papierowych” bohaterów, bowiem mieli swój koloryt, zostały jednak najwyraźniej te postaci zbudowane według podobnego schematu. Nasuwa mi się, że to dowód na to, że z Rand jednak – choć to pisanie beletrystyki, tworzenie fikcji było dla niej ważniejsze – lepszy był filozof niż pisarka, ale nie wiem, nie znam się na tyle.

Autor przedmowy zacytował taki fragment z notatek autorki, radząc czytelnikowi samemu się do niego odnieść po lekturze powieści:
Jeśli tworzenie fikcji jest procesem przekładania abstrakcji na konkrety, istnieją trzy możliwe etapy takiego tworzenia: przekładanie starej (znanej) abstrakcji (tematu lub tezy) za pomocą starych środków (czyli postaci, zdarzeń lub sytuacji stosowanych już wcześniej w tym samym celu; ten sam przekład) - tu należy większość popularnego chłamu; przekładanie starej abstrakcji za pomocą nowych, oryginalnych środków - tu należy większość dobrej literatury; i wreszcie - tworzenie nowych, oryginalnych abstrakcji i przekładanie ich nowymi, oryginalnymi środkami. To, o ile mi wiadomo, robię tylko ja - to mój rodzaj tworzenia fikcji. Niech mi Bóg przebaczy (przenośnia!), jeśli jest to zarozumiały błąd! (L. Peikoff, Przedmowa w 35. rocznicę ukazania się powieści [w:] A. Rand, Atlas zbuntowany, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2005) 
Jestem w stanie przyznać, że nie był to z jej strony zarozumiały błąd - choć wiele książek trzeba by było jeszcze przeczytać, aby się w tym utwierdzić. Ostatecznie, mimo powyższych sceptycznych uwag, do jakich skłoniła mnie ta lektura, zrobiła na mnie ona też spore pozytywne wrażenie – przede wszystkim tym przerażającym obrazem rozpadającego się świata oraz sugestywnym przedstawieniem walki bezsilnych jednostek wobec wszechogarniającej głupoty.

Ponoć jest obecnie kręcony film na podstawie tej knigi. Jestem go bardzo ciekawa i z wielką chęcią pójdę na niego do kina, kiedy już się pojawi, bowiem jest w tej powieści wiele spektakularnych scen, które – jeśli nie zostaną pominięte i zrealizuje się je z odpowiednią dbałością – mają potencjał „wbijania w fotel”.

I jeszcze na koniec, w ramach tradycyjnej anegdotki z cyklu „a skąd znam tego pisarza” - miałam o tym napisać na początku, ale doszłam do wniosku, że gdybym od tego zaczęła, nikt by tej recenzji nie przeczytał – nazwisko Ayn Rand znam z serialu pt.: Gilmore Girls (Kochane kłopoty). Pewnego razu Jess (nieziemsko przystojny i nieziemsko oczytany, bożyszcze wszystkich dziewcząt i dziewczątek oglądających ten serial) skrytykował twórczość Rand i podsumował ją stwierdzeniem political nut, Rory zaś (gdyby ten serial oglądali jacyś przedstawiciele płci brzydkiej, to pewnie ona byłaby ich bożyszczem – choć, z drugiej strony, oczytana dziewczyna to w dzisiejszych czasach nie towar tak deficytowy jak czytający chłopak, więc nie wiadomo) jej broniła. A ja postanowiłam się przekonać, kto miał rację. Jednak i z seriali jest czasem jakiś pożytek.

niedziela, 9 stycznia 2011

Z egoizmem małej kózki - Antoine de Saint-Exupéry, "Listy do matki"


Czytając zbiór czyichś listów zawsze mam mieszane uczucia. Z jednej strony jest to świetna okazja, aby poznać pisarza „od kuchni”, przekonać się, jakim był człowiekiem, z drugiej jednak przytłacza mnie zwykle ilość dat, miejsc, nazwisk, znanych oczywiście adresatom listów, za to mi nie mówiących nic. Są oczywiście przypisy, objaśnienia, ale nie zawsze to wystarcza. Ponadto historię autora listów poznajemy w sposób fragmentaryczny, często brakuje „łączników”, istotnych wydarzeń, o których wzmianek w listach brak i pojawia się problem z chronologią, z uporządkowaniem sobie tego wszystkiego w głowie.

I w przypadku Listów do matki Antoine'a de Saint-Exupéry'ego nie obyło się bez problemów, ale nie było aż tak źle, w dużej mierze dzięki prologowi autorstwa adresatki listów, w którym krótko opisała najważniejsze etapy życia syna, ilustrując je fragmentami listów lub jego utworów.

Pierwsza połowa tych listów, z najmłodszych lat życia Saint-Exupéry'ego, nie przynosi zbyt wielu ciekawych informacji – to raczej proste relacje z pobytu w kolejnych szkołach, opis swoich postępów w nauce oraz prośby o pieniądze i inne potrzebne rzeczy. Dopiero kiedy przyszły pisarz zaczyna podróżować jako pilot, często przebywając z dala od domu i tęskniąc za nim, dowiadujemy się więcej o jego myślach i uczuciach. Jest to zresztą także okres, kiedy podejmuje swoje pierwsze próby pisarskie, z czego zwierza się matce, ale szczegółów na temat jego wczesnej twórczości także próżno szukać w tych listach – jest jedynie kilka zdań na temat Poczty na Południe oraz Nocnego lotu.

Z korespondencji tej wyłaniają się dwie twarze autora Małego Księcia. Pierwsza to taka, której się nie spodziewałam – twarz rozpieszczonego dziecka. Podczas pobytu w szkołach nastoletni Antoine niejednokrotnie wręcz żąda od matki pieniędzy, słodyczy i potrzebnych mu rzeczy. Z czasem to zanikło, pojawiło się zamiast tego poczucie własnej wyższości i cień pogardy dla tych, którzy pisarzowi nie dorównują. Dla zilustrowania kilka cytatów.
Zalecam się do różnych Colette, Paulette, Suzy, Daisy, Gaby, które są produkowane seryjnie, więc po dwóch godzinach jestem nimi znudzony. Cóż za monotonia. To moje poczekalnie.
Kiedy umysłowość, która wydawała mi się ciekawa, okazuje się jedynie łatwym do rozpracowania mechanizmem, zawsze jestem zawiedziony, czuję niesmak. (...) Mogę obcować wyłącznie z tymi, od których się czegoś uczę.
Co wieczór robię bilans dnia. Jeżeli był jałowy pod względem edukacji osobistej, jestem niemiły dla tych, przez których go straciłem, a w których miałem prawo wierzyć.
Trzeba jednak oddać pisarzowi sprawiedliwość, że ta strona jego osobowości raczej pobrzmiewa gdzieś w tle, przynajmniej na stronach tego zbioru listów. Zdecydowanie dominuje natomiast obraz Saint-Exupéry'ego jako kochającego syna i brata (który swojej matce nie szczędzi czułych słów i podziękowań za wszystko, a w wieku lat trzydziestu wciąż zwraca się do niej czule „Mamusiu”), człowieka wrażliwego, bardzo mocno związanego ze swoimi krewnymi i samemu pragnącego założyć własną rodzinę:
Trochę, troszeczkę pragnę się ożenić, ale nie wiem z kim. Ta wieczna prowizorka całkiem mi już obrzydła! A poza tym mam w zanadrzu dużo ojcowskiej miłości. Chciałbym mieć mnóstwo małych Antoine'ów...
Przez całe życie także, zwłaszcza w czasach niebezpieczeństwa, w miejscach ponurych, z dala od domu, pielęgnował w sercu wspomnienia z dzieciństwa.
„Najlepszą”, najspokojniejszą, najbardziej przyjazną rzeczą, z jaką kiedykolwiek miałem do czynienia, był mały piecyk w pokoju na piętrze w Saint-Maurice. Nic nigdy mnie tak nie pokrzepiało, gdy rozmyślałem nad swoim istnieniem. (...) Tym, co mnie nauczyło pojęcia bezmiaru, nie była Droga Mleczna ani lotnictwo, ani morze, lecz drugie łóżko w Mamy pokoju. (...) Nie jestem pewien, czy w ogóle żyłem od czasów dzieciństwa.
Ogromnie wzruszył mnie ten fragment, napisany wkrótce po dramatycznej przygodzie Saint-Exupéry'ego, kiedy to jego samolot rozbił się na Pustyni Libijskiej i przez kilka dni błąkał się, bliski śmierci z odwodnienia:
Rozpłakałem się, czytając Mamusi mądry liścik, ponieważ wołałem Mamę na pustyni. Okropnie się zezłościłem, że wszyscy sobie gdzieś poszli i zapadła cisza, i zacząłem wołać swoją mamusię. (...) To ona miała mnie osłaniać i chronić, więc wołałem ją z egoizmem małej kózki.
I choć listy często dają mylący obraz relacji (przypomina mi się zbiór listów do matki autorstwa Sylvii Plath – wizja najczulszej więzi między tymi dwiema kobietami, która powstała w mojej głowie po lekturze tej korespondencji, roztrzaskała się w drobny mak, gdy kilka tygodni później w Dzienniku poetki napotkałam jej wyznania nienawiści do rodzicielki), nigdy nie uwierzę, że te pełne miłości listy Antoine'a mogłyby nie być szczere. A człowiek, który tak kochał własną matkę, nie mógłby dla mnie nie być godny szacunku i sympatii.

***
Wygląda na to, że książeczka ta zapoczątkuje w mojej kolejce do czytania długą serię autorów z Francji – przede mną Proust, Balzac, Sartre, Céline i, na deser, mieszanka – Francuskie opowiadania o miłości. Bardzo mnie to cieszy, ale na te smakowitości przyjdzie czas dopiero kiedy uporam się z Atlasem zbuntowanym, który, przyznaję, kiedy już minął pierwszy entuzjazm, zaczyna mnie męczyć. Zawezmę się jednak i dotrwam do końca, tylko już żadnych lekkich lektur w ramach odskoczni!

***
Cytaty pochodzą z: A. de Saint-Exupéry, Listy do matki, wyd. MUZA SA, Warszawa 2006.

piątek, 7 stycznia 2011

Urzekający nieład myśli angielskiego kamerdynera - Kazuo Ishiguro, "Okruchy dnia"


Bardzo lubię książki, które z początku budzą niewiele emocji, akcja toczy się leniwie, a potem przychodzi zakończenie – i burza myśli, które ciężko wyłapać i ubrać w słowa. Tak było i z Okruchami dnia, o których zamierzam tym razem napisać.

Akcja powieści rozpoczyna się, kiedy główny bohater i narrator, Stevens – kamerdyner w starej angielskiej posiadłości – korzystając z kilkudniowego urlopu wyrusza w samochodową przejażdżkę do Kornwalii, aby trochę odetchnąć, zwiedzić kraj i sprowadzić z powrotem do Darlington Hall dawną gospodynię, panią Benn (którą wciąż jeszcze z przyzwyczajenia nazywa panną Kenton), która – zgodnie z tym, co wyczytał między wierszami listów od niej – bardzo pragnęłaby tego powrotu.

W momencie, kiedy opuszcza posiadłość chlebodawcy, jak gdyby uwalnia się spod jej zatruwającej mocy i dokonując retrospekcji zaczyna powoli uświadamiać sobie, jak naprawdę wygląda jego życie. Poświęcił je służbie, ślepo podporządkowując się wszystkim decyzjom lorda Darlingtona i wierząc gorliwie w ich słuszność. Jego głównym ideałem – przekazywanym z pokolenia na pokolenie – było pojęcie godności rozumianej jako daleko idąca powściągliwość, opanowanie, ukrywanie emocji bez względu na okoliczności. Niestety przeniósł ten sposób bycia na całe swoje życie. Kiedy wreszcie uświadamia sobie, jak biednym człowiekiem uczynił przez to samego siebie, jest już za późno – nie potrafi żyć inaczej. Nawet chwile iluminacji, kiedy przychodzi rozpaczliwa świadomość („To lordowi Darlingtonowi dałem z siebie wszystko. Dałem mu z siebie wszystko, co miałem najlepszego, a teraz, no cóż, okazuje się, że nie mam już wiele do zaoferowania”), przebłyski nadziei na odmianę swojego życia („Dla wielkiej rzeszy ludzi najlepszą porą dnia, porą, na którą najbardziej czekają, jest wieczór”) szybko zostają zatarte przez stale powtarzane komunały, że należy pozostawić swój los w rękach tych, którym się służy – wielkim panom, bo w końcu i tak nikt nie wymaga od prostych ludzi, aby mieli swój pogląd na wszystko. Nawet kiedy Stevens postanawia ze wzmożonym wysiłkiem powrócić do swoich ćwiczeń z żartowania, mając nadzieję, że zbliży go to do innych ludzi, uczyni im podobnym – ostatecznie kończy stwierdzeniem, że sprawiłoby to przyjemność jego chlebodawcy. Wszystko więc sprowadza się wciąż do jednego – wiernej służby.

Zauważyłam, że czytelnicy tej książki często odbierają Stevensa jako osobę bezduszną. Może zbyt jestem wyrozumiała, ja jednak nie potrafię go osądzić tak surowo, przeciwnie – wciąż wraca do mnie sympatia, jaką poczułam do niego od pierwszych stron, i mnie osobiście przypomina on raczej życie zamknięte w skorupce. Może udałoby się ją rozbić, kiedyś – choć teraz jest już za późno.

Za co go polubiłam? Aby to wytłumaczyć przejdę od kwestii treści do formy, która była moim zdaniem bardziej nawet godna uwagi. Stevens jako narrator rozkosznie kluczy od myśli do myśli, owija w bawełnę, dba o pozory i pragnie wszystko przedstawić sumiennie, ale nie zbyt dosadnie. Podobnie jak w życiu, w sposobie opowiadania stara się zachować powściągliwość, lecz niezależnie od niego historie rozgałęziają się i przeplatają, domagają się o uwagę, spychają na bok główny wątek – po prostu żyją własnym życiem. Myśli bohatera okazują się nadzwyczaj swawolne, wychodzi z niego gawędziarz! Zauroczona tym, nie potrafiłam podejść do tej postaci jednoznacznie krytycznie, jak gdybym miała w ten sposób skrzywdzić Stevensa, sprowadzić go do jednego wymiaru. Nie umiem nie dostrzegać pod maską nieznośnego formalisty czegoś więcej.

Podsumowując, Nagroda Bookera moim zdaniem jak najbardziej zasłużona. Teraz czas na obejrzenie ekranizacji. Lubię i Hopkinsa, i Emmę Thompson, a film jest ponoć doskonały, więc pewnie się nie zawiodę. :)

***
Cytaty pochodzą z: K. Ishiguro, Okruchy dnia, wyd. Albatros, Warszawa 2008. 

środa, 5 stycznia 2011

Czeska demistyfikacja - Mariusz Szczygieł, "Zrób sobie raj"


Na wstępie zaznaczę, że jestem wielką wielbicielką Gottlandu, lektury Zrób sobie raj nie mogłam więc sobie odmówić. Otworzyłam, przeczytałam pierwsze zdania i natychmiast zrobiło mi się ciepło na sercu. Mariusz Szczygieł otwiera bowiem ten zbiór uroczym tekstem o tym, czym Czechy są dla czechofila. Odmalowuje sielski kraj, w którym nikt na nikogo się nie denerwuje, wszyscy nawzajem się szanują, a psy poi się piwem – po to tylko, by na kolejnych kilkuset stronach swojej książki konsekwentnie nas z tego „raju na ziemi” wyprowadzać.

Już i w tym pierwszym tekście pojawia się zresztą subtelna zapowiedź tego, co nas czeka:
Żeby jednak nie ulec (łatwej u mnie) skłonności do mitologizowania i idealizacji, użyję teraz poglądu Oscara Wilde'a, że najbardziej nie lubimy ludzi, którzy mają takie same wady, jak my. A więc dlatego uwielbiamy Czechów. Bo to naród, który ma zupełnie inne wady. (M. Szczygieł, Zrób sobie raj, wyd. Czarne, Wołowiec 2010, s. 11)
Paradoksalnie wadami okazują się te cechy, które zwykliśmy uznawać u Czechów za zalety – śmiech i luźny stosunek do religii. W końcu śmiech to zdrowie, wspaniale byłoby umieć, tak jak oni, na wszystko odpowiedzieć śmiechem... Jak często jednak ten osławiony śmiech okazuje się „na siłę”! Jak często jest tylko narzędziem, przykrywką, zagłusza smutek, śmierć, przemijanie i starość. Ma być władzą – nad życiem, nad śmiercią, nad przyczyną śmiechu, czymkolwiek ona jest... Tymczasem jest to jedynie wrażenie posiadania tej władzy. I nie zawsze śmiech jest na miejscu, a od bólu niekoniecznie należy się odżegnywać – „Bo dla rozwoju ból psychiczny i zdolność jego przeżywania to jakby paliwo” (tamże, s. 260). Chorobliwym wręcz przykładem tej desperackiej ucieczki Czechów od cierpienia jest masowe już zjawisko nie odbierania prochów bliskich zmarłych z krematorium – żadnych uroczystości, żadnych pogrzebów, aby tylko jak najszybciej zapomnieć, aby nie przeżywać tego jeszcze raz.

Gdy ktoś ich pyta, jaki jest sens postępowania moralnie, skoro nie oczekują za to nagrody w niebie, irytują się lub śmieją. Nie trzeba im Boga, aby być dobrymi, są szczerzy i brzydzą się hipokryzją – bardzo chwalebnie (zwłaszcza, że u nas w Polsce jest z tym dużo gorzej). Mówią też, że z drugiej strony to przecież nic złego, że ktoś wierzy. Że to prywatna sprawa. Także w tej tolerancji jest jednak ślad zakłamania, o czym świadczy historia policjanta Milana czy innych, z których już w szkole wyśmiewano się, że są „pobożni”. Bohater tekstu Łapię powietrze opowiada, z jakim trudem przyszło mu publiczne przyznanie się do wiary – jakby to było coś wstydliwego. I poniekąd jest, bowiem wierzących w Czechach często uważa się za nieudaczników. Na zasadzie „Nie potrafią sobie z życiem sami poradzić, więc zwracają się do Boga”.

Nie do końca jest więc Zrób sobie raj tym, czego się po tym zbiorze spodziewałam, a co zdawał się sugerować pierwszy tekst. Jest za to zdarciem maski z Czechów, sięgnięciem daleko głębiej, poza stereotypy. Najpiękniejsze jednak jest to, że mimo wyciągania brudów, mimo drążenia, którego efekty stawiają naszych południowych sąsiadów w niezbyt dobrym świetle – widać wciąż, że ta książka została napisana z miłości do Czech. I dlatego polecam ją gorąco.

P.S. Nabrałam po tej lekturze ochoty na Halinę Pawlowską. Mignęła mi czasem gdzieniegdzie okładka Zdesperowanych kobiet, nazwisko się przewinęło, ale nie wnikałam... Mając teraz w pamięci jej niezwykle ciekawy i ciepły obraz z książki Szczygła, zamierzam to zmienić.

P.S. 2 Przejrzałam raz jeszcze tę recenzję i doszłam do wniosku, że pominęłam rzecz bardzo istotną - napisałam "o czym", ale nie wspomniałam słowem o tym "jak". Już w przypadku Gottlandu miało się cały czas wrażenie, że nie czyta się autentycznych historii, że to fikcja, dobra powieść - tutaj jest podobnie, Szczygieł jest po prostu świetnym opowiadaczem, czego mu ogromnie zazdroszczę.

P.S. 3 Mam kilka zdjęć przy słynnych praskich niemowlętach Černego - może tu kiedyś wrzucę. :)