wtorek, 22 lutego 2011

Wsi spokojna, wsi wesoła? "Kroki", Mariusz Maślanka

Po Kroki sięgnęłam z bardzo prozaicznego powodu - chciałam się zapoznać z twórczością Mariusza Maślanki a akurat ta książka wpadła mi w ręce w antykwariacie. Dopiero po dokonaniu zakupu zabrałam się za poszukiwanie w internecie opinii na temat tej konkretnej pozycji - i zauważyłam, że jest ich bardzo niewiele, a jeśli już, to raczej w stylu "jedna ze słabszych książek tego autora". Spoczęła więc na półce i dość długo stała tam osamotniona i zapomniana, w końcu jednak zrobiło mi się jej żal, więc bez wielkich oczekiwań zaczęłam czytać.

Było to w pociągu relacji Kraków-Rzeszów, a więc bardzo adekwatnie do treści, bowiem pierwsza historia (są w sumie trzy) opowiada o Kubie Dolińskim, niespokojnym duchu, który zdał maturę, lecz na wymarzone studia się nie dostał, więc ruszył w wędrówkę po Polsce. Jako syn pracownika kolei za przejazdy pociągiem płaci niewiele lub wcale, do woli więc kursuje od miasta do miasta, wysiadając wedle kaprysu w przypadkowych małych miasteczkach, sypiając byle gdzie, obserwując ludzi i miejsca i uwieczniając wszystko na zdjęciach (fotografia bowiem jest jego pasją). Podczas włóczęgi wraca często w myślach do swojej rodzinnej wsi, wspomina kolejno wszystkich mieszkańców, swoje dziecięce zabawy. Rozmyśla też o przyjaciołach ze szkoły i o tym, co się z nimi stało - a historie to raczej niewesołe, bowiem większość utknęła bez perspektyw w miejscu urodzenia, a jedynym sensem ich życia stała się dyskoteka w Igraszkach.
W dniu dyskoteki na ulicach Igraszek zostaje rozjechana zadomowiona wokół mglista i wystraszona szarość, masakrują ją koła aut, oślepiają światła, ogłuszają klaksony i jednostajna umpa-umpiasta muzyka z drech półek zamontowanych za tylnymi siedzeniami aut. Igraszki tętnią obcym i kolorowym życiem, do dyskoteki wkracza tabor z MTV. Ibiza całą noc świeci ultrafioletem, błyszczy pot i samoopalacze, jędrne ciała bujają się i wciągają, co się da.
Drugie opowiadanie to historia tytułowego Romeczka - młodego mężczyzny, który pracuje na budowie, mieszka wciąż z rodzicami, a z każdej wypłaty niczym hrabalowski Jan Dzieciątko skrupulatnie odkłada pieniądze na wizytę w burdelu, która to dla niego z kolei jest najjaśniejszym punktem życia. I oglądanie pornosów, i plakaty cycatych pań na ścianie, i beztroskie popijanie piwka w wolną od pracy sobotę. Historie z donaldówek, ostatni tekst, jest klimatem trochę zbliżony do pierwszego. Opowiada o wakacjach spędzonych u dziadków na wsi, wolności, dojrzewaniu, przyjaźni, ale i ciemnych stronach życia na polskiej wsi - bójkach, w których niejeden stracił życie, porachunkach między sąsiednimi wioskami, żonach zaganianych pasem do domu przez pijanych mężów.

Podczas tej lektury miałam wrażenie, że czytam o czymś, czego jestem doskonale świadoma, wiem że tak jest, znam tę rzeczywistość i nie powinno mnie to zaskakiwać - a jednak zaskakiwało i przygnębiało. Jak gdybym wcześniej do takiego stanu rzeczy przywykła i przyjęła, że tak ma być, tymczasem to wcale nie jest dobre. Biedni są ci ludzie o ograniczonych perspektywach, w swoich ciasnych światach i płytkich zainteresowaniach, nawet jeśli wydają się zadowoleni ze sposobu, w jaki żyją. I wbrew pozorom właściwie nie ma tu większej różnicy między dużym miastem a wsią - zabawy w klubie Element nie różnią się bardzo od prymitywnej rozrywki serwowanej przez dyskotekę w Igraszkach.

Ogólnie jednak uczucia mam mieszane. Pierwsze opowiadanie zalatywało trochę bitnikami albo Hłaską, ale wiadomo, że "to nie to". Z kolei Romeczek wprowadził mnie w zakłopotanie - po co, jak, dlaczego, o co tu właściwie chodzi? No i spora ilość erotyki w wydaniu budzącym może entuzjazm u dorastających chłopców, odnajdujących w tym swoje własne problemy, u mnie jednak już niekoniecznie. (Daleko niestety panu Maślance do Hrabala, którego absolutnie piękne historyjki o wizytach w domu publicznych piłam duszkiem, bez cienia zniesmaczenia).

Może sięgnę kiedyś po Bidula, bo to ponoć Mariusz Maślanka w najwyższej formie, ale i w tym wypadku pewnie niespiesznie, z ociąganiem...

***
Cytat: M. Maślanka, Kroki, wyd. Świat Książki, Warszawa 2006.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Na słodko i na ostro - Rodziewiczówna i Samozwaniec

Dzisiaj będzie o dwóch pisarkach i dwóch książkach, różnych jak dzień i noc. Obie autorki były Polkami, obie tworzyły głównie w XX wieku (jedna w początkach, druga trochę później) i obie już nie żyją. I pewnie łączy je niewiele ponad to.

Pierwsza to Maria Rodziewiczówna a książką, o której będzie mowa, jest Lato leśnych ludzi. Z tego, co wyczytałam, w twórczości tej pisarki dominują patriotyczne akcenty, poszanowanie tradycji, umiłowanie przyrody i ścisły związek ze swą ojcowizną - i w Lecie... rzeczywiście można większość tych motywów odnaleźć. W porządku, bardzo chwalebnie. Ale język! Przestarzały, czyta się ciężko, zwłaszcza na początku, opisy przyrody - choć u wielu budzą zachwyt - jakieś zbyt dosłowne... Ponadto dla nieodrodnego dziecka miasta - którym jestem, bo na biwaki nie jeździłam, harcerką nie byłam, nigdy nie miałam nawet babci na wsi - ten tekst najeżony był niejasnościami i często nawet przypisy okazywały się niewystarczające.

Sama idea za to jest wspaniała. I ja z chęcią zaszyłabym się na kilka miesięcy gdzieś w dziczy, z dala od uciążliwej rzeczywistości, od polityki, sporów, wojen, od dusznej atmosfery miasta. Oczywiście nie ma co liczyć na beztroski odpoczynek - Rodziewiczówna pokazuje, że takie bytowanie to też ciężki kawałek chleba. Wszystko jednak czegoś nas uczy. A gdy uda się zachować odpowiednie proporcje, dziki zakątek świata może się okazać drugim Rajem.


O ile Rodziewiczówna jest nieco mdła, o tyle Magdalenie Samozwaniec na pewno zarzucić tego nie mogę, przynajmniej na podstawie zbioru felietonów i opowiadań Tylko dla dziewcząt. Chwilami jest to książka bardzo zabawna. Chwilami mniej. Uderzyło mnie jednak - i trochę zmartwiło - że autorka jest tak krytyczna wobec młodych istot płci pięknej, które w końcu mają być adresatkami tej książki. W jednej chwili sprawia wrażenie dobrotliwej ciotuni lejącej miód w serca zagubionych dziewczątek, utwierdzającej je w poczuciu własnej wartości i sypiącej jak z rękawa dobrymi radami, na co zwrócić uwagę przy wyborze towarzysza życia, po to by w drugiej przeistoczyć się w zjadliwego krytyka przywar swojej płci - kobietki z jej opowieści okazują się puste, interesowne, próżne, egoistyczne, rozpieszczone, często tylko na pierwszy rzut oka interesujące, by po bliższym poznaniu ujawnić swoje wewnętrzne zepsucie i brak ogłady. Nie mam nic przeciwko "zdrowej" krytyce - na przykład fragmenty, w których autorka ośmieszała tak sztywną, że aż irracjonalną moralność szacownych matron (o powinności budzenia się siłą woli, gdy panience śni się coś nieprzystojnego, o wzbudzaniu w sobie powołania do żywotu klasztornego itp.) były rewelacyjne - ale prezentowanie polskich dziewcząt w tak niekorzystny sposób, nawet jeśli ku przestrodze, trochę raziło.

Ostatecznie jednak Tylko dla dziewcząt dostarcza sporo uciechy. Cytatów nie przytaczam, bo wyjęte z kontekstu zdania nie są już tak zabawne, urok tkwi w sytuacjach, całych historyjkach. Mimo wszystko więc zachęcam do lektury. U mnie w przypadku tej autorki nie skończy się na pewno na tej jednej książce.

***
M. Rodziewiczówna, Lato leśnych ludzi, wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 1988.
M. Samozwaniec, Tylko dla dziewcząt, wyd. Glob, Szczecin 1990. 

czwartek, 17 lutego 2011

Boginie dnia powszedniego i afrykańskie królowe - "O pięknie", Zadie Smith

Dobre kilka lat temu w jednym z magazynów dla dziewcząt przeczytałam o niejakiej Zadie Smith. Niewiele z tej notki się dowiedziałam prócz tego, że jest pisarką, że właśnie debiutowała i że jako nastolatka zmieniła sobie imię z Sadie, bo chłopak, który jej się podobał, też nosił imię zaczynające się na literę Z. Dopiero jakiś czas potem usłyszałam, że dziewczę to jest powszechnie uważane za wielki talent i nową gwiazdę na firmamencie światowej literatury. Zaciekawiona, przeczytałam Łowcę autografów – i trochę się rozczarowałam. Drugie podejście jednak uważam już za bardziej udane.

O pięknie to rozgrywająca się głównie na terenie fikcyjnego miasteczka akademickiego Wellington w Stanach Zjednoczonych opowieść o dwóch rodzinach - Belseyów i Kippsów. Ojcowie tych dwóch familii są nauczycielami akademickimi od lat toczącymi ze sobą spór, który z akademickiej dyskusji na temat malarstwa Rembrandta przeobraził się w poważny konflikt światopoglądowy. Relacje tych dwóch rodzin gmatwają się jeszcze bardziej w momencie, gdy starszy syn Howarda Belseya, Jerome udaje się na praktyki do Londynu i zatrzymuje się w domu Kippsów, prawdziwe komplikacje jednak pojawiają się, gdy Kipps zostaje zatrudniony w Wellington i przenosi się tam z całą rodziną z Londynu.

Powieść ta, wyraźnie inspirowana, głównie w warstwie fabularnej, Powrotem do Howards End Forstera, podobnie jak swój "pierwowzór" porusza mnóstwo różnych zagadnień związanych z kondycją współczesnego świata (można w ten sposób dokonać ciekawego porównania między światem współczesnym Forsterowi a tym z czasów Zadie Smith, a więc i naszych – co się zmieniło, jakie zjawiska nas niepokoją, jakie nowe problemy się pojawiły, a które „stare” są wciąż aktualne) oraz bardziej uniwersalnych – czym jest miłość, piękno, odpowiedzialność, jakie wartości tworzą zgodną rodzinę, jakie jest znaczenie zdrady małżeńskiej itd. ale o ile u Forstera, który zręcznie kierował wszystkimi marionetkami na raz, zachowane są odpowiednie proporcje, o tyle Smith nie zdołała chyba tego wszystkiego ogarnąć – niektóre zagadnienia zostały po prostu potraktowane po macoszemu. Wydaje mi się, że nie zaszkodziłoby, gdyby niektóre wątki, zdarzenia, postaci, wyrzucić i skupić się maksymalnie na tych o największej wadze. (Jakie znaczenie na przykład miała tutaj postać Katie Armstrong? Pojawiła się i po kilkunastu stronach zniknęła – czekałam, aż wróci i odegra jakąś znaczącą rolę, ale daremnie. U Forstera też było sporo takich postaci, które rodziły się, potem usuwały się w cień na jakiś czas, ale zawsze w końcu pojawiały się ponownie – jak choćby Leonard Bast, który ostatecznie okazał się jednym z najważniejszych bohaterów tej historii).

Styl, który jeszcze całkiem niedawno wydał mi się zbyt szorstki, teraz zaskoczył mnie swoim ciepłem. Poza raczej odrażającymi – tak pewnie miało być, ale mnie takie opisy „źle wchodzą” – scenami erotycznymi, sposób, w jaki ta powieść została napisana, bardzo mi się podobał. Lekko, dowcipnie, ironicznie, ale i bez lukru. O ile niektórzy pisarze lubią rzeczywistość mitologizować, o tyle ta autorka dokonuje czegoś zupełnie odwrotnego – odziera codzienność z niezwykłości, przygląda się jej przez lupę, odmalowuje z zapalczywą szczegółowością to, co w niej brzydkiego i wstydliwego. Jeśli jest brzydka i zła, nie ma co bawić się w subtelności, jeśli banalna i płaska, niech tak będzie.

I tak – Wellington to takie małe piekło. Wykładowcy akademiccy nie są tu – jak głosi powszechny stereotyp – poczciwymi fajtłapami, wielkimi umysłami zagubionymi w gąszczu codzienności, lecz prostakami, snobami, wydumanymi intelektualistami, kłamliwymi cynikami, uległymi wobec swoich lubieżnych fantazji – lub po prostu typami komicznymi. Bowiem „na uniwersytetach ludzie zapominają, jak żyć”. Sprawdza się to i w przypadku Howarda Belseya. Przekonany, że sam posiadł tajemną wiedzę o tym, co dobre i piękne, brzydzi się wszelką hipokryzją, banałem, pospolitymi gustami (jego praca naukowa zresztą polega głównie na negowaniu mitu Rembrandta-geniusza, nie udowadnianiu wielkości tego artysty), ale kim jest on sam, aby krytykować innych? Odziera wszystko, co naprawdę piękne z jego uroku, zamyka swoją rodzinę w klatce swoich własnych uprzedzeń, jest w pewien sposób toksyczny. Trafna jest diagnoza Jerome'a:
I to jest facet, który żonę zdobył, odśpiewując pod jej drzwiami połowę Czarodziejskiego fletu. Teraz nie pozwala jej nawet powiesić w domu obrazu, który jej się podoba. Z powodu jakiejś chorej teorii, którą wbił sobie do głowy, wszyscy dookoła muszą cierpieć. To taka negacja radości życia – nie mam pojęcia, jak wy z nim wytrzymujecie.
Kiedy Howard w domu ojca znajduje Pokój z widokiem przyznaje, że „nie trawi Forstera” – i to jest moim zdaniem wyznanie znamienne, bowiem Forster, a Pokój z widokiem szczególnie to triumf życia i człowieczeństwa, ludzkiej pasji, radości, słońca i wolności. Howard ma tylko swoje małe, ciemne namiętności, swój ciasny światek. Wydaje mi się zresztą, że ta postać jest przyczyną jedynego wyłomu w zdystansowanej postawie autorki do własnych bohaterów. U Forstera mnóstwo jest wtrąceń na temat zachowania bohaterów, mnóstwo tam dyskretnej krytyki, jakby podpowiadał czytelnikowi, kto jakie popełnia błędy, tymczasem Smith na ogół milczy, to stworzone przez nią postaci mówią same za siebie. Do Howarda jednak najwyraźniej sama czuje niechęć, po raz pierwszy przejawia się to właśnie w powyższej scenie – wiadomo przecież, jak sama Zadie Smith ceni i podziwia Forstera – po raz drugi zaś, subtelnie, już poza powieścią, w części Od autorki – kiedy pisze, że nie zgadza się z Howardem co do oceny wyglądu Carla.

Jest więc obóz zakłamanych i zaślepionych akademików oraz – w opozycji do nich – takie postaci jak Kiki Belsey czy Carlene Kipps, obdarzone niezwykłą intuicją i w lot chwytające, co jest w życiu najważniejsze. Kiki – „bogini dnia powszedniego” i „afrykańska królowa” (zabawne, że te najpiękniejsze określenia jej osoby padają z ust kochanek jej męża) i Carlene, która z prostotą mówi: „Nigdy nie zastanawiałam się nad celem życia... chciałam żyć dla miłości”. Nigdy nie mówią niczego, czego rzeczywiście nie myślą. Rozumieją się bez słów. „Znajdują schronienie w sobie nawzajem”. Są prawdziwe – nie jak Howard, o którym na uczelni żartuje się, że „jest istotą ludzką jedynie w sensie teoretycznym”. I dlatego lgną do nich ci zamknięci w klatce fałszu – Howard i Monty, także z powodu pozorów prawdziwości i swobody Howarda pociąga Victoria, a Zorę, która już jest skażona akademickością – Carl. Tu z kolei Victoria słusznie ocenia sytuację, mówiąc Howardowi o ludziach, których faworyzowała jej matka:
Nie cierpiała głupców, wiesz? Ludzie musieli być w pewnym sensie wyjątkowi. Musieli być prawdziwymi ludźmi. Nie takimi jak ty czy ja.
Zmierzając do sedna – jak sam tytuł wskazuje, jest to książka o pięknie i piękno jest tu kluczem. Piękno w codziennych rzeczach, w banałach, piękno, które Howard ignoruje i upiera się, by go nie dostrzegać. Także piękno kobiece, piękno ludzkiego ciała. Ale i inne piękno – powierzchowne, to które nęci i kusi, choć nie zawsze jest dobre. To, które „człowieka naturalnie ogranicza i infantylizuje” – więc w gruncie rzeczy nie może być prawdziwym pięknem, a jedynie iluzją. To prawdziwe uszlachetnia. Ci, którzy je dostrzegają, noszą je w sobie – i tak zawsze było, jest i będzie.

***
Cytaty: Z. Smith, O pięknie, wyd. Znak, Kraków 2006.

czwartek, 10 lutego 2011

Mroczne zakątki kobiecej duszy - "Bestie", Joyce Carol Oates


Co się kryje w sercu i umyśle młodej kobiety, jakie mroczne instynkty czekają na moment wyzwolenia, to rzecz niezbadana. O tym, z grubsza rzecz biorąc, pisze Joyce Carol Oates w Bestiach. Jest to historia opowiedziana w formie notatek w dzienniku jednej ze studentek Catamount College, dwudziestoletniej Gillian Brauer, która uczęszcza na zajęcia z poezji prowadzone przez ekscentrycznego profesora (który profesorem nazywać się nie pozwala, gdyż tytuły akademickie to „pozostałość burżuazyjnej pogoni za splendorem”) Andre Harrowa i – podobnie jak większość jej koleżanek – jest bez pamięci zakochana w swym nauczycielu. Gdy staje się ulubienicą jego i jego żony, rzeźbiarki Dorcas, poznaje mroczną twarz tego tajemniczego małżeństwa i daje im się wciągnąć w rodzaj transu.

To „zamroczenie” widać nie tylko w postępowaniu bohaterki, ale i w sposobie relacjonowania przez nią zdarzeń, których jest uczestniczką. Gillian pisze o swoim związku z Andre i Dorcas w sposób zaskakująco chłodny i rzeczowy – jakby ta relacja, odkrycia, których dokonuje, nie były niczym niezwykłym, a więc jakby rzeczywiście wpadła w hipnotyczny trans, jakby stała się robotem zaprogramowanym do wykonywania poleceń nauczyciela i jego żony. Lub jak gdyby to wszystko było jedynie złym snem. Ten zabieg to strzał w dziesiątkę, bowiem uwydatnił ponure szaleństwo i niesamowitość tej historii.

Idąc tym samym tropem, nie mogę się zgodzić ze stwierdzeniem, jakie gdzieś przeczytałam na temat tej książki – że opisy uczuć grają tu decydującą rolę – bowiem tych opisów praktycznie tutaj nie ma. W zasadzie tylko domyślamy się, że Gillian czuje się niedoceniona, że przygnębił ją rozwód rodziców, być może ich wygórowane wymagania wobec niej, wszystko to jednak pojawia się jedynie w formie zawoalowanej. Fakt, że dziewczęta z grupy Harrowa ciągnęły do niego jak ćmy do ognia można sobie wytłumaczyć kompleksami, tęsknotą za lepszym życiem, potrzebą bycia docenioną i wyróżnioną, ale opisów tego, co one czują, czym się kierują, także w tej książce nie znajdziemy. Gillian przedstawia głównie fakty. Język zaś, którego używa autorka, nie jest raczej poetycki, a prosty i jasny, przy czym absolutnie nie działa to na jego niekorzyść – przeciwnie, widać, że Oates bardzo sprawnie posługuje się słowem, jej proza to dla czytelnika czysta przyjemność.

Rozczarowała mnie tylko jedna rzecz – ta „przyziemna” strona całej historii, która wychodzi na jaw (nie chcę spoilerować, więc nie zagłębiam się w szczegóły). Moim zdaniem było to niepotrzebne; tajemniczość, pozostawienie pola dla wyobraźni czytelnika byłyby tu bardziej na miejscu, wzmogłyby lęk i poczucie niepokoju. Utwór ten jednak i bez tego jest klimatyczny, więc polecam – jako bardzo dobrą powieść grozy.

***
J.C. Oates, Bestie, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 2007.

wtorek, 8 lutego 2011

Wrażliwość i tradycja przeciw nieczułości imperializmu - "Powrót do Howards End", Edward Morgan Forster

 
O Powrocie do Howards End słyszałam wcześniej wiele, głównie za sprawą filmu. Ciekawość w ten sposób zrodzona w połączeniu z pozytywnymi wrażeniami z lektury Pokoju z widokiem tego samego pisarza oraz planami przeczytania w najbliższej przyszłości O pięknie Zadie Smith (która pisząc tę książkę ponoć mocno się na Forsterze wzorowała) – zadecydowały o tym, że Howards End w końcu przeczytałam.

Fabuła jest z pozoru prosta, jednak z czasem po cichu rozrasta się i komplikuje. Mamy do czynienia z rodzeństwem Schlegel – panną Małgorzatą, rozsądną i prostolinijną, panną Heleną – skłonną do egzaltacji idealistką, oraz Tibbym – intelektualistą ostentacyjnie ignorującym otaczających go ludzi, skupionym na własnej osobie.
[Małgorzata] nie była piękna ani specjalnie atrakcyjna, ale miała w sobie coś, co zastępowało obie te zalety, a co należałoby chyba nazwać żywością umysłu i serca, nieustającą szczerą wrażliwością na wszystkie przejawy otaczającego ją świata.
Młodsza [siostra] skłonna była czarować ludzi i czarując, ulegać ich czarowi, starsza natomiast szła przed siebie prostą drogą, przyjmując sporadyczne niepowodzenia jako nieodłączną część życiowej gry.
Niektórzy przestają słuchać, ilekroć wspomni się przy nich o książkach; podobnie uwaga Tibby'ego zaczynała błądzić, ilekroć dyskutowano przy nim o „bliskich kontaktach z ludźmi”.
Z drugiej strony – państwo Wilcoksowie, na czele z panem Wilcoksem, aktywnym człowiekiem interesu, przyziemnym i nie wykazującym najmniejszego zainteresowania zagadnieniami życia wewnętrznego człowieka oraz indywidualnej osobowości.
Wyminąwszy grząską strefę uczuć, wiedzieli doskonale, co należy zrobić, po kogo posłać, trzymali mocno w rękach wodze tego świata.
Te dwie rodziny stykają się na moment na samym początku akcji powieści, po czym następuje gwałtowne i, wydawałoby się, definitywne zerwanie relacji. Jak się jednak wkrótce okazuje, ich losy zostaną splecione dużo mocniej, niż można by się spodziewać. Gdy Wilcoksowie sprowadzają się do Londynu i zamieszkują w domu dokładnie naprzeciwko Wickham Place, lokum rodzeństwa Schlegel, między Małgorzatą a panią Wilcox, z pozoru tak się różniącymi, rodzi się przyjaźń. Wkrótce zostaje gwałtownie przerwana przez śmierć pani Wilcox, która jednak w ostatnich chwilach życia zapisuje w spadku pannie Małgorzacie swoje rodzinne domostwo, Howards End. Mąż zmarłej, biorąc to za efekt przedśmiertnej gorączki, ignoruje nieoficjalny testament. Od tej pory jednak myśl o pannie Schlegel prześladuje go, wszystko zaś zdaje się dążyć do realizacji ostatniej woli pani Wilcox...

Jest jeszcze Leonard Bast – urzędnik, przedstawiciel niższej klasy społecznej niż Schleglówny oraz Wilcoksowie, którego pewnego razu rodzeństwo Schlegel poznaje na koncercie, w dość dziwnych okolicznościach – Helena przez przypadek zabiera parasol pana Basta. Zaraz potem dżentelmen ów znika z życia sióstr i wydaje się, podobnie jak w przypadku państwa Wilcoksów, że incydent ten nie będzie początkiem dłuższej znajomości, zwłaszcza biorąc pod uwagę przepaść społeczną pomiędzy Bastem a rodziną Schleglów. Tymczasem przeznaczeniem tej postaci jest odegrać kluczową rolę w dalszych losach rodzeństwa.

W porównaniu z Pokojem z widokiem powieść tę charakteryzuje na pewno większy rozmach. Podczas gdy ta pierwsza jest bardziej skupioną, kameralną opowiastką, Powrót do Howards End analizuje nie tylko zawiłe związki między bohaterami, ich życie wewnętrzne, ale i problemy społeczeństwa, w którym funkcjonują, kraju, w którym żyją, wreszcie – całego świata i kierunku, w jakim zmierza.

Siłą tej powieści jest mnogość niejednoznacznych, trudnych do rozgryzienia bohaterów. Niejasny jest jednak także sposób opisu tych postaci. Być może to ja jestem niewrażliwa na takie psychologiczne subtelności, jednak po dwustu stronach opisujących różnice między charakterem i spojrzeniem na świat rodzeństwa Schlegel i Wilcoksów wciąż nie byłam w stanie do końca określić, na czym te różnice polegają. Usiłowałam się doszukać postaci reprezentującej postawę najbardziej zbliżoną do ideału, popieraną przez autora, i z początku wydawało mi się, że miała nią być Małgorzata. Wrażliwa, dbająca o sprawy ducha, inteligentna i zainteresowana sztuką, ale jednocześnie trzeźwo patrząca na rzeczywistość – uznająca ogromne znaczenie pieniądza oraz poddająca w wątpliwość owocność prób dźwignięcia niższych warstw społecznych do poziomu arystokracji. Podobnie jednak jak i u jej siostry i brata, raziło mnie jej podejście do pracy – przyznaje, że jest potrzebna i nakłania do niej Tibby'ego, jednak dla niej samej to wciąż coś zupełnie egzotycznego.
Moim zdaniem ostatnie stulecie wyrobiło u mężczyzn potrzebę pracy, którą powinni kultywować. Jest to nowe zjawisko. Niesie ze sobą wiele złych skutków, ale samo w sobie jest pożyteczne.
Mimo całego swojego rozsądku i praktyczności nie sposób nie zgodzić się też z zarzutem pana Wilcoksa wobec niej – że ona i jej siostra są inteligentne, ale nieżyciowe. Żyjąc w idealnym świecie, będąc otoczonym dziełami sztuki i książkami, istotnie nie można poznać prawdziwego życia – choć z trójki rodzeństwa Małgorzata była temu na pewno najbliższa.

Wilcoksowie z kolei trzymają się ziemi zbyt mocno, są nieczuli, przesadnie zasadniczy, zaabsorbowani praktyczną stroną życia. Ich zdolności przywódcze i organizacyjne budzą podziw Małgorzaty, która uważa ich za ludzi będących motorem postępu i głównych budowniczych naszej cywilizacji, pod względem rozwoju duchowego są jednak na poziomie dzieci, o czym świadczy pozbawione skruchy i samokrytycyzmu zachowanie pana Wilcoksa. Tutaj z kolei słuszne wydają się zarzuty Heleny:
Wiem, że nic nie wiemy, ale mogę pana pocieszyć, że tacy ludzie jak Wilcoksowie wiedzą jeszcze mniej niż inni. Rozsądni, solidni Anglicy. Twórcy imperiów, sprowadzający świat do poziomu tak zwanego zdrowego rozsądku. Ale kiedy im przypomnieć o ich śmierci, czują się obrażeni, bo śmierć jest prawdziwym imperium, które gromić ich będzie po wieczne czasy.
(Przy okazji – warto zwrócić tu też uwagę na problem śmierci, Helena chwilę później formułuje trafną i ciekawą myśl: „Śmierć niszczy człowieka; idea śmierci zbawia go”, a więc – idea śmierci uczy pokory materialistów).

Zupełnie osobną kategorią jest pani Wilcox. To ona wydaje się tutaj najbliższa ideałowi, najlepiej udaje jej się „godzić ducha z materią”. Choć niewykształcona, nie potrafiąca prowadzić intelektualnych pogawędek, z pozoru prosta, posiada wspaniałą wyobraźnię i niezwykłą intuicję. Podczas gdy inni miotają się i stają przed życiowymi dylematami, ona spokojnie i pewnie kroczy przez życie.
Nie była intelektualistką, nie była nawet inteligentna, tym dziwniejsze więc, iż wyczuwało się w niej jakąś wielkość.
Z postacią tą nieodłącznie związany jest też Howards End.
Pani Wilcox, skądinąd kochająca żona i matka, ma tylko jedną prawdziwą namiętność: swój dom.
To stare domostwo jest tu też symbolem przeciwstawienia wielkim zmianom, jakim powoli ulega Anglia i cały świat – podczas gdy ludzie zmieniają się w grupę kosmopolitycznych turystów, Howards End wraz z panią Wilcox jest znakiem zakotwiczenia, tradycji, łączności z przeszłością. To dlatego pan Wilcox, „imperialista”, dziecko nowych czasów, tak bardzo nie lubi tego miejsca, narzeka na jego niefunkcjonalność, to dlatego też dom przypada w darze Małgorzacie – widząc w niej pokrewną duszę, pani Wilcox czyni ją swoją duchową spadkobierczynią. Powrót do Howards End był nieunikniony – dla tych, którzy jeszcze rozumieją, co jest w życiu najważniejsze, stanie się schronieniem i ostatnim bastionem, łódeczką na fali wielkich zmian.

Powieść na pewno bardzo ważna, choć nie lekka, łatwa i przyjemna. Zabawne, że przed uporządkowaniem myśli i napisaniem tego tekstu moje wrażenia w związku z tą książką były zupełnie inne, bardziej krytyczne – zdecydowanie jest więc to dzieło z tych, które wymagają przetrawienia. Ale warto.

***
Cytaty: E.M. Forster, Powrót do Howards End, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.

poniedziałek, 7 lutego 2011

Ożywcza moc polskiego spirytusu - "Tak, panowie, idę umrzeć. O Hrabalu i piwoszach", Franciszek Bielaszewski


Każdy chyba od czasu do czasu potrzebuje jakiejś krzepiącej lektury, takiej, która pomogłaby spojrzeć łaskawszym okiem na świat i przywróciłaby wiarę w ludzi i w to, że życie jest piękne. Ja wtedy sięgam po coś Hrabala albo o Hrabalu. Ciepłe historyjki z praskich piwiarni są w tym wypadku niezawodne. Z wielką przyjemnością pochłonęłam więc tę książeczkę autorstwa Franciszka Bielaszewskiego – Tak, panowie, idę umrzeć. O Hrabalu i piwoszach.


Jest to zbiór zbeletryzowanych wspomnień autora, który Hrabala znał osobiście i w latach 80. i 90. spędził z czeskim pisarzem i jego przyjaciółmi - „stałymi bywalcami” - wiele godzin w praskich gospodach. Bielaszewski odmalowuje rodzinną i twórczą zarazem atmosferę tamtych spotkań, kult piwa, opowieści i legendy przekazywane z ust do ust, na czele z tą, której sam był ojcem – jak to przywieziony z Polski „szpirytus” wywołał u stałych bywalców ekstazę i doprowadził, pełnych nabożnego podziwu, do stanu, który później z piersi biednej sprzątaczki wydarł rozpaczliwy okrzyk „Nawet prosięta wyglądają lepiej niż pijani artyści!” (a po praskich piwiarniach zaczęła krążyć wieść, że tego wieczoru Hrabal zmarł, lecz właśnie sławny polski spirytus przywrócił go do życia).

I Jim powoli bardzo ostrożnie objął palcami szklaną piękność i z całej siły przytulił do piersi a potem mocno pocałował w szyjkę gładką powierzchnię tej przezroczystej krasy... stali bywalcy U Doboszy aż westchnęli na ten wzruszający widok... wszystkim zakręciła się łza wzruszenia... a po policzkach Jima ciekły dwie kryształowe jak zawartość butelki... dwie kryształowe łzy... łzy uszczęśliwienia i bezgranicznego zafascynowania tą pociągającą pięknością...

Elementem spajającym wszystkie te utwory jest oczywiście Hrabal, przedstawiony jako postać ciepła, choć na pozór szorstka:
Kiedy słyszałem od niego pod moim adresem „idź do dupy”... „jesteś debil”... „jesteś głupi jak wół” itd... to wtedy byłem bardzo szczęśliwy... bo wiedziałem... że w ten sposób pan pisarz daje mi do zrozumienia... że mnie lubi...

Dowiadujemy się z tej książeczki także między innymi, jacy pisarze Hrabala inspirowali – Joyce (o Ulissesie mówił, że odnajduje w nim nie tylko piękno ale i puste miejsca, które stara się zapełnić własnym pisaniem), Schulz (którego Sklepy cynamonowe skłoniły go do powrotu do własnego dzieciństwa), Eliot (którego podczas spotkań w piwiarniach lubił tłumaczyć „od ręki” z niemieckiego, improwizując, powtarzając ulubione fragmenty). I jeszcze dwa urocze teksty na deser – Tańczący z cenzurą, rodzaj listu do nieżyjącego już wówczas pisarza, gdzie głównym motywem jest słynne zdanie stryja Pepina („Życie jest piękne, aż do szaleństwa piękne, nie żeby takie było, ale ja je tak widzę”), oraz Dziadek z wykopalisk – hołd dla dziadka autora, poniekąd będący też hołdem dla stałych bywalców z Hrabalem na czele.

Mało tego. Bielaszewski nie tylko pisze o Hrabalu, ale i pisze jak Hrabal. Styl, jakim jest ta książka napisana, jest w zasadzie imitacją gawędziarskiego stylu czeskiego pisarza. Autor zresztą nie kryje się z tym, jak wielki wpływ miał Hrabal na jego życie i jego twórczość:
A moje pisanie jest podziękowaniem dla pana za te lata... jest też pomnikiem... który buduję dla pana i mojej matki przez całe życie...

Jest więc dla mnie ten zbiór najpiękniejszym wyrazem przywiązania i podziwu dla ulubionego twórcy i przyjaciela - oraz uroczym zapisem epoki, która wraz ze śmiercią Hrabala dobiegła końca.

***
Cytaty: F. Bielaszewski, Tak, panowie, idę umrzeć. O Hrabalu i piwoszach, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2003.

czwartek, 3 lutego 2011

Piękny choć nie subtelny - "Pokój z widokiem", Edward Morgan Forster

Lucy Honeychurch to dziewczyna, którą wychowano w przekonaniu, że ludzie dzielą się na lepszych i gorszych, powściągliwość jest największą cnotą a piękno jest równoznaczne z subtelnością. Pobyt we Florencji w towarzystwie krewnej, starej panny Charlotte Bartlett - w którym to momencie jej życia poznaje ją czytelnik Pokoju z widokiem E.M. Forstera - staje się przełomowym okresem w jej życiu. Pod wpływem pana Emersona, angielskiego turysty o swobodnych poglądach przerażających pannę Bartlett oraz manierach pozostawiających według niej wiele do życzenia, oraz jego syna George'a rozpoczyna się powolna przemiana z potulnego dziewczęcia niezdolnego do samodzielnego decydowania o sobie w świadomą, niezależną i potrafiącą cieszyć się życiem młodą kobietę. A początkiem wszystkiego jest tytułowy pokój z widokiem - kiedy Lucy i jej kuzynka nie otrzymują upragnionych pokojów z widokiem na Arno, pan Emerson i jego syn, zatrzymujący się w tym samym pensjonacie, proponują odstąpienie swoich pokojów paniom. Jest to gest znamienny; Lucy otrzymuje wkrótce nie tylko widok z okna na Florencję, ale i nowe spojrzenie na świat, zmianę perspektywy, widok, jakiego wcześniej nie było jej dane doświadczyć i którego w pełni także tak prędko nie doświadczy. Będzie musiała po drodze stoczyć walkę z rodziną, drętwym i zasadniczym narzeczonym Cecilem oraz - co najtrudniejsze - z samą sobą.

Czytanie tej powieści było dla mnie ogromną frajdą, bowiem im bardziej irytujące było zachowanie matki Lucy, panny Bartlett, Cecila - czyli wszystkich tych, którzy hamowali duchowy rozwój głównej bohaterki, w tym większe rozbawienie wprawiały mnie fragmenty, w których ucierano im nosa. Każdy swobodny gest czy słowo wywołujące święte oburzenie w spętanych purytańskimi obyczajami bohaterach budziły moją nieposkromioną wesołość - a scena, w której Freddy, George i ksiądz Beebe kąpią się w stawie i zostają na tym przyłapani przez panią i pannę Honeychurch oraz Cecila jest po prostu cudowna! Brakowało mi jedynie panny Bartlett jako dodatkowego świadka tej sceny. Przebijała z tych stron radość, beztroska, młodość, słońce, wolność... Te fragmenty podobały mi się najbardziej.

Co do postaci Cecila - wydała mi się trochę zbyt jednoznaczna. Wiedziałam jeszcze przed lekturą z opisów, że pojawi się konkurent dla George'a i Lucy będzie zmuszona dokonać wyboru, jednak spodziewałam się, że ów konkurent będzie miał jej coś do zaoferowania, tymczasem trudno było w nim dostrzec cechy pozytywne - był złośliwy, nadęty i nieczuły. Gdyby ta postać była bardziej wielowymiarowa, dylemat Lucy miałby większy sens. Z drugiej strony - trzymało się to kupy, biorąc pod uwagę, że Cecil miał uosabiać całą bezmyślną, zeskorupiałą arystokrację wraz z jej sztywnymi zasadami i szkodliwym wpływem na ludzi wymykających się konwenansom.

Rozmyślałam później o tej wiktoriańskiej obyczajowości - nie tylko w kontekście tej jednej powieści, ale i innych, które czytałam - i uderzyło mnie, jak bardzo wszystko od tamtego czasu się zmieniło. O ile oczywiście ta powściągliwość jest Pokoju z widokiem w wielu miejscach przerysowana i wręcz komiczna - jak we fragmencie, gdzie panna Alan wzbrania się przed wypowiedzeniem przy mężczyźnie słowa "żołądek" - o tyle skradziony pocałunek zapewne istotnie wywoływał wówczas tak wielkie emocje. Największy skandal, krzywda pozostawiająca ślad na całe życie, oburzające nadużycie - dziś natomiast taki gest nie znaczy nic. Od skrajności w skrajność.

Na koniec - kilka słów o narracji, o której nie mogłabym nie wspomnieć. Urzekł mnie sposób, w jaki Forster zaprzyjaźnia się ze swoimi bohaterami i wyraża to poprzez swobodne wtrącenia - jak wtedy, gdy sugeruje czytelnikowi, aby spróbował przekonać Lucy, że okłamuje samą siebie. A ten tekst, w którym wraca do bohaterów Pokoju... po pięćdziesięciu latach i opowiada o ich dalszych losach, jak gdyby wracał do starych znajomych... Coś nowego i oryginalnego. :)


P.S. Korzystając z tego, że najwyraźniej minął mi trwający rok z okładem filmowstręt, oglądam ostatnio sporo filmów i wczoraj trafiłam na Candy ze śp. Heathem Ledgerem i Abbie Cornish w rolach głównych. Nie napiszę o tym całego tekstu, bo na filmach się nie znam i nie potrafię o nich pisać, ale ten od wczoraj nieustannie chodzi mi po głowie - piękny, niepokojący początek, wspaniała muzyka, motyw z Mozarta towarzyszący scenom narkotyzowania się... Nie wiem, czy tylko na mnie to wszystko tak zadziałało i tylko mnie jest teraz tak smutno, wyjątkowo.

Fot. mjio (sxc.hu)