wtorek, 22 marca 2011

O Kossakówce uroczej, choć obcej - "Maria i Magdalena", M. Samozwaniec

Zacznę od tego, co najbardziej mnie w tej książce urzekło:
Kossakówka też mogła nosić nazwę "domu w słońcu", jakież tam wszystko było pogodne, nasiąknięte radością i zdrowym realizmem. Mama w dużym słomianym kapeluszu a la Wojski stała za plewiącą grządki dziewczyną i wydawała jej gromkie rozkazy. Czasem zdenerwowała się i zaczynała pracować za nią. Malutką nóżką naciskała łopatę, ryła, wyrywała chwasty, a ponieważ bardzo dbała o swoje rączki, więc to wszystko robiła w starych zniszczonych rękawiczkach. Jej córki przez ten czas bujały w hamakach, czytały książki, latem zażerały się bobem, a na wiosnę sałatką z rzeżuchy. "Po cóż jechać do Turcji?" - pisała w tym ogródku poetka - w ogóle po co się gdziekolwiek jechało? Przecież i tak się tu musiało wrócić, bo to było najlepsze miejsce na ziemi. Porzucało się piękne zagraniczne miasta, porzucało się pięknych mężów dla tego "domostwa w słońcu". Pawlikowska leżała w hamaku, przewracając się w nim z rozkoszą, a Duch domostwa w kapeluszu Wojskiego przychodził i pytał się, co chcą zjeść na obiad.

Dom - w pełnym tego słowa znaczeniu, rozbrzmiewająca śmiechem od rana do późnej nocy Kossakówka, miejsce spotkań artystycznej śmietanki tamtych czasów, pierwszy raj kilku pokoleń Kossaków, gdzie wychowały się dwie wielkie polskie literatki - Magdalena Samozwaniec i Maria Pawlikowska-Jasnorzewska (czyli Madzia i Lilka). Jakie były ich dziecięce zabawy, o czym marzyły jako dorastające dziewczęta, co je wciąż ciągnęło do Kossakówki? O tym między innymi traktuje ta smakowita lektura.
Kossakówka (Źródło)

Smakowita, bowiem mimo drobnych zawirowań i chaotyczności (mam lekkiego bzika na punkcie uporządkowania) czytało się Marię i Magdalenę świetnie. Nie raz i nie dwa uśmiechnęłam się, natykając się na dowcipne sentencje w stylu "Kobieta psuje się wpierw od szyi i podbródka (przeciwnie jak karp, który podobno... od ogona)" czy "Największy komplement, jaki mężczyzna może powiedzieć kobiecie, to oświadczyć się o jej rękę", uśmiechałam się też czytając o perypetiach rezolutnej Madzi w Bukareszcie - jak to jej żywiołowa, szczera natura wymykała się konwenansom i nie dała się wcisnąć w sztywną formę żony dyplomaty. Miło było dowiedzieć się, jak Kraków dawniej wyglądał, jacy byli ludzie, jakie mieli zwyczaje, i poznać Wojciecha Kossaka jako chodzącą słodycz i serdeczność, czułego ojca spełniającego każdą zachciankę, i razem z Kossakównami podróżować po Europie... Sporej dawki ironii pod adresem dewocji, purytańskiej czystości obyczajów oraz kryteriów wyboru małżonków w tamtych czasach (duży posag i ewentualnie odrobina urody) spodziewałam się, mając już za sobą Tylko dla dziewcząt, gdzie niewyparzony języczek satyryczki smagał te obyczajowe paradoksy równiutko. To wszystko bardzo mi do gustu przypadło.

Moje wrażenia z tej lektury nie są jednak pozbawione i goryczki. Już cytat, którym otworzyłam ten post, nie jest zresztą od tej goryczki wolny... Najpierw pomyślałam sobie, że Pawlikowska-Jasnorzewska, która wyłania się z tych wspomnień, jest bardzo niesympatyczna. Sprawia wrażenie dziecka wychowanego w poczuciu, że jest małym geniuszem i wszystko mu wolno, jest więc despotyczna, chwilami zarozumiała, pozbawiona szacunku dla siostry (niemal jak oczywistość powtarza wciąż opinię, że Madzia jest tępa). Nie do końca godziło mi się to z tą anielską dobrocią i wieczną obawą, by komuś nie sprawić przykrości, jaką jej przypisuje autorka. Uwielbienie Madzi dla siostry, wywyższanie jej do rangi niemal bóstwa, nie drażniło mnie, a raczej - biorąc pod uwagę, że Lilka była taką zołzą - rozczulało i trochę dziwiło. Wkrótce jednak i dla samej Madzi zaczęłam tracić sympatię, w miarę jak wychodziła z niej kokietka, lekkoduch, niewierna żona. Brnęłam przez kolejne rozwody Kossakówien i ich afery miłosne, aż wreszcie fragmenty o ich ojcu, Wojciechu Kossaku, o jego uwielbieniu dla kobiet, licznych zdradach i pobłażliwym stosunku córek do tych wybryków (kiedy mama, Maniusia, narzeka na to, że Wojciech sprowadza swoje kochanki do domu, ten odpowiada jej, aby nie była śmieszna i "wszyscy śmiali się z biednego Mamidła, i mąż, i córki") uświadomiły mi ostatecznie, że to jest po prostu inny świat. Z pozoru ciepły, słodki, kojący, pod lukrową skorupką kryje jednak jakąś obcość - nie czułabym się w nim dobrze. Zostawiam więc Madzię i Lilkę z ich przyjaciółmi-poetami, z ich eleganckim światkiem, wianuszkami adoratorów i barwnym tatusiem-artystą. Wkładam do szufladki z sielskimi obrazkami i rozkosznymi anegdotkami, ale zazdrościć im na pewno nie będę...

***
(A może po prostu i ja mam w sobie coś z dewotki, jednej z tych, które Madzia tak ochoczo obśmiewała w swoich utworkach? Może i mnie dziś by bezlitośnie potraktowała swym ostrym języczkiem?).

***
Cytaty: M. Samozwaniec, Maria i Magdalena, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1978.

środa, 16 marca 2011

Zamiast kwiatów, zamiast wstążki kupowała Ania książki - czyli biblioteczkowe obnażanie

Zaproszona do biblioteczkowo-ekshibicjonistycznej zabawy przez Maiooffkę pochwalę się i ja, choć chwalić się w gruncie rzeczy nie ma czym. Jeszcze, mam nadzieję. Z drugiej strony jednak - nawet gdybym mogła pozwolić sobie na radosne i nieskrępowane zakupy, cóż by mi przyszło z tych rzędów książek na półkach, skoro i tak nie starczyłoby mi czasu, żeby je czytać? Czy nie stałabym się podobna do Wandzi z bajki Jachowicza, co to książki kupowała "ot, tak tylko, byle miała"? I tak już trochę się taką Wandzią czuję, bo pewnie z połowa tego, co niżej prezentuję, dopiero cierpliwie czeka, aż znajdę czas...

Zdjęć robić nie potrafię, więc ich jakość pozostawia wiele do życzenia, za co z góry przepraszam. Porządku żadnego na którejkolwiek z tych półek - może z wyjątkiem ostatniej - doszukiwać się nie należy, bo go tam nie ma. Stoją sobie, jak sobie stoją i mam nadzieję, że dobrze im tak, bo za mało jeszcze ich, żebym je układała według jakichś wzorów (ewentualnie wysokością, od tego bowiem zależy, czy będzie się dało co nieco upchnąć poziomo, na tych stojących, do czego z braku miejsca jestem zmuszona). Na początek skromniutka filia krakowska:


Teraz domowe:








I jeszcze hrabalo-półeczka, moja duma (choć w porównaniu z wszystkimi dotychczasowymi wydaniami Hrabala w Polsce to i tak nic). Od tytułu tej czarnej nazwę wziął ten blog.


Trochę się wstydzę kogokolwiek teraz wyznaczać do dalszej zabawy... No, ale jak ktoś będzie chciał to się zabawi, jak nie to nie. "Po znajomości" zapraszam sQrę i Stephena Dedalusa.

wtorek, 8 marca 2011

Bez wzruszenia i zachwytu o rzekomym arcydziele - "Malowany welon", William Somerset Maugham

Ilekroć przeglądam opinie na temat Malowanego welonu mam wrażenie, że to nie ta sama książka, którą ja czytałam. Już widniejące na okładce entuzjastyczne kawałki z "New York Times" i "Spectator" o tym, jakim to wspaniałym dziełem sztuki jest ta powieść Maughama, budzą mój niepokój, cała armia zachwyconych czytelników sprawia zaś ostatecznie, że czuję, jakby coś było ze mną nie tak.

Sama historia, owszem, jest niezła. Kitty jest rozkapryszoną, płytką i głupią panienką z dobrego domu. Walter, którego zostaje żoną, to człowiek nieśmiały, cichy i nieporadny towarzysko. Nie miałby u niej szans, gdyby nie nagłe zagrożenie, że siostra Kitty, siedem lat młodsza i do tego brzydsza (!) wyjdzie za mąż wcześniej. Po desperackim, pospiesznym ślubie para wyjeżdża do Chin, gdzie Walter pracuje jako bakteriolog. Tam Kitty szybko nawiązuje romans z miejscowym zastępcą gubernatora. Kiedy zdrada wychodzi na jaw, Walter daje jej do wyboru rozwód – pod warunkiem, że jej kochanek weźmie winę na siebie, rozwiedzie się z żoną i poślubi Kitty – albo wyjazd z nim do Mei-tan-fu, gdzie panuje epidemia cholery. Okazuje się, że wbrew nadziejom Kitty bawidamkowi Charlie'mu wcale niespieszno do ślubu z nią, toteż wiarołomnej żonie pozostaje tylko druga opcja. Dopiero w samym sercu zarazy ma się nauczyć prawdziwego życia, jakże innego niż dotychczasowy barwny teatrzyk, w którym główną rolę grała ona i jej zachcianki.

Wszystko to jednak napisane jest językiem tak drętwym, napuszonym, sztucznym, że miejscami aż boli. To, co zgrzytało mi już cztery lata temu, przy pierwszej lekturze tej książki, teraz raziło sto razy bardziej. Znów musiałam znosić Kitty sześć czy siedem razy „ledwie powstrzymującą się od krzyku” w chwilach zupełnie tego nie tłumaczących, śledzić papierowe dialogi i nawet to, co miało wzruszać, budziło raczej moje politowanie. Chyba tylko jedna scena, jeden motyw wywołał u mnie większe emocje – „A zdechł właśnie pies” Waltera. Zakończenie – z założenia pewnie triumfalne – było wymuszone, przemiana Kitty zupełnie nie przekonywała, podobnie zresztą jak sama jej postać. Czasem przemykało mi przez myśl, że skoro świat jest tu widziany oczyma tej bohaterki, może miał być z założenia opowiedziany tak płytko i beznamiętnie... Ale nie, moim zdaniem ta powieść jest po prostu napisana nieudolnie. Co z tego, że czyta się lekko, skoro pozostaje niesmak?

Natomiast nakręcony na podstawie tej książki film jest podobno doskonały – i nie dziwi mnie to, historia jest naprawdę dobra, a dzięki odpowiedniej oprawie wizualnej i dźwiękowej na pewno można z tego zrobić cudeńko. Chętnie tę ekranizację obejrzę, ale do książki już raczej nie wrócę.

***
W.S. Maugham, Malowany welon, wyd. Świat Książki, Warszawa 2007.

niedziela, 6 marca 2011

O Jacku Londonie i Martinie Edenie - „Żeglarz na koniu”, Irving Stone

Przeczytałam opowieść o człowieku niezwykłym. Nieustraszonym, żądnym przygód, we wszystko, do czego tylko się zabrał, wkładającym całe serce i cały swój rozum. Chłonącym wiedzę jak gąbka, kochającym ludzi, niesamowicie zdyscyplinowanym – jako pisarz dzień w dzień, choćby się waliło i paliło, zapisywał tysiąc słów. Wytrwale zmierzającym do celu, choć w głębi ducha nieśmiałym i niepewnym, przez całe życie zmagającym się ze swoim bękarcim pochodzeniem i topiącym ten kompleks w alkoholu.

Żeglarz na koniu to tytuł, jaki sam Jack London – bo o nim mowa – chciał nadać swej autobiografii, której ostatecznie nigdy nie napisał. Historię życia tego pisarza, żeglarza, włóczęgi i filozofa w jednym spisał natomiast Irving Stone. Opowieść rozpoczyna się, gdy – krótko po poczęciu Londona – z wielkim hukiem rozpada się związek jego matki, Flory Wellman, kobiety bez wątpienia inteligentnej i żądnej wiedzy, ale i emocjonalnie niezrównoważonej, oraz ojca, W.H. Chaneya, profesora, astrologa, z pochodzenia Irlandczyka, który swego syna nigdy nie poznał. Następnie – lata dzieciństwa spędzone głównie pod opieką ojczyma, Johna Londona, oraz przyrodniej siostry (i jedynej prawdziwej przyjaciółki) Elizy, burzliwa młodość na morzu jako pirat ostrygowy, w pociągach towarowych jako włóczęga i w Klondike jako poszukiwacz złota, ale i w bibliotekach jako zagorzały czytelnik i początkujący pisarz. Okres stabilizacji, dwa małżeństwa, ranczo. I wreszcie śmierć, wedle przekonania biografa – i mojego też – samobójcza (o czym świadczą precyzyjnie wcześniej wyliczone i spisane dawki siarczanu morfiny i siarczanu atropiny, które miały zapewnić Londonowi podróż na tamten świat).

Nie ma sensu dokładnie opisywać, co i gdzie London przez całe życie robił – a było tego sporo. Jeśli ktoś będzie zainteresowany, sięgnie do tej lub innej jego biografii i sam się przekona. Skupię się głównie na tym, jaki obraz tego człowieka wyłania się z książki Stone'a. Najpierw mamy budzącego sympatię i podziw młodego chłopca, który mimo braku ojca i oziębłości matki (nie wychodzi mi z głowy ta scena, kiedy Jack i Eliza rozgorączkowani i bliscy śmierci leżą w łóżku, a Flora zastanawia się, czy będzie możliwość pochowania ich w jednej trumnie, żeby było taniej) doskonale radzi sobie w życiu, czyta, podróżuje, a do tego okresowo pełni rolę żywiciela rodziny.

Następnie na gruncie osobistej biedy oraz setek spotkań z prostymi ludźmi, robotnikami wyzyskiwanymi do granic możliwości, wyrasta z niego zagorzały socjalista oraz wyznawca dziwnej światopoglądowej mieszanki Marksa, Nietzschego i Darwina. Zaślepiony filozofią, która jest tak naprawdę nie do zastosowania w życiu, niszczy życie swojej żony i córek (najpierw – przekonany, że miłość romantyczna nie istnieje, a małżeństwo to związek o charakterze wyłącznie biologicznym – pojmuje za żonę kobietę, której nie kocha, a gdy spotyka inną, która budzi w nim miłość i pożądanie, zostawia dla niej rodzinę, tłumacząc sobie, że jest nietzscheańskim nadczłowiekiem i mieszczańska moralność nie może go krępować). Wreszcie – właściciel wiejskiej posiadłości, której drzwi zawsze stały otworem dla przybyszy, człowiek niesamowicie otwarty, towarzyski, skory do zabawy, o wielkim, współczującym sercu, gorąco wierzący w ludzi (co niestety niektórzy wykorzystywali).
Dom uważał za święty przybytek, otwarty dla każdego wędrowca, czy to był wielki pan, czy nędzarz; nikogo nie odprawił od progu bez posiłku, napitku, noclegu. Najszczęśliwszy był, kiedy z dwudziestu gośćmi dzielił się za stołem darami bożymi.
Niezależnie od osobistego stosunku do postaci Londona na pewno należy mu się podziw za pasję, z jaką żył i tworzył. We wszystkim, co robił, musiał być najlepszy i dokonywał nieraz tytanicznego wysiłku, by to osiągnąć – czy to było żeglarstwo, czy praca jako reporter, pisanie, budowa domu, prowadzenie gospodarstwa, uprawianie ziemi. Jako raczkujący socjalista zgłębiał wszystkie dostępne dzieła o tematyce społecznej, pragnąc zostać pisarzem każdego dnia wyrabiał normę tysiąca napisanych słów i studiował namiętnie podręczniki na temat stylu, gdy został farmerem postanowił za pomocą swych eksperymentów zrewolucjonizować rolnictwo w całych Stanach Zjednoczonych... Mało jest ludzi o tak szerokich zainteresowaniach i wkładających tak wiele serca we wszystko, czego się tkną.

Irving Stone nie podzielił tej książki na rozdziały tematyczne, jak to często biografowie czynią. To właściwie pół-biografia, pół-powieść. Z początku mi się to podobało, bo nie było zawirowań z chronologią, po pewnym czasie jednak doszłam do wniosku, że całość sprawia wrażenie nieporządnej, zabałaganionej, bez pomysłu, i zabrakło mi klucza, według którego poszczególne historyjki z życia Londona byłyby ułożone. Trochę dyscypliny zdecydowanie zadziałałoby na korzyść tej książki.

Nieporządek pojawił się także przy podawaniu dat, ram czasowych – często pomijany jest rok, jak gdyby była to informacja oczywista, tymczasem jest sporo fragmentów oderwanych, w których nie było to tak proste do ustalenia. Jak już wcześniej pisałam, nie lubię w biografiach nagromadzenia szczegółów, ale tu autor chyba przesadził w drugą stronę.

Teraz jeszcze słów kilka na temat autobiografizmu w Martinie Edenie, którą to powieść przeczytałam kilka dni temu po raz drugi i która tym razem awansowała natychmiast do grona moich ulubionych. Mało która lektura tak mi dała do myślenia i tak wstrząsnęła moim sposobem patrzenia na świat – zakończenie przynosi moment załamania, zwątpienia w sens wszystkich naszych działań, marzeń, planów i osiągnięć.

Uderzające jest podobieństwo młodego Londona z biografii Stone'a do Martina Edena, zarówno co do wyglądu, jak i cech charakteru – pewność siebie, determinacja i odwaga podszyte jednak nieśmiałością, pożądanie prawdy, pogarda dla hipokryzji. Fabularnie jest sporo różnic między historią Edena a ojca tej postaci (choć związek z kobietą z wyższych sfer i plany małżeńskie z nią w roli głównej to fakty; wybranka Londona nazywała się Mabel Applegarth, o niej kilka słów za chwilę), jednakże fragmenty książki Stone'a o tym, jak młody Jack w pocie czoła płodził opowiadania i nowele i z uporem maniaka wysyłał je do kolejnych czasopism, ostatnie pieniądze zamiast na jedzenie wydając na znaczki, tak bardzo przypominają ustępy z Martina Edena, jak gdyby to były cytaty.

London poznał Mabel przez jej brata i z miejsca się w niej zakochał, jednak – inaczej niż u Edena – to nie ta miłość zapoczątkowała okres gorączkowego dokształcania się i pisania. Owszem, London z większą niż wcześniej gorliwością zabrał się za tworzenie opowieści po poznaniu Mabel, mając nadzieję w ten sposób okazać się jej godnym, jednak pierwsze jego doświadczenia czytelnicze i próby pisarskie miały miejsce już wcześniej. Powieściowa Ruth miała więc zapewne dla Martina większe znaczenie niż ukochana Londona dla niego. Jednocześnie jednak została przedstawiona – jak można wnioskować na podstawie relacji Stone'a – bardzo niekorzystnie, bardziej niż na to jej kobiecy pierwowzór zasłużył. Biograf zwraca uwagę na rolę matki Mabel w całej sprawie, w rzeczywistości to prawdopodobnie ona udaremniła plany małżeńskie córki, Mabel zaś, z natury pokorna i uległa, stała się ofiarą manipulacji rodzicielki. Powieściowej Ruth usprawiedliwić już nie sposób – to pusta, niezbyt inteligentna i zupełnie niezdolna do samodzielnego myślenia istota. Czyżby prezentując byłą narzeczoną w tak negatywnym świetle London dawał upust swej goryczy i żalowi względem niej?

Według Stone'a Martin Eden jest o tyle ważną powieścią z dorobku Londona, że można tam znaleźć klucz do tajemnicy śmierci pisarza. Jack napisał kiedyś:
Martin Eden to ja. Martin Eden zginął, bo był indywidualistą, ja żyję, ponieważ jestem socjalistą i mam poczucie więzi społecznej.
Utrata wiary w socjalizm – któremu pisarz poświęcił całe życie – mogła więc w dużym stopniu przyczynić się do decyzji o samobójstwie. Pisarzowi przydarzyłoby się w takim wypadku mniej więcej to samo, co jego bohaterowi, którego poeta Brissenden ostrzegał, że jeśli pozostanie indywidualistą, po osiągnięciu sukcesu nie będzie potrafił się nim cieszyć i utraci sens życia. Czy jednak na pewno London odchodził z poczuciem, że wszystko, co czynił, poszło na marne? Przecież:
Zawsze mówił, że chciałby żyć krótko, ale wesoło. Pragnął zabłysnąć na firmanencie epoki jak biała smuga ognia i pozostawić odblask swoich myśli w umysłach wszystkich ludzi. (...) Wraz z George'em Sterlingiem zawsze zgadzali się, że nigdy nie będą wiedli nędznej, starczej egzystencji; kiedy zrobią już swoje, kiedy przeżyją własne życie, sami pożegnają się ze światem.

***
Cytaty: I. Stone, Jack London. Żeglarz na koniu, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1997.