sobota, 25 czerwca 2011

Siła złudzeń i gorycz przebudzenia - „Upojenie”, Katherine Mansfield

Katherine Mansfield pochodziła z Nowej Zelandii, od roku 1901 mieszkała jednak w Londynie, gdzie obracała się w artystycznych kręgach bliskich między innymi Virginii Woolf. Gdy miała 29 lat zapadła na chorobę płuc, co doprowadziło do jej licznych podróży po europejskich uzdrowiskach oraz, ostatecznie, do śmierci w wieku lat 34.

Virginia bała się jej – jej ciętego języka i przenikliwości – i jej zazdrościła. W swoim dzienniku pisze między innymi na temat Katherine: „I byłam zazdrosna o jej twórczość – to jedyna twórczość, o jaką kiedykolwiek byłam zazdrosna”. Gdzieniegdzie można natknąć się na stwierdzenia, że te dwie pisarki bardzo się nie lubiły – przeczą temu inne fragmenty z dziennika Virginii: „Mówiłyśmy o samotności i stwierdziłam, że ona wyraża dokładnie moje odczucia, i to w sposób, w jaki ich nikt nigdy dotąd nie wyraził”, zaś po śmierci Mansfield: „Miałyśmy chyba coś wspólnego, coś, czego już nigdy nie znajdę u nikogo innego”. I nie zaszkodziło tej sympatii nawet to, że Katherine ponoć portretowała Virginię jako „poprawną starą nudziarkę”.

Zaczęłam od tych powiązań z Virginią, ponieważ święci ona triumfy popularności (zasłużenie zresztą, sama jestem jej wielbicielką), podczas gdy o Katherine słychać stosunkowo niewiele – wznowień jej tomów opowiadań od dawna nie było, podobnie z jej dziennikiem. A że jej twórczość budzi we mnie niekłamany zachwyt (uważam, że jest równie dobrą pisarką jak Woolf, a może nawet lepszą), mam cichą nadzieję, że choć kropla z tego nimbu, jakim otoczona jest w czytelniczym światku Virginia, skapnie na Katherine.

Przechodzę do meritum – kilku słów na temat Upojenia, zbiorku wydanego po raz pierwszy w roku 1923, a więc już po śmierci pisarki. Podczas gdy w tomie Jej pierwszy bal czytelnik do czynienia ma z korowodem młodziutkich, wchodzących w życie postaci, tutaj w większości utworów bohaterami są kobiety lub mężczyźni w okolicach trzydziestki, a więc, według nich samych, „nie pierwszej młodości”, „mający już wszystko za sobą”. Bywają to stateczni małżonkowie i rodzice, ale i niespełnieni artyści, bawidamki czy zatruwający życie wszystkim dokoła kapryśni nadwrażliwcy. I nawet mimo tego, że nie wszystkie te postaci budzą ciepłe uczucia, przeciwnie, często budzą żądzę mordu, mam wrażenie, że większość z nich ma w sobie coś z samej Katherine.

Wyobrażam sobie na przykład, że bardzo była podobna do bohaterki opowiadania tytułowego tego zbioru, Berty Young. Bertę poznajemy w dniu, gdy wszystko wydaje jej się najpiękniejsze, jej życie – pełne i bogate, jej mąż najprzystojniejszy i najbardziej troskliwy, jej dziecko najurodziwsze, i ma ochotę podskakiwać na ulicy jak mała dziewczynka i krzyczeć na cały głos. Trwa w upojeniu.
Co zrobić, gdy mając lat trzydzieści, znajdziesz się na swojej ulicy i opanowuje cię nagle uczucie upojenia – absolutnego upojenia! Jak gdybyś nagle połknęła lśniący kawałek tego już zachodzącego słońca, a teraz płonie ci w piersi i wysyła całe snopy iskierek do każdej cząsteczki ciała, do wszystkich palców rąk i nóg?
Z tymi radosnymi rozważaniami korespondują deklaracje samej Katherine z jej dziennika:
Pragnę życia, gorącego, pełnego zapału, ruchliwego, chcę w nie wrosnąć, chcę się uczyć, dążyć do wiedzy, czuć, myśleć, działać. Oto, czego pragnę. Mniejszym się nie zadowolę. Do tego będę dążyć.
Niestety, końcówka jest gorzka i nieoczekiwanie Upojenie z radosnej opowieści o spełnionej kobiecie przemienia się w refleksję na temat postrzegania świata. Wszystko jest takie, jak zwykle, grusza w ogrodzie pozostała równie piękna, jak kilka godzin temu, a jednak wszystko się zmieniło, bo sielanka okazała się złudzeniem. W jednej chwili Berta zostaje zmiażdżona jak motyl.

To nie jedyne opowiadanie, w którym bohater doznaje nagłego wstrząsu. W Słoneczku i Gwiazdce mały chłopiec przeżywa szok uświadamiając sobie, że wszystko co piękne i dobre w końcu niszczeje, a świadomość tę budzi w nim widok opustoszałego i zaśmieconego salonu, jeszcze kilka godzin wcześniej pełnego smakołyków i tak pięknie przystrojonego na przyjęcie gości! Są też tacy, u których za szokiem idą i pozytywne zmiany. Monika Tyrell z Odkrycia uświadamia sobie, że nie jest pępkiem świata i zapomina o poczuciu bycia przez wszystkich prześladowaną, gdy dowiaduje się o śmierci malutkiej córeczki swojego fryzjera. Z kolei w przypadku bohatera Je ne parle pas français rewolucja niby jest, ale jej nie ma. Odkąd jako mały chłopiec pozwolił obcałować się murzyńskiej służącej i dostał za to pocukrzony placuszek, żyje jak pasożyt, bowiem „zawsze zjawi się jakaś afrykańska praczka i >>przybudówka<<, a on jest bardzo szczery i bon enfant, byle potem placuszek był suto pocukrzony...”. Spotkanie z Myszką, porzuconą ukochaną przyjaciela, wywołuje co prawda u pasożyta pewną refleksję, ale przecież swojego postępowania nie zmienia – wciąż żyje, żerując na uczuciach innych. To, co sam nazywa wielkim przełomem i dowodem na to, że nie jest odczłowieczony, jest chyba przełomem tylko w jego oczach.

Do Virginii Woolf upodabnia Mansfield jej dar obserwacji, umiejętność wchodzenia do głów stworzonych przez siebie postaci, gdy nikt nie patrzy. Widać to w otwierającym zbiór Preludium, gdzie po mistrzowsku odmalowała wzajemne powiązania, napięcia i emocje członków rodziny Burnellów. Co ciekawe, tutaj wielkich zmian nie ma – prócz początkowej, przeprowadzki do nowego domu. Akcja toczy się leniwie i nawet ostatnie słowa nie zapowiadają, by coś w spokojnym życiu Burnellów miało się zmienić. Podobnie jednak jak w Między aktami Virginii, subtelną zapowiedź da się wyczuć. W gorzkich rozmyślaniach Lindy – kocha, ale i nienawidzi, zmęczona jest takim życiem, jakie jej zostało narzucone – czy w kokieterii Beryl względem Stanleya... Sam tytuł zresztą może sugerować, że to wstęp zaledwie. Podobnie upuszczona przez Kasję pokrywka – mimo, że tragedia nie nastąpiła, pokrywka nie została zbita, to jednak krucha jest emocjonalna konstrukcja, na jakiej stoi obecnie ta rodzina.

Moim zdecydowanym faworytem jednak – ze względów bardziej osobistych, nie dlatego, bym to opowiadanie uważała za obiektywnie najlepsze, bo laur ten przyznałabym raczej Upojeniu lub Preludium – jest Feuille d'album. Bo lubię historie, które wywołują uśmiech rozczulenia i ciepło w sercu. Bo przypomina mi miejscami ukochane Białe noce Dostojewskiego – tyle w tym młodzieńczej nieporadności, wrażliwości, samotności! Bo jest przemyślane i zaskakuje zakończeniem, tak, jak lubię. I może jeszcze dlatego, że sama jestem na co dzień chorobliwie nieśmiała i dylematy Iana Frencha nie są mi obce. Popisowo więc złamałam kardynalny zakaz profesora Nabokova i zidentyfikowałam się z bohaterem – całym sercem.

Katherine Mansfield jest w swoich opowiadaniach lekka, barwna, dziewczęca, nawet gdy pisze o sprawach przykrych i poważnych. Nie kluczy, nie bije słownej piany, perfekcyjnie odmierza słowa, a przy tym zawsze udaje jej się zachować odpowiednie proporcje i niedbały urok. Nie potrafię inaczej wyjaśnić fenomenu jej prozy – i nie umiem jej lepiej zarekomendować. Mam nadzieję, że to wystarczy.

***
Cytaty: 
V. Woolf, Chwile wolności. Dziennik 1915-1941, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007,
K. Mansfield, Dziennik, wyd. Czytelnik, Warszawa 1985,
K. Mansfield, Upojenie, wyd. Czytelnik, Warszawa 1962.

piątek, 17 czerwca 2011

Zwierzenia zapisywacza - „Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem”

Pan Szczygieł w swojej książeczce Zrób sobie raj zamieścił między innymi tekst pod tytułem Pod nieobecność pana Hrabala. Tekst ten stał się dla mnie źródłem niewymownej męki – bo jakże chciałabym tak, umieć w zdania ubrać to, co po głowie mi się w związku z panem Hrabalem kołacze, oddać mu hołd w kilku dowcipnych zdaniach, tak jak to się panu Szczygłowi udało. Kiedyś myślałam o tym, aby pisać do pana Hrabala listy, jak do przyjaciela, choć już mi na pewno nie odpisze, na pewno nie materialnie, ale to też nie jest oryginalny pomysł – ściągnęłam go od pana Huelle. Zresztą, każdego, a już pana Hrabala na pewno, od tych moich listów rozbolałyby zęby, bo nie potrafię, po prostu nie potrafię pisać o nim nie popadając w ekstazę. Ale może to dobrze? Może jednak uśmiechnąłby się ten, który z upodobaniem odmalował swą mamusię wybiegającą z domu podczas posiłku by stanąć pośrodku podwórka i wykrzyknąć z głębi serca, jak pyszne są kuropatwy, które właśnie spożywa. I ten, który miał za przyjaciela Egona Bondy'ego, co to bezustannie wrzeszczał wniebogłosy i łapał się za głowę, jakie to cudowne rzeczy panu Hrabalowi się przydarzają. I ten, który sam słuchając jakiegoś pięknego muzycznego utworu biegł nad rzekę, żeby tam się wypłakać. Ja mam podobnie – mnie się od pana Hrabala wprost kręci w głowie, jestem panem Hrabalem opętana.

Ten wywiad-rzeka, którego wobec swego opętania nie mogłam absolutnie sobie odmówić, przeprowadzony przez węgierskiego dziennikarza László Szigetiego jest cudownie chaotyczny. Nie mogłoby być zresztą inaczej, bo w końcu cała twórczość Hrabala taka jest, i on o tym wiedział, dlatego mówi swemu rozmówcy, gdy ten zarzuca mu żartobliwie, że wciąż ucieka, zamiast mówić na temat:
Wie pan, że chciałem, żeby ten nasz dialog miał za motto kilka zdań ze Szwejka? „Kąpał się pan w Malszy? Nie kąpałem, ale w tym roku może być dużo śliwek”.
W zamieszczonym na końcu książki PS Hrabal pisze, że „chaos zaczyna mieć sens od chwili, kiedy wspominam o dryblingu Hidegkutiego” i Hidegkuti, legendarny węgierski piłkarz, okazuje się się rzeczywiście elementem spajającym całą tę rozmowę, i ona sama staje się takim „dryblingiem na chustce do nosa” - dryblingiem, jakiego dokonywał Hašek, ubarwiając kilkuzdaniowe notatki prasowe mistyfikacjami, dryblingiem, z jakiego słynie kultura Europy Środkowej i dryblingiem, który był przez całe życie domeną samego Hrabala.

O czym między innymi jest mowa? O literatach, którzy Hrabala inspirowali – Rabelais'm („ta renesansowa biblia Rabelais'go to mój drugi uniwersytet”), Hašku („Szwejk to coś tak niesamowitego, że zrozumiem go chyba dopiero na pół godziny przed śmiercią” - ciekawe, czy w końcu rzeczywiście zrozumiał), Klímie („Przez Klímę trzeba się przedzierać, kluczem do Klímy jest zawsze symbol, a jego styl jest bardzo literacki”), Demlu („Według mnie to szczytowe osiągnięcie prozy XX wieku”), Schulzu („Każdego roku czytam Sklepy cynamonowe Polaka Brunona Schulza”), Joysie („Był dla mnie po prostu gigantem”), beatnikach na czele z Kerouakiem („Widać tu, ile w tym zabawy, w tym rytmie oddechów, w tej akumulacji obrazów, których nie wolno przegapić”), Faulknerze („Od paru lat solidaryzuję się z Faulknerem w poczuciu potrzeby takich niekończących się zdań” - a ja z nimi)... O ulubionych filmach (pojawiają się między innymi wzmianki o Locie nad kukułczym gniazdem, innych dziełach Formana czy filmach Felliniego), muzyce i sposobie, w jaki na człowieka oddziałuje. O jego pisaniu (jak zwykle pojawia się motyw głowy nabrzmiałej od obrazów oraz przelewania tego na papier, gdy zbiornik się przepełni – a wtedy to już tylko pisanie alla prima, ciurkiem, bez chwili oddechu), o tym, czym są dla niego jego książki, o płaczu, miłości do życia, o metafizyce, przeżyciach na granicy bytu i niebytu, euforycznej samotności, świadomości i nadświadomości, o Bogu:
Wątpię, więc jestem. Tylko ateista może zrozumieć, czym jest Bóg. Tylko negacja może ukazać pozytywne. Właśnie wątpiąc w istnienie Boga, uznaje pan Jego istnienie... Wątpi pan w Jego istnienie, ale On tutaj jest.

Dużo tu też o tym, co Hrabala zachwyca i że ten zachwyt jest podstawą jego bytu – czyli to, czego nieustannie się od niego uczę. A co go zachwyca najbardziej? Prości ludzie i banał codzienności, miejsca i sprzęty, w których nikt nie myślałby doszukiwać się poezji („Ten liryzm małego miasta, tych pięknych zachodów słońca odnalazłem... w odlewni stali”). Natura („Uwielbiam każdą porę roku, ponieważ jestem zakochany w naturze, jestem nią brzemienny...”). Dzieci („Dzieci lgnęły do mnie, małe dziewczynki i chłopcy, miałem wtedy uczucie, że jestem superojcem”). Zwierzęta („Myślę, że nawet kobietom nie dałem z siebie tyle co kotom”). I stary świat, ten który odchodzi, i on, niczym jego bohater Hanta, patrzy na to ze smutkiem i tęskni.

Mnie natomiast najbardziej zachwyciła jego miłość do ludzi. To wspaniałe współodczuwanie. I pokora! On jest tylko zapisywaczem. Nie liczy się, kto pisze, ale co.
Śmieję się z postrzelonymi i śmiejącymi się, ale kiedy widzę, że ktoś płacze, natychmiast doznaję tego samego co on.

Moja opinia na temat tej książki zmieniła się, jak widzę, w litanię cytatów, ale nic na to nie poradzę – najchętniej wklepałabym tu całą tę książkę, słowo po słowie, by cały świat wiedział, bo te cytaty mówią same za siebie. Z drugiej strony – zdaję sobie sprawę, że mój obraz tego pisarza jest trochę zniekształcony, że zaglądający tu niewiele o jakiegoś Hrabala dbają, a już na pewno nikt nie jest nim tak zafascynowany jak ja. Dorzucę więc jeszcze nieśmiało tylko jeden, który mnie w zeszłym tygodniu uratował i który, czuję, zawsze będzie mnie ratował, gdy będzie mi źle – bo pan Hrabal przez te słowa wciąż jest obecny:
Te wszystkie ochy i achy, czy przypadkiem nie powiedziałem albo nie zrobiłem czegoś, czego nie należało robić ani mówić. To cud, że widzę niebo i mogę pod nim iść, maszerować pod bezkresem nieba i miec słodkie poczucie, że w tej chwili nic nie może mi się stać, a gdyby nawet, choćby nawet przejechał mnie tramwaj, to i tak będę zbawiony. 
***
Cytaty: B. Hrabal, Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem - rozmawia László Szigeti, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011.

sobota, 4 czerwca 2011

Rzeź ptaków śpiewających - „Zabić drozda”, Harper Lee

W internecie roi się od peanów na cześć Zabić drozda. Jeśli ktoś, zmęczony tą monotonią, trafił tu z tlącą się w sercu nadzieją, że dla odmiany przeczyta jakąś chłodną recenzyjkę, mogę go na wstępie odprawić z kwitkiem. Bo o tej powieści nie sposób pisać źle – naprawdę jest niezwykła.

Zaczyna się beztrosko – dziesięcioletni Jem i jego młodsza siostra Jean Louise, zwana Skautem, dzieci owdowiałego adwokata Atticusa Fincha, spędzają słodkie dni swojego dzieciństwa w małym miasteczku Maycomb na amerykańskim Południu. Towarzyszy im mieszkający w wakacje u ciotki Dill – „kieszonkowy Merlin z głową pełną ekscentrycznych pomysłów, dziwacznych tęsknot i osobliwych upodobań” (postać, jak się niedawno dowiedziałam, której pierwowzorem był Truman Capote – przyjaciel Harper Lee). Ich mały świat, którego granicę wyznacza z jednej strony dom zrzędliwej, a w głębi duszy samotnej i schorowanej pani Henry Lafayette Dubose, a z drugiej posesja Radleyów, skrywająca mroczną tajemnicę trzymanego przez lata pod kluczem Boo Radleya, zaskakuje ich na każdym kroku zagadkami i niejasnościami. Najlepszym nauczycielem i przewodnikiem okazuje się ojciec, mądry, sprawiedliwy i wyrozumiały, centralna postać tej książki (której tytuł zresztą pierwotnie miał brzmieć Atticus).

Wkrótce dni beztroski kończą się – ojciec Jema i Skauta zostaje obrońcą Toma Robinsona, Murzyna oskarżonego o zgwałcenie biednej białej dziewczyny, Mayelli Ewell. Szanse na powodzenie – niezależnie od tego, jak było naprawdę i jak przebiegnie rozprawa – są niewielkie ze względu na powszechną i gorącą niechęć wobec czarnych. Dla Atticusa jednak jest to kwestia honoru i mimo ryzyka, na jakie naraża siebie i dzieci, całym sercem angażuje się w tę trudną sprawę.

Ze względu na wątek Toma Robinsona Zabić drozda zasłynęło jako powieść o rasizmie. I słusznie, bowiem Harper Lee opowiadając historię zgnębionego Murzyna niezwykle przejmująco opisała sytuację czarnych w latach 30. – więc wcale nie tak dawno – na amerykańskiej prowincji. Nie wierzę, że ktokolwiek, czytając relację z tego procesu, śledząc pełne prostoty i uczciwości wypowiedzi Toma, tak kontrastujące z pokrętnymi zeznaniami Ewellów, patrząc na całą tę sprawę z punktu widzenia dzieci, niewinnych i nie mających wcześniej do czynienia z jawną niesprawiedliwością, pozostał niewzruszony. 

Ale ta powieść to o wiele więcej. Jest tu i mowa o dorastaniu, o uczeniu się świata i utracie niewinności, o odnajdywaniu się w roli kobiety (w której to roli Skaut, chłopczyca, wcale nie chce się odnaleźć), o ludzkiej dwulicowości i hipokryzji (najbardziej jaskrawy przykład, jaki przychodzi mi do głowy, to panna Gates, nauczycielka która z oburzeniem wypowiada się o prześladowaniu Żydów, lecz nie ma nic przeciwko poniżaniu i spychaniu na społeczny margines Murzynów), wreszcie – o szeroko pojętej odmienności, głęboko skrywanych emocjach, samotności. O tym, że największą krzywdę można człowiekowi wyrządzić, pochopnie go oceniając.
Nigdy do końca nie zrozumiesz drugiego człowieka, póki nie rozważysz spraw z jego punktu widzenia (...) dopóki nie wejdziesz w jego skórę i nie pożyjesz w niej trochę. 
Drozd to każde niewinne stworzenie, którego nie wolno krzywdzić. Kto jest drozdem? Oczywiście Tom Robinson, ale i Boo Radley, i mały Walter Cunningham, który według ciotki Alexandry nie jest z wystarczająco dobrej rodziny, by przyjaźnić się ze Skautem, ale i po części pani Henry Lafayette Dubose, a nawet Mayella Ewell – wiecznie sama, bez przyjaciół, bez pomocy, bita i poniżana przez ojca. To tak naprawdę bardzo smutna powieść, pełna nieszczęśliwych, złamanych przez życie jednostek.

W umyśle Skauta, narratorki tej powieści, kwestie najwyższej wagi – tożsamość, tolerancja, poszanowanie dla człowieczeństwa – w uroczy sposób sąsiadują z dziecięcymi zabawami, lepieniem bałwana, relacjami z kolegami ze szkoły czy wściekłym psem. Większość tych dziecięcych spraw jednak wcale nie jest tak błaha, jak się wydaje – w tej powieści mnożą się symbole. Nie wszystkie są oczywiste. Długo głowiłam się na przykład nad kwestią wściekłego psa, którego musiał zastrzelić Atticus. Z początku przekonana, że pies jest figurą Toma Robinsona, którego trzeba poświęcić, aby być może kiedyś coś się zmieniło w spojrzeniu na rasę czarną, później dopiero wyczytałam, że chore zwierzę oznaczało raczej małomiasteczkowe uprzedzenia, którym Atticus samotnie się przeciwstawił. A bałwan? Ulepiony z ziemi i pokryty tylko z zewnątrz śniegiem, wkrótce stracił nieskazitelny biały płaszczyk i ukazał brudne wnętrze – zupełnie jak mieszkańcy Maycomb, którzy, uważani zawsze przez Jema za „najlepszych ludzi na świecie”, dopiero przy okazji procesu Robinsona ujawnili swą prawdziwą twarz.

Po raz kolejny to dzieci okazują się tymi, którzy widzą najwięcej i najjaśniej. Sprawiedliwość pojmują w najprostszy sposób i nie mogą się pogodzić z tym, co widzą na rozprawie. Gdy Dill wychodzi z sali zapłakany, Dolphus Raymond, biały od lat żyjący wśród Murzynów, mówi:
Życie jeszcze nie stępiło jego instynktu. Ale niech no tylko podrośnie, już nie będzie mu niedobrze, już nie będzie płakał. Może i takie sprawy wciąż nie będą mu się podobały, ale na pewno nie zapłacze. Zobaczycie za kilka lat.
Harper Lee
Wspaniała książka! Należą jej się wszystkie nagrody i miejsca na listach „wszech czasów”. Aż strach myśleć, że gdyby nie interwencja agenta, spoczęłaby na wieki gdzieś w śniegu, wyrzucona przez sfrustrowaną Harper Lee przez okno. :) Polecam wszystkim gorąco, ja na pewno wiele razy jeszcze do niej wrócę.

***
Cytaty: H. Lee, Zabić drozda, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2008.