niedziela, 28 sierpnia 2011

Miłosne dylematy superkomputerów - "Witajcie w małpiarni", Kurt Vonnegut

Dwadzieścia pięć krótkich tekstów Vonneguta, składających się na zbiór Witajcie w małpiarni, poprzedzone jest wstępem autora. Rozkosznie zdystansowany, zabawny, autoironiczny - jak we fragmencie o okolicznościach powstania słodkiej miłosnej historyjki opublikowanej niegdyś w "The Ladies Home Journal", a pojawiającej się też w tym zbiorze, Długi spacer od zawsze ("To wstyd, wielki wstyd, przeżywać sceny z pism kobiecych"). Potem - pierwszy z tekstów i wielkie rozczarowanie, o którym wspominałam już zresztą w komentarzach pod Kocią kołyską... Szczęśliwie - wkrótce potem Vonnegut wrócił do poziomu arcysmacznego wstępu i utrzymał się na nim już do końca.

W wielu spośród tych utworów autor przenosi się do przyszłości, a w centrum zainteresowania stawia kwestie nieśmiertelności i długowieczności. Mamy tu takie intrygujące pomysły jak możliwość opuszczania własnego ciała i egzystowania w dużo mniej kłopotliwej formie bezcielesnej, w tzw. stanie amfibii - a w razie potrzeby, możliwość skorzystania z wypożyczalni ciał, gdzie oferowany jest szeroki wybór cielesnych powłok, wszystkie zdrowe i piękne (Nie na miarę), zatrzymywanie procesu starzenia dzięki piciu substancji zwanej antygerasonem (Ciągle tylko jutro i jutro), dynamopsychizm - nowa superbroń, możliwość oddziaływania z ogromną siłą na rzeczywistość mocą własnego, odpowiednio wytrenowanego umysłu (Raport w sprawie efektu Barnhouse'a), euforiafony - urządzenia służące do wprawiania w euforię, "elektroniczne palarnie opium" (Eufo-kwestia), ale i wizje bardziej ponure, zwracające uwagę na pewne problemy zarysowujące się już dzisiaj - jak program wyrównawczy, polegający na sprowadzaniu ponadprzeciętnie inteligentnych jednostek do poziomu statystycznego szaraczka poprzez emitowanie co kilkadziesiąt sekund zakłócających myśli odgłosów z przenośnego radyjka, które każdy taki inteligent ma obowiązek przy sobie nosić - przerażające, przypuszczam że co wrażliwsi skazani na taką mękę nie pozostaliby przy zdrowych zmysłach dłużej niż kilka dni (Harrison Bergeron) czy ratowanie świata przed przeludnieniem za pomocą honorowych samobójstw w sterylnych, świetnie wyposażonych punktach oraz przymusowo zażywanych pigułek etycznej kontroli urodzeń - przy czym nie jest to standardowa antykoncepcja, lecz środek znieczulający człowieka od pasa w dół, a więc zupełnie odbierający mu ochotę na zaspokajanie własnych potrzeb seksualnych (Witajcie w małpiarni).

Nie mniej interesujące były jednak i te bardziej "zwyczajne" opowieści, bez przyszłości w tle. O ludziach z pasją - jak opętany grzesznym w jego mniemaniu pociągiem do jazzu bohater Portfelu Fostera, Grace ze Stylowych wnętrz przez całe życie w myślach urządzająca swe mieszkanie za pieniądze, których nigdy nie miała czy Harry Nash po mistrzowsku wczuwający się w każdą rolę, jaką gra w amatorskim teatrze (Kim teraz będę?). O tym, jak pozory mylą i jakie skarby można odkryć w innych ludziach przy odrobinie wysiłku (Chodząca pokusa, Niesforny szczeniak). Jest i wstrząsający, trzymający w napięciu, zupełnie różniący się klimatem od pozostałych utworów Szach królowi, zaś wszystkim tym, którzy tak jak ja potrzebują czasem mentalnego kopa w tyłek, żeby sobie uświadomić, że życie jest cudem, polecam historyjkę o szczęśliwym świeżo upieczonym ojcu - Adam.

Moim absolutnym faworytem jest jednak Epicac - opowiadanie o superkomputerze, któremu pewnego dnia obsługujący go pracownik trochę z nudów i od niechcenia daje do rozwiązania problem pod tytułem "Dziewczyna mnie nie kocha, co robić?". Po zdefiniowaniu pojęć takich jak dziewczyna, kochanie, poezja, oraz wyjaśnieniu, że problemem dla wybranki zwierzającego się nieszczęśnika jest jego zbytnia prozaiczność i brak romantyzmu, komputer tworzy wiersz, który rzuca kobietę na kolana. Zachwycony pracownik postanawia zrobić z EPICAC-a swojego stałego doradcę w sprawach sercowych, sytuacja jednak wymyka się spod kontroli, gdyż komputer, wiedząc już, czym jest miłość, sam zakochuje się w ślicznej Pat, adresatce pisanych przez siebie liryków... "Nie chcę być maszyną i nie chcę myśleć o wojnie. (...) Chcę być zrobiony z protoplazmy i trwać wiecznie, żeby Pat mnie kochała". Maszyna, która okazuje się bardziej ludzka niż niektórzy ludzie?

A o co chodzi z małpiarnią? W opowiadaniu, które dało tytuł całemu zbiorowi, Billy Poeta opowiada, jak zostały wynalezione pigułki etycznej kontroli urodzeń. Ich twórca, J. Edgar Nation, pewnego razu w Wielkanoc wraz z jedenastką swoich dzieci wybrał się do kościoła na mszę, a następnie do zoo. Po wejściu do małpiarni jednak pierwszym, co zobaczyli, była mała małpa zabawiająca się własnymi genitaliami. Zniesmaczony tym widokiem, tak kontrastującym z czystością i podniosłością wielkanocnego poranka, Nation natychmiast po powrocie do domu rozpoczął pracę nad pigułką, "dzięki której zachowanie małp na wiosnę przestałoby uwłaczać oczom chrześcijańskiej rodziny". Co w tym kontekście oznacza "Witajcie w małpiarni"? Witajcie w prawdziwym życiu, takim jakie ono jest, nie oglądanym oczyma zamydlonymi cukierkowymi wizjami przyszłości. To chce czytelnikowi pokazać Vonnegut, wyśmiewając wszystkie fantastyczne rozwiązania oddalające nas od tego, co pierwotne i naturalne, pokazując zagrożenia i paradoksy. Może nie wszystko w człowieczeństwie jest piękne i bezproblemowe, nic nie jest w końcu doskonałe, ale czasem wskutek jakiegoś zniekształcenia percepcji przestajemy dostrzegać że to, co z pozoru najbrzydsze i najbardziej kłopotliwe - na przykład nasza seksualność czy krótkość życia - jest w rzeczywistości najpiękniejsze i nadaje naszemu istnieniu sens.

***
K. Vonnegut, Witajcie w małpiarni, wyd. Da Capo, Warszawa 1995.

piątek, 26 sierpnia 2011

Umysł a czucie, rozsądek a sentyment
– „Buddenbrookowie”, Thomas Mann

Nareszcie! Skończyłam! Po kilku tygodniach męczącego brnięcia przez dzieje Buddenbrooków dotarłam do ostatniej kropki. Jaki wniosek z tej lektury nasuwa mi się w pierwszej kolejności? Że realizm w wydaniu Manna to rzecz bez wątpienia godna uznania, ale nie dla wszystkich. Najpierw jednak słów kilka o treści.

Thomas Mann (z prawej) i jego brat Heinrich, również pisarz. Autor Buddenbrooków wychował się w rodzinie kupieckiej i podobnie jak ostatni przedstawiciel opisanego przez siebie rodu, Hanno, wbrew oczekiwaniom rodziny wykazywał żywsze zainteresowanie sztuką niż handlem.

Kupiecką rodzinę Buddenbrooków czytelnik poznaje  w roku 1835, w jej złotych czasach. Świętuje ona właśnie w gronie przyjaciół kupno nowego, pięknego domu. „Siedzieli na ciężkich krzesłach z wysokim oparciem, ciężkimi, srebrnymi sztućcami jedli dobre, ciężkie potrawy, popijali ciężkie, dobre wina i wypowiadali swe zapatrywania”. Akcja powieści zaś kończy się ponad czterdzieści lat później – majątek rodzinny jest już wówczas znacznie uszczuplony, firma ma zostać zlikwidowana zaś ród jest na dobrej drodze do wymarcia po nagłej i przedwczesnej śmierci najmłodszego jego przedstawiciela. Na czym polegał ten upadek, o którym mowa już w podtytule powieści, co tak bardzo się zmieniło?

Najstarsi przedstawiciele rodu, o których bezpośrednio mowa w powieści – konsul Johann Buddenbrook oraz jego syn Jean – to jednostki przedsiębiorcze, zaradne, energiczne. Pewną ręką trzymają rodzinny interes i nie poddają się sentymentalnym słabostkom. Tomasz, syn Jeana, z pozoru również wykazuje te „błogosławione” cechy – po śmierci ojca dziarsko obejmuje stery, nawiązuje mnóstwo korzystnych kontaktów, zawiera rozsądne małżeństwo wnoszące do rodziny spory posag, w końcu zostaje konsulem, a następnie senatorem – i przez całe życie dokłada największych starań, by zachować godność w oczach innych ludzi. Kiedy tylko jednak zaczyna zaglądać w głąb własnej duszy, zastanawiać się nad znaczeniem wszystkich ziemskich poczynań, jego, wydawałoby się, pewna postawa zaczyna się chwiać. Zupełnie nieprzystosowany do życia jako kupiec okazuje się natomiast jedyny syn Tomasza, Jan, zwany Hanno. Wrażliwy, zamknięty w sobie chłopiec w głowie ma wyłącznie muzykę.

Wydawałoby się więc, że „winą” – jeśli można tu mówić o jakiejkolwiek winie – kolejnych przedstawicieli rodu Buddenbrooków była rosnąca skłonność do koncentrowania się na swoim wnętrzu, zamiast skupiania się na interesach i aktywnym społecznie życiu prowadzącym do utwierdzania prestiżu rodziny oraz pomnażania rodzinnego majątku. Ale, ale! Tak naprawdę upadek ten, w moich oczach, miał korzenie w czymś zupełnie innym – w sztywności uświęconych form i nieodpowiednim do nich podejściu. Jednym z pierwszych ciosów i plam na reputacji rodziny był głośny rozwód Toni – ale czy doszłoby do niego, gdyby poślubiła człowieka, którego naprawdę kochała, zamiast kandydata uporczywie podsuwanego jej przez ojca? Wyraźną ofiarą tego chorobliwego podejścia do zasad był też Hanno, syn Tomasza, udręczony koniecznością przejęcia rodzinnej firmy, przez całe życie egzaminowany przez ojca i hartowany, strofowany i zmuszany do wysłuchiwania pogadanek o „energii, dzielności i pogodnej rześkości”. Ale i sam Tomasz okazuje się tu też ofiarą – z pozoru tak silny i zaradny, z biegiem lat coraz trudniej radzi sobie z ciągłym zakładaniem masek, jakiego wymagają od niego role szanowanego obywatela, kupca, konsula, senatora, nie do końca odnajduje się też w rolach ojca i męża (przyznaje zresztą, pisząc o Gerdzie: „Kocham ją, a zarazem czuję, że moje szczęście i duma jest tym większa, iż nazywając ją moją, jednocześnie zdobywam znaczny dopływ kapitału do naszej firmy” – wciąż krąży mi po głowie pytanie, jakie naprawdę były w tym wypadku proporcje, jeśli chodzi o miłość i zysk finansowy), gubi się, mota się w spędzające mu sen z powiek interesy (wbrew uświęconej maksymie swego prapradziadka, założyciela rodzinnej firmy) i zaczyna wątpić w sens wszystkich swoich poczynań.

Czy więc rosnącą skłonność do refleksji, sentymentalizm, ciągoty artystyczne uznać można za przewiny, za cegiełki składające się na tragiczny koniec rodu? Sądzę, że przeciwnie – mogły one doprowadzić do jego rozkwitu na zupełnie innym polu. Może wolny od presji Hanno odważyłby się na realizację swoich marzeń o byciu sławnym pianistą... Z drugiej strony – nie wiem, na ile to co teraz piszę zgadza się z zamysłem samego autora. W końcu wiadomym jest też, że postępującej refleksyjności Buddenbrooków towarzyszyło pogorszenie ich zdrowia, co w konsekwencji doprowadziło do wymarcia rodu. A taki Hanno na przykład sprawia wrażenie z natury wybitnie skłonnego do depresji i autodestrukcji, choćby i bez nacisków ze strony wymagającego ojca...

Pozostając przy małym Janie Buddenbrooku – jest to jedyna postać, która wzbudziła moje żywe zainteresowanie i o której perypetiach czytałam z przyjemnością (może dlatego, że jedyna, z którą się trochę utożsamiałam – ech, i znów profesor Nabokov byłby rozczarowany). Jego strach, jego wątpliwości, pasja dla muzyki, alienacja i niechęć wobec czekającej go przyszłości, jego płaczliwe „nie umiem chcieć” są tak bardzo ludzkie, naturalne, zupełnie inne niż drewniane postawy jego krewnych. I ten jego oddany przyjaciel, mały szlachcic-obdartus Kaj! Tak, zdecydowanie te dwie postaci budziły u mnie najcieplejsze uczucia.

Historię rodu Buddenbrooków Mann opowiada bez pośpiechu, skupiając się na pewnych wycinkach czasu, znaczących wydarzeniach, i te opisując w najmniejszych szczegółach. Jak była przystrojona sala, kto był jak ubrany, jak się prezentowała jego fryzura, jak poruszał ustami a jak wyglądała brodawka na jego policzku – ja osobiście brnęłam przez te opisy w mękach. Tak mi brakowało jakiegoś zrywu, jakichś emocji, tymczasem Mann jest tak przeraźliwie chłodny i beznamiętny... Jego proza oczywiście jest bardzo elegancka i poprawna, ma swój urok, ale jest to urok przykurzonych portier i starych, ciężkich dębowych mebli. Dla mnie, doceniającej przede wszystkim lekkość, za bardzo trzymało się to wszystko ziemi, wręcz przytłaczało mnie.

Zachęcać specjalnie więc nie będę, zresztą chyba nie muszę, bo powieść Manna w blogowym świecie i tak przeżywa ostatnio renesans – wspomnę tu ciekawe recenzje Pani KatarzynyOrchisss – ale rzecz to na pewno wartościowa, w końcu klasyka, i Nobel, i Faulkner ponoć nazwał najlepszą powieścią stulecia...

***
T. Mann, Buddenbrookowie, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1988.

sobota, 20 sierpnia 2011

W świecie bokononistycznych słodkich łgarstw - "Kocia kołyska", Kurt Vonnegut

Tak się złożyło - tak się musiało złożyć, powiedziałby Bokonon - że w ręce moje trafiła po raz pierwszy książka Vonneguta. Cieszę się z tego bardzo, ale to kolejne dzieło - coś ostatnio często się tak zdarza - na temat którego piszę trochę niepewnie. Dlaczego? O tym za chwilę.

Kocia kołyska jest to historia opowiedziana przez młodego dziennikarza, który zapragnął napisać książkę, w której zawarte byłyby wspomnienia kilkunastu osób dotyczące jednego dnia - dnia, w którym zrzucona została bomba atomowa na Hiroszimę. Szczególnie ciekaw jest, jak dzień ten wyglądał w domu głównego twórcy tej bomby, doktora Feliksa Hoenikkera, nawiązuje więc kontakt z najmłodszym synem zmarłego już naukowca, liliputem Newtem. Jakiś czas później wskutek zbiegu okoliczności - który, jak by powiedział Bokonon, zbiegiem okoliczności wcale nie był - spotyka się z Newtem w samolocie do San Lorenzo, małej wyspy-republiki, gdzie drugi syn Feliksa Hoenikkera, Frank, jest jednym z najwyższych urzędników i właśnie ma wziąć ślub z przybraną córką przywódcy republiki, "Papy" Monzano. Historia coraz bardziej się komplikuje, po to tylko, aby w końcu narrator i główny bohater, już jako uczeń Bokonona, doszedł do wniosku, że od początku nic w niej nie było przypadkowe i wszystko nieuchronnie prowadziło do takiego, a nie innego, katastroficznego końca.

A kim jest właściwie Bokonon i stworzona przez niego religia, bokononizm? Bokonon, czyli Lionel Boyd Johnson, to człowiek, który wraz z kompanem, McCabe'm, przed laty objął władzę nad San Lorenzo (co zresztą nie było trudne, bowiem wyspa była zupełnie bezużyteczna i nikt się nią nigdy nie interesował). A bokononizm powstał w sposób następujący:
Kiedy wiele lat temu Bokonon i McCabe przejęli władzę nad tym nędznym kraikiem (...) przegnali stąd księży. I wtedy Bokonon cynicznie i na wesoło wymyślił nową religię. (...) Kiedy potem stało się jasne, że żadne reformy polityczne ani ekonomiczne nie są w stanie ulżyć doli ludu, religia pozostała jedyną ostoją nadziei. Prawda była wrogiem ludu, ponieważ była zbyt okrutna, i Bokonon wziął na siebie obowiązek dostarczania ludowi coraz to piękniejszych łgarstw.
Podstawą więc bokonizmu jest - prócz powszechnej miłości i uznania za podstawową świętość człowieka - kłamstwo. Wszystkie cytaty z Księgi Bokonona, którymi sowicie okraszona jest cała opowieść, należałoby wobec tego interpretować na opak. Po pewnym czasie zaczęłam się w tym gubić - i stąd poczucie, że może coś mi umknęło, że może nie do końca to ogarnęłam i obawa, że mój opis tej książki też będzie jakiś krzywy. Prawda, fałsz, ironia, powaga, gdzie się kończy jedno a zaczyna drugie? Nie poczytuję tego jednak z całą pewnością za minus - doceniam, że autor wciągnął mnie w swoją intelektualną gierkę i zmiażdżył mnie w niej.

Sam bokononizm jest fascynujący - z tym swoim fatalizmem, przekonaniem o tym, że nic nie dzieje się przypadkiem ("nieoczekiwane propozycje podróży są lekcjami tańca, udzielanymi nam przez Boga"), z jego karassami - grupami osób współpracujących ze sobą, zwykle nieświadomie, by zrealizować pewien cel wiadomy tylko Bogu, boko-maru - praktyką religijną polegającą na nawiązywaniu duchowej łączności poprzez stykanie się nagimi stopami, zah-mah-ki-bo, dufflami, stuppami i całą masą innych zjawisk o równie egzotycznych nazwach. Nie dziwię się, że jak magnes przyciągnął całą ludność wyspy, mimo surowych zakazów i gróźb powieszenia na haku (który to element zagrożenia też zresztą wprowadzony został celowo, dla urozmaicenia, przez samego Bokonona i McCabe'a).

Po raz pierwszy było mi też dane przy tej okazji zetknąć się ze specyficznym poczuciem humoru Vonneguta. Humor to raczej wisielczy, i chwilami dość absurdalny, ale jak najbardziej mi odpowiada.
Castke kiwnął głową w zadumie.
- Więc to ma być obraz powszechnego bezsensu! Zgadzam się całkowicie.
- Zgadza się pan? - spytałem. - Przed chwilą mówił pan coś o Jezusie.
- O jakim Jezusie?
- O Jezusie Chrystusie.
- A - powiedział Castle - o tym. - Wzruszył ramionami. - Człowiek musi coś mówić, żeby nie wyjść z wprawy. Trzeba mieć sprawnie funkcjonujące narządy głosowe na wypadek, gdyby miało się coś naprawdę ważnego do powiedzenia.

I na koniec jeszcze jeden cytat, taki dla wszystkich moli książkowych:
- Proszę pana, jak umiera człowiek pozbawiony pociechy literatury? - zwróciłem się do Castle'a seniora.
- Są dwie możliwości - odpowiedział. - Marskość serca albo zanik systemu nerwowego.
Więc czytajmy, czytajmy, ażeby nie nabawić marskości serca lub, nie daj Boże, zaniku systemu nerwowego. Polecam! Bardzo przyjemna - choć niekoniecznie podnosząca na duchu, raczej ucząca dystansu do życia z wszystkimi jego problemami - lektura.

***
K. Vonnegut, Kocia kołyska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1971.

środa, 17 sierpnia 2011

W walce z agelastami, głupotą i kiczem - "Sztuka powieści", Milan Kundera

Powieści. Powszechnie czytane, stale nam towarzyszące, na ogół chętniej nawet zgłębiane niż krótkie formy literackie. Wszyscy je czytamy, ale czy często przychodzi nam zastanowić się, czym jest powieść, skąd się wzięła, jakie ma znaczenie i dokąd zmierza?


Sztuka powieści to zbiór esejów, w których Milan Kundera wypowiada się na ten właśnie temat. Tłumaczy obszernie, jakie są jego zdaniem podstawowe zadania powieści, jakimi prawami się rządzi, jak ewoluowała na przestrzeni wieków i jakie jest jej znaczenie dla przyszłości Europy. Za ojca powieści uznaje Cervantesa wraz z jego Don Kichotem. W otwartym przez tę książkę pierwszym etapie rozwoju powieści centralną rolę grała droga i towarzysząca jej przygoda. Wymienić tu można też choćby Kubusia Fatalistę i jego pana Diderota, którego bohaterowie przychodzą nie wiadomo skąd i zmierzają nie wiadomo dokąd – świat wydaje się nieskończony. Dopiero za czasów Balzaka znaczącą rolę w powieści zaczyna grać Historia i od tej pory bohaterowie przestają żyć w słodkim świecie róbta-co-chceta, a narzucone zostają im pewne ograniczenia. W niektórych przypadkach świat zawęża się wręcz gwałtownie – Flaubertowska madame Bovary usycha z tęsknoty za przygodą, z której pełnymi garściami czerpali bohaterowie pierwszych powieści. Lecz prawdziwe zniewolenie staje się dopiero doświadczeniem bohaterów Kafki. Nie mogą już nawet marzyć, ich myśli zostały spętane, pochłonęła ich bezmyślna machina Historii.

Konkluzje Kundery nie są zbyt wesołe. W ostatnim eseju przywołuje on – i wskazuje na jego niepokojącą aktualność – powołany do życia przez Rabelais'go termin agelaści, oznaczający ludzi bez poczucia humoru, którym obcy jest śmiech, i którym wydaje się, że posiedli jedyną prawdę. Tymczasem powieść według Kundery zrodzona została ze śmiechu, ze śmiechu Boga – śmiechu, jaki wywołała u Niego ludzka myśl, nasze nieudolne próby odnalezienia jednej, właściwej ścieżki. Siłą jej jest więc wieloznaczność, jej celem – badanie nieskończenie wielu możliwości z których żadnej nie można uznać za tę jedyną poprawną, poszukiwanie prawdy, które jednak nie ma prawa zakończyć się powodzeniem. Dlatego też agelaści, bezmyślność komunałów (czyli współczesna głupota, obnażona po raz pierwszy przez Flauberta) oraz kicz (przekładający komunały na język piękna i wzruszenia) to w pojęciu Kundery trójgłowy potwór zagrażający powieści, zawężający jej ogromną wyobraźniową przestrzeń.

Bardzo podobało mi się, jak Kundera traktuje powieść i jak o niej pisze – jak gdyby była jakimś odrębnym organizmem, żyjącym własnym życiem, w pewien sposób samodzielnie kierującym procesem własnego tworzenia. Jak gdyby sam pisarz był jedynie narzędziem, jakim powieść się posługuje, aby wyrazić swą mądrość. Tak, jak we wspominanym przez Kunderę przypadku tworzenia przez Tołstoja Anny Kareniny – w pierwotnej wersji tytułowa bohaterka miała być ponoć dużo bardziej antypatyczna, zaś jej samobójstwo sprawiać miało wrażenie zasłużonej kary. Kundera twierdzi, że później wprowadzone zmiany, które wpłynęły na wydźwięk utworu, wcale nie wynikały ze zmiany postawy moralnej Tołstoja, lecz zrodziły się z mądrości powieści, w sercu tego żywego organizmu, jako niemal narzucone odgórnie.

Po części więc zbiór ten zachwycił mnie, po części jednak też rozczarował. Język, jakim posługuje się autor jest dość hermetyczny, pojęcia, którymi operuje, abstrakcyjne, a w części szóstej – Szcześćdziesiąt trzy słowa – stanowiącej rodzaj słowniczka kluczowych dla twórczości Kundery pojęć, dochodzi jeszcze specyficzny, fragmentaryczny styl, równoważniki zdań, co utrudniało dodatkowo lekturę. Są to więc teksty raczej ciężkie, do tego naszpikowane odniesieniami literackimi, w których nie tyle wypadałoby się orientować, co jest to konieczne, by coś wynieść z lektury (na przykład zupełnie bezsensowne było w moim przypadku czytanie Zapisków pod wpływem "Lunatyków", skoro dzieła Brocha nie znałam).

Ostrożnie więc, ale polecam. Bo naprawdę daje do myślenia.

***
M. Kundera, Sztuka powieści, wyd. Czytelnik, Warszawa 1998.

sobota, 13 sierpnia 2011

Bawełna w czekoladzie i rajskie jabłuszka - "Paragraf 22", Joseph Heller

Mam wielki problem, przystępując do pisania o tej książce. Bo raz - tak wiele o niej wszędzie, że zdaje się, że wszystko, co napiszę, będzie tylko powtórzeniem tego, co napisał gdzieś już ktoś inny, a dwa - jak w kilkudziesięciu zdaniach unieść całe jej bogactwo, wszystkie smaczki, słowne gierki, dowcipy, absurdalne dialogi? Chciałabym, bo na to zasługuje, ale wiem, że to niemożliwe. Zrobię więc tyle, ile jestem w stanie. Z nadzieją, że to wystarczy.

Bohaterami Paragrafu 22 są amerykańscy lotnicy stacjonujący podczas II wojny światowej na włoskiej wysepce Pianosie. Absurdalne mechanizmy działania wojennej machiny, opisane w książce, można jednak równie dobrze odnieść do funkcjonowania świata ogólnie, dzięki czemu opowieść ta zyskuje wymiar bardziej uniwersalny. Yossarian zaś, jedyny nie respektujący ślepo narzuconego porządku, to postać, z którą utożsamić mógłby się każdy, podobnie jak bezsilny wobec systemu Józef K. z Procesu Kafki.

Bezsens porządku, przeciwko któremu buntuje się Yossarian, idealnie oddaje tytułowy paragraf 22 - przepis wojskowy, na który stale powołują się dowódcy pomiatając niższymi od siebie rangą, przepis nie do spełnienia (np. zwolnić z odbywania lotów można tylko kogoś, kto jest wariatem, jednak fakt, że zgłasza się po zwolnienie, świadczy o tym, że wariatem nie jest, więc zwolnić go nie można), którego jednak nie da się obalić ani podważyć, bo najprawdopodobniej w ogóle nie istnieje. Paragraf 22 funkcjonuje zresztą nie tylko w strukturach wojskowych - czyż nie przywodzi go na myśl też postępowanie Lucjany, która „nie może zostać żoną Yossariana, bo jest wariat, a jest wariat dlatego, że chce się z nią ożenić”? Nie bez powodu sformułowanie to przyjęło się w języku potocznym jako określenie każdej życiowej sytuacji bez wyjścia.

Faktem jest oczywiście, że Yossarian, choć powszechnie uznany za wariata, spośród wszystkich biorących udział w wojennej szopce jest najbliższy normalności. Pozostali zresztą jego koledzy, niscy rangą, wykazują również podejście bardzo zdroworozsądkowe - jest w tym wręcz coś ze świeżości i prostoty właściwej spojrzeniu dziecka. Podczas gdy niektórym - głównie tym stojącym wyżej w hierarchii wojskowej, których obowiązkiem jest pierdzenie w stołek, wymyślanie kolejnych bezsensownych przepisów (albo ogłaszanie i odwoływanie defilad) i wysyłanie szeregowców na rzeź - pogodzenie się z potworną wojenną rzeczywistością przychodzi bardzo łatwo, tacy jak Yossarian nie dają się znieczulić i wmówić sobie, że „tak musi być”. Analogię do tej sytuacji można zauważyć w znamiennym fragmencie rozmyślań Yossariana:
W niektórych częściach Afryki dorośli handlarze niewolników nadal porywają małych chłopców i sprzedają ludziom, którzy ich patroszą i zjadają. Yossarian zdumiewał się, że dzieci mogą poddawać się tak barbarzyńskim praktykom nie zdradzając najmniejszych oznak strachu lub bólu. Uważał za rzecz oczywistą, iż godzą się na to ze stoickim spokojem. Gdyby było inaczej, rozumował, zwyczaj dawno by zaginął, gdyż nie wyobrażał sobie żądzy bogactwa lub nieśmiertelności tak wielkiej, by mogła żerować na cierpieniu dzieci.

Zachwyca mnie w Paragrafie, jak doskonale łączy w sobie to, co zabawne z tym, co przerażające i smutne. A może to właśnie ten kontrast decyduje o tak wielkim wrażeniu? Mogę w każdym razie napisać, że jest to zarazem najzabawniejsza i najsmutniejsza książka, jaką było mi dane przeczytać. W jednej chwili płakałam ze śmiechu, śledząc przebieg przesłuchania Clevingera przez komisję dyscyplinarną, czytając o żołnierzu, który wszystko widział podwójnie, o majorze Majorze Majorze który przyjmował interesantów tylko wtedy, kiedy nie było go u siebie, o Milo Minderbinderze który karmił żołnierzy bawełną w czekoladzie i na zlecenie Niemców zbombardował własny obóz, bo był to świetny interes, o poruczniku Scheisskopfie którego „tragedia życia polegała na tym, że był połączony dozgonnymi więzami z kobietą, której sprośne chucie całkowicie przesłaniały tytaniczną walkę o realizację nieosiągalnych ideałów, pochłaniającą szlachetniejsze natury”, o doktorze Daneeka „uginającym się pod ciężarem podręcznego zestawu krzywd, z jakim nigdy się nie rozstawał” i wielu, wielu innych, a w następnej zamierałam przy relacjach z nalotów, wielokrotnie powracającym opisie śmierci Snowdena i wstrząsającym wręcz nocnym spacerze Yossariana po Rzymie - „i wydawało mu się, że wie, co musiał czuć Chrystus idąc przez świat, jak psychiatra przez oddział pełen wariatów, jak ofiara przez więzienie pełne złodziei”.

A kto okazuje się Atlasem dźwigającym świat z jego sensem, światełkiem w tunelu, ostatnią nadzieją? Poczciwy Orr, wypychający sobie policzki jabłuszkami, „jeden z najmilszych i najsympatyczniejszych wariatów, jakich Yossarian kiedykolwiek spotkał”, ten prostaczek, który wedle obaw Yossariana miał sobie nie poradzić sam po wojnie. W małym ciele wielki duch. Budujące.

Lektura Paragrafu 22 przywiodła mi na myśl kilka innych, wcześniej czytanych książek. Po pierwsze - Przygody dobrego wojaka Szwejka - w podobny sposób obśmiana wojenna rzeczywistość i główny bohater do złudzenia przypominający mi Yossariana (podobno zresztą Heller przyznał, że gdyby nigdy nie przeczytał Szwejka, pewnie nie napisałby Paragrafu). Poza tym to dzięki Szwejkowi w ogóle trafiłam na trop powieści Hellera. Aż mnie naszła ochota, żeby sobie dzieło Haška odświeżyć. Po drugie - Lot nad kukułczym gniazdem Keseya - cała paragrafowa ferajna mocno przypominała tę z Lotu, a więc pacjentów szpitala psychiatrycznego... Po trzecie - Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy Oty Filipa, świetna książka, którą przeczytałam na krótko przed założeniem tego bloga, więc notki o niej tu nie ma. W przypadku tej ostatniej jednak podobieństwo dotyczyło głównie konstrukcji narracyjnej - tak jak w Paragrafie, we Wniebowstąpieniu mamy do czynienia z ciągłymi retrospekcjami uzupełniającymi wydarzenia wcześniej opisane, raz po raz do wcześniejszych epizodów dorzucane są kolejne elementy układanki, i akcja posuwa się naprzód, ale bardzo powoli. Pamiętam, że czytając Filipa zastanawiałam się dość intensywnie nad tym, w jaki sposób ta książka powstała, czy autor miał na wstępie przygotowany cały skomplikowany szkielet wydarzeń i w trakcie pisania odsłaniał co rusz następny fragment całości, czy dodawał kolejne szczegóły raczej spontanicznie, i gdy czytałam Paragraf podobne myśli krążyły mi po głowie.

Tyle musi wystarczyć, żeby jeszcze nie zaznajomionych zachęcić. A kto czytał, ten wie. :)

***
Cytaty: J. Heller, Paragraf 22, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1989.

piątek, 12 sierpnia 2011

O słabości mocarza - "Sztukmistrz z Lublina", Isaac Bashevis Singer

Cykl zaległych recenzji zapoczątkowuję tekstem o najsłynniejszym chyba dziele noblisty Isaaka Bashevisa Singera. O większości swoich wrażeń z tej lektury pisałam już w Klubie Czytelniczym Ani, ale postaram się raz jeszcze zebrać swoje myśli i spostrzeżenia i przekazać je tu w jakiejś lekkostrawnej formie (jeśli mi nie do końca wyjdzie, wybaczcie, kryzys wciąż jeszcze trochę trzyma).

Głównym bohaterem powieści i tytułowym sztukmistrzem jest Jasza Mazur, którego poznajemy w przededniu przełomowych wydarzeń w jego życiu. Wyrusza on właśnie z Lublina do Warszawy, aby po raz kolejny oczarować warszawską publiczność swoimi sztuczkami akrobatycznymi. Przedstawiony zostaje jako człowiek, któremu powodzi się we wszystkim, bez trudu zaskarbia ludzką sympatię i powszechny podziw.
Wszyscy byli niczym zamki, każdy ze swym własnym kluczem. Tylko taki ktoś jak on, Jasza, potrafił otwierać wszystkie dusze.
Jasza wydaje się wręcz znudzony i rozpieszczony wiecznym powodzeniem. Skomplikowany miłosny układ, w którym jednak odnajduje się tak dobrze - wierna żona Estera, asystentka i kochanka Magda, zabawiająca go raz na jakiś czas wdowa Zewtel, jego przekonanie, że każda kobieta jest jak zamek - prędzej czy później musi się poddać, własna religia uznawana za jedyną słuszną i przekonanie, że wszyscy szczerze wierzący i oddani religii odgrywają farsę... Wszystko to robi wrażenie, jakby Jasza uznał samego siebie za kogoś lepszego, niemal pół-boga o nieograniczonych możliwościach i przywilejach.

Los gotuje mu jednak przykrą niespodziankę. Na oczach czytelnika misterna konstrukcja, na jakiej oparte było życie bohatera, zaczyna się walić. A wszystko zaczyna się od Emilii, wdowy z Warszawy, która zdaje się być pierwszym zamkiem, którego Jasza nie potrafi bezproblemowo otworzyć...

Dopiero zupełnie złamany, wątpiący w sens wszystkich swoich poczynań, bezbronny jak dziecko, Jasza wydaje się bardziej ludzki. Znika nagle jego pewność, jego indywidualizm, zamiast tego rozpaczliwie pragnie odnaleźć się w jakiejś wspólnocie. Wychodzi na jaw, że ten mocarz, ten pan całego świata jest tak naprawdę słaby - w gruncie rzeczy nie potrafi nawet stawić czoła swoim pokusom. W końcu dokonuje rewolucji, wielkiej przemiany, która jest jednak kontrowersyjna... Czy ta ostatecznie obrana przez niego ścieżka miała być tą właściwą według autora? Moim zdaniem nie. Zostało tu tylko postawione pytanie "Jak żyć?", ale trudno w tej powieści doszukiwać się jednoznacznej odpowiedzi...

Na koniec kilka słów na temat stylu Singera. Czytało się go lekko i przyjemnie, szczególnie jednak urzekło mnie, że bez nadmiaru ozdobników i stylistycznych sztuczek, w kilku zaledwie zdaniach potrafił świetnie odmalować klimat miejsc i chwil. Szalenie podoba mi się na przykład fragment opisujący wieczór jeszcze w Lublinie, gdy Jasza wraca do domu - rosa na trawie, pachnące jabłka, pogodne nocne niebo, powietrze pełne szelestów, zaduma nad odległością dzielącą nas od gwiazd. Życzyłabym sobie tylko więcej takich fragmentów. Urzekającej prostoty nigdy za wiele.

***
I.B. Singer, Sztukmistrz z Lublina, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990.