czwartek, 29 września 2011

Opowieści z pogrążonego w agonii świata - "Taksim", Andrzej Stasiuk

Taksim to wyjątkowo bogata książka. Mnogość problemów, które zostały w niej poruszone, wizja pogrążającego się w tandecie, znikającego pod warstwą śmieci świata, specyfika małego miasteczka gdzieś z dala od wszystkiego, gdzie nigdy nic się nie zmienia, samotność, przyjaźń, pragnienie ruchu, zmian, przyjemność, jaką dają wędrówki w czasie i przestrzeni, nawet jeśli – a może właśnie dlatego że – są one w gruncie rzeczy bezustannym uciekaniem... Nie chcę się jednak na ten temat rozpisywać, bo niemal wszystko zostało już gdzie indziej powiedziane, a czuję, że nie potrafiłabym piękniej, mądrzej, błyskotliwiej. Nie będzie to więc typowa recenzja.

W szarym, powoli umierającym świecie Stasiuka jest kilka wyrw. Kilka światełek w tunelu, które świecą najjaśniej w końcówce, w dzielnicy Taksim. Czemu ten stambulski plac, który pojawił się dopiero na ostatnich kilku stronach, dał tytuł całej książce? Właśnie dlatego, że tam zostaje odnaleziony sens, stały grunt pośrodku grzęzawiska apokaliptycznych czasów, to, czego warto się jeszcze trzymać. Taksim to gorzka pigułka, ale przykry posmak neutralizuje słodycz zakończenia.

Wracając do światełek w tunelu – jednym z nich wydaje się sam Władek, towarzysz handlowych podróży narratora po Europie Wschodniej. To głównie na tej wspaniałej postaci chciałam się skupić, na tym gawędziarzu, entuzjaście, wszędobylskim, tym, który jest „trochę jak Szwejk, trochę jak Szeherezada” – wedle słów samego Stasiuka.

Władek jest opowiadaczem. Bezustannie zapatrzony w przeszłość, opowiada świat, który już nie istnieje, jakby to wczoraj było jego prawdziwym życiem, nie dzisiaj. Musi mówić, staje się przez mówienie, przez zakrapiane wódką i osnute papierosowym dymem bezustanne gawędzenie, przez swoje zabawne, przerażające, smutne historie. Prawdziwe, albo i zmyślone - „bo to było nawet lepsze od prawdy”.
Jak nie gadał, to był martwy. Chwilami miałem wrażenie, że żył tylko po to, żeby to swoje życie potem komuś opowiadać.
Ale umie też słuchać. Zna wszystkich i wszyscy jego znają. Zawsze wie co powiedzieć, by zaskarbić sobie ludzką sympatię, z każdym potrafi się dogadać, dba o innych i jest wrażliwy na cudzy los.
A może było tak, że przyciągał ludzi i zdarzenia, jak magnes przyciąga opiłki? Że jego życie to był wir, który wciąga inne życia? Tak sobie czasem myślałem. Ale w gruncie rzeczy to on był po prostu zwyczajnym kolesiem, który nie robi problemu, że cudze życie zachodzi na jego. (...) Nie odmawiał światu ani ludziom, ponieważ nie było w nim podejrzliwości.
Ta naiwność, ten dziecięcy prawie zapał dla nowości, po części go zgubił – a po części uratował. To zawiła gra przypadków, jedna z tych, które ostatnio sama z zapałem śledzę w życiach cudzych i swoim. Gdyby nie ten zapał, nie poznałby Siwego i nie wszedł z nim w interes; nie poznałby również Evy, ale to właśnie Siwy okazał się tym, który, w swoich błyszczących laczkach, ze swoim biczykiem i miną pana i władcy stoi na drodze do ich wspólnego szczęścia.

Władek wie, że to miłość jest prawdziwą ucieczką od smutku rozpadającego się świata, wiecznie poszukiwanym stałym gruntem, sensem. Decyduje się więc na ostateczne rozwiązanie, porywa się na szaleńczy czyn dla swojej Evy, dla tej zaspanej świętej w tandetnych jaskrawych sweterkach, która tak mi przypominała hrabalowską Jarmilkę.

Lubię taką „gadaną” prozę. Mimo w tym wypadku fragmentarycznego stylu, za czym akurat nie przepadam. Wersja Stasiuka jest dynamiczna, ale i statyczna zarazem, mnóstwo to ruchu i płynięcia, jednak w gruncie rzeczy po przekraczaniu kolejnych granic – tych w czasie czy przestrzeni – niewiele się zmienia. Wszędzie szarość, bieda, pustka zapełniana kolorowymi, tandetnymi złudzeniami. I tylko te światełka w tunelu. Choćby to był po prostu kot, który czeka, by go nakarmić.

***
A. Stasiuk, Taksim, wyd. Czarne, Wołowiec 2009.

sobota, 24 września 2011

Słodko-gorzki smak przeszłości – „Stambuł. Wspomnienia i miasto”, Orhan Pamuk

Pozazdrościłam komuś, kto się aktualnie rozbija po świecie i zahaczył o Stambuł między innymi, i zaczęła mnie nęcić literacka podróż w tamte strony, gdzie czytelniczo do tej pory było mi jakoś nie po drodze. A że Stambuł Pamuka i tak miałam w planach, bo trochę dobrego o nim słyszałam, zaś takie sentymentalne powroty do dzieciństwa wprost uwielbiam, zachęcać mnie nie trzeba było...

Ta książka jest trochę jak spacer z autorem po jego mieście. Przemierzamy razem z nim zaniedbane stambulskie uliczki, siedzimy nad Bosforem, obserwujemy statki, chłoniemy melancholię malowniczych przedmieść, słuchając przy tym historii jego dzieciństwa – niespokojnego, ale ostatecznie uznanego za szczęśliwe – i młodości, ze wszystkimi jej nadziejami i rozczarowaniami. Wbrew pozorom nie jest to jednak ani osobista opowieść przyozdobiona miejskimi widoczkami, ani przewodnik okraszony wspomnieniami autora. Życie Pamuka jest nierozerwalnie związane ze Stambułem – pisze „los Stambułu to mój los” – podobnie jak w przypadku wszystkich, według autora, mieszkańców dawnego Konstantynopola.
Wszystkie słowa wypowiedziane przez nas na temat naszego miasta, jego duszy i racji istnienia, będą w istocie opowieścią o naszym życiu. Jedynym centrum miasta jesteśmy bowiem my sami.
Budując ten portret Stambułu Pamuk nie opiera się wyłącznie na własnych obserwacjach. Przywołuje opisy historyczne, pokazuje stare ryciny i zdjęcia, opowiada o pisarzach podobnie jak on zrośniętych z tym miastem, którzy za cel postawili sobie utrwalenie jego piękna i atmosfery (spośród nich najciekawszy moim zdaniem to Reşat Ekrem Koçu; poświęcił on życie tworzeniu Encyklopedii stambulskiej, która ostatecznie przybrała kształt gabinetu osobliwości, niezwykle obszernego zbioru opowieści i anegdot ze Stambułem w tle, wygrzebanych wśród gazet, dokumentów i przykurzonych książek). Cytuje jednak również wypowiedzi przybyszów z Zachodu, takich jak Flaubert i Gautier, uważa bowiem, że ich dystans, świeżość ich spojrzenia jest konieczna przy tworzeniu pełnego, wielowymiarowego obrazu miasta. Dzięki różnorodności źródeł, z których autor czerpie opowiadając o Stambule, otrzymujemy niezwykle soczysty, bogaty opis.

Właściwy tylko Stambułowi nastrój, melancholię, którą przesiąka do głębi życie każdego stambułczyka, a która korzenie swoje ma w smutnej historii tego miasta, we wspomnieniu jego dawnej świetności, autor określa jako hüzün i poświęca temu zjawisku cały obszerny rozdział. Hüzün jest niedostrzegalny dla nowo przybyłego, ale
Kiedy dobrze poznamy to uczucie, dostrzeżemy naznaczone nim widoki, zakątki i ludzi. A potem stanie się dla nas czymś oczywistym, jak mgła, która delikatnie drży nad wodami Bosforu, kiedy w mroźne zimowe poranki nagle wychodzi słońce.
Zadziwiające jest, jak głęboko sięga ta melancholia – według autora nawet sposób ubierania się mieszkańców Stambułu to sprawka hüzün. Podobnie – nieustanne bójki Pamuka z bratem:
Tak samo jak podczas lekcji zgłaszaliśmy się do odpowiedzi, sądząc, że w ten sposób manifestujemy naszą mądrość i odrębność od reszty; za wszelką cenę chcieliśmy pokonać i zmiażdżyć przeciwnika, by odeprzeć strach czający się w najmroczniejszym kącie naszej duszy – smutek i przygnębienie z powodu losu, jaki został pisany Stambułowi, a więc także i nam.
Stambuł to niesamowicie osobista książka. Sprawia wręcz wrażenie rozrachunku z samym sobą, jest próbą uporządkowania wspomnień i krytycznego spojrzenia na własną przeszłość. Pamuk szczerze opowiada o swoim dzieciństwie, o podwójnym życiu swego ojca, kłótniach rodziców, o nieco pogardliwym stosunku własnej rodziny do religii („utożsamialiśmy pobożność z marnym statusem materialnym”), trudnościach z rozmową na poważne tematy i zakłamaniu rażącym nieoswojonego jeszcze z prawami, jakimi rządzi się świat dorosłych chłopca. Wreszcie wspomina swoją pierwszą miłość, która rozbudziła, a następnie – w obliczu niespełnienia – zabiła w nim ambicje malarza, oraz burzliwe rozmowy z matką, której pragnienie, by jej syn zdobył solidny zawód i wiódł spokojne, pozbawione ekscesów życie (jak sułtan Orhan, na którego cześć przyszłemu nobliście nadano takie imię) kolidowało z jego aspiracjami artystycznymi. Niesamowite wrażenie robi przy tym ostatni rozdział – burza w duszy wchodzącego w dorosłość Orhana i mocne „Zostanę pisarzem”, niczym kropka nad i.

Mały Orhan Pamuk z rodzicami i bratem
Dzięki tej lekturze przekonałam się też, że szalenie lubię lokalny patriotyzm. Przypomina mi się przytoczona w Stambule anegdota, jak to Dostojewski pojechał do Genewy i uznał wszystkich jej mieszkańców za idiotów, bo o wszystkim, co związane z ich miastem mówili jakby był to mały cud. Z miejsca pokochałam genewczyków z tej opowieści! Pamuk co prawda nie jest w swojej miłości dla Stambułu zupełnie bezkrytyczny, pisze też o wszystkim, co mu się w tym mieście nie podoba, i przyznaje, że czasem go nienawidzi. To jednak dodaje temu przywiązaniu autentyzmu. Dlatego tą książką Pamuk niezwykle u mnie zapunktował, nie tylko jako pisarz, ale i jako człowiek.

***
O. Pamuk, Stambuł, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008.

czwartek, 22 września 2011

Jedną nogą w świecie snów - "Tango raz jeszcze", Julio Cortázar

Kiedyś w pięknych i beztroskich czasach licealnych na lekcji języka polskiego miałam okazję przeczytać ciekawe i bardzo pomysłowe opowiadanie. Jego bohater czyta powieść, w której opisano, jak pewien mężczyzna zmierza do czyjegoś domu, do czyjegoś pokoju, by dokonać zabójstwa. Końcówka odsłania zaskakującą prawdę – to właśnie ów bohater jest planowaną ofiarą „książkowego” zabójcy i w momencie gdy pada ostatnie zdanie, szaleniec ze sztyletem wbiega do pokoju. Historia w historii, szkatułka w szkatułce, rosyjska matrioszka. Ten utwór, który zrobił na mnie spore wrażenie, nosił tytuł Ciągłość parków, zaś jego autorem był Julio Cortázar, z którego nazwiskiem spotkałam się wtedy po raz pierwszy.

To było około sześć lat temu. Musiało minąć te sześć lat, żebym zapoznała się z innymi opowiadaniami Cortázara, a i o tym zadecydował właściwie przypadek (ten sam zresztą, który na mojej drodze postawił wreszcie Vonneguta). Po drodze była Gra w klasy, ale do opowiadań jakoś przez całe te sześć lat nie dotarłam, choć zamiar taki siedział przez cały czas gdzieś w ciemnych zakamarkach świadomości.

Te ze zbiorku Tango raz jeszcze przypominają to pierwsze, pamiętne. Cortázar sam ponoć przyznał, że fabuła wielu jego opowiadań wywodzi się ze snów, i to widać, dlatego określenie „oniryczne” opisuje je chyba najlepiej. Swobodnie łączą elementy realne i namacalne z tym, co zmyślone, sprzeczne z rozsądkiem, jakby wyjęte wprost ze snu, zaś do zespolenia tych dwóch światów dochodzi często w zakończeniu, gdzie zabieg ten wytrąca czytelnika z równowagi i każe mu zrewidować zupełnie swój dotychczasowy pogląd na opowiedzianą historię. Efekt jest świetny – taki mocny, niepokojący akcent w końcówce zawsze uważałam za wyznacznik dobrze skonstruowanego opowiadania.

Inna sprawa, że momentami narracja staje się aż drażniąco niejasna, jak na przykład w ostatnim opowiadaniu, Wstęga Moebiusa, gdzie opisy stanu ducha bohaterki były dla mnie zupełnie nie do ogarnięcia... Ale może to tylko mnie ostatnio wyjątkowo męczą zawiłości i niedopowiedzenia, może jestem aktualnie w nastroju czytelniczym pt. „Podaj mi wszystko na tacy”. Jeśli ktoś lubi tego typu oniryczne klimaty – i sprawnie napisane opowiadania, które, jak wiadomo, zasługują być może na większy nawet podziw niż sprawnie napisane powieści – to pewnie mu ten zbiór przypadnie do gustu.

Na szczególną uwagę zasługuje Clone, głównie ze względu na oryginalny pomysł, szczegółowo objaśniony przez autora w dodatkowej notatce. Całe opowiadanie opiera się na formie utworu muzycznego, Musikalisches Opfer Bacha. Bohaterowie opowiadania to ósemka śpiewaków, tworzących skomplikowaną sieć towarzyską, każdy z nich zaś odpowiada pewnemu instrumentowi, i tak jak w kolejnych częściach Musikalisches Opfer współgrają ze sobą określone instrumenty, tak w analogicznych fragmentach opowiadania biorą udział utożsamiający je bohaterowie, a wszystko zmierza do finału, w którym pojawiają się wszyscy z wyjątkiem jednego. Bardzo ciekawa koncepcja, a do tego przyjemnie się czytało te pełne zapału wywody Cortázara.  Pisarska pasja aż kipi.

I jeszcze jedno opowiadanie, które polecam, tym razem nie ze względu na jakieś rzucające się w oczy walory artystyczne czy arcyciekawe pomysły konstrukcyjne, ale dlatego, że jest po prostu ładne – W orbicie kotów. Urocze poszukiwania prawdziwej twarzy ukochanej, budowanie tego wizerunku z gromadzonych cierpliwie okruchów codzienności, i ostateczne uświadomienie sobie daremności tych wysiłków w obliczu tajemniczej więzi Alany i Ozyrysa – kobiety i kota.

Julio Cortázar

***
J. Cortázar, Tango raz jeszcze, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983.

sobota, 17 września 2011

Notatki z kilku lekcji w szkółce zachwytu Hrabala

Bohumila Hrabala czytelnikom tego bloga zapewne przedstawiać nie muszę. Dla formalności jednak, tytułem wstępu: Rodzony Czech, piwosz, niezrównany gawędziarz, piewca zachwytu (z zachwycania się uczynił sens swojego życia), wielbiciel kotów, człowiek ze "starych czasów" z upodobaniem zaglądający w przeszłość. Dla mnie jest to postać o tyle szczególna, że – jakkolwiek patetycznie to zabrzmi – to właśnie on nauczył mnie patrzeć na świat tak, jak to robię w tej chwili. Poniżej – krótkie zestawienie lektur, które złożyły się na moją dotychczasową edukację.

Zacznę od tej pierwszej i zarazem najdroższej – Takiej pięknej żałoby. Ta książka to rodzaj albumu wspomnień – obrazów, zapachów, dźwięków – zapamiętanych z dzieciństwa, spędzonego przez Hrabala w małym czeskim miasteczku Nymburk. Pisarz był nieślubnym dzieckiem i ochrzczony został nazwiskiem panieńskim matki, jednak już po jego urodzeniu jego rodzicielka wyszła za mąż za Františka Hrabala, i to ten człowiek pojawia się we wszystkich utworach pisarza jako ojciec.

Rodzina osiedliła się w nymburskim browarze, którego František został zarządcą, zaś po pewnym czasie przybył i zamieszkał z nimi – choć stale zarzekał się, że on tylko z wizytą, tylko na chwilę – brat ojczyma Hrabala, sławny stryj Pepin. To właśnie stryj, jowialny, wiecznie skory do bitki i popitki, co wieczór wybierający się do miasteczka na spotkanie z pięknymi panienkami i witany przy tym pozdrowieniami i uśmiechami z okien niczym król – stał się centralną postacią całej twórczości Hrabala, narratorem Lekcji tańca dla starszych i zaawansowanych, autorem pamiętnego stwierdzenia Ten świat jest piękny do obłędu. Nie, żeby taki był, ale ja go takim widzę, w którym zamyka się właściwie cała życiowa filozofia czeskiego pisarza. Zaryzykuję stwierdzenie, że bez stryja Pepina Hrabala by nie było – a przynajmniej nie takiego, jakim go znamy.

Ojczym (ojciec) Hrabala, choć zupełne przeciwieństwo swojego brata, był jednak również dla pisarza postacią istotną. Tu pojawia się nerwowo pogryzając suchy chleb i popijając go kawą z garnuszka lub szukając ochotników do potrzymania mu śrubek, gdy jak co sobota będzie rozmontowywał swojego Oriona – i tak, jak na widok stryja Pepina okna się otwierają i zewsząd ukazują się roześmiane twarze, tak przejściu ojca towarzyszy gorączkowe zamykanie okien i drzwi, pustka i cisza jak makiem zasiał, bo nikt nie chce zostać zatrzymany na całą noc ze śrubkami w rękach i oskarżony potem przez żonę o włóczenie się po burdelach.

A matka? Matka (której Hrabal oddał hołd osobną książką – Postrzyżynami) to śmieszka o niespełnionych ambicjach aktorskich, zwariowana, wszystko robiąca z pasją, w środku nocy wcinająca słone kotlety ze świeżo zarżniętej świni i duszkiem wychylająca kolejne kufle piwa, taka, jak się czasem skarżył pisarz, bardziej starsza siostra niż mama... Są i inni, mieszkańcy miasteczka obserwowani przez małego Hrabala spod sklepiku pana Rehra ze skórami, gdzie nikt się nie zapuszcza, bo skóry brzydko pachną – a jeśli już ktoś się tam zjawia, to wiadomo, że tatuś Hrabala jest w pobliżu i szuka nowych ofiar do trzymania śrubek – więc chłopiec może sobie tam w spokoju siedzieć i chłonąć wszystko co widzi, po to by to tak pięknie odtworzyć po latach na kartach tej książki.

Taka piękna żałoba już od pierwszej historyjki o chłopcu, który chciał, by mu wytatuowano na piersi piękny stateczek, a zamiast tego, wskutek złośliwego figla, skończył z wizerunkiem półnagiej syrenki, sprawiła, że z miejsca się zakochałam. Pogrążyłam się w atmosferze przedwojennego Nymburka, wraz z narratorem, dziecięcym alter ego autora, buszowałam po browarze, zajadałam czereśnie prosto z drzewa w przybrowarnianym sadzie, słuchałam pisków jerzyków o zmroku, chodziłam za panem Rambouskiem zapalającym gazowe latarnie, dziwiąc się, że nikt inny nie dostrzega bolesnego piękna tego rytuału, i wypatrywałam białej marynarskiej czapki stryja Pepina zmierzającego na cowieczorne spotkanie z panienkami. Zachwyt światem przebija tu z każdej strony – i nie ma sposobu, by się czytelnikowi nie udzielił.

Bodajże najbardziej znana – za sprawą oscarowej ekranizacji Jiříego Menzla – książka Hrabala to Pociągi pod specjalnym nadzorem. Miłosne rozterki i kompleksy pomocnika zawiadowcy stacji kolejowej (opowieść oparta częściowo na doświadczeniach samego autora – podobnie zresztą jak wszystkie jego utwory – który sam w czasie wojny był dyżurnym ruchu na kolei), Milosza Pipki, i przygody innych pracowników stacji, z panem zawiadowcą, zapalonym hodowcą gołębi, na czele. Z wojną w tle. Ciepła, rodzinna niemal atmosfera prowincjonalnej stacyjki, jak gdyby zamkniętej w magicznej banieczce, poza którą szaleje groźna wojenna rzeczywistość, mnóstwo absurdalnych sytuacji i rozbrajający w swej naiwności i zdziecinnieniu główny bohater. Wszystko, co u Hrabala najlepsze!

Obsługiwałem angielskiego króla napisał w ciągu kilkunastu dni. Nikt do niego nie przychodził, więc siedział i pisał, dzień w dzień od rana do nocy. I tak powstała historia Jana Dzieciątko, który z dworcowego sprzedawcy parówek, wspinając się po szczeblach kariery, awansował w końcu na bogacza i ziemskiego właściciela. Po drodze poślubił Niemkę i stał się reproduktorem, pomyślnie przeszedłszy testy ustalające, czy jest wystarczająco aryjski. U schyłku życia zaszywa się w głuszy i rozmyśla nad swoją egzystencją. Czym mnie przede wszystkim oczarowała? Rozkosznymi opisami aktów seksualnych młodziutkiego pikolaka z prostytutkami – do tamtej pory nie przypuszczałam, że sceny erotyczne, i to z domem schadzek w tle, mogą być tak smakowite.

Czuły barbarzyńca to z kolei wspomnienia Hrabala z czasów, gdy mieszkał już w Pradze. Tytułowy czuły barbarzyńca – i centralna postać tego utworu – to Vladimír Boudník, przyjaciel autora, grafik, który całe swoje życie podporządkował sztuce i którego misją było odnajdywanie poezji w starych rupieciach, kupach śmieci, brudnych zaułkach, słowem – tam, gdzie nikomu nie przyszłoby do głowy tej poezji szukać. Przemierzał stolicę Czech w poszukiwaniu tego nie-oczywistego piękna wraz z Hrabalem – i poetą Egonem Bondym, zmarłym cztery lata temu, przez niektórych być może kojarzonym z wywiadu ze zbiorku Zrób sobie raj Szczygła – do swojej śmierci samobójczej w 1968 roku. Polecam tę książkę malkontentom i tym, którym się wydaje, że świat jest brzydki i zły – to bardzo skuteczna odtrutka na takie myśli.

Chyba najsmutniejsza książka Hrabala to Zbyt głośna samotność. W historii pakowacza makulatury Haňty (również wzorowanego na autentycznej postaci – Hrabal pracował przez pewien czas także jako pakowacz makulatury i tam poznał prawdziwego Haňtę) dominuje nastrój poczucia winy, osamotnienia, tęsknoty za światem, którego już nie ma, maluczkości w nowej, obcej rzeczywistości oraz bezradności wobec obserwowanych wielkich zmian. Hrabal mniej rubaszny i swawolny niż zazwyczaj, ale równie niesamowity.

Te, o których napisałam, to jednak zaledwie garstka, jest jeszcze sporo innych perełek – jak niedawno wznowione Auteczko, słodko-gorzka opowiastka o kotach, której recenzje pojawiały się ostatnio na niektórych blogach (między innymi u dra Kohoutka), Wesela w domu – autobiograficzna trylogia napisana z perspektywy żony Hrabala, Pipsi (tutaj odsyłam do świeżutkiej recenzji sQry), i kilka pozycji bardziej dla tych, którzy już zdążyli się jego twórczością zarazić, a chcieliby wiedzieć więcej o samym autorze – pisałam o nich tutu i tu. Szkółka zachwytu Hrabala jest szeroko otwarta dla ewentualnych zainteresowanych – niemal wszystko, co wyszło spod jego pióra przetłumaczone zostało na język polski, więc w jego imieniu serdecznie zapraszam! Zapewniam, że warto.

niedziela, 11 września 2011

Złocista melancholia umierającego lata - "Światłość w sierpniu", William Faulkner

Na wstępie w kilku słowach pragnę wyrazić moje uwielbienie dla samego tytułu tej książki. Prześladował mnie niemal od chwili, kiedy go pierwszy raz usłyszałam – jego brzmienie, skojarzenia które natychmiast przywodzi, mój osobisty sentyment dla sierpnia (nigdy świat nie jest piękniejszy niż wtedy!). Nie owijając więc w bawełnę, Faulkner był na mojej liście od dawna, ale o tym, od której jego książki tę znajomość zaczęłam, zadecydował właśnie tytuł.

Nie potrafię powiedzieć, czego właściwie się spodziewałam po Światłości w sierpniu, ale na pewno nie pokryło się to z tym, co dostałam. Od pierwszych stron czułam się, jakbym trzymała w dłoniach zamkniętą szkatułkę. Czytałam, czytałam, próbowałam ją ugłaskać, obracałam łagodnie w dłoniach z nadzieją, że mi się podda, ale niestety – do końca nie dała się oswoić. Pozostała obca, jakbym przez cały czas ślizgała się po powierzchni. Nie udało się otworzyć szkatułki!

Mamy w tej historii kilka kluczowych postaci. Lena – młoda dziewczyna, która, brzemienna, wyrusza w uciążliwą podróż śladami tatusia swojego dziecka. Christmas – bękart z domieszką murzyńskiej krwi, któremu przez całe życie ciąży jego pochodzenie. Hightower – duchowny wyklęty przez własne owieczki za ekscentryczne kazania oraz za skandal związany ze zdradami i samobójstwem jego żony. Byron Bunch – pracownik tartaku, który zakochuje się w Lenie i w porywie szlachetności pomaga jej odnaleźć ojca jej dziecka. Ojciec tegoż dziecka, znany najpierw jako Łukasz Burch, później – jako Joe Brown, kretyn, opryszek, bawidamek, któremu ani w głowie zakładanie rodziny. Panna Burden – starsza, samotna kobieta, żyjąca w częściowej izolacji przez swoje murzyńskie sympatie, która zostaje kochanką Christmasa. Losy ich wszystkich krzyżują się w małej mieścinie Jefferson, gdzie Bunch, Christmas i Brown byli pracownikami tartaku, gdzie mieszkają także Hightower i panna Burden, a gdzie Lena trafia w poszukiwaniu ojca swego dziecka.

Nie będę wnikać w zawiłości fabuły, wspomnieć jednak muszę o tym, co przykuwa uwagę, jeśli chodzi o bohaterów tej powieści, ich myśli, ich postępowanie, ich wzajemne relacje. Zdawali się oni – przynajmniej mnie – istotami z zupełnie innego świata. Na próżno szukać racjonalnych podstaw ich zachowania, ich wątpliwości są dla mnie zupełnie niezrozumiałe, zasady funkcjonowania ich wzajemnych relacji – niewytłumaczalne. Jakby wszystkim rządziło jakieś gorące, gęste, tętniące szaleństwo, jakby wszyscy byli opętani tym złocistym sierpniowym skwarem. I o ile, z tego co zauważyłam, czytelnicy tej powieści na ogół poczytują to za zaletę, za jakąś zupełnie nową literacką jakość, mnie to irytowało – bezustanne poczucie zagubienia, ciągłe dobieranie się do tej szkatułki, tępienie sobie na niej zębów i paznokci, i wszystko na nic. Może trzeba było się poddać temu szaleństwu, może jakoś nieodpowiednio do tej lektury podeszłam. Może, może.

Bardzo mieszane uczucia wywołał też u mnie sam język, styl Faulknera. Niektóre jego metafory były tak dziwaczne i „nie na miejscu”, że trudno mi było uwierzyć w to, co czytam. Bywało jednak i tak, że zaraz następne zdanie po tak pokracznym tworze zachwycało mnie swoim kształtem, wdziękiem, istne cudeńko! Nieraz długo trwałam w oczarowaniu plastycznością Faulknerowskich obrazów. I podobało mi się, jak przyroda wciąż korelowała z losami bohaterów, jak ten sierpień złocił się wciąż gdzieś w tle ze swoim przepychem, ze swoją światłością, ale i z melancholią przemijającego lata – szczególnie to było widać w przypadku panny Burden.
Było to coś pochodzącego z ciemności, z ziemi, z umierającego lata, coś groźnego i straszliwego dla niej, ponieważ instynkt upewniał ją, że nie zrobi jej to krzywdy, ale ogarnie ją zupełnie i zwiedzie, nie krzywdząc; przeciwnie, zostanie ocalona, a życie pobiegnie dalej tak samo, może nawet lepiej, mniej przerażająco. Przerażające było tylko to, że nie chciała być ocalona. (...) Był to ostatni błysk upartego, umierającego lata, zaskoczonego niespodziewanie przez świt jesieni, będącej już tylko na wpół życiem.

Ale czy tylko o tę korelację chodziło w tytule? Ciągle o tym myślę. Jak głosi (nie wiadomo do końca, na ile prawdziwa) historyjka na anglojęzycznej Wikipedii, tytuł roboczy tej książki był zupełnie inny, ale gdy pewnego sierpniowego wieczoru Faulkner siedział z żoną na ganku i ta zwróciła uwagę na niezwykłe właściwości światła w sierpniu, olśniło go. Tak zrodzony tytuł miał podkreślać symboliczne znaczenie światła i miesiąca sierpnia w tej powieści, ale jakie jest to znaczenie, co to za symbol? Dlaczego akurat Światłość w sierpniu miała być tak znamienna?

Dużo, dużo jeszcze do przemyślenia! Także zagadek fabularnych, które w powyższych wynurzeniach obeszłam szerokim łukiem. Ale to dobrze, lubię książki w ten sposób wżerające się w mózgownicę, więc mimo że trochę się przy czytaniu tej powieści zmęczyłam, to z mojej strony należy się panu Faulknerowi głęboki ukłon.

***
W. Faulkner, Światłość w sierpniu, wyd. Czytelnik, Warszawa 1975.

czwartek, 8 września 2011

Zbawienne konstelacje cudów - "Dziewczynka w zielonym sweterku", Krystyna Chiger, Daniel Paisner

Niewiele do tej pory czytałam wspomnień z czasów wojny, dotyczących Holokaustu, książka Krystyny Chiger była więc dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. I wrażenie, muszę przyznać, zrobiła ogromne.

Autorka opowiada najpierw skrótowo o okresie przed wybuchem wojny, kiedy to jej rodzina mieszkała w obszernym lokum w lwowskiej kamienicy i opływała w dostatek, a następnie – czas okupacji radzieckiej na początku wojny oraz, od roku 1941, okupacji niemieckiej, kiedy to Chigerowie umieszczeni zostali w getcie. Wreszcie, po ostatecznej likwidacji getta – ponad rok spędzony z rodzicami, bratem Pawełkiem i kilkoma innymi Żydami w ukryciu w kanałach, pod opieką Polaka Leopolda Sochy.

Czytając Dziewczynkę w zielonym sweterku wiele razy nie mogłam uwierzyć, raz, oczywiście – że można było żyć w takich warunkach, w ciemności, w ciasnocie, wśród robaków i szczurów, tyle czasu, a nawet donosić ciążę i urodzić dziecko w kanale jak Weinbergowa, i nie tracić mimo wszystko nadziei, a dwa – jak wiele było w historii Chigerów szczęśliwych zbiegów okoliczności, dzięki którym udawało się tym ludziom wyjść z opresji. Tyle razy ocierali się o śmierć! To było chwilami zupełnie jak – wybaczcie porównanie, jeśli jest nie na miejscu – śledzenie filmu akcji, w którym raz po raz bohater „w ostatniej chwili” rozbraja bombę, wyskakuje z mającego wybuchnąć budynku, uskakuje spod kół samochodu itd. itp. i oczywiście zawsze budzi to lekkie rozbawienie, bo „w rzeczywistości nie byłoby tak różowo”, tymczasem tutaj mam autentyczną historię, w której roi się od takich przypadków! Bo tak – rok 1943, akcja w getcie, Niemcy zabierają wszystkie żydowskie dzieci. Ignacy Chiger, ojciec Krysi, ukrywa ją, jej brata oraz ich matkę w specjalnej skrytce w piwnicy. Niemiecki żołnierz odkrywa jednak podstęp, rodzice rzucają mu się do stóp, błagają, by nie zabierał ich dzieci. I oto Niemiec, jeden z tych bezlitosnych i nieugiętych, zdawałoby się – maszyn do zabijania, po dłuższej chwili zgadza się, i jeszcze zostaje z nimi do wieczora, na wypadek gdyby wkroczył tam któryś z jego pobratymców i chciał dokonać dzieła za niego. Następnie – porachunki między ojcem a Obersturmführerem SS Grzimkiem, Chiger zostaje skazany na śmierć, już stoi na placu nagi, z pętlą na szyi, przerażona matka i dzieci patrzą na wszystko z okna, i w ostatniej chwili Grzimek zmienia zdanie, tak po prostu, i puszcza ojca wolno. I te wszystkie graniczące z cudem przypadki już w kanałach, odnalezienie ojca w plątaninie podziemnych tuneli po rozdzieleniu się, woda zaczynająca nagle opadać w momencie gdy sięgała już szyi dorosłych i lada chwila miała zatopić kryjówkę, ugaszenie pożaru... Raz po raz przychodziło mi do głowy, że chyba jednak rzeczywiście musiał nad nimi czuwać jakiś potężny Anioł Stróż, a może tak właśnie miało być, może mieli przeżyć, żeby to wszystko zapamiętać i po latach opowiedzieć?

Trochę studzi mnie w końcówce sama autorka. Nie byli jedynymi szczęściarzami. Wspominając czasy już wiele lat po wojnie, po przeprowadzce całą rodziną do Izraela, pisze: „Prawie każdy z Żydów, którzy nas otaczali, ocalał dzięki jakiejś szczególnej konstelacji cudów”. Było więcej Aniołów Stróżów. Zarazem jednak wielu zabrakło...

Cała książka chwyta za serce i dla co wrażliwszych pewnie mocnym przeżyciem będzie brnięcie przez niewesołe losy bohaterów, ale największe wzruszenie wywołała we mnie wizja małego Pawełka zaraz po wyjściu z kanałów, który wedle relacji jego siostry rzucił się do stóp rosyjskiego żołnierza jako wybawcy i zaczął całować jego brudne wojskowe buciory. Do tej pory mam „świeczki w oczach”, kiedy tylko ten obraz przywołuję.

Oczywiście to nie jest jakieś wybitne dzieło literackie. Język, jakim spisane są wspomnienia Krysi Chigerowej jest bardzo prosty, niektóre fragmenty brzmią wręcz jak wyjęte z dziecięcego pamiętnika, dodaje to jednak tej opowieści autentyczności. Podobnie zresztą jak filmik z dołączonej do książki płyty DVD – choć to, co mówi Chigerowa jest po prostu streszczeniem wydarzeń opisanych w książce, to zupełnie inne są odczucia, kiedy patrzy się na twarz tej kobiety, słucha jej, obserwuje się jej reakcje, jej łzy w oczach, zwłaszcza na wspomnienie ich opiekuna z kanałów, Sochy. Jeden tylko epizod, który pojawił się w relacji na filmiku, a nie było go w książce, zapadł mi szczególnie w pamięć, zaszokował wręcz – kiedy Chigerowa opowiada o tym, jak na pogrzebie Sochy ktoś powiedział głośno, że ten tragiczny wypadek to kara od Boga za ratowanie Żydów w czasie wojny. Trochę nie mieści mi się w głowie, że ktoś mógł naprawdę tak myśleć.

Pisałam niedawno, à propos jednego z opowiadań Vonneguta, o mentalnych kopach w tyłek, jakich czasem, jako wieczny malkontent, potrzebuję żeby sobie uświadomić, jak wielkie mam szczęście, że moje życie wygląda tak jak wygląda. Dziewczynka w zielonym sweterku jest jednym wielkim takim kopem. Postaram się ją sobie przypomnieć, kiedy po raz kolejny będę narzekać, że taka jestem nieszczęśliwa i nikt na świecie nie ma gorzej niż ja. I zawstydzić samą siebie tym wspomnieniem.

***
Za książkę – bardzo ładnie wydaną, nawiasem mówiąc – dziękuję wydawnictwu PWN.

***
K. Chiger, D. Paisner, Dziewczynka w zielonym sweterku, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2011.