piątek, 25 listopada 2011

Gorzki teatrzyk małżeństwa – „Sonata Kreutzerowska”, Lew Tołstoj

Książka, której przezornie lepiej nie polecać swojemu narzeczonemu/narzeczonej. Z tak mroczną, przerażającą i beznadziejną wizją małżeństwa jeszcze się chyba w literaturze nie spotkałam! Zresztą według tołstojowskiego bohatera cała ludzka egzystencja może mieć sens tylko pod warunkiem że uznamy za priorytet bezwzględną cielesną czystość i porzucimy złudzenia co do istnienia zjawiska powszechnie zwanego miłością.

Wasię Pozdnyszewa, pasażera pociągu, którym jedzie także narrator Sonaty, ten odwieczny teatrzyk i gra pozorów doprowadziły do stanu, w którym bez większych skrupułów zamordował swą żonę. Spętany seksualną relacją, która przejmuje go wstrętem, ale której nie potrafi się wyzbyć, wpada w szał kiedy dostrzega – a może tylko sobie wmawia? – że i jeden z jego znajomych, muzyk Truchaczewski, odczuwa pociąg względem jego połowicy i próbuje się do niej zbliżyć. Zamiast jednak przelać gorycz i gniew na konkurentna – tak naprawdę wciąż nie mając pewności, czy doszło do zdrady, bazując na własnych mglistych przeczuciach i erotycznym napięciu, jakie wyczuwa podczas wspólnego koncertu Truchaczewskiego i swej żony (kiedy to odgrywają właśnie tytułową Sonatę Kreutzerowską Beethovena) – mści się na kobiecie. Obwinia ją o własne zezwierzęcenie, choć w gruncie rzeczy jedyny problem, jaki ma, to problem z samym sobą.

Wszystko w tej historii wydaje się nierealne – rozmowy szaleńca z żoną, awantury, zabójstwo z zimną krwią... Jak gdyby sam wymyślił sobie to wszystko. Skoro przyjmujemy, że w jego niespokojnej głowie powstać mogła ta niesamowita teoria na temat miłości i małżeństwa, w imię której zabił własną żonę, to czy cała ta opowieść nie mogłaby być wytworem jego fantazji (w końcu jednym z wielu nieprawdopodobnych elementów w tej książce jest fakt, że morderca pozostaje na wolności i opowiada o swych przejściach towarzyszom podróży, zamiast odpokutowywać swą winę na więziennej pryczy)? Może nie tylko nie było żadnej zdrady, ale i nie było żony, a może i sam Pozdnyszew to owoc delirycznej nocy spędzonej na ławce w pociągu?

Tak czy siak, nie ma to znaczenia. Fabuła, trącąca wręcz banałem, to tutaj jedynie szkielet. Zabójstwo bohatera jest tylko wisienką na torcie pewnej wizji życia, ideologii, która stanowi istotę tej książki. Na ile jest to wizja samego autora – trudno stwierdzić. Mimo że w internecie roi się od dyskusji i dociekań na ten temat, ja nie zamierzam wnikać, gdyż z biografią Tołstoja nie jestem zbyt obeznana. Sceptycznie nastawiają mnie jednak do utożsamiania Pozdnyszewa z samym Tołstojem dwie rzeczy.

Po pierwsze – trudno mi uwierzyć, że ten sam człowiek, który tak taktownie i wyrozumiale odmalował dramat Anny Kareniny, hołdowałby tak bezwzględnym poglądom na kobiece plemię (nawet mimo kilkunastu lat dzielących daty powstania tych dwóch dzieł). Po drugie – myślę, że człowiekowi na poważnie patrzącemu w ten sposób na świat byłoby po prostu bardzo trudno na tym świecie wytrzymać. O ile nietrudno poprzeć święte oburzenie Pozdnyszewa, kiedy opowiada o wychowaniu seksualnym chłopców z dobrych domów, opierającym się na zaleceniach jak najczęstszych kontaktów fizycznych z kobietami, także w burdelach (bo to ponoć „dobre dla zdrowia”), o tyle już daleko idące wnioski, jakie potem wysnuwa – że ludzkość osiągnąć może pełnię szczęścia tylko odżegnując się zupełnie od fizycznego pożądania i obalając społeczny porządek nakazujący małżeństwo i płodzenie dzieci, w której to zabawie tak naprawdę chodzi tylko i wyłącznie o seks –  są zupełnie kosmiczne. Brzmi jak bredzenie frustrata, który nie spotkał po prostu odpowiedniej dla siebie kobiety – bo czy odpowiednią można nazwać taką, z którą już przed ślubem nie ma o czym rozmawiać? Pozdnyszew twierdzi co prawda, że teoria jego nie opiera się tylko na własnych doświadczeniach, ale perypetiach znajomych, jednak jedyne dopuszczane przeze mnie w tym wypadku wyjaśnienie, to że jego znajomi również mieli pecha. Widać niezbyt fortunne kryteria doboru towarzyszek życia były wówczas problemem powszechnym.

Wynurzenia tołstojowskiego bohatera dla mnie pozostają więc ciekawostką, i rewolucji w postrzeganiu świata nie wywołały, jednak z pewnością dają do myślenia. Warto czasem przyjąć na moment punkt widzenia proponowany w czytanej książce, nawet najbardziej absurdalny i egzotyczny, choćby po to, by powrócić do własnego z tym większym przekonaniem o jego słuszności.

W związku z Sonatą Kreutzerowską zachęcam do zapoznania się z treścią dyskusji w Klubie Czytelniczym Ani. Ja się tym razem mocno spóźniłam (zresztą i kolejna lektura Klubu przeszła mi właśnie koło nosa), i mam wrażenie, że nie pozostało już nic do dodania, ale poczytać warto, bo padło wiele ciekawych i inspirujących uwag na temat dzieła Tołstoja.

***
L. Tołstoj, Sonata Kreutzerowska, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1987.

sobota, 19 listopada 2011

Beduińska nostalgia przybyszki – „Żona Beduina”, Marguerite van Geldermalsen

Kiedy zaczęłam czytać tę autobiograficzną powieść o dwudziestu czterech latach spędzonych w jordańskiej jaskini u boku męża-Beduina, pomyślałam sobie, że 22-letnia Marguerite van Geldermalsen była kobietą bardzo lekkomyślną. Z pierwszych stron tej książki wyłania się obraz dziewczęcia z przysłowiowym „fiubździu” w głowie, odważnej odwagą graniczącą z głupotą, szukającej przygód i wrażeń bez względu na konsekwencje. Wraz ze swą towarzyszką wyprawy – która to wyprawa miała być tylko epizodem w jej życiu, barwnym wspomnieniem przywoływanym po latach jako szaleństwo młodości – beztrosko zgodziła się przenocować w jaskini u człowieka widzianego po raz pierwszy w życiu, a później bez dłuższego zastanowienia, po niecałych trzech miesiącach znajomości, wyszła za niego za mąż.

Dopiero po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że może niekoniecznie ta relacja świadczy o bezmyślności i emocjonalnej niedojrzałości autorki. Przecież trwała wiernie i niezmiennie w tym związku przez tyle lat, aż do śmierci męża, mimo niewygód i szoku kulturowego, jaki musiała przeżyć stając się członkinią beduińskiej społeczności. To nie sama Marguerite, a raczej jej sposób opowiadania jest pozbawiony większych emocji, co chwilami drażniło. Narracja bywała przez to sucha i ciężka do przełknięcia. Kiedy indziej jednak wywierało to na mnie zupełnie inne wrażenie – myślałam sobie, że taka wizja miłości, bez fajerwerków, burz, rozstań i powrotów, jakimi zarzucają nas współczesne love story, a opowiedziana językiem zwykłych codziennych zdarzeń, bardziej przypominająca nieoczekiwane przybycie starego przyjaciela, jest piękna. Tylko spokojne oddanie i czysta radość z bycia razem, i te sporadyczne, w tej powieści niby ukradkiem przemycane wyrazy czułości.
Gdy zbliżyliśmy się do Gasr al-Bint, rzucił się na nas tłum dziennikarzy i reporterów. (...) Kiedy jeden z nich zapytał, podnosząc ręce w górę i wskazując świątynię i błękitne niebo:
- Proszę nam powiedzieć, co sprawiło, że zamieszkała pani tutaj w starożytnym mieście, wśród przepięknych gór? – miałam gotową odpowiedź.
Spojrzałam na przystojnego Muhammada, idącego tuż obok mnie i odpowiedziałam bez wahania:
- On.

Druga rzecz, która spodobała mi się w tej książce to ładnie zarysowany w tle proces zmian, jakim podlega społeczność Beduinów w okresie gdy Marguerite staje się jej częścią – przeprowadzka z jaskiń do murowanego osiedla, przyswojenie nowinek technologicznych (na czele z elektrycznością, jakkolwiek kuriozalnie to brzmi), komputerów i internetu (o czym autorka wspomina już w Epilogu). Ogólnie rzecz biorąc – wkroczenie cywilizacji. Marguerite odmalowuje Beduinów, krewnych i przyjaciół swojego Muhammada, jako zaciekawionych nowymi możliwościami, jakie się przed nimi roztaczają, i podnieconych opcją życia w stylu zachodnim (zresztą sam Muhammad posiada ten rys – mimo że jego małżonka wcale się nie skarży i o nic nie prosi, ten z zapałem udoskonala ich jaskinię, wprowadzając udogodnienia podpatrzone w czasie wizyty w Nowej Zelandii). Ona sama jednak, choć jest mimo wszystko wciąż przybyszką – a może właśnie dlatego? – zdaje się odczuwać pewną nostalgię za dawnym światem, prymitywnym, ale za to bardziej sprzyjającym więziom międzyludzkim i czerpaniu radości z prostych uroków życia. Zastanawia się nawet, czy nie mogliby pozostać w swojej jaskini, mimo że wszyscy inni przeprowadzają się do nowego osiedla, Muhammad przekonuje ją jednak słowami: „Nie warto wchodzić do raju, gdzie nie ma ludzi”.

Marguerite van Geldermalsen (Źródło)
Niestety jednak ja odczułam podczas lektury, że autorka nie zajmuje się zawodowo pisaniem i że wcześniej nie próbowała swoich sił w tym fachu (choć, z tego co wyczytałam, jakieś lekcje pisania brała). Chronologia jest tu zachowana, jednak Żona Beduina przypomina momentami, zwłaszcza pod koniec, zbiór krótkich notatek bez ładu i składu. Ponadto sposób opowiadania – co pewnie wiąże się z tym brakiem emocji, o którym wspominałam – jest mało porywający i niespecjalnie rozumiem zapewnienia, że to bardzo wciągająca książka, których wszędzie pełno. O ile początek, wyjaśnienie jak to się właściwie stało że Marguerite znalazła się w Petrze, czytałam jeszcze z zaciekawieniem, o tyle wiele stron opisujących jej życie wśród Beduinów już mnie znużyło.

Doszłam w ten sposób do wniosku, że jednak niespecjalnie przepadam za tego typu literaturą wspomnieniową w wydaniu nie-pisarzy. A może zbyt się zrobiłam wybredna przez to zaczytywanie się w klasykach? Historie tego typu są często ciekawe, tak jak w tym przypadku, ale pozostaje jakiś niedosyt, takie „można to było lepiej napisać”. Myślę jednak, że Żonę Beduina ze względu na inne walory mogę polecić. Zwłaszcza, jeśli ktoś lubi takie literackie, międzykulturowe podróże po świecie.

Aha, a Marguerite, mimo że po śmierci Muhammada spędziła jakiś czas w Sydney, wróciła w końcu do Petry. Gdyby ktoś się wybierał w te okolice, można ją spotkać w jej sklepiku z pamiątkami i poprosić o autograf :)

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu PWN.

***
M. van Geldermalsen, Żona Beduina, wyd. Imprint, Warszawa 2006.

wtorek, 1 listopada 2011

Szukając odpowiedzi w głębi Boskiej Flaszy – François Rabelais, „Gargantua i Pantagruel”

By pokazać, że jeszcze żyję i o blogu pamiętam – oraz jako wstęp do mojego tekstu, który ukaże się w kolejnym Archipelagu w ramach tematu przewodniego – napiszę dziś krótko o pewnym XVI-wiecznym dziele, które wstrząsnęło ówczesną Francją i do dziś budzi spore kontrowersje.

Kojarzycie przymiotnik „gargantuiczny”? Pewnie wiele osób tak, tymczasem nie wszyscy wiedzą, że pochodzi on od imienia Gargantui, olbrzyma z królewskiego rodu, powołanego do życia przez Françoisa Rabelais'go na kartach dzieła, które mam na myśli – Gargantui i Pantagruela. Od Pantagruela z kolei wziął się „pantagruelizm” – radosna i beztroska ideologia opierająca się na życzliwości, otwartości, śmiechu – „prawdziwym królestwie człowieka”, pełnej akceptacji własnej cielesności, umiłowaniu biesiady i ludzkiego towarzystwa, odrzuceniu wszelkiej hipokryzji i wysławianiu Boga (którego wspaniałym dziełem jest przecież i nasze ciało, należy więc oddać mu należną mu cześć). Kiedy kilka dni temu po raz drugi zakończyłam lekturę Gargantui i Pantagruela, zakochałam się w tych księgach na nowo i pomyślałam, że niczego tak bardzo nie pragnę, jak stać się rasową pantagruelistką.

Jak się to wszystko zaczęło? Rabelais, prócz tego że był duchownym i uczonym, parał się także sztuką medyczną. Ponieważ jednak do swoich obowiązków jako lekarz podchodził bardzo beztrosko, przebywając w Lyonie stracił posadę w szpitalu i musiał szukać innych źródeł zarobku. Dostał wówczas zlecenie od pewnego księgarza, polegające na napisaniu kontynuacji uciesznej opowiastki o olbrzymie Gargantui, która robiła wtedy zawrotną furorę na rynku wydawniczym. Zlecenie przyjął, spłodził kontynuację – i dużo więcej, bo stała się ona pierwszą z pięciu ksiąg jego największego dzieła, pisanego ostatecznie w ciągu ponad dwudziestu lat i dojrzewającego wraz z autorem.

Pierwsza księga opowiada losy króla-olbrzyma Gargantui, zaś pozostałe cztery to przygody jego syna Pantagruela. Gargantuę poznajemy jako rozpuszczonego bachorka i nieuka, który jednak, wyzwolony spod szkodliwych wpływów pustogłowych nauczycieli-sorbonistów, trafiwszy w ręce odpowiedniego opiekuna, przeradza się we wzór cnoty, elokwencji i odwagi i na koniec bohatersko służy ojcu wraz ze swymi kompanami w wojnie przeciwko Lerneńczykom. Jeśli zaś chodzi o część opowieści poświęconą Pantagruelowi, dominuje w niej postać jego przyjaciela Panurga – bawidamka, chwalipięty, opoja i tchórza, który, pragnąc się dowiedzieć, czy jeśli wstąpi w związek małżeński, żona przyprawi mu rogi, wyprawia się wraz z Pantagruelem i resztą ich towarzyszy w daleką podróż do sławnej wyroczni, Boskiej Flaszy (czyli po prostu wielkiej butelki).

Rabelais nie przebiera w słowach i niejednokrotnie naraża swych czytelników na niesmak. Jego bohaterowie pierdzą, srają, szczają, i rzygają, fajdają ze strachu w pludry, nie krępują się poprosić wprost damę o mieszkanie dla ich „Kuby Skoczka” i radośnie opowiadają sobie historie o zakonnicach obracanych przez żywotnych mnichów. Do tego w wielu fragmentach można się doszukać niechęci dla kobiecego rodu, który według Rabelais'go jest niestały, kłamliwy i rozpustny. Na pewno więc nie wszystkim te księgi przypadną do gustu. Przy tym wszystkim tyle jednak w nich nieskrępowanej radości życia, tyle komizmu, choć niewybrednego i nie raz rumieniec na twarz przywołującego, tyle rozmachu, tyle barw i ciepła, i tyle cudownej lekkości pióra, że – w moim przypadku przynajmniej – ciężko było się nie uśmiechnąć. Do tego dochodzi całe to „drugie dno”, błyskotliwe aluzje do ówczesnej sytuacji w kraju i na świecie, wyczerpująco tłumaczone w przypisach przez tłumacza – niesamowitego Boya-Żeleńskiego, który po raz kolejny odwalił tutaj kawał solidnej roboty.

Ja polecam. Zwłaszcza tym, którzy spodziewają się przykurzonego i mocno przeterminowanego, ciężkostrawnego tomiszcza. Ja podeszłam do tej lektury bez uprzedzeń, bo za sprawą mistrza Hrabala, któremu wiedziałam, że mogę zaufać. Jeśli ktoś nie zawaha się zaufać mnie – to mam nadzieję, że się nie zawiedzie i zasili szeregi pantagruelistów :)

***
F. Rabelais, Gargantua i Pantagruel, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1988.

***
Na koniec – trochę już późno, ale zachęcam do lektury artykułu Sol o blogowaniu i blogerach, do którego dorzuciłam swoją cegiełkę. Moim zdaniem wyszedł z tego bardzo interesujący i wyczerpująco podchodzący do tematu tekst.