czwartek, 29 grudnia 2011

Nostalgia za światem, którego już nie ma – "W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne", Maja i Jan Łozińscy

Niepodobna oddać tego upojenia, tego szału radości, jaki ludność polską w tym momencie ogarnął. Po stu dwudziestu latach prysły kordony. Nie ma „ich”. Wolność! Niepodległość! Zjednoczenie! Własne państwo! Na zawsze! Chaos? To nic. Będzie dobrze. Wszystko będzie, bo jesteśmy wolni od pijawek, złodziei, rabusiów, od czapki z bączkiem, będziemy sami sobą rządzili...

Tak wyglądało, w słowach Jędrzeja Moraczewskiego, odrodzenie Polski po stu dwudziestu trzech latach niewoli. I ten właśnie okres, kiedy to rzeczywiście zapanował totalny bezład, kiedy rozpoczął się mozolny proces powojennej rekonwalescencji i scalania do tej pory niezależnych od siebie obszarów terytorialnych, niwelowania różnic między nimi, stabilizowania granic i wygaszania konfliktów, opisują na wstępie Maja i Jan Łozińscy w swojej książce. Na kolejnych kilkuset stronach prowadzą nas przez dwadzieścia lat „wielkich porządków” – czas, gdy Polska powstaje i stąpa na chwiejnych jeszcze nogach jak młodziutkie źrebię. Z jak wielkim zapałem i radością jednak do tych porządków przystępowano! Jak wielkie wzruszenie budził powrót do ojczyzny z wygnania, nawet jeśli wszystko jeszcze w tej ojczyźnie tak prowizoryczne i niedopracowane!
Mamert Stankiewicz, niegdyś komandor w carskiej Flocie Bałtyckiej, w Drugiej Rzeczpospolitej współtwórca Szkoły Morskiej w Tczewie i legendarny dowówdca wielu polskich statków, tak wspominał tę chwilę: (…) W pewnej chwili stanąłem poza granicą bolszewicką na ziemi polskiej. Ujrzałem uniform żołnierza polskiego. Byłem niezmiernie wzruszony. Chciałem paść na tę ziemię i podziękować Najwyższemu, że zezwoli, by tułaczka nasza się skończyła i że zdrowi i cali możemy wrócić do siebie. Było jednak dużo ludzi dokoła, przeważnie powracająca z Rosji inteligencja. Wszyscy tak samo głęboko wzruszeni, ale też wszyscy powstrzymujący się od szczerego wyjawienia swoich uczuć.

Z zapałem przystąpiono do likwidowania zniszczeń, odbudowy i rozbudowy własnego państwa. Miasta zmieniały się nie do poznania, jak grzyby po deszczu wyrastały nowoczesne budynki – najlepszy przykład to Gdynia, która w ciągu kilku lat z małej osady rybackiej stała się wielkim, doskonale przystosowanym portem. (Prócz niej zaglądamy także do kilku innych miast, z których mnie, ze względów oczywistych, najbardziej zainteresował Kraków – o tym więcej tutaj). Zapatrzona w kraje Europy zachodniej Polska zaczęła się stroić w pyszne szaty eleganckich restauracji, dancingów, kin, oświetlonych i pięknie przybranych wystaw, jej drogi zaczęły zapełniać automobile – które w naszych stronach były wtedy jeszcze luksusem, na który mało kto mógł sobie pozwolić, i nie było oczywiście mowy o odpowiednio przystosowanych drogach, przepisach drogowych, stacjach benzynowych, których brak, zwłaszcza na Kresach, poważnie ograniczał możliwości zmotoryzowanego podróżowania – a torami kolejowymi mknęły superszybkie pociągi (w tym także słynny Lux-torpeda, który ustanowił do dziś nie pobity rekord czasu przejazdu z Krakowa do Zakopanego).

Lux-torpeda w Zakopanem, 1936 (źródło)
Równocześnie jednak wciąż pielęgnowane były tradycje i zwyczaje, w których i dzięki którym przez ponad sto lat przetrwała polskość. Te fragmenty, w których mowa była o społeczności szlachecko-ziemiańskiej, o legendarnej gościnności wiejskich dworków, o ceremonii przestrzeganej przy przyjmowaniu choćby najmniej znaczących gości, o bogactwie staropolskiej kuchni, stołach uginających się, zwłaszcza w Święta, pod ciężarem jadła, o tradycyjnych polowaniach, formach spędzania wolnego czasu, całym tym leniwym życiu na prowincji, takim jak przed wiekami, jak gdyby czas się zatrzymał, miały dla mnie największy urok (i już mnie kusi W ziemiańskim dworze Mai Łozińskiej, ach, jak kusi!). Wedle wspomnień ambasadora Noëla:
Życie wielkoświatowe w Polsce przypominało cudzoziemcom, którym dane było brać w nim udział, towarzystwo francuskie z XVIII wieku, w tym, co było w nim najlepszego i najbardziej subtelnego. Kobiety odgrywały w nim tę samą rolę co wtedy, spotykało się tu tę dawną uprzejmość, wytworność, subtelność obejścia w połączeniu z istotną prostotą, pozbawioną wszelkiego snobizmu, jaki charakteryzował salony tamtego stulecia. Francuzi znajdowali w tym odblask delikatnego uroku swoich dawnych tradycji.

Ten świat którego już nie ma, dla nas tak egzotyczny! Podobnie – przedwojenne bale, wówczas wciąż jeszcze odbywające się według dziewiętnastowiecznego scenariusza – otwierane polonezem, z karnetami pań, na które wpisywali się chętni, by z nimi zatańczyć, z tradycyjnym wodzirejem i z młodziutkimi dziewczętami strzelającymi spojrzeniami w kierunku przystojnych oficerów, będących atrakcją i ozdobą każdego balu. Nie tylko te miejskie, na których bawiła się sama śmietanka towarzyska, ale i te organizowane na prowincji – jak z opisu Marii Ginter, przypominającym mi trochę te urocze scenki z zabawy w Dwunastu Dębach w przededniu wojny secesyjnej (Przeminęło z wiatrem, rzecz jasna):
Auta i pojazdy konne zajeżdżały jeden po drugim. Wszystkie pokoje gościnne, przygotowane do nocowanie, służyły chwilowo do przebierania. (…) Najbardziej emocjonująca jest ostatnia godzina przed balem. (…) Orkiestra w salonie stroi instrumenty. Lokaje biegają od kuchni do jadalnego, zastawiając stoły. Kucharze na gwałt coś wykańczają, a pomocnice kręcą lody i biją śmietanę. (…) Goście tymczasem przebierają się we fraki i suknie balowe, urywając dzwonki na służbę. Pokojówki biegają od pokoju do pokoju, nie wiedząc komu najpierw coś odprasować czy przyszyć. I wreszcie na dźwięki gongu, którym wodzirej oznajmia rozpoczęcie balu, wszyscy schodzą do salonu. Tańce otwiera polonez. (…) Po kotylionie, (…), był walc figurowy na korcie tenisowym i puszczanie sztucznych ogni. Powrót do salonu wodzirej poprowadził wężem po parku między szpalerem kolorowych lampionów. (…) Zabawa trwała do rana. Ostatni taniec, biały mazur i pożegnania. Podjeżdżające ekwipaże unosiły kolejno rozbawionych gości. Wołania i śmiechy milkły powoli w mgle porannej. Opustoszały, ucichły nagle dwór wydawał się jak umarły.

Z wielkim zainteresowaniem czytałam również o sztuce dwudziestolecia, wolnej wreszcie od męczącej konieczności drążenia tematów patriotycznych i narodowowyzwoleńczych, i zaglądałam za kulisy, pochłaniając niedyskretne opowieści o artystach (na przykład Boyu-Żeleńskim, który, przekornie uprzedzony do kinematografu, takiego wstydu narobił niegdyś w kinie Irenie Krzywickiej, wciąż gubiąc wątek i zadając głośno głupie pytania) czy wielkich osobowościach Polski międzywojennej, jak choćby samym Marszałku Piłsudskim (który mimo że słynął z powściągliwości, ponoć potrafił mocno się wzruszyć losami filmowych bohaterów).

Nietrudno było poczuć tę radosną, łączącą powiew świeżości i nowoczesności z ciepłymi aromatami staropolskich tradycji atmosferę przedwojennej Polski – i nie sposób również uniknąć smutku i nostalgii czytając o tym, jak ten wspaniały rozwój został gwałtownie zatrzymany przez najazd Hitlera i wojnę. Do tego, co tak brutalnie wydarte, powrotu już nigdy nie będzie. Słusznie pisała Monika Żeromska, 1. września 1939 roku obserwując pierwszą powietrzną bitwę: „Wszystko się w tej chwili zmienia. Nasze życie, nasz świat i my już jesteśmy kimś innym, zupełnie niewiadomym”.

Przedwojenny krakowski Kazimierz (źródło)

***
Za książkę (zilustrowaną, o czym trzeba wspomnieć, całym mnóstwem przepięknych zdjęć, które same w sobie stanowią uroczą wędrówkę przez dwadzieścia lat międzywojennej Polski!) dziękuję wydawnictwu PWN.

***
Cytaty: M. Łozińska, J. Łoziński, W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne, wyd. PWN, Warszawa 2011.

piątek, 23 grudnia 2011

O Bożym Narodzeniu, fenomenie Borejków i o pewnej rocznicy

Wszystkie cztery panienki pokładły się na stole i płakały ze śmiechu. Mama i Gabrysia krztusiły się i rechotały na przemian. Jeden tylko ojciec Borejko (który znów zdołał był zapaść w otchłań lektury, zapominając o przyczynie wzburzenia niedoszłej panny młodej) potoczył teraz nieprzytomnym spojrzeniem po twarzach siedmiu swoich ukochanych kobiet, a następnie, odebrawszy ogólne wrażenie radosnego szczebiotu i rozgardiaszu, rzekł, uspokojony:
     - Lubię Gwiazdkę. – I powrócił do czytania.
Małgorzata Musierowicz, Noelka, wyd. Akapit Press, Łódź 1992.

Ja też lubię. Z jej rozgardiaszem, z hałaśliwością pełnego domu, z kolędami, z zapachem mandarynek, świątecznych wypieków, kompotu z suszek, z tym magicznym momentem świecenia lampek choinkowych po raz pierwszy. Już samo to wystarczy, by klimat Świąt uderzył do głowy, ale w ramach wprawiania się w odpowiedni nastrój sięgnęłam jeszcze po zaczytaną Noelkę. I zachwyciłam się! Co to jest, że nawet po latach, nawet kiedy się już jest się może nie takim starym, ale nastoletnie uniesienia ma się już za sobą, Musierowicz dalej bawi i wzrusza? Tyle, że na trochę inne rzeczy zwraca się uwagę. Na przykład marzy się o tym, żeby samemu kiedyś (niedługo?) stworzyć taki dom, jak Borejków. Absolutnie otwarty, ciepły, przyciągający jak wielki magnes, taki, w którym gość nie stanowi niczego niezwykłego i dzięki temu natychmiast czuje się jak u siebie, taki, w którym żadnym problemem nie jest zaproszenie na Wigilię dwóch małych rumuńskich dziewczynek.

W takim domu, w takiej rodzinie Święta naprawdę są magiczne! I takich Wam, Czytelnicy drodzy, z całego serca życzę. Atmosfery, na jaką czeka się cały rok. I wytchnienia od codzienności, bo za szybko w dzisiejszych czasach żyjemy, za dużo mamy na głowie.
Viggo Johansen, Radosne Boże Narodzenie, 1891.
I przy okazji – kilka tygodni temu, tylko, nierozgarnięta, oczywiście to przegapiłam, mój blog miał swoje pierwsze urodziny. Dziękuję Wam za wszystkie ślady, jakie po sobie tutaj zostawiacie, za miłe słowa, ale i za milczące wyrazy uznania. Bo można pisać wyłącznie dla siebie, ale wówczas równie dobrze spełniałoby rolę spisywanie wrażeń w kajeciku i chowanie na dnie szuflady, jakiż byłby sens upubliczniania ich? Każdy pozytywny komentarz jest budujący, a każdy choćby zawiązek dyskusji – cudownie wzbogacający. Mam też nadzieję, że udaje mi się czasem swoimi tekstami Was zaciekawić, rozbawić, skłonić do refleksji. Postaram się na przyszłość dawać z siebie wszystko. Wielkie dzięki raz jeszcze!

sobota, 17 grudnia 2011

O propagandowych wierszykach i bohaterstwie ośmiolatki – „Dumny Bądźżeś”, Irena Dousková

Być dzieckiem, jak powszechnie wiadomo, nie jest łatwo. A co dopiero w warunkach takich, jak kilkuletnia Helenka, bohaterka Dumnego Bądźżesia! Akcja tej powieści toczy się bowiem w Czechosłowacji w latach 70., kiedy to prezydentem został Gustáv Husák, wprowadzając serię reform nazwanych później „normalizacją Husáka”. Aby „zwykłym ludziom” zapewnić „spokój potrzebny do pracy”, rozpoczęto wówczas proces usuwania z życia publicznego osób niewygodnych, podejrzewanych o sympatie antysocjalistyczne.

Za taką osobę uznana zostaje między innymi mama Helenki, aktorka teatralna w niewielkim czeskim mieście (fikcyjnym, z tego co się orientuję), Niczinie. Dziewczynka obserwuje powoli postępujący proces zaszczuwania jej rodzicielki, który nazywa spiskiem; nie rozumiejąc oczywiście przyczyn i konsekwencji tych zmian, pojmuje wszystko z prostotą właściwą dziecku – bezbłędnie identyfikuje czarne charaktery całej sytuacji, dyrektora teatru oraz dawną przyjaciółkę mamy, i w dziecięcej lojalności względem Kasieńki (jak nazywa matkę) pragnie się na nich zemścić. Projektuje nawet morderstwo, który to pomysł wkrótce porzuca, dochodząc do wniosku, że nastręczyłby zbyt dużo problemów (i ostatecznie nie przeważa nawet argument, że w więzieniu mogłaby nieźle schudnąć).

No właśnie, prócz krzywd wyrządzanych jej mamie Helenka ma bowiem mnóstwo innych problemów. Ponieważ jest gruba, a do tego ma inne nazwisko niż jej mamusia (jest bowiem dzieckiem nieślubnym, pół-Żydówką, a jej biologiczny ojciec przebywa w „Niujorku”, przy czym dziewczynka wciąż drży ze strachu, że pewnego dnia przyjedzie i ją zabierze – kolejna troska!), dzieci w szkole się z niej wyśmiewają. Dlatego też woli spędzać czas wśród starszych – w końcu „dorośli nie są tak złośliwi jak dzieci i w ogóle są lepsi” (wielu z nas przed laty, w czasach szkolnych nieprzyjemności, pewnie by się pod tym poglądem podpisało). Wskutek tego przebywania wśród dorosłych Helenka jest dojrzała ponad wiek (a może na odwrót – dlatego, że jest tak dojrzała, czuje się przy nich dobrze?) – lojalnie wobec Kasieńki i jej męża pozbywa się prezentów od prawdziwego ojca (choćby to był przepiękny zestaw pisaków, o którym skrycie marzyła), zmaga się z wyrzutami sumienia po rozdeptaniu kilku ślimaków, wyczuwając, że żadne niewinne stworzenie nie zasługuje na takie traktowanie, i odważnie trwa we wpojonej w domu niechęci do komunistów, mimo całej szkolnej propagandy. Z troskami zaś radzi sobie, przypominając sobie usłyszany niegdyś w szkole wiersz o Dumnym Bądźżesiu – nawet jednak, kiedy jej ideał upada, okazuje się bowiem, że Dumny Bądźżeś to nie jakaś mityczna postać, bohater na miarę jej ukochanego, rycerza Dalibora z Kozojedów, lecz po prostu „dumny bądź, żeś”, przeświadczenie, że musi być dzielna i nie dać się zgnębić, pozostaje. Jest ono bowiem atrybutem Helenki, zostało niemalże wyssane z mlekiem matki.

Na równi jednak z tymi poważnymi kwestiami wśród helenkowych problemów stoi na przykład zawiedziona nadzieja wyjścia na koncert Miluszki Wobornikowej, ulubionej piosenkarki dziewczynki, rozszyfrowywanie tajemniczych napisów na drzwiach toalety, takich jak „Zrób mi to od tyłu”, wymigiwanie się od zjadania duszonego mielonego na szkolnej stołówce, fascynacja Pragą czy niechciane, wyrażające się odrażającym obślinianiem twarzy, zaloty kolegi z Zakopów. Pomijając więc nawet ten efektowny zabieg – niewesoła komunistyczna rzeczywistość z perspektywy dziecka – sam prosty urok dziecięcego pamiętnika jest niewątpliwym walorem tej książeczki. I na tyle, na ile literacki powrót do pierwszych lat życia i właściwego im spojrzenia na świat jest możliwy, wydaje mi się, że Irenie Douskovej świetnie się to udało. A kto przechowuje swoje stare zapiski z dzieciństwa, ten wie, że nic tak nie bawi i wzrusza jak ich ponowna lektura i zderzenie z tym nieskomplikowanym, naiwnym i niewinnym sposobem postrzegania.
Z kurwami ja też miałam kłopoty. W Zakopach przed blokami bawiliśmy się latem z dziećmi i chłopaki ciągle mówili: ty kurwo. Ja tego słowa jeszcze przedtem nie słyszałam, ale podobało mi się, tak że kiedy mnie babcia zawołała z okna na kolację, odpowiedziałam:
- Za chwilkę, proszę, jeszcze nie jestem głodna, ty kurwo.

Na deser jeszcze jeden cytat, z którego niechcący wyszedł Helence rozkoszny truizm i uniwersalna mądrość zarazem (o czym wie chyba każdy, kto choć raz był zakochany):
I pytałam też, co to znaczy na serce, i podobno to jest tak, że serce to najgorsza choroba. Jak ktoś ma serce, to prawie na pewno umrze.
***
Za sprezentowanie mi tej książeczki niniejszym dziękuję Adze P., towarzyszce zmagań studencko-inżynierskich :)

***
I. Dousková, Dumny Bądźżeś, tłum. Joanna Derdowska, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2007.