środa, 29 lutego 2012

Lekcje dojrzałości u pijaczków i ułomnych – „Herman”, Lars Saabye Christensen

Po raz kolejny zacznę od krótkiej refleksji na temat książek ogólnie oraz naszego osobistego stosunku do nich. Bywa, że coś przeczytam i zdecydowanie mi się podoba, mimo że nie potrafię wskazać dokładnie, co takiego było w tym dobrego – bo historia na pozór banalna i napisana bez fajerwerków – lub zdecydowanie mi się nie podoba, choć wytknąć konkretnych wad nie jestem w stanie. Niedawno skończona lektura Krainy chichów utwierdza mnie w przekonaniu, że to kwestia jakiejś osobistej wrażliwości, trochę tak jak z gustami kulinarnymi – jeden będzie wcinał szpinak aż mu się będą uszy trzęsły, a drugi w nim nie zasmakuje choćby mu nie wiem jak zależało, i tyle. Jednego książka ruszy, drugiego nie – mam na myśli oczywiście przypadki, kiedy nie jest widoczne na pierwszy rzut oka, że autor jest grafomanem, a historia płytka jak kałuża (choć i w takich wypadkach można by się kłócić, bo czy istnieje coś takiego jak „obiektywna wartość książki”?).

Po lekturze takiego „kontrowersyjnego” dzieła grzebię intensywnie w cudzych opiniach (zawsze, nim wydam ostatecznie własną, zaglądam do cudzych – a nuż okaże się, że coś istotnego przegapiłam, opacznie zrozumiałam, i mówię tu raczej o rzeczach oczywistych, nie o różnicach w interpretacji tego co nie do końca jednoznaczne) i długo rozmyślam, co napisać. I tak jest teraz właśnie z Hermanem Christensena. Niby nic w tej książce nie ma niezwykłego, na pierwszy rzut oka – dość beznamiętna relacja z kilku tygodni z życia pewnego małego Norwega, który zaczyna chorować na dziwną (godzącą chyba bardziej w jego psychikę i poczucie własnej godności niż w kondycję fizyczną) chorobę. Ale mnie ta historia ruszyła. Jakiś ledwie wyczuwalny dreszczyk powiedział mi, że to dobra książka.

Choroba, na którą zapada Herman, objawia się wypadaniem włosów. Zupełnie, aż do wyłysienia. Nagle chłopiec, dokładnie w wieku, kiedy człowiek zaczyna przywiązywać uwagę do własnego wyglądu, musi zmierzyć się z własnym nienaturalnym oszpeceniem – tak jakby niewystarczająco dużo miał problemów z brakiem akceptacji w środowisku szkolnym i wiecznymi docinkami! Na domiar złego akurat Ruby, dziewczynka, która najwyraźniej budzi u niego pierwsze drgnienia młodzieńczego serduszka, pyszni się przepiękną rudozłotą czupryną. I, jak się wkrótce okazuje, lepiej od niego jeździ na łyżwach. Wszystkie te problemy spadają na wątłe ramionka Hermana i przytłaczają go, zaczyna się buntować, oskarża rodziców, ostentacyjnie obnosi się ze swą czapką nawet kładąc się spać, jeży się i prycha jak kocur na każdy miły gest pachnący mu litością. Zdrowi i piękni stają się jego wrogami, a interesować go coraz bardziej zaczynają ci ułomni i nieszczęśliwi, na których wcześniej nie zwracał uwagi – jego przykuty do łóżka dziadek, sąsiad-pijaczek, kuśtykająca o kulach dama, którą widuje w okolicy. Od nich powoli uczy się, jak znosić swój los z godnością. Happyend nie jest zupełny, ale wszystko to, co przytrafia się Hermanowi, choćby były to smutne epizody, staje się dla niego szkołą życia i czyni go lepszym, dojrzalszym, mądrzejszym.

Dramat chłopca zostaje odmalowany, jak już wspomniałam, oszczędnie i na pozór chłodno, ale mimo to czułam te emocje, to miotanie się dziecięcego ducha w ułomnym ciałku, próby zrozumienia i pogodzenia się, i identyfikowałam się z Hermanem, towarzyszyłam mu na wszystkich etapach jego przemiany. (Zupełnie odwrotnie niż w przypadku wspomnianej Krainy chichów, nad którą jednak nie będę się tu rozwodzić, należy jej się osobny post). Ot, widocznie to ten intrygujący skandynawski chłód, z którym tak naprawdę do czynienia miałam chyba pierwszy raz, ale chętnie jeszcze w nim zasmakuję.

***
L.S. Christensen, Herman, wyd. Świat Literacki, Warszawa 2000.

niedziela, 19 lutego 2012

W żółtej przyczepie z olbrzymem i niemową – „City”, Alessandro Baricco

O książkach, które robią na nas kolosalne wrażenie, pisze się i łatwo, i ciężko zarazem. Łatwo – bo zwykle takie dzieła same prowadzą pióro po papierze (tudzież: palce po klawiaturze), wciąż każą o sobie myśleć i o sobie mówić, a możliwości interpretacyjne mnożą się jak króliki. Trudno – bo pozostając pod wpływem tej magii chcielibyśmy odmalować ją, roniąc jak najmniej i jak najmniej ją zniekształcając.

Te obawy i nadzieje w przypadku City są jak najbardziej na miejscu, bowiem jest to z całą pewnością jedna z najlepszych książek, jakie ostatnio czytałam. Skończyłam – i nie daje mi spokoju, od kilku dni zbieram myśli i porządkuję wrażenia, a one zdają się rozłazić na wszystkie strony niczym niesforne żyjątka. Weźcie więc pod uwagę, że to, co teraz o tej powieści napiszę, to tylko próba, bo całości, tej żywej, nieposkromionej całości, nie sposób ogarnąć

Co ma w życiu największe znaczenie, czy można dostrzec niedostrzegalne, jak dotknąć materii, która tym z nas twardo stojącym na ziemi nieustannie się wymyka? Czy zbliżyć się do prawdy możemy tylko poprzez ucieczkę w świat fantazji, i czy ofiarą, jaką ponosi się za dostąpienie tego zaszczytu, jest etykietka stukniętego? Takie pytania zdaje się stawiać autor, a odpowiedzi udzielają nam młodociany geniusz Gould, nadzieja światowej nauki, jego przyjaciółka i guwernantka Shatzy Shell (nic wspólnego z tym od benzyny), której największym marzeniem jest nakręcenie westernu – scenariusz wciąż dopracowuje – oraz grupka uczelnianych profesorów Goulda (w których przypadku co prawda odpowiedzi te są mocno teoretyczne – wiedzą, ale nie potrafią tej wiedzy wykorzystać).

Dramat Goulda polega na tym, że wszyscy dostrzegają w nim wielki mózg, nikt zaś nie widzi człowieka. Rektor uczelni, z którą jest związany, wygłasza płomienne mowy, w których porównuje małego geniusza do bili mknącej ku łuzie zwanej Nagrodą Nobla, koledzy ze studiów oczywiście traktują go jak wybryk natury, i choć chłopiec niczego innego tak nie pragnie, jak pozostać dzieckiem, którym przecież w rzeczywistości jest, wtłoczony zostaje w formę dorosłego, do której nie pasuje i w której czuje się źle. Bardzo trafnie podsumował tę sytuację jeden z jego profesorów, Mondrian Kilroy, porównując talent do toru bowlingowego wybudowanego w samym środku domu – można oczywiście całe życie poświęcić bowlingowi i zostać w nim mistrzem świata, lecz nic już nie zmieni faktu, że dom został częściowo wyburzony, a huk z toru bowlingowego będzie nam już nieustannie towarzyszył. Wielu dorosłych nie jest w stanie tego znieść, a co dopiero dziecko?

Na domiar złego w rodzinie chłopiec też nie może szukać oparcia – matka przed laty popadła w obłęd i trafiła do szpitala psychiatrycznego, zaś ojciec, dla którego Gould zdaje się być kimś w rodzaju tajemniczego, budzącego strach demona, połowicznie zostawił go na pastwę losu – zaoferował pomoc finansową, lecz zdecydował, że będą mieszkać osobno. Osamotniony i, wbrew pozorom, bardzo zagubiony chłopiec spędza więc czas głównie w towarzystwie dwóch wymyślonych przyjaciół – Diesla, olbrzyma cierpiącego ponieważ chciałby podróżować, lecz nie mieści się w żadnym środku lokomocji, oraz Poomeranga, niemowy prowadzącego na własną rękę kampanię przeciwko nadużywaniu bankomatów (polegającą na naklejaniu świeżo przeżutej gumy do żucia na klawiaturze do wstukiwania kodu, dokładnie na cyfrze 5). Jedyną osobą z krwi i kości, którą Gould może nazywać przyjacielem, jest profesor Taltomar, były sędzia piłkarski, z którym nie rozmawia jednak prawie w ogóle – spędzają czas w milczeniu obserwując mecze.
[Profesor Taltomar] miał kilka wątpliwych pewników, streszczających się w zdaniu, którym zamykał wszelką dyskusję: „odbicie ręką w polu jest zawsze zamierzone, spalony nie podlega nigdy wątpliwości, wszystkie kobiety to dziwki”. Twierdził, że wszechświat jest „meczem bez sędziego”, ale na swój sposób wierzył w Boga: „jest sędzią bocznym i zmyśla wszystkie spalone”. (...) Gould przypisywał mu, słusznie, absolutną znajomość regulaminu i szukał u niego tego, czego nie potrafił znaleźć u akademickich znakomitości trenujących go do Nagrody Nobla: pewności, że ład jest własnością nieskończoności.
I w tym momencie w życiu Goulda pojawia się Shatzy Shell. Poznają się przypadkiem – kiedy wydawnictwo CRB, wydające cyklicznie przygody niewidomego superbohatera Ballona Maca, staje przed wyborem, czy uśmiercić czy nie matkę głównego bohatera, Mami Jane, postanawia zorganizować referendum wśród czytelników. Shatzy zostaje zatrudniona jako jedna z ankieterek, Gould zaś dodzwania się do niej, aby zapowiedzieć, że jego dwaj przyjaciele, Diesel i Poomerang, będą lada chwila w biurze i uduszą wszystkie ankieterki sznurami od telefonów, ponieważ obydwaj bardzo lubią Mami Jane. Można śmiało powiedzieć, że spotkanie Shatzy i Goulda to prawdziwy cud, bowiem od pierwszej niemal chwili zaczynają rozmawiać ze sobą swoim szyfrem stukniętych, w ten niesamowity sposób, właściwy tylko tym nielicznym osobnikom oderwanym od rzeczywistości jak oni. Zaprzyjaźniają się, i wkrótce Shatzy wprowadza się do Goulda jako jego guwernantka (zastępując w ten sposób poprzednią guwernantkę, niemowę Lucy – wymyśloną, podobnie jak Diesel i Poomerang).
Ojciec Goulda był przekonany, że Gould ma guwernantkę i że nazywa się ona Lucy. Co piątek, kwadrans po siódmej, dzwonił, żeby dowiedzieć się, czy wszystko jest okay. Wtedy Gould oddawał słuchawkę Poomerangowi. Poomerang naśladował doskonale głos Lucy.
– Ale czy Poomerang nie jest przypadkiem niemową?
– Właśnie. Także Lucy jest niemową.
– Masz guwernantkę, która jest niemową?
– Niezupełnie. Ojciec myśli, że mam guwernantkę, płaci jej co miesiąc przekazem pocztowym, a ja mu powiedziałem, że jest bardzo dobra, tylko niemowa.
– A on, aby się dowiedzieć, jak ona sobie radzi, d z w o n i  d o  n i e j?
– Tak.
Shatzy nie tylko nie podważa realności wymyślonych przyjaciół Goulda. Podejmuje grę do tego stopnia, że kiedy przychodzi jej do głowy pomysł, żeby kupić przyczepę i wyruszyć nią w podróż, wpada w euforię, bo uświadamia sobie, że to idealne rozwiązanie dla Diesla – w przyczepie wreszcie nie będzie miał problemu ze swoimi gabarytami! Może zresztą liczyć u Goulda na wzajemność; dla mnie osobiście cudownym kosmosem było śledzenie ich rozmów. Shatzy plecie jakieś totalne wariactwa na temat niezwykłości przyczep, które wszyscy wyprzedzają i traktują z wyższością, ale jednocześnie podziwiają, jakby kryły głęboko w sobie jakiś skarb, i to trochę tak jak z jedzeniem ostryg – ona sama, Shatzy, bardzo chciałaby je jeść i przyjemność sprawia jej patrzenie na ludzi jedzących ostrygi, ale nie może, bo kojarzą jej się z katarem, a Gould siedzi naprzeciw niej i tylko przytakuje, i widzę go jak z tą dziecięcą powagą na twarzy mówi: „Tak tak, rozumiem”, bez mrugnięcia okiem, bez cienia ironicznego uśmiechu, po prostu totalne zjednoczenie i zrozumienie dwóch całkowicie odstających od reszty ludzkiej populacji dusz.
Okładka anglojęzycznego wydania City (BUR, 2006)
I wkrótce staje się jasne, że Shatzy i Gould są wybrańcami. A więc – to nie iloraz inteligencji jest tym, co przede wszystkim wyróżnia tego chłopca spośród jego rówieśników. Ci dwoje jako jedyni zdają sobie sprawę, czego dotyczą wykłady profesora Martensa o złamanym obcasie będącym wrotami do innego świata, profesora Kilroya o Nenufarach Moneta i niemożności pojęcia ich geniuszu przez zwykłego śmiertelnika, profesora Bandiniego o człowieku pozostającym stale na werandzie swojego życia. A to dlatego, że jako jedyni TO posiedli. Nie są nieuczciwymi intelektualistami ze szkicu profesora Kilroya, którzy formułują idee i tworzą z nich bronie, ale mają dostęp bezpośrednio do tych idei, w ich pierwotnym kształcie, dostęp do objawień!

(Warto zauważyć, że, zgodnie z tym, co wyraził profesor Kilroy opowiadając o schorowanej kobiecie, której jako jedynej udało się naprawdę zobaczyć Nenufary, kluczem do tego świata prawdziwych doznań jest cierpienie. W przypadku Goulda te objawienia są nieodłącznie związane z jego samotnością, Shatzy zaś również nie sprawia wrażenia szczególnie szczęśliwej – bez rodziny, tułająca się z miejsca na miejsce, co noc z innym mężczyzną, z którego łóżka wymyka się w popłochu nad ranem niczym włamywacz).

Prócz nich przewija się w tle jeszcze jedna osoba, która posiadła tę wiedzę tajemną – matka Goulda. To w jej towarzystwie chłopiec spędzał najwięcej czasu, zanim zachorowała, to z nią dzielił swój fascynujący świat, swoje sekrety i własne sprawy, kobieta jednak nie uniosła ciężaru tego daru – doprowadził ją do szaleństwa. To dlatego, kiedy po długim czasie od zachorowania jej mąż pyta ją, czy chciałaby zobaczyć Goulda, ona odpowiada, że nie – chłopiec bowiem przypomina jej to wszystko, co doprowadziło ją do jej opłakanego stanu.

Gould stoi na krawędzi. Z jednej strony ma swój świat fantazji, który jest, paradoksalnie, światem prawdziwym, z drugiej – świat akademicki ze wszystkimi zaszczytami i przywilejami, czyli to wszystko, do czego był wychowywany, co zarazem stanowi jednak wielkie oszustwo. W momencie, kiedy Gould dostaje lukratywną propozycję objęcia katedry w Coverney, zostaje zmuszony do dokonania wyboru. Zdaje sobie sprawę, w którym kierunku powinien pójść, ale ma wciąż w pamięci historię matki, świat fantazji i żółtej przyczepy ma w sobie coś z obłędu który przejmuje go śmiertelnym strachem, i całkiem poważnie zastanawia się, czy nie schronić się w ciepłym bagnie zakłamania, czy nie wybrać opcji podlejszej, ale bezpieczniejszej, a więc tego, o czym profesor Kilroy mówi „tak jest obrzydliwie słusznie, tak jest po prostu po ludzku”.

Tym, którzy dobrnęli aż do tego momentu postu, a książki nie czytali i nie życzą sobie ewentualnych spoilerów, proponuję ominąć kolejne dwa akapity. Muszę, po prostu muszę bowiem napisać o zakończeniu!

W poszukiwaniu odpowiedzi Gould wędruje w okolice szkoły Renemport i tam, na przyszkolnym boisku, dostrzega samotnego czarnego chłopca rzucającego piłkę do kosza – i zawsze trafiającego. Kim jest ten chłopiec dla Goulda? Odebranym dzieciństwem, uosobieniem pewności (bo „dzieci lubią, jak coś jest pewne”), tym, czym była dla niego niegdyś kojąca obecność profesora Taltomara, i Gould prosi go w myślach „Dziecko, mój bracie, (…) naucz mnie twojego spokoju i twojego pewnego ruchu ręki odnajdującego siatkę, oddech po drugiej stronie wszelkiego lęku”. W końcu, kiedy po kilku dniach przychodzi tam, do szkoły Renemport, po raz drugi, piłka, którą bawią się dzieci, wypada poza siatkę i toczy się w jego stronę. Przypomina sobie, że kiedy razem z Taltomarem oglądali mecze, nigdy w takich sytuacjach nie podawali piłki, i co odpowiadał mu Taltomar, kiedy mały pytał, dlaczego tak jest – „Albo patrzysz, albo grasz”. I podejmuje decyzję – wchodzi do gry. Bierze piłkę do ręki, podrzuca i wykopuje.

Co jednak oznacza wejście do gry? Z początku sądziłam, że skoro do tej pory, brodząc w swoim świecie fantazji, był tym patrzącym, to podjęcie gry oznacza pierwszy pewny krok postawiony na ziemi, a więc – jednak akademicka przyziemność. Nic jednak bardziej mylnego. Gould wchodzi do gry, to znaczy – nie obawiając się już obłędu pogrąża się w swoim własnym świecie, ucieka, zabierając ze sobą Diesla i Poomeranga – i kończy jako czyściciel toalet. Czyż jednak można było nadać tej powieści bardziej znamienne zakończenie? Przecież właśnie siedząc na sedesie wymyślał kolejne epizody historii o bokserze Larrym „Lawyerze” Gormanie (o której to historii, opowiadanej równolegle z głównym wątkiem oraz z westernem Shatzy, jeszcze nie wspominałam – ale jak monstrualne rozmiary musiałby przyjąć ten post, gdybym i o tym napisała szerzej!). Końcówka jest więc niczym innym, jak wielkim triumfem fantazji i dziecka mieszkającego w stojącym już na progu dorosłości ciele Goulda. Wedle słów Shatzy: „Teraz, kiedy jest już dorosły, może wreszcie być dzieckiem, przez resztę życia”.
Na czym polega fenomen tej książki? Na tym, że jest tak niesamowicie lekka i zabawna i równocześnie tak głęboka. Wciąż zaskakuje mnie jakimiś nowymi obserwacjami, powiązaniami, wciąż rozplątuję zagmatwaną sieć znaczeń, jaką tworzy, i będę rozplątywać pewnie jeszcze długo. Ale to absolutnie nieporównywalna z niczym przyjemność! Shatzy pisała o bolesnym zachwycie, jaki wywołała u niej wizyta w Salonie Idealnego Domu, opisywana jako najszczęśliwsze przeżycie z dzieciństwa. Dla mnie natomiast taką wizytą w Salonie Idealnego Domu było City. Prawdziwa perełka.

***
A. Baricco, City, wyd. Czytelnik, Warszawa 2000.

środa, 15 lutego 2012

Kolorowe znaczki pocztowe i szara rzeczywistość – „Emma i ja”, Elizabeth Flock

Nie przepadam za książkami, które mają wyłącznie szokować. Nie sztuka wybrać trudny temat, wymyślić nie grzeszącą oryginalnością historię i naszpikować książkę drastycznymi opisami. Sztuka – utrzymać się z tym wszystkim na godziwym literackim poziomie, tak aby nawet czujny czytelnik, nie dający się łatwo omamić wstrząsającym obrazom, nie dostrzegł pod tym wszystkim pisarskiej miernoty.

W przypadku głośno reklamowanej jako bestseller New York Timesa powieści Emma i ja Elizabeth Flock sama jednak nie jestem pewna, co myśleć. Szokuje z pewnością, ale jak mogłaby nie szokować historia dwóch dziewczynek dręczonych fizycznie i psychicznie, katowanych i wykorzystywanych seksualnie przez ojczyma, a przez matkę, skoncentrowaną na własnych bolączkach, bombardowanych chłodem i traktowanych jak wrzód na tyłku? Natomiast jeśli chodzi o wartość literacką tej książki – na pewno nie uznałabym jej za tę z najwyższej półki, był chwilami jakiś zgrzyt, jakieś poczucie przejaskrawienia, ale i nie można zaprzeczyć, że trzyma w napięciu i zapada w pamięć, nawet komuś nastawionemu tak sceptycznie jak ja, czego raczej autorka by nie osiągnęła, gdyby była zupełnie pozbawiona zdolności czarowania słowami.

Pojawiają się tu też elementy, do których mam słabość – świeżość dziecięcego spojrzenia, ciekawość i naiwność głównej bohaterki.
Mama ma jedną bardzo piękną sukienkę, ale prawie nigdy jej nie nosi, bo mówi, że wygląda w niej, jakby była przy nadziei. Nadziei na co, nie mam pojęcia.
Carrie jest bystra i ma ciekawe teorie na różne tematy – jak choćby jej przekonanie, że kraje mają dokładnie taki kolor, jak pochodzące z nich znaczki pocztowe, i smutek na wieść, że Finlandia jest krajem ponurym (przecież fiński znaczek jest tak żywy i kolorowy!). Jak sama zresztą przyznaje, najwyraźniej za dużo myśli i upatruje w tym źródło swoich kłopotów; wolałaby być taka jak jej mama, która nie zastanawia się nad niczym (co jest faktem, jej rodzicielka sprawia wrażenie zupełnie bezmyślnej, ale zazdrościć raczej nie ma czego). Błogosławiona nieświadomość, cechująca dziecięce postrzeganie rzeczywistości, uwidacznia się też w obrazie ojca Carrie, stworzonym przez nią i pielęgnowanym jak największy skarb – troskliwy i wyrozumiały tatuś kłóci się niestety z beztroskim bawidamkiem wyzierającym z końcowych fragmentów książki.

Wisienką na torcie jest fabularna niespodzianka, dotycząca postaci Emmy, element zaskoczenia, którego ja co prawda byłam pozbawiona, kiedy przystępowałam do tej lektury, jednak wcale nie umniejszyło to wrażenia wywołanego przez ten zabieg. Miejsce zadziwienia zajął podziw dla przemyślności tego pomysłu autorki i sposobu, w jaki go zrealizowała.

Nie chcąc zdradzić jednak zbyt wiele, tutaj swoją relację z tej lektury zakończę – niech będzie przystawką wzmagającą apetyt. Coś więcej postaram się wysmażyć w ramach tekstu do Archipelagu. A sceptyków zachęcam, by puścić mimo uszu powielane masowo w sieci opinie skupiające się na tym jak wstrząsającą, przerażającą i och ach do omdlenia książką jest Emma i ja – gdybym miała się tylko nimi sugerować, pewnie nigdy bym po tę powieść nie sięgnęła.

***
E. Flock, Emma i ja, wyd. Mira, Warszawa 2006.

sobota, 11 lutego 2012

Majtki na głowie Hitlera, czyli niebo według Vonneguta – „Recydywista”, Kurt Vonnegut

Po moim kolejnym spotkaniu z Kurtem Vonnegutem mam pewien niedosyt. Po głowie tłucze mi się myśl – nie mam pojęcia, na ile sensowna – że w pełni zrozumieć niektóre jego książki może tylko rodowity Amerykanin. Nie pierwsze to bowiem jego dzieło, które czytam, którego jednym z bohaterów jest cały kraj, cała amerykańska społeczność, jej przywary i słabości, które autor wyśmiewa. Śmiałam się razem z nim, owszem, ale miejscami do końca nie byłam pewna, z czego się śmiejemy.

Tytułowy recydywista, a zarazem i narrator całej opowieści, to Walter Starbuck (właściwie – Stankiewicz, pochodzenie ma bowiem polsko-litewskie), człowiek posiadający nie więcej zdecydowania i zapału co wyżęta szmata. Za młodu miał to szczęście, że jako bystry synek szofera i sprzątaczki trafił pod opiekuńcze skrzydła bogatego protektora, Alexandra McCone'a, i posłany został na Harvard. Czy jednak na pewno można to nazwać szczęściem? Natychmiast potem zajął posadę rządową i stał się szaraczkiem w biurze prezydenta, jednym z nic nie znaczących trybików polityczno-biurokratycznej machiny. Wśród kolejnych jego przygód wymienić należy romans z komunizmem, skompromitowanie (zupełnie niechcący!) jednego z pracujących dla rządu kolegów i ściągnięcie przez to na siebie piętna oszczercy i donosiciela, a także nienawiść własnego syna, wreszcie – wplątanie się w aferę Watergate i długi pobyt w więzieniu.

Perypetie Starbucka śledzi się z mieszaniną współczucia, irytacji i odrazy. O ile na ogół nie rażą mnie takie bezosobowe, słabe jednostki w roli literackich bohaterów, o tyle Walter był na tyle pozbawiony kręgosłupa i w niezrozumiały sposób pasywny, że miało się ochotę nim potrząsnąć. Dajmy na to – historia z komunizmem. Pod koniec studiów zaczyna współpracować z socjalizującym pisemkiem studenckim, chodzi na wiece, gdzie ściskając za rękę rozgorączkowaną Mary Kathleen z zadumą przysłuchuje się słowom wielkich komunistycznych działaczy. Oczywiście naraża się w ten sposób swojemu protektorowi i ostatecznie zostaje pozbawiony pomocy bogatego opiekuna. Wydawałoby się więc, że naprawdę wierzy w komunistyczne ideały, pragnie się sam im przysłużyć, tymczasem gdy Mary Kathleen szepcze mu do ucha, że będzie kiedyś taki sam jak Whistler, zbawiciel klasy robotniczej i płomienny mówca, Walter odpowiada jej obłudnie, że będzie się starał, tymczasem w myślach komentuje to słowami, że ani myśli się starać. Podobnie beznamiętnie konstatuje fakt, że w rzeczywistości jego osoba i jego praca na nic nie jest rządowi potrzebna, o czym zresztą dobitnie świadczy umieszczenie jego biura w ciasnej klitce gdzieś w podziemiach. Sytuacji nie poprawiają kompleksy bohatera – niski wzrost, bycie mniej utalentowanym i zaradnym od własnej żony, a nawet życie przez pewien czas na jej garnuszku... Klasyczny nieudacznik, nie tylko pozbawiony szczęścia i sprzyjających okazji by piąć się po życiowej drabince, ale i pozbawiony motywacji by te okazje stwarzać lub ich szukać.

Rozpiętość tematyczna w Recydywiście jest jednak jak zwykle u Vonneguta ogromna, nie skupiamy się tu jedynie na losach Stankiewicza-Starbucka, ale i na szeregu problemów dotyczących Ameryki połowy XX wieku, które naświetlone zostają „przy okazji” tych losów. Kwestia imigrantów i ich zawiedzionych nadziei czy wielkie korporacje i mali robotnicy w starciu z systemem to tylko niektóre z nich, przy czym komunistycznym zapałom poświęcono tu chyba najwięcej uwagi. W końcu osią całej powieści, punktami wyjścia są masakra w Cuyahoga – będąca mozaiką różnych autentycznych wydarzeń demonstracja robotników przeciwko bezwzględnemu zarządowi towarzystwa Mostów i Żelaza Cuyahoga – oraz historyczny proces Sacco i Vanzettiego, dwóch włoskich imigrantów, skazanych na karę śmierci za morderstwo, którego im nigdy nie udowodniono (udowodniono za to, że brali udział w anarchistycznych demonstracjach, i to wystarczyło). I tutaj, mam wrażenie, Vonnegut jest o wiele bardziej komunizujący niż na przykład w Niech pana Bóg błogosławi, panie Rosewater.

Pomijając jednak całą tę warstwę polityczną, historyczną, ideologiczną, nie mogę nie zwrócić uwagę na te tradycyjne przebłyski niepowtarzalnego vonnegutowskiego humoru, na te ironiczne opowiastki stanowiące rodzynki w cieście tej powieści (choć porównanie może trochę nietrafione, bo ja akurat za rodzynkami w cieście nie przepadam). Jak na przykład – opowiadanie Kilgore'a Trouta z Einsteinem trafiającym do nieba, i jak demaskującym niedoskonałość obowiązującego tam systemu, oraz z Bogiem w roli gniewnego dyktatora zamykającego mu usta groźbą odebrania ukochanych skrzypiec. Albo, jeszcze ze wstępu – o podjętej przez Vonneguta próbie napisania opowiadania, w którym – podobny motyw – trafia do nieba, gdzie każdy nowo przybyły może sobie wybrać dowolny wiek, i, sam ustaliwszy swój wiek na lat około czterdzieści, musi się użerać z własnym ojcem, który jako dziewięcioletni brzdąc lata za nim z kartkami pokrytymi dziecięcymi malowidłami. Tutaj też – lokalna łobuzeria ściągająca majtki ojcu bohatera i wrzucająca je do otchłani piekielnej, gdzie raz po raz drapują się na głowie udręczonego mękami Hitlera. Palce lizać!

Choć więc mam wrażenie, że raczej prześlizgnęłam się po powierzchni, czytając tę książkę, nie wspominam jej źle. A na pewno mogę polecić tym, którzy trochę bardziej znają amerykańskie realia. I lubią vonnegutowskie poczucie humoru, oczywiście.

***
K. Vonnegut, Recydywista, wyd. Czytelnik, Warszawa 1990.

czwartek, 9 lutego 2012

Archipelag nr 7


Większość z Was już pewnie wie, bo wieść to odrobinę nieświeża, sprzed kilku dni, ale ukazał się siódmy, zimowy numer Archipelagu. Tym razem w centrum naszego zainteresowania jest CIAŁO, w przeróżnych ujęciach. I tak – Joanna Janowicz pisze o ciele zniewolonym chorobą, i zastanawia się, czym kierują się pisarze, poddając swych bohaterów tak ciężkiej próbie fizycznego niedomagania i bezradności. Monika Drzazgowska opowiada o spychanym przez lata na margines i tłamszonym ciele Eriki Kohut, czyli tytułowej pianistki z powieści Elfriede Jelinek, której losy, jak się okazuje, są bliskie losom samej autorki książki. Katarzyna Malska zabiera nas w podróż po kartach Biblii, aby ocenić, czy rzeczywiście, zgodnie z tym co figuruje w powszechnej świadomości, według etyki chrześcijańskiej ciało jest wyłącznie źródłem grzechu. Z tekstu Agnieszki Markiewicz dowiedzieć się można, jak zmieniało się w Japonii podejście do cielesności na przestrzeni wieków, oraz jaki obraz kobiecego ciała wyłania się z dzieł dawnych i współczesnych pisarzy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Karolina Osowska-Wolińska przywołuje smutną historię przedwcześnie zakończonego życia Haliny Poświatowskiej, skupiając się na odczuciach i przemyśleniach jakie towarzyszyły poetce w związku z jej przewlekłą chorobą serca (a także wywołanych śmiercią jej męża – również chorującego – po trzech zaledwie latach małżeńskiego pożycia). Wreszcie – moja cegiełka, czyli rozważania na temat Gargantui i Pantagruela Rabelais'go (o którym to dziele krótko pisałam też tutaj) – arcydzieło triumfującego renesansu, czy obrazoburczy stek obrzydliwości? Cudowna pieśń wyzwolonego ciała czy zamach na przyzwoitość i obyczajność? I przy okazji – gorąca zachęta, by nie zrażając się objętością, przebrzmiałymi motywami i lekko zaśniedziałym językiem, sięgnąć po tę tak kontrowersyjną i przez to arcyciekawą pozycję.

Prócz tego m.in. zostaniecie zabrani przez autorów tekstów w podróż na norweską prowincję odmalowaną w swej twórczości przez Tarjei Vesaasa, do przyodzianej w melancholijną zimową szatę Wenecji oraz na spacer po największych i najbardziej imponujących bibliotekach na świecie. Przeczytacie o kobiecej literaturze chrześcijańskiej z Japonii (sic!) rodem i o ekranizacji słynnej Kobiety z wydm Kōbō Abe, poznacie genezę realizmu magicznego i przyjrzycie się ewolucji tego pojęcia na przestrzeni lat, zapoznacie się z niezwykłymi dziejami tytułowego bohatera Novecento Alessandro Baricco, które zainspirowały zarówno artystów teatralnych, jak i filmowców, a także z wypełnioną nieustannymi zmaganiami z chorobą psychiczną, samotnością i śmiercią historią życia Rafała Wojaczka. Ponadto – dwa wywiady, z norweską pisarką Anne B. Ragde (której przygoda z pisaniem zaczęła się od... książeczki do poduchy dla swojego czteroletniego synka) oraz tłumaczką z języka arabskiego, Jolantą Kozłowską.

No i dodatek specjalny – podsumowanie czytelnicze roku 2011 w wydaniu redaktorek Archipelagu :) Zachęcam gorąco do lektury i do wszelkich komentarzy – im więcej Waszych wypowiedzi, tym lepiej się orientujemy, co jeszcze trzeba zmienić/poprawić, na co zwrócić uwagę, żeby lektura pisma sprawiała Wam jeszcze większą radość.

Na koniec wtręt osobisty. Ostatnią sesję (przynajmniej na obecnych studiach) pomyślnie zakończyłam i mogę wrócić do czytania i pisania, prawdopodobnie więc wkrótce ukażą się u mnie jakieś świeżutkie recenzje. Zapraszam i pozdrawiam wiernych czytelników!