czwartek, 31 maja 2012

O Annie Kareninie, czyli powrót do rozkoszy klasyki!

Ostatnio inspirujące myśli przychodzą mi do głowy w kąpieli. (I tu mała dygresja – tak jak w początkach istnienia tego bloga byłam maksymalnie zdystansowana i pary z ust o tym kim jestem i co robię na co dzień prócz czytania nie puściłam, tak chyba teraz powoli zamieniam się w taką blogo-książkową Nigellę Lawson, która prócz – a może zamiast? – pichcenia recenzji zabiera Was na spacer po swoim domu i zaprasza do łazienki podczas posiadówy w wannie. Ale co mi tam!). Przychodzą to właściwie mało powiedziane, tłoczą się, atakują i każą natychmiast po wyjściu się spisać, więc pędzę świeżutka i pachnąca prosto z łazienki dać upust ich życzeniu – mam już nawet specjalne miejsce opatrzone nazwą „Notatki kąpielowe”. Tym razem kąpielowe myśli skrystalizowały się wokół przeczytanej właśnie po raz wtóry Anny Kareniny.

Anna Karenina w wydaniu Sophie Marceu
Podobna jest ta Anna do Emmy Bovary. Nie ze względu na charakter i osobowość, bo z Emmy było, co tu dużo mówić, rozwydrzone i nieczułe stworzenie. Ale ze względu na to, co miał Flaubert na myśli (a przynajmniej tak mi się wydaje, bo gdzie mnie zgadywać myśli Wielkiego Pisarza) mówiąc „Emma Bovary to ja”. Bo obie chciały od życia czegoś lepszego, jak każdy z nas. Bo obie marzyły, bo rzeczywistość była szara i przykra, bo były nieszczęśliwe. Bo wszyscy mówią nam, że życie jest piękne, ale kiedy na co dzień się tego nie widzi, to jak nie chwycić jedynej niteczki, będącej nadzieją na to wszystko co z dawna obiecywane? I jak później, nie korzystając z tej szansy, żyć przez wszystkie kolejne lata ze świadomością, że może przegapiło się najcenniejsze?

Anna zaryzykowała, ale taka osoba jak ona, której po jednym uśmiechu świat padał do stóp, którą wszyscy uwielbiali, nie mogła długo wegetować w stanie powszechnej pogardy. A może by i mogła, gdyby nadal czerpała siły z tej jednej miłości, dla której wszystko zostawiła; kiedy jednak zaczęła się zapętlać w sieci niedomówień i pretensji i zaczęło jej się wydawać, że nawet miłości już nie ma, nie pozostało jej nic. Znamienne jest to, na co nie zwróciłam przy pierwszej lekturze uwagi – że w ostatnich chwilach życia (dajmy sobie spokój ze spoilerami, wszyscy wiedzą, jak to się kończy) wcale nie myślała o tym, że wszyscy traktują ją jak trędowatą i nie ma już nadziei na odzyskanie syna, że śmierć uwolni ją od jej męki, lecz przede wszystkim o tym, że w ten sposób najdotkliwiej ukarze Wrońskiego za niedostatek (brak?) miłości. Okrutne, ale to nie wyrachowanie, to już czyste szaleństwo. Nawet silnej psychice trudno byłoby znieść to bezustanne napięcie psychiczne, podejrzenia, zmęczenie topione co wieczór w morfinie. Jaka straszna jest ta tołstojowska wizja miłości! Najpierw porwała Annę jak rwąca rzeka wątłą trzcinkę, a później pochłonęła, rozszarpała na kawałki, zmiażdżyła pod kołami pociągu.

Wspaniałe jest to, czego też nie doceniłam przy pierwszym czytaniu kilka lat temu – to zestawienie z historią Kareniny opowieści o Lewinie i Kitty. Początek akcji – to Anna szczęśliwa, jeszcze stateczna mężatka, jeszcze wraz z synem, grzejąca się tylko w cieple spojrzeń rozkochanego Wrońskiego, i załamana Kitty, bo to na nią miały być zwrócone te pełne miłości oczy. Później akcja się rozwija, Anna brnie w rozpaczliwą sytuację a Kitty leczy złamane serduszko i stopniowo, wkrótce już przy Lewinie, odżywa. Jak zupełnie inne są więzy które łączą te dwie pary – to niepewne, oparte na sympatii i zaufaniu zauroczenie księżniczki Szczerbackiej i Lewina i ta ognista, nie bacząca na przeszkody namiętność Kareniny i Wrońskiego! I sami bohaterowie totalnie się różnią, jak dwa żywioły, dwa przeciwne bieguny. Spokój, ciężka praca, szczerość i bezpośredniość kontra powierzchowność i elegancja, pod którą kryją się wieczne wybuchy emocji, tych złych i tych dobrych. Gdy myślę o Kitty, widzę lekko uśmiechniętą, mlecznobiałą blondynkę siedzącą w słońcu na werandzie z dzieckiem w ramionach, gdy myślę o Annie – widzę kobietę piękną i w rozpaczy, trochę w typie Balladyny, z ciemnymi rozwianymi włosami, w samym środku burzy. Przepiękny kontrast.

Wybaczcie mi, jeśli popadam w egzaltację, ale to jest naprawdę Wielka Literatura. Przy scenie śmierci Anny płakałam jak dziecko, nie zważając na to że siedziałam akurat w pociągu i otaczały mnie rozchichotane nastolatki. Poza tym syci nie tylko jakością, ale i objętością – uwielbiam takie opasłe tomiszcza, nawet jeśli ich lektura ciągnie się przez dwa miesiące. Literacko rozbudzona, pożądliwie patrzę teraz na tych wszystkich Balzaków, Dickensów, Dostojewskich rozpierających się na moich półkach. O tak, klasyki mi było trzeba!

***
L. Tołstoj, Anna Karenina, wyd. Zielona Sowa, Kraków 2005.

***
Jeszcze ciekawostka – na październik zaplanowana jest w Polsce premiera nowej ekranizacji Anny Kareniny (reż. Joe Wright), w której główną rolę gra Keira Knightley, zaś Jude Law wciela się w postać Karenina. Więcej informacji na przykład tutaj. Ciekawa jestem tego filmu, choć wcześniej postaram się obejrzeć starsze ekranizacje, bo nie widziałam jeszcze żadnej.

Keira Knightley jako Anna Karenina

piątek, 25 maja 2012

Archipelag wiosenno-letni!


Wpadam na chwilkę, by z wielką dumą i radością donieść, że nowy Archipelag już jest! Tym razem w centrum naszego zainteresowania znajdują się iluzja, śnienie, bajkowość, magia, wszystko to, co lawiruje na granicy rzeczywistości i fantazji, niewyjaśnione, niewytłumaczalne. Tematyka fascynująca ludzkość od zarania dziejów, pobudzająca wyobraźnię, pozaziemskie światy piękne i oszałamiające barwami, jakie pojawiają się czasem w snach (zdarzyło Wam się? ja kiedyś brodziłam w ciepłej, płytkiej rzece płynącej przez morze kwiatów, takich rzeczy nie widuje się na jawie), ale i niepokojące, niczym koszmar z którego chce się jak najprędzej obudzić. Zapraszam w tę niezwykłą podróż w imieniu całej redakcji, na pewno się nie zawiedziecie!   

wtorek, 1 maja 2012

Kojący wpływ babskich pogaduszek - „Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z czytelniczkami Cukierni pod Amorem”

Jest taka książka Eliasa Canettiego nosząca tytuł Auto da fé. Jej główny bohater to typ, który nie lubi rozmawiać. Wymieniane z innymi komunikaty słowne ogranicza do niezbędnego minimum, za to pała namiętną miłością do słowa pisanego i całą energię i uwagę poświęca książkom, stawiając je w osobistej hierarchii wyżej niż ludzi. 

Przypuszczam, że niewielu jest takich, których przekonywać trzeba o absurdzie takiego podejścia do życia. Cenić książki – piękna rzecz, ale w końcu i każdy człowiek to istna skarbnica, a jak inaczej wydobyć jego bogactwa niż poprzez rozmowę? Wiedzą to doskonale panie, które w odpowiedzi na zaproszenie Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk podjęły dyskusję na podstawie której powstała książka, o której dziś u mnie mowa. By wyrazić swą opinię na aktualne w dzisiejszych czasach tematy, czasem wylać swe żale, wyrazić wątpliwości, poszukać dobrej rady, ale przede wszystkim – dla zwykłej przyjemności rozmowy, wymiany myśli i odczuć. W duchu poszanowania drugiego człowieka i zaciekawienia jego losem, już na wstępie wszystkie bowiem stwierdzają zgodnym chórem, że lubią ludzi. 

Wydaje mi się, że jestem odrobinę nietypową czytelniczką tej pozycji. Po pierwsze dlatego, że twórczości pani Gutowskiej-Adamczyk nie znam zupełnie, a o tę książkę-rozmowę poprosiłam głównie ze względu na mamę, której bardzo podobała się Cukiernia pod Amorem. Po drugie – bo jestem na tyle młoda, że spora część omawianych tu kwestii jeszcze mnie nie dotyczy. Dyskusje o pracy, rodzinie, dzieciach to raczej zapowiedź tego, co mnie w przyszłości czeka, i zamiast szukać w nich potwierdzenia lub zaprzeczenia własnych doświadczeń śledziłam je z zaciekawieniem nowicjuszki w temacie. 

Co dostrzegłam z mojego punktu obserwacyjnego? Straszne rzeczy! Podli pracodawcy, leniwi mężowie, niewdzięczne dzieci, życie stanowiące rozpaczliwe lawirowanie pomiędzy pracą zarobkową, obowiązkami domowymi i swoimi pasjami, między oczekiwaniami i potrzebami innych a własnymi, rozjaśniane od czasu do czasu małymi codziennymi radościami. I szczerze mówiąc jestem trochę przerażona. Czy to nasze polskie malkontenctwo zrobiło swoje, naznaczając wypowiedzi rozmówczyń (o czym zresztą też same wspominają; „Czy jesteśmy narodem marud?” – pyta Małgorzata Gutowska-Adamczyk) i odrobinę przejaskrawiając stan rzeczy, czy rzeczywiście jest tak niewesoło? Kolejna sprawa to towarzyszące mi niekiedy podczas lektury wrażenie, że jestem częstowana truizmami. I zastanawiam się, czy to mój optymizm wynikający z braku doświadczenia, czy naprawdę kochać, marzyć, pracować nad sobą (itd., te wszystkie brzmiące raczej dość poradnikowo – choć autorki od poradników stanowczo się odżegnują – frazesy) nie jest sprawą tak oczywistą.

Nie jest to jednak na pewno podlana lukrem sterta banałów, jakiej się nieco obawiałam jeszcze przed lekturą. Po momentach odrobinę wydumanych i ogólnikowych z przyjemnością wgryzałam się we fragmenty, w których autorki mówiły o sobie, dzieliły się własnymi doświadczeniami, zdradzały swoje historie. Gdy tylko otworzyłam książkę zostałam z miejsca oczarowana wypowiedzią Marty Orzeszyny o wspomnieniach, które tworzą ludzie, a nie miejsca, o zbieraniu truskawek z dziadkiem i robieniu makaronu z babcią. Uderzyło to w moje absolutnie najczulsze struny. Myślę, że to właśnie jedna z rzeczy, które nadają naszym poczynaniom sens i dają siłę, by iść dalej, te „dni słoneczne” jak z tytułu Hrabala, chwile z przeszłości, w których na pozór nie było nic niezwykłego, ot, skrawek codzienności, ale mimo to zostają w pamięci i chce się do nich wracać. (I jeśli to są właśnie te małe radości, które wynagradzają nam codzienny trud, to może jednak da się to jakoś znieść?). Słodycz tych osobistych kawałków miała w sobie coś z klimatu powieści Fannie Flagg – niby nic odkrywczego i wybitnego, niby żaden Dostojewski czy Kafka, ale za to zostawia po sobie jakieś ciepło w sercu, przywraca wiarę w to że świat jest jednak fajny a ludzie – dobrzy. Na wskroś babskie, ale dzięki temu przyjemnie kojące. 

I jeszcze jedna wspaniała właściwość tej książki – sprawia, że samemu ma się ochotę rozmawiać i wymieniać doświadczenia. Ja sama jestem niestety osobą bardzo nieśmiałą i zamkniętą, ale tym bardziej zdaję sobie sprawę, jak ważna jest rozmowa; uwielbiam, wprost uwielbiam dyskusje do późna w nocy z Moim o wszystkim i o niczym, wspominać, przywoływać historyjki ze swojego życia, zastanawiać się „co by było gdyby” i zaglądać w przyszłość (choć prawdę mówiąc zwykle odbywa się to tak, że ja paplam, a on przysypia ;)). Ta lektura natomiast wszystkie te odczucia intensyfikuje; podczas niej non stop porównywałam się z rozmówczyniami, identyfikowałam się z nimi lub przeciwnie i sama miałam ochotę włączyć się do dyskusji. 

W dobie smsów i komunikatorów internetowych ta właściwość jest niesamowicie w cenie. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że i ta książka nie powstała jako bezpośredni zapis dyskusji „na żywo”, że to raczej zlepek z osobna spisanych wypowiedzi, a więc w całą tę „rozmowę” też zamieszany jest komputer i internet. Ale chodzi o ideę. Stwierdziłam wcześniej, że na pewno niewielu jest takich, którym profesor Kien Canettiego ze swoją awersją do konwersacji nie wydaje się groteskowy, ale czy na pewno wszyscy w prawidłowy sposób pojmujemy rozmowę? Ta prawdziwa jest szczera, z głębi serca i najlepiej twarzą w twarz. I tej nic nie zastąpi. Obyśmy tej świadomości nigdy nie utracili, omamieni technologią i przytłoczeni zbyt szybkim tempem życia. 

A dla tej części blogowego świata, która jeszcze nie jest tego świadoma – jedną z rozmówczyń jest tu Kasia z Notatek coolturalnych. Myślę, że to dodatkowa zachęta, by przeczytać. :)

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu PWN.

***
M. Gutowska-Adamczyk, Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z czytelniczkami Cukierni pod Amorem, wyd. PWN, Warszawa 2012.