piątek, 8 czerwca 2012

Zmysłowość i intelekt, życie i sztuka, natura i cywilizacja – zderzenie światów w „Kochanku lady Chatterley” Davida Herberta Lawrence'a


Jaka jest książka, która w pierwszej połowie XX wieku wywołała skandal obyczajowy i doczekała się wydania w wersji nieocenzurowanej dopiero 40 lat po powstaniu? Pomijając fragmentaryczność, nierówny styl i niedopracowanie niektórych wątków – co jest widoczne na pierwszy rzut oka i nie sposób temu zaprzeczyć – przede wszystkim rozbudza zmysły i upaja jak dobry szampan. Opisów erotycznych, wbrew temu co można o niej przeczytać, nie ma tu zbyt wiele i na pewno nie drążą tematu, raczej trącają go lekko i ze smakiem, za to w całej powieści daje się wyczuć jakieś erotyczne napięcie, żywioł tętniący pod jej papierową skórą, ciepłą, ludzką żywotność – i myślę że właśnie o to Lawrence'owi chodziło.

W dalszej części tekstu mogą się pojawić spoilery.

Lady Konstancja Chatterley jest damą z wyższych sfer, poślubioną sparaliżowanemu od pasa w dół wskutek zranienia na wojnie Cliffordowi. Zdając sobie sprawę, że nie jest w stanie zaspokoić erotycznie swojej małżonki, Clifford przekonuje ją, by wzięła sobie kochanka; podobnie zresztą sugerują jej niemal wszystkie zaprzyjaźnione kobiety. Z początku Konstancja ignoruje te „dobre rady”, kiedy jednak pewnego razu dostrzega w lesie półnagiego, obmywającego się gajowego Parkina, budzi się w niej tęsknota za pięknym męskim ciałem i seksualnym spełnieniem.

Nie kończy się na bezmyślnym zaspokajaniu swych chuci. Sceny zbliżeń podkreślają związek bohaterów z naturą i gloryfikują erotyzm, nadając mu wręcz pierwiastek boski. Tak jak Hrabal pisał o wchodzeniu w „zwieńczone młodą sośniną i dębiną wspaniałe łono”, tak u Lawrence'a sześćdziesiąt lat wcześniej młoda kobieta przyrównuje swe ciało do lasu, do którego wtargnęło ożywcze tchnienie pochodzące od kochanka. W postaci Parkina surowość i nieokrzesanie łączy się ze szlachetną namiętnością i wrażliwością, „kruchą i piękną jak rozkwitły krokus”. I w końcu Konstancją wstrząsają gwałtowne narodziny pożądania i kobiecości, „jak trzęsienie ziemi lub wylew lawy”. Jej ekstaza przypomina przeżycia religijne – mówi sama o sobie „jestem jak ta niewiasta, która dotknęła Jezusa”.

Jednocześnie miłość do Parkina otwiera lady Chatterley oczy na nędzę jej obecnego życia – dostrzega bezduszność, tyranię i chciwość Clifforda oraz bezsens i śmieszność jego poszukiwań prawdziwego życia w książkach i dziełach sztuki. Uświadamia sobie, że za bogatą fasadą jej wielkopańskiego życia kryje się pustka.

Czy można jednak ot tak dokonać w swoim życiu rewolucji? Do związku Konstancji i Parkina wkrada się proza życia, zdają sobie sprawę z dzielącej ich przepaści klasowej, lady Chatterley obawia się trochę robotniczego żywiołu który rozszalał się już w bolszewickiej Rosji, Parkin zaś jest solidarny wobec swojej klasy i nie chce utracić swej godności, dając z siebie zrobić dżentelmena i żyjąc za pieniądze ukochanej. Przez długi czas żadne z nich nie widzi możliwości wspólnego życia. Poszukiwanie jednak sposobu na pogodzenie tych dwóch żywiołów jest poszukiwaniem sposobu na pogodzenie umysłu i ciała, intelektu i zmysłowości, które według nauk religii i filozofii zawsze będą stać względem siebie w opozycji, według Lawrence'a zaś można – i nawet trzeba – doprowadzić do ich współfunkcjonowania w harmonii.

Wszyscy bohaterowie są dynamiczni i nieco nieprzewidywalni. Najbardziej zaś zmienna i złożona jest lady Chatterley – w końcu kobieta :) – w jednej chwili skromna, oddana i gotowa do poświęceń, w drugiej – kapryśna, samolubna, wyniosła, skora do gniewu i niezależna, jak gdyby bezustannie ścierały się w niej dwie osobowości.

Przemianie ulega także Clifford, w jego przypadku trudno jednak stwierdzić czy jest to rzeczywista metamorfoza czy tylko skutek coraz surowszego jego postrzegania przez zakochaną w innym mężczyźnie Konstancję. Ciekawa jest kwestia jego kalectwa – sądzę, że ma pewien wymiar symboliczny, jak gdyby, mimo intelektu i błyskotliwości, Clifford był nie tylko uszkodzony fizycznie ale i skarłowaciały jako człowiek. Jego niezdolność do fizycznej miłości koreluje z niezdolnością do prawdziwego odczuwania, bo w końcu wszystko tu sprowadza się do seksu. Seks jest esencją życia, źródłem wszystkiego co dobre i jasne, wszystkiego tego czego Clifford jest pozbawiony przez swe wychowanie i mentalność, przez to że jest „nieodrodnym dzieckiem swojej klasy”. Konstancję pod koniec trzyma przy nim już tylko współczucie, resztki sentymentu i obawa, że nie poradzi sobie po zejściu z piedestału, ale wszystkie wydarzenia opisane w książce od momentu pierwszego zbliżenia z Parkinem okazują się procesem dojrzewania lady Chatterley do opuszczenia jej złotej klatki.

Inna sprawa, czy po tym wyzwoleniu czeka ją rzeczywiście spełnienie, czy raczej poczucie wyobcowania i dalsze problemy i zgrzyty w starciu z indywidualistą Parkinem i jego komunistycznymi zapędami, a także z samą sobą, z wielkopańską stroną swojej natury. Tego jednak nam autor oszczędza. Z jednej strony dobrze – bo czy moglibyśmy wyobrazić sobie piękniejsze zakończenie tej historii? – a z drugiej – trochę nam w ten sposób zamydlił oczy i mam wrażenie, że samego siebie oszukał.

Zdecydowanie warto jednak zapoznać się z jego ideami i zasmakować jego prozy, momentami niezwykle plastycznej i kunsztownej, w której – mimo tego niedopracowania całej powieści – ja dostrzegam przebłyski prawdziwego geniuszu.

Joely Richardson i Sean Bean jako lady Chatterley i Oliver Parkin
w filmie Kochanek lady Chatterley (reż. Ken Russel)

***
D.H. Lawrence, Kochanek lady Chatterley, Alma-Press, Warszawa 1987.