sobota, 29 września 2012

Zalewając piwem czarną dziurę życia – „Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala”, Paweł Huelle

Któż tak jak on potrafił, niczym sztukmistrz, podnieść zwykłą rzecz ze śmietnika naszej historii, naszej wspaniałej cywilizacji i niczym Bruno Schulz ze strzępu starej gazety uczynić z niej stronę Księgi, stronę płonącą własnym, a nie odbitym blaskiem?
Któż, no któż, jeśli nie czeski czempion krytych kortów, ten, którego zdanie króluje w nagłówku mojego bloga, ten, który zainspirował tytuł tegoż, i ten, którego obecność wyczuć da się niemal we wszystkim, co napiszę? Jak bardzo się co do tego z panem Huelle zgadzam!

Moment, w którym wzięłam tę książkę po raz pierwszy do rąk, był dla mnie momentem wielkiego odkrycia – pan Hrabal jest nie tylko mój, nie tylko ja go uwielbiam i nie tylko ja chciałabym pisać do niego, dla niego, tak jak on. Nie dość bowiem, że ma ona formę długiego listu do sławnego czeskiego pisarza, to jeszcze opowiedziana w niej historia jest analogiczna do tej opisanej przez Hrabala w doskonałym opowiadaniu Wieczorna lekcja jazdy. Tam mieliśmy podstarzałego pisarza, który w czasie lekcji jazdy, przemierzając na motorze ulice Pragi, opowiada instruktorowi o swoim zbzikowanym na punkcie motoryzacji ojcu. Tu też mamy pisarza, ale zamiast motoru jest mały Fiacik, zamiast Pragi – Gdańsk, a zamiast zbzikowanego ojca – zbzikowany dziadek. W roli instruktora obsadzona zostaje natomiast piękna panna Ciwle.

Narrator od pierwszych chwil wyczuwa w swej instruktorce bratnią duszę, przeczucie to zaś zmienia się w absolutną pewność, gdy na drugą z kolei lekcję obydwoje niezależnie od siebie przynoszą ten sam tom opowiadań... Czyich? Oczywiście Hrabala. Wkrótce rozmowy narratora i instruktorki zaczynają obejmować inne, dużo poważniejsze kwestie, a ich znajomość nabiera zażyłości. Od lekkich, nostalgicznych opowiastek z pierwszej połowy ubiegłego wieku, przypominających mi nieraz mocno wspomnienia babci Jacka Dehnela spisane w Lali (zilustrowanych pięknymi zdjęciami z rodzinnego archiwum autora) para przechodzi do kwestii światopoglądowych, przykrych polskich realiów i gorzkich doświadczeń. W końcu panna Ciwle z całą szczerością odsłania przed swym uczniem karty swojego życia, życia tułaczego, biednego i w upodleniu, pełnego poświęceń dla ciężko chorego brata. Zaczyna się więc hrabalowsko, figlarnie, kończy się już jednak smutno. Po polsku.

Ten ponury rys Huelle ciągnie konsekwentnie do samego końca, aż po wspomnienie pewnego brzydkiego lutowego dnia, gdy świat obiega wiadomość, że Bohumil Hrabal wypadł z okna praskiego szpitala. Ze wzruszeniem, które udziela się czytelnikowi, opisuje głęboki szok, w jaki nowina ta wprawiła jego i jego kompanów zgromadzonych w pubie „U Irlandczyka”, oraz poruszenie, jakie następuje zaraz potem. Wszyscy razem rzucają się do pisania listu do Komitetu Noblowskiego z prośbą – nie prośbą, a żądaniem! – pośmiertnego przyznania odznaczenia czeskiemu mistrzowi. Wszyscy mają przy tym również poczucie końca pewnej epoki.
Wszyscy zrozumieliśmy, że właśnie i dopiero teraz zamknęła się epoka, wcale nie aksamitną rewolucją, upadkiem berlińskiego muru, zwycięstwem „Solidarności”, „Pustynną Burzą”, ostrzałem Sarajewa, ale tym pana lotem, tą kodą, tą puentą, tą niesłychaną pętlą, którą zatoczył pan całym swoim życiem, tymi książkami, które jak żadne inne pozwalały nam przetrwać najgorsze lata.
Czytałam, płacząc niemal, ze ściśniętym gardłem, razem z nimi przeżywając tamten dzień piętnaście lat temu, kiedy jeszcze najwspanialszą literacką przygodę swojego życia miałam przed sobą, nie mając pojęcia o istnieniu kogoś takiego jak Bohumil Hrabal. Co robiłam, nieświadoma? Może usłyszałam w radiu lub telewizji, że zginął jakiś czeski pisarz, ale puściłam mimo uszu, bo co to, kto to, mnie to przecież nie dotyczy. 

Na moment tylko zakotłowało się we mnie. Pan Huelle zasugerował bowiem, że ten słynny zachwyt, jakim Hrabal darzył świat, ta „nieustanna pochwała dni słonecznych” to tylko pozory, to mądrość człowieka, który jest o krok przed nihilizującymi filozofami i zdaje sobie sprawę, że wszystko to nic nie jest warte, ale mimo to trzeba sobie jakoś radzić. To jego prezent dla udręczonych maluczkich, ręka podana ponad przepaścią życia. Że tak naprawdę była tylko gorzka melancholia, czarna dziura którą trzeba zasypać słowami i zalać piwem, bo cóż innego nam pozostaje?

Czy wszystko trzeba skazić naszym polskim pesymizmem? – pomyślałam ze złością i byłam gotowa przekreślić wszystkie dobre emocje, które poza tym przyniosła mi ta lektura, i rzucić ją w kąt jako kolejną próbę odebrania mi mojego pana Hrabala, mojego mistrza Hrabala, mojego dziadziusia Hrabala. Ale trzeba było mi przebrnąć przez to zakończenie raz jeszcze, po kilkunastu dniach, spojrzeć na nie z dystansem, i może też w bardziej odpowiednim nastroju, żeby zrozumieć, że jest w nim dużo racji. Małymi kroczkami, ucząc się życia i cierpiąc pod ostrzałem spojrzeń zbliżam się do prawdy. Może już niedługo przekonam samą siebie do tego, co tak histerycznie do tej pory odrzucałam. Że pan Hrabal nie wypadł z okna karmiąc gołębie, ale że świadomie sam z niego wyskoczył.

***
P. Huelle, Mercedes-Benz. Z listów do Hrabala, wyd. Znak, Kraków 2003.

sobota, 22 września 2012

Baśniowa słodycz pomarańczy vs. gorycz umierania – „Dziewczyna z pomarańczami”, Jostein Gaarder

Woman with Oranges
Dziewczyna z Pomarańczami to historia w historii. Opowiada bowiem o piętnastoletnim Georgu, który jako małe dziecko stracił ojca, po latach jednak otrzymuje napisany do niego przez zmarłego rodziciela list. Wraz z Georgiem poznajemy treść tej długiej epistoły, której centralnym wątkiem jest opowieść o tytułowej Dziewczynie z Pomarańczami.

Pod względem fabuły to nic specjalnego, a książka napisana jest językiem prostym i intuicyjnym, bez ozdobników stylistycznych i narracyjnych sztuczek, jak na powieść dla młodzieży przystało. Myślę, że młodzież, z właściwą okresowi dojrzewania egzaltacją, nie będzie miała również nic przeciwko odrobinę zbyt patetycznym i moralizatorskim kawałkom. Ale to wszystko szczegóły, z którymi chciałam się rozprawić przed właściwą częścią mojego tekstu, zanim napiszę o tym, co moim zdaniem tę książkę wyróżnia.

Przede wszystkim – Jan Olav, ojciec Georga. Główny bohater, który we właściwej akcji książki w ogóle się nie pojawia, ale za pośrednictwem jego długiego listu poznajemy go lepiej niż którąkolwiek inną postać. I zarazem wszystkie inne postaci wypadają przy nim bardzo blado i jednowymiarowo.

Niemal od pierwszych słów jego listu zauważa się, że spogląda on na świat w niesamowity sposób. Wszystko zdaje się być dla niego baśnią, do każdego, choćby najbardziej błahego wydarzenia w swoim życiu dopisuje niesamowitą historię, i nie inaczej jest z pierwszymi spotkaniami z Dziewczyną z Pomarańczami. Spotyka w tramwaju panienkę z torbą pełną pomarańczy, niezgrabnie ratując ją przed upadkiem rozrywa torbę i doprowadza do rozsypania się owoców, a dziewczyna ucieka, biorąc ze sobą tylko jeden z nich. Ot, mało znaczący epizod, ale Jan Olav natychmiast buduje wokół niego jakąś mitologię, z mozolnie kolekcjonowanych strzępków wiedzy o tajemniczej nieznajomej tworzy bajkę o przysłanej z innego świata wróżce, bogini, nimfie. Pisze w głowie setki scenariuszy na raz. Na żyznej glebie jego wyobraźni, z nasion kilku przypadkowych spotkań, wyrastają tysiące barwnych wariantów.

Jest to o tyle ciekawe, że Jan Olav to równocześnie człowiek nauki, z wykształcenia lekarz, z zamiłowania astronom, w przerwach swej opowieści pytający ciekawie, choć już tylko retorycznie, o losy teleskopu Hubble'a. Krytykuje jednak ostro czysto naukowe podejście do świata i zabrania takiego również swemu synowi, każe mu spojrzeć na wszystko jak na mały cud, stawiając maestrię z jaką powołane zostało do życia małe ciałko trzmiela ponad porażającym ogromem galaktyk. Jak u zarania dziejów, gdy jeszcze Ziemia znajdowała się w centrum wszechświata, gdy ludzkie ciało nie było zlepkiem organów lecz zachwycającym i tajemniczym mechanizmem, gdy jeszcze nikt nie słyszał o ewolucji ani o prawach Mendla. Gdy wszystko było naprawdę baśnią. „Popatrz na świat, Georg, przyjrzyj mu się, nim wykujesz za dużo fizyki i chemii” – poucza syna.

Nie twierdzi jednak również, że droga nauki jest pozbawiona celu i znaczenia. Nie mógłby, sam zajmując się nią z zawodu i zamiłowania. Jest pełen pokory, zastanawia się, czy będzie możliwe kiedyś dotarcie drogą rozumowego poznania do korzeni baśni, czy gdy obejmiemy wreszcie spojrzeniem krańce wszechświata, znajdziemy tam odpowiedzi na dręczące nas pytania, czy ścieżka rozumu i ścieżka czucia kiedyś się ostatecznie połączą.

Niesamowicie smutne jest to, że mimo całego swego zachwytu dla świata, w obliczu choroby i nieuchronnie zbliżającego się końca tak bardzo zgorzkniał i stracił poczucie sensu wszystkiego. Ale tu właśnie do akcji wkracza syn. Jeśli zadecyduje, że jest szczęśliwy ze swego powołania do życia, wszystko odzyska swoje znaczenie, a smutny finał historii o Dziewczynie z Pomarańczami straci swą goryczkę.

I w oderwaniu od przesłania jest to przyjemna opowieść. W prosty i szczery sposób opowiada o młodości i zakochaniu, nie milcząc przy tym pruderyjnie na temat seksu, ale traktując go jak barwny dodatek do wzajemnej duchowej fascynacji, czyli tak jak uczący się dopiero zmysłowości człowiek (choć czuję, że to dość naiwne z mojej strony nazywać takowym w naszych brutalnych realiach dziewiętnastolatka) traktować go powinien. Tak więc – i bez przesłania byłaby to ładna książka. Ale przesłanie daje jej dodatkowy wymiar zmuszający nas do zastanowienia się nad tym kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. I gdybym miała nastoletniego syna lub córkę, myślę że podsunęłabym mu tę powieść.

***
J. Gaarder, Dziewczyna z pomarańczami, wyd. Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa 2007.

sobota, 15 września 2012

O przewinach obu płci – „Baby”, Antoni Czechow

O tym, że kobiety to nic dobrego przekonani byli już starożytni, nad którymi wisiało widmo niesfornej Heleny Trojańskiej. Później nad niewieścim rodem pastwili się chrześcijańscy uczeni, usiłując za wszelką cenę obrzydzić damskie wdzięki utożsamiane z ohydą grzechu i powołując się na stawiające postaci kobiece w niezbyt korzystnym świetle historie biblijne. I tak naprawdę do dziś nie było całkowitej rehabilitacji, gdyż raz po raz echem dawnych przekonań odbija się w literaturze jakaś niewierna dama, jak choćby Anna Karenina czy Lucy Crown.

A co na to Czechow? Owszem, dostaje się od niego kobietkom, ale...

Mamy tu kilka kobiecych sylwetek. Jest księżna pani, rozmiłowana w aktach miłosierdzia „na pokaz”. Jest Olga Iwanowna romansująca z malarzem pod nosem poczciwego i nieba-jej-przychylającego męża-lekarza. Chłopka Agafia, specjalistka od nocnych schadzek, i wspominana przez dawnego kochanka Maszeńka, która w miłosnej desperacji otruła własnego męża. Niezdecydowana Poleńka, podatna na wpływy uwodzicielskiego studenta, naiwna chórzystka i zmanierowana przez wielki świat eleganckich bali i pysznych toalet Anna (cóż za naznaczone kobiecą niedoskonałością imię! sama chyba powinnam czuć jego ponury ciężar na ramionach).

Wedle założenia – wszystkie złe, wszystkie rozpustne, wszystkie uosobieniem grzechu. Ale czy na pewno? W występnym związku Olgi Iwanowny, choć nóż w kieszeni się otwiera czytając jak dyrygowała biednym zakochanym doktorkiem, który zawsze był w jej oczach osobowością niewystarczająco znakomitą, to jednak jej kochanek wydaje mi się dużo bardziej odstręczającą stroną. Podczas gdy Olga, burzliwie co prawda, ale jednak trwała w swoim oddaniu, malarz jest nią znudzony już po kilku dniach i wyrzuca ją jak zepsutą zabawkę. 

Antoni Czechow
Podobnie w przypadku Agafii sytuacja nie jest tak jednoznaczna – choć bowiem bezwstydnie i odrażająco łaknie pozamałżeńskich pieszczot, nie trwałaby w swym procederze, gdyby nie umożliwiał jej tego zblazowany, na pozór znudzony swym powodzeniem ogrodnik. A co z Maszeńką? Czy to nie Matwiej rozkochał ją w sobie i dla kilku beztroskich chwil uniesienia doprowadził do rozpaczy, w której porwała się na życie własnego męża? Nie mówiąc już o historii chórzystki, w której zupełnie trudno stwierdzić, kto jest naprawdę godzien krytyki – czy naiwna i budząca raczej litość chórzystka, czy ukrywający swe małżeństwo amant, czy jego chciwa i bezwzględna żona.

Jedyna zasługa i przewaga mężczyzn w tych opowieściach polega na tym, że w odpowiednim czasie opamiętują się i nalegają na zerwanie występnego związku. Co tak naprawdę wcale zasługą nie jest, bo świadczy tylko o ich niestałości i lekceważeniu uczuć. I chociaż zdaję sobie sprawę, że argument „nie złe, a nieszczęśliwe” brzmi do bólu banalnie, niepokojąco pasuje mi do bohaterek Czechowa – kochających za mocno, tak zaślepionych swoich uczuciem, że nie są zdolne do racjonalnego myślenia. Wszystkie mają w sobie coś z Kareniny, bezlitośnie zmiażdżonej przez swoją namiętność.

Czy takie podejście czyni mnie feministką? Mam nadzieję, że nie. Ale moim zdaniem zbiór ten równie dobrze można by zatytułować gorzkim Chłopy.

***
A. Czechow, Baby, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1981.

wtorek, 4 września 2012

Schulzowskie ogrody i proustowskie rupiecie – „Lala”, Jacek Dehnel

Jestem z natury przekorna i do książek, nad którymi wszyscy pieją z zachwytu, podchodzę zwykle mocno sceptycznie. Jeśli już zdecyduję się ją przeczytać, oglądam ją dokładnie z wszystkich stron poszukując mało widocznych zarysowań i wad, drążę, szukam, aż wreszcie triumfalnie wywlekam na światło dzienne jakąś niedoskonałość lub, nawet gdy nie uda mi się znaleźć nic konkretnego, po prostu kręcę nosem, bo „coś jednak jest nie tak”. Spodziewałam się, że z Lalą będzie podobnie, wszystkie bowiem opinie, z którymi się wcześniej spotykałam, były więcej niż entuzjastyczne. Tym razem jednak już po kilkunastu pierwszych stronach złożyłam broń. Ta książka jest po prostu piękna i broni się sama.

Autor powraca w niej do przeszłości, do swych lat dziecinnych spędzonych w rajskim ogrodzie na gdańskiej Oliwie. Buszuje w nim z zapałem poszukującego mitycznej Księgi Bruno Schulza i śladami Prousta roztkliwia się nad przedmiotami, w których zaklęta jest przeszłość. Ale nie tylko. Bo opisane wspomnienia, z tym że już nie jego własne, lecz jego babci, sięgają aż czasów jego prapradziadków, małej i rezolutnej babci Wandy i nieco oderwanego od rzeczywistości, ukochanego jednak przez boginię Fortunę dziadka Brokla. Jest to więc książka gadana, gawędziarska, co upodabnia ją do moich ukochanych prozaików czeskich, oraz próba poskromienia niesfornego żywiołu babcinej opowieści, bo w końcu to jedno z najtrudniejszych zadań pisarza – wtłoczenie wartkiego strumienia żywej mowy, anegdot i wspomnień w sztywne koryto słowa pisanego.

Cudowną właściwością tej książki jest to, że każdy momentami czuje się w niej jak u siebie. Obrazki z dzieciństwa autora przywodzą na myśl własną przeszłość, i ja też czytając o oliwskim ogrodzie przypominałam sobie z rozrzewnieniem należącą do moich dziadków małą działkę na skraju miasta, gdzie pośród grządek warzywnych i owocowych, w cieniu uginających się od czereśni, jabłek i śliwek drzew, popijając herbatkę ze świeżo zerwanej mięty, spędziłam jako dziecko swoje najszczęśliwsze lata.

Ponadto, czarując nostalgicznymi opowiastkami ze świata, który już mało kto pamięta, Lala wyzwala chęć zgłębienia wspomnień własnych krewnych. Jacek Dehnel miał to szczęście, że jego babcia była urodzoną gawędziarą i sama z siebie snuła bezustannie nić opowieści, podczas gdy moi dziadkowie nie garnęli się do przywoływania zdarzeń swojej młodości, a sama nigdy nie byłam na tyle zdeterminowana, by pytać. Póki co więc wyczytane opowieści wojenne mogę uzupełnić tylko kilkoma okruszkami zasłyszanych przypadkiem wspomnień, jak tym mojego wujka o jego żydowskim przyjacielu z dzieciństwa, który pewnego dnia nie przyszedł na umówione miejsce w drodze do szkoły i nigdy się już nie pojawił, czy mojej babci o tym jak jej urodziwe siostry uniknęły zabrania przez Niemców, robiąc sobie okłady na nogi z parzących roślin, po których wykwitały na skórze jątrzące się rany. O pra- i prapradziadkach natomiast nie wiem już prawie nic.

Ogólnie rzecz biorąc Lala zbiera doskonałe recenzje, często pojawiającym się jednak zarzutem jest przesadna kwiecistość języka. Ja natomiast zarzutu tego nie podzielam. Dla mnie ta dawka stylistycznej ornamentyki była w sam raz przyswajalna. W dojrzałym i kunsztownym języku, jakim napisana jest ta książka, wyraźnie dało się wyczuć wpływy wielkich mistrzów francuskich, wielbionych przez Julka Rogozińskiego, znanego tłumacza i prawie-dziadka Dehnela. Na czele oczywiście z Proustem, który tak bajkowo potrafił pisać o drogich sercu, starych przedmiotach, z których duch przeszłości wyłania się niczym dżin z lampy Aladyna.
W ciemnych otchłaniach najwyższej półki szafy leżały jeden na drugim białe, wzdęte ciała talerzy, waz i sosjerek; na bladej skórze rysowały się różnobarwne żyłkowania spękań i ornamentów.
Kiedy indziej proza Dehnela do złudzenia przypominała mi malownicze, metafizyczne rozważania Schulza:
Ciała butwiejących w samotności naczyń, oblepionych pąklami obtłuczonych ornamentów i algami powykręcanych sztućców, leżały, odrętwiałe, w ciemnościach pawlacza. Jeśli istnieje życie pośmiertne przedmiotów, ich dusze istniały teraz najpewniej w jakimś innym świecie, gdzie nieustannie, da capo al fine przeżywały lata swojej kijowskiej, morawickiej i lisowskiej przeszłości.
Na tle całości mocno odcina się końcówka powieści, kiedy to pędy wspomnień zaczynają się gmatwać, do wysłużonych szufladek babcinego umysłu zakrada się choroba i chaos, i poezję przeszłości zastępuje proza życia. Gdy Dehnel pisał o tym, że piękno wymaga zawsze wysiłku i nie jest naturalnym stanem, trochę się buntowałam – bo w końcu naprawdę piękne są właśnie wszelkie oznaki przemijania, jak kruszenie starych murów i zarastanie ogrodów. Wkrótce jednak mój pogląd zderzył się z kwestią ludzi, i szybko dałam się przekonać. Tylko przedmioty potrafią pięknie się starzeć, ludzie już nie. I tak jak Hrabal, wielki piewca przemijania i destrukcji, odmalowuje w zakończeniu Miasteczka, w którym czas się zatrzymał legendarnego stryja Pepina przykutego do łóżka, wpatrującego się martwym spojrzeniem w szpitalny sufit, tak Dehnel nie waha się ukazać swej babci przechadzającej się półnago po mieszkaniu, siusiającej pod siebie i wciąż zapominającej. Starość nie jest piękna. Sęk w tym, by w schorowanym, wątłym ciele wciąż dostrzegać dawnego ducha, mimo zmarszczek i „zepsutej hydrauliki” pamiętać odważną, dumną, niesamowicie inteligentną i oczytaną Lalę Bieniecką. Gdy teraźniejszość zawodzi, żyć barwną przeszłością. Piękna to nauka i piękna puenta pięknej powieści.

Jacek Dehnel

***
Aż mnie naszła po tej lekturze ochota na szperanie w starych zdjęciach. Do zilustrowania tego posta byłyby idealne! W mieszkaniu mojej babci jest cała szuflada pełna pożółkłych fotografii, u drugiej również sporo, więc może, kiedy się wybiorę znów do Rzeszowa, przejrzę je raz jeszcze i zeskanuję te najciekawsze.

***
J. Dehnel, Lala, wyd. W.A.B., Warszawa 2009.

sobota, 1 września 2012

Opowieści czeskiego Prometeusza – „Księga apokryfów”, Karel Čapek

Kto z nas nie wyobrażał sobie czasem, co kryje się za kulisami mitów, legend, biblijnych przypowieści? Kto nie dopowiadał własnych historii do tych powszechnie znanych, nie odbrązawiał na własną rękę posągowych postaci, nie próbował tchnąć życia między lakoniczne wiersze świętych ksiąg? Nie inaczej było z Karlem Čapkiem – tyle, że on nie poprzestał na fantazjowaniu, ale swoje wersje historii spisał. I tak powstała Księga apokryfów.

Zacna to książka! Prowadzi nas bowiem przez niemal całą historię ludzkości, od mitu o Prometeuszu i dziejów ludzi pierwotnych poprzez losy wielkich starożytnych i postaci biblijnych aż do dramatów Szekspira i podbojów Napoleona. Drobnymi kroczkami w postaci rozkosznych opowiastek, z których każda jest dla czytelnika słodko-gorzką pigułką. Motywem przewodnim wszystkich historii są bowiem ludzkie słabości, to z nich Čapek uczynił powtarzający się przez wieki refren, spajający losy pierwszych ludzi z naszymi. Autor pokazuje, że nasze przywary są wieczne i na stałe przypisane rodzajowi ludzkiemu, ale robi to z przymrużeniem oka, z humorem i dystansem, mimo że niekiedy oskarżenia są poważne. Niektóre historie z winy ludzi kończą się bowiem tragicznie. Jak choćby ta o chłopcu, który zbiegł z wioski do której zbliżały się wojska Attyli, i trafił w dużo gorsze opały – bo do „cywilizowanych” swoich, którzy, niezadowoleni z jego opowieści nie odpowiadającej grozą i okrucieństwem temu, co sobie o ludziach Attyli i ich zwyczajach ubzdurali, poddali chłopca przesłuchaniu z torturami, a na koniec powiesili. Człowiek człowiekowi wilkiem – ciśnie się samo na usta.

Prócz tego wszystkiego, co znamy z naszej codzienności, czyli złośliwości, chełpliwości, maruderstwa czy przekupstwa, za kulisami sławnych opowieści bywa jednak i bardziej słonecznie i budująco. Spotykamy tam na przykład Lota, który bardzo nie chce opuszczać swej ojczyzny, Sodomy, bo „żadna woda nie jest tak czysta jak ta ze studzienek sodomskich i wśród wszystkich innych mów piękniejszej nie usłyszysz”, i zamiast opuścić skazane na zagładę miasto, rusza na pomoc rodakom. Biblijna Marta, skarcona przez Pana za to, że skarżyła się Mu na zasłuchaną w Jego słowa Marię, jest u Čapka bardzo złożoną, pełną sprzeczności i targaną wątpliwościami postacią, a Don Juan okazuje się udręczonym impotentem, czarowaniem kobiet udowadniającym sobie swą wartość jako mężczyzna.

Humor Čapka nie ma w sobie nic z haškowskiej rubaszności, jest dyskretny i skąpo dawkowany, ale za to palce lizać!
– Nie masz gorączki – uspokajała go Marta i myślała sobie: „Boże, ten Łazarz jest taki dziwny, odkąd został wskrzeszony z martwych”.
– Wtedy także zawiał mnie taki wstrętny wiatr, kiedym... kiedym tak zaniemógł – mówił Łazarz oględnie; niechętnie mówił o swej niegdysiejszej śmierci.
I tym razem nie obyło się bez porcyjki goryczy, bo w końcu Łazarz wykręca się właśnie od ruszenia do Jerozolimy na pomoc pojmanemu Jezusowi. Straszno mu zaryzykować życie, którego bez Pana i jego cudu i tak by już nie miał. Gdzie indziej autor subtelnie ironizuje na temat naszej skłonności do melodramatyzmu i ubarwiania rzeczywistości – okazuje się bowiem, że love story wszech czasów, historia Romea i Julii, inspirowana była prawdziwymi wydarzeniami, w wersji jednak o wiele bardziej prozaicznej, z czym egzaltowany główny bohater nie potrafi się pogodzić. 

Ostatecznie jednak Čapek nikogo nie osądza. Nigdzie nie spotykamy stanowczych oskarżeń z jego strony, zawsze jest to tylko naświetlenie innego punktu widzenia, trzeźwe ale i łagodne. Wyrozumiały jak Prometeusz, poklepuje po niemądrych główkach wielkich wodzów i maluczkich nienawistnych. Wszystko rozumie – w końcu sam był człowiekiem.

***
K. Čapek, Księga apokryfów, wyd. vis-à-vis/Etiuda, Kraków 2009.

Źródło zdjęcia: http://www.czechreg.eu/user/images/karel-capek.jpg