środa, 26 grudnia 2012

Kobieta jak droga na skraju przepaści – „Ta historia”, Alessandro Baricco

Kiedyś, w zamierzchłych czasach, samochód nie był jeszcze dobrem powszechnym. Miasta nie były po brzegi wypchane stalowymi maszynami, a nieliczne automobile na wiejskich drogach czczono jak mechanicznych bogów, witano jak królewskie karoce. 
AUTOMOBIL był królem, bo nie myślano jeszcze o nim jak o słudze, on narodził się królem. A wyścig był jego tronem, jego koroną, nie istniały jeszcze samochody, istnieli KRÓLOWIE. 

Jest początek XX wieku. Mimo że krążące po wiejskich drogach automobile zliczyć można na palcach jednej ręki, Libero Parri, syn hodowcy bydła, postanawia porzucić dziedziczone w jego rodzinie z dziada pradziada zajęcie i otworzyć warsztat samochodowy. Służyć mechanicznemu bogowi, służyć lśniącemu królowi wiejskich dróg. Jest prawdziwym pasjonatem, gotowym porzucić zdrowy rozsądek, byle tylko dopiąć celu. 

Jego syn, mały Ultimo Parri, determinację ma we krwi, z czasem jednak okazuje się, że to nie auta najbardziej fascynują chłopca, lecz drogi. Jego własną ścieżkę życia poznajemy od najmłodszych lat aż do śmierci. Mkniemy po niej wraz z nim w oszałamiającym tempie, mijają lata, chłopiec dorasta, przeżywa dwie wojny, niesie na grzbiecie coraz cięższy garb doświadczeń, jedno jednak nigdy się nie zmienia – jego sposób patrzenia na świat. Ciało pięknej kobiety, otaczający go krajobraz, jego miłość, życie – wszystko jest dla niego drogą. 
Dorastałem z drogami w głowie, przez całe lata nie widziałem nic innego, wszystko, co widziałem, było dla mnie drogą, drogą i maszyną, to właśnie podarował mi mój ojciec i to było tylko w naszej głowie (...), czy to był profil wzgórza, czy biodro kobiety, my widzieliśmy drogę i prowadziliśmy po niej maszynę. 

Cierpi, kiedy kolejne doświadczenia pokazują mu, że dyktowana uczuciami droga życia nigdy nie jest tak prosta, jak szosy połykane kilometr po kilometrze w lśniącej zbroi automobilu. Pozornie jest wręcz nie do przebycia. I powoli rodzi się w nim wizja toru odzwierciedlającego ten paradoks, pełnego niebezpiecznych zakrętów, wiraży, rozgałęzień. Nie nadającego się do jazdy. 

Upragniony tor okazuje się wkrótce nie tylko symbolem ludzkiego losu, lecz i wizerunkiem ukochanej kobiety, rozpieszczonej rosyjskiej arystokratki Elizavety. Obydwoje to indywidualiści, chodzące zagadki, tajemnicze postaci ze Złotym Cieniem który natychmiast przykuwa do nich uwagę patrzącego. Zbliżają się do siebie i odpychają jak magnes, każde zbliżenie to iskry i metaliczny zgrzyt, ale są sobie przeznaczeni i obydwoje prędzej czy później zdają sobie z tego sprawę. Po latach Ultimo mówi: 
Była zła. Była zwariowana, zła i nie taka jak trzeba. Była prawdziwa, jeśli rozumie pani, co chcę powiedzieć. Była drogą pełną bezsensownych zakrętów i biegła przez otwartą wieś, nie martwiąc się nigdy, jak wróci. Nie wiedziała nawet dobrze, dokąd zdąża (…). To była jedna z tych dróg, na których człowiek się zabija. 

Sekretny język Ultima i Elizavety przypomina trochę braterstwo małego geniusza Goulda i Shatzy Shell z City, w ten związek wkrada się jednak erotyzm, który w niewprawnych młodych rękach dokonuje dzieła zniszczenia. Elizaveta chce się widzieć jako wamp, w swym dzienniku wyczarowuje wizerunek pięknej i okrutnej damy niczym kobiece postaci z rysunków Schulza, tymczasem jest jedynie zagubioną dziewczynką, nie zdającą sobie sprawy z konsekwencji swoich czynów. Ojcu Ultima zwierza się: 
Nasze ciała, drogi panie Parri, nasze ciała były jak zabawki bez instrukcji obsługi, żadne z nas dwojga nie umiało się nimi posługiwać, moim szermowałam mistrzowsko na stronach dziennika, ale to był sposób, by nie używać go w dzień, w świetle słonecznym. A Ultimo, z tego co pamiętam, obnosił je jak zbyt duży prochowiec. 

W całej powieści jest mnóstwo zmysłowości, naładowana erotycznym napięciem uderza do głowy musująco, jak szampan. Od miłosnego trójkąta stworzonego przez Libera Parri, jego żonę i hrabiego D'Ambrosio, którego niezdrowym owocem będzie upośledzone dziecko, poprzez na wpół zmyślone erotyczne przygody Elizavety i okrucieństwo, z jakim skąpiła siebie zakochanemu w niej Ultimowi, aż po ich nieco rozpaczliwe próby powrotu do przeszłości poprzez zadowalanie się smutnymi substytutami. 

Gdzie znaleźć spokój? Oczywiście w drodze, w legendarnym torze Ultima, który paradoksalnie ostatecznie uświadamia Elizavecie, że w przeciwieństwie do jego sztucznych serpentyn ich własna droga była prosta i uczciwa. 


Powieści Baricco jednak prostą drogą bym nie nazwała. O nie, na tej roi się od pagórków i dziur, zakrętów i odnóży, wije się między drzewami i nad skrajem przepaści, i też jest z tych, na których człowiek się zabija. Jednak jeśli się już ją pokona, pozostawia smak satysfakcji. I godziny długich rozmyślań, bo nic tu nie jest jasne i jednoznaczne. Ale czy nie o to właśnie chodzi w Wielkiej Literaturze?

P.S. Zagadkowa dla mnie kwestia to tytuły książek Baricco. Drugi tak rozmyty i w nieokreślony sposób związany z treścią dzieła po enigmatycznym City utwierdził mnie w przekonaniu, że albo to jakaś niezrozumiała dla mnie strategia, albo po prostu pan Baricco ma trudności z wymyślaniem tytułów ;)

***
A. Baricco, Ta historia, wyd. Czytelnik, Warszawa 2007.

Fot. Vorfay (www.stockfreeimages.com)

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Bóg się rodzi, moc truchleje...


Drodzy moi!

Wbrew katastroficznym doniesieniom o tegorocznej Apokalipsie, jak zwykle przyszły w końcu Święta. Mam więc już po raz trzeci okazję podzielić się z Wami na łamach mojego bloga radością z tego tytułu, a także z tytułu dwóch innych drobnostek związanych z Literackimi skarbami. Po pierwsze – mające miejsce kilka dni temu drugie urodziny mojego wirtualnego dziecka (choć, prawdę mówiąc, mam wrażenie jakbym była z Wami już dużo dłużej). Po drugie – tenże post jest jubileuszowy, dokładnie setny. Mimo więc dłuższych i krótszych przestojów w pisaniu tu, osiągnęłam okrągłe sto!

Dziękuję za wszystkie ciepłe słowa i wyrazy uznania. Za czytanie, za śledzenie, za komentowanie. Postaram się pisać dalej, choć częstotliwość moich wpisów w ciągu najbliższych miesięcy zależeć będzie od decyzji, którą podjąć muszę zaraz po Świętach. Jeśli zdecyduję się na wielki przewrót, nadchodzący rok obrodzi w lektury, zaś jeśli nie – będzie ich bardzo, bardzo mało, prawdopodobnie jeszcze mniej niż tegoroczne żałosne trzydzieści osiem pozycji.

A wracając do Bożego Narodzenia...

Życzę Wam wszystkiego najpiękniejszego i najbardziej magicznego. Spokoju, wytchnienia, refleksji nad swoim życiem, radości z sukcesów, wyrozumiałości dla porażek. Słusznych decyzji i życia bez żalu. Kochających bliskich, przyjaciół, na których można liczyć, oraz żeby klimat świąteczny towarzyszył Wam przez cały rok. Oraz, o czym rzecz jasna nie mogłam zapomnieć, czasu na czytanie i mnóstwa arcyciekawych lektur!

Pozostając osobiście w nastroju mocno melancholijnym, kończę swoje świąteczne przesłanie adekwatnym motywem muzycznym:


Fotografia: gabriel77 (www.stockfreeimages.com)

niedziela, 23 grudnia 2012

Przygody osobnika wszechstronnie doskonałego – „Opowieści z piwiarni”, Jaroslav Hašek

Moja pierwsza przygoda z audiobookiem nie obyła się bez problemów. Możliwości mojego sprzętu okazały się niewystarczające w warunkach otaczającego mnie hałaśliwego ruchu ulicznego (co w końcu szczęśliwie udało się rozwiązać), natomiast już podczas słuchania bardzo doskwierała mi niemożność zaznaczenia w jakiś sposób najciekawszych fragmentów, jak to czynię z egzemplarzami papierowymi, namiętnie operując ołówkiem (czego rozwiązać raczej się nie da). Bezcenne było jednak to, że mogłam tak przyjemnie spożytkować czas spędzony w drodze na uczelnię. W mojej sytuacji te dwie godziny lektury dziennie są na wagę złota, bo to zwykle jedyne dwie godziny, kiedy mam kontakt z książką inną niż podręcznik akademicki. I jeszcze jedno – oczarowała mnie interpretacja Haškowych humoresek w wykonaniu Cezarego Żaka.

Opowieści z piwiarni to wybór krótkich tekstów mistrza czeskiego humoru, podzielony na cztery części – Piwo generalskie, Piwo policyjne, Piwo wyborcze oraz Piwna mieszanka firmowa. W pierwszej znalazły się utwory w klimacie szwejkowskim (a w otwierającym całą książkę opowiadaniu pojawia się nawet Szwejk we własnej osobie, tym razem uczący się obchodzić z bawełną strzelniczą, co rzecz jasna nie mogło się skończyć dobrze). W drugiej – historie w formie wyimków z kronik policyjnych, przy czym bohaterami spraw kryminalnych bywają tu i postaci biblijne, jak niesforny syn Noego czy prorok Eliasz. Przywodziło mi to na myśl cudownie dowcipną Księgę apokryfów Karla Čapka (zapewne inspirowaną pisarskimi wyczynami Haška, jak większość stworzonych od czasu jego pojawienia się na literackiej scenie czeskich humoresek). W opowiadaniach trzeciej części autor celuje ostrzem ironii w środowisko polityczne, które dobrze znał jako twórca i szef Partii Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa. Te podobały mi się najmniej – mam wrażenie, że dostarczały dużo większej rozrywki współczesnym Haškowi, którzy mogli zabawiać się łączeniem odmalowanych przez niego postaci z ich pierwowzorami; dziś natomiast są już trochę przeterminowane.

Najbardziej smakowita jest jednak piwna mieszanka firmowa. Autor daje tu wyraz zaangażowania smagając biczem dowcipnej krytyki choćby praską komunikację miejską, a także uchyla rąbka tajemnicy jeśli chodzi o własną osobę i życiorys. Oczywiście na próżno dociekać ile w tym prawdy, a ile zmyślenia, zwłaszcza że w przypadku tak barwnej osobowości jak Hašek można się bardzo łatwo pomylić. W końcu czy choćby historia z pisaniem tekstów o wymyślonych zwierzętach do Świata Zwierząt nie brzmi jak dobry żart?

Nawet pisząc o sobie Hašek nie wypuszcza z rąk swej nieodłącznej broni – ironii. W Majowych okrzykach opowiada o początkach swej kariery pisarskiej, kiedy to na spółkę z przyjacielem wydał tomik poezji.
Rzecz ta była bardzo skromna – tylko po szesnaście razy widniało nazwisko każdego z nas w owym tomiku wierszy, nie licząc tytułu – wtedy byłoby po osiemnaście razy – następnie jeden drugiemu dedykowaliśmy po cztery wiersze, tak więc każdy z nas, ogólnie licząc, był tam wyszczególniony z nazwiska dwadzieścia dwa razy.
W wieńczącym zbiór tekście Największy pisarz czeski Jaroslav Hašek tłumaczy natomiast czytelnikowi, dlaczego właśnie on jest najwybitniejszym spisovatelem i jedynym osobnikiem w dziejach ludzkości wszechstronnie doskonałym. Tłumaczy, że uświadomienie co do tego narodu czeskiego jest jego obowiązkiem, okrzykuje samego siebie swoim wielbicielem, a na koniec oświadcza z miną niewiniątka:
Rozdział ten otworzy oczy tym wszystkim, którzy doszukiwaliby się w tej książce, w tej wielkiej historii kupy paszkwili i lekceważącej krytyki licznych osób zajmujących się działalnością publiczną. Jeśli teksty te są paszkwilem – to już naprawdę nie wiem co to paszkwil.

Na deser pozostaje mi zaserwować porcyjkę poezji mistrza czeskiego humoru, zaczerpniętej z Okrzyków majowych, która w interpretacji Cezarego Żaka jest istnym majstersztykiem:
Karty pod stołem leżą już od dłuższej chwili
My w ferbla tutaj w kółko od wieczora grali
Na stole śpią dwaj, którzy już się spili
Trzeci zaś tam, gdzie na podłogę padł
A szynkarz piwo donosi nam wciąż
Swą pieśń finalną nuci jakiś mąż
I chyba już nikt nas nie kocha.
Wieczornych pieśni nie śpiewam
Często coś głośno wyśmiewam
Wulgarnie przytulam do piersi ją
Gdy się opiera usta me klną.
***
Za udostępnienie audiobooka dziękuję serwisowi Audeo.


***
J. Hašek, Opowieści z piwiarni, czyta Cezary Żak, wyd. Audioclub.pl & Bellona, Warszawa 2007.

sobota, 15 grudnia 2012

Cywil jak cnotliwa kokietka – „Batalion czołgów”, Josef Škvorecký

Wraz z Paragrafem 22 Hellera oraz Przygodami dobrego wojaka Szwejka Haška Batalion czołgów tworzy rozkoszną trójcę literackiego wojskowego absurdu. W 2/3 czeską, w 1/3 amerykańską, ale mimo wszystko czeską, bo moim zdaniem Heller jest po prostu bardzo zdolnym uczniem mistrzów obśmiewania znad Wełtawy. A więc – Czechy. Znów kochane Czechy.

Bohaterów mamy tu od groma, sympatycznych i antypatycznych, głupich i mądrych, gorliwych i pilnych piewców komunizmu, trzeźwych oportunistów i takich, którym jest wszystko jedno. Spośród wszystkich postaci na pierwszy plan wysuwa się jednak pojawiający się i w innych książkach Škvoreckiego sierżant Danny Smirzicky – alter ego autora, który zresztą przy tworzeniu Batalionu czerpał ze swoich własnych wojskowych doświadczeń. To przez pryzmat trzeźwego spojrzenia Smirzickiego, należącego w wojsku do niechlubnej grupy żołnierzy z wyższym wykształceniem, patrzymy na cały ten cyrk toczący się każdego dnia w jednostce w Kobylcu.

Razem ze Smirzickim zachwycamy się też drobnostkami, jak światło księżyca i biała sukienka córki pułkownika pośród ciemności letniego wieczoru, a nawet odnajdujemy pewien urok i poczucie bezpieczeństwa w wojskowym życiu. Bo owszem, postrach sieje rozwrzeszczana kupa kompleksów w postaci karzełka majora Boroviczki, ale poza nim i kilkoma gorliwymi młokosami wszyscy są doskonale obojętni na wszechobecną propagandę komunistyczną. Dowódcy, dbając tylko o własną skórę, pilnują aby usta ich podwładnych w trakcie oficjalnych imprez były zamknięte. Podwładni zaś robią grzeczne minki, recytują wyuczone wierszyki i w razie kłopotów kultywują szwejkowskie tradycje, udając idiotów. Za kulisami natomiast wysmarowują wywrotowe hasełka na ścianie wychodka, wodzą oczyma za piękną porucznikową Pinkasową i opychają się smakołykami. Słowem – świetnie się bawią. Odliczają dni do wyjścia do cywila, ale jednocześnie trochę się tego wyjścia boją.

W końcu to w wojsku sierżant Smirzicky spotyka ciepłą i oddaną, skorą obdarzyć go wszelkimi uciechami cielesnymi istotę – Janinkę, niewierną żonę porucznika Pinkasa, podczas gdy w cywilu może się co najwyżej dobijać do drzwi niedostępnej i nieznośnie kokieteryjnej trzpiotki Lizetki – „perwersji schowanej pod katechizmem”. W koszarach wszystko staje się prostsze. 
Świat wojska jest spokojną krainą z warczącymi czołgami, zielonymi rakietami i pasterką w wonnej sypialni.

Oczywiście najbardziej smakowitym elementem całej lektury było cudownie ironiczne obnażenie absurdów komunistycznej armii. Kiedy nikt z własnej woli nie chce się wykazać znajomością programowych lektur w walce o Odznakę Fuczika, dowódca nakazuje stawić się wszystkim, którzy wbrew regulaminowi odpoczywali podczas przerwy ubrani. Wojskowe kujony prześcigają się w produkowaniu perełek w stylu „w uczuciu smutku jest jakaś siła nienawiści, wszyscy rewolucjoniści byli smutni”, zaś przydział obowiązków odbywa się według następujących reguł: 
[Podporucznik] był w cywilu kucharzem i miał nadzieję, że w wojsku też nim będzie. Ponieważ jednak był dobrym kucharzem z dawnej rodziny bezrobotnych, dostał świetną opinię. Z dobrą opinią było go szkoda do kuchni. Został więc dowódcą plutonu czołgów, a w kantynie jadł trucizny przyrządzane przez kucharza Stehlika – w cywilu księgowego spółdzielni krawieckiej.

„I znów jeden Miesiąc w dupie!” :) Okładka czeskiego Batalionu czołgów opublikowanego przez wydawnictwo Sixty-Eight Publishers, które założył sam Škvorecký wraz z żoną po emigracji do Kanady w 1969 r.
Subtelności i aluzje są przy tym Škvoreckiemu obce – dbając o zachowanie wojskowych realiów wysmaża niekiedy bardzo obcesowe i wulgarne żarty. Żołnierze opowiadają sobie bajkę o Tajemniczej Dupie, do ich ulubionych rozrywek należą „zabawy eksplozywne” z efektownym podpalaniem własnych bąków, a nad wszystkim panuje miłościwie Józef Wysralinowicz Stalin. Tyle w tym jednak było żywotności, uśmiechu i prostoduszności, że śmiałam się otwarcie, bez cienia niesmaku, jak przy lekturze fizjologicznych dowcipów Rabelais'go w Gargantui i Pantagruelu.

Pierwszorzędna lektura wpisująca się wspaniale w czeską tradycję oswajania rzeczywistości śmiechem. Miłośnicy literackich absurdów oraz rumianego poczciwca Szwejka na pewno nie będą zawiedzeni.

Mnie natomiast pozostaje niestrudzenie poszukiwać Przypadków inżyniera ludzkich dusz. Gdyby ktoś coś wiedział, gdzie tę książkę w tym momencie mogę dostać, będę wniebowzięta. A na przyszłość, mimo że biedna jestem jak mysz kościelna, będę chyba mimo wszystko wygrzebywać z dnia portfela resztki pieniędzy na kupno nowo wydanych książek, bo kiedy się wyczerpie nakład, to już kaplica.

***
J. Škvorecký, Batalion czołgów, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2011.

sobota, 8 grudnia 2012

Wyznania, wyróżnienia i przepytywania

Do zabawy Liebster blog zostałam zaproszona przez Zbyszekspira z bloga W zaciszu biblioteki oraz Beatę z Szczur w antykwariacie. Bardzo doceniam te wyróżnienia i dlatego zmobilizowałam się, mimo że z łańcuszkami jestem wciąż do tyłu, by odpowiedzieć na zadane mi pytania i wymyślić coś od siebie.

Krótko o zasadach: nominowana osoba odpowiada na jedenaście pytań zadanych tego, kto ją wyznaczył, a następnie prezentuje swoje jedenastki – 11 pytań oraz 11 wyróżnionych blogów, których autorzy proszeni są o odpowiedzi. Ja tradycyjnie trochę zmodyfikuję zasady. Odpowiednią ilość pytań, z małą pomocą kwestionariusza Prousta, udało mi się opracować, jednak liczbę wyróżnionych blogów trochę uszczuplę.

Czas na moje wyznania. Pytania od Zbyszekspira:

1. Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Dwie. Ania z Zielonego Wzgórza i Chłopcy z Placu Broni. Kanadyjska prowincja kontra węgierskie miasto, dziewczęta kontra chłopcy, dwa bieguny. Siłą rzeczy trochę ciągnęło mnie zawsze na tę dziewczęcą stronę, ale płakałam też po Nemeczku i może nawet przez chwilę żałowałam, że nie jestem chłopcem... Mam też sentyment do Opowieści z Narnii, bo tata czytał je na dobranoc mnie i siostrze, gdy byłyśmy bardzo małe, ale nazwać ich „ulubioną książką z dzieciństwa” nie śmiem. Kiedy bowiem odświeżyłam sobie je jakieś cztery lata temu, uświadomiłam sobie, że z tej prawie niemowlęcej lektury nie pamiętam właściwie nic.

2. Jaka książka non-fiction zrobiła na Tobie największe wrażenie?
Gottland Szczygła. Nie wiem dokładnie, na czym polega fenomen tej książki, ale nie znam ani jednej osoby, która by ją przeczytała, a której by się nie spodobała. W moim przypadku pogłębiła zainteresowanie Czechami i była świetnym wstępem do XX-wiecznej historii tego kraju, tłumacząc ją poprzez losy zwykłych ludzi (ale i tych na różne sposoby niezwykłych, jak choćby Tomáš Bata czy Marta Kubišová).

3. Jakie 3 książki zabrałabyś ze sobą na bezludną wyspę?
Co do jednej nie mam najmniejszych wątpliwości – wszystkie tomy W poszukiwaniu straconego czasu (chyba mogę to policzyć jako jedna?), bo na bezludnej wyspie z pewnością miałabym wreszcie wystarczająco dużo czasu i spokoju, by tę lekturę dokończyć. A myślę, że na przetrawienie i przemyślenie należałoby zarezerwować drugie tyle. Zabrałabym też (i mam nadzieję, że nie zabrzmi to jak pusty frazes) Biblię, uważam bowiem za spory wstyd, że będąc 24-letnią praktykującą katoliczką nie miałam jeszcze okazji jej przeczytać. A trzecią zabraną przeze mnie pozycją byłaby Taka piękna żałoba Hrabala. Bo bez jego książek nie potrafię żyć, a ta była pierwszą i do dziś pozostaje najbardziej ukochaną.

4. Jakie pytanie zadałbyś swojemu ulubionemu pisarzowi?
Czy w niebie mają pod dostatkiem czeskiego piwa.

5. Co sądzisz o e-bookach i audiobookach?
E-booki to dla mnie w chwili obecnej jedynie (a może aż?) możliwość dotarcia do książek, które trudno dorwać w formie papierowej, lub których akurat nie mam pod ręką a bardzo potrzebuję coś w nich sprawdzić. Jako normalnej formy lektury tego nie traktuję, choć moje nastawienie pewnie by się zmieniło, gdyby było mnie stać na czytnik. Z audiobookami natomiast właśnie zaczynam swoją przygodę. Choć jestem zdecydowanym wzrokowcem i obawiam się, że słowo mówione nie zapadnie mi w pamięć tak, jak pisane, uważam to za bardzo praktyczną formę wykorzystywania czasu, który trudno wykorzystać inaczej (np. chodząc na piechotę, co robię często i gęsto, bo nie znoszę krakowskiej komunikacji miejskiej). Wkrótce ukaże się u mnie pierwsza recenzja audiobooka w ramach współpracy z Audeo i przy tej okazji na pewno podzielę się szerzej wrażeniami.

6. Czy lubisz kryminały i fantastykę i dlaczego tak lub nie?
Dwa razy nie. Kryminałów – ponieważ mam wrażenie, że po lekturze takowego nic we mnie nie zostaje. Chwila emocji, miłe oderwanie, wyjaśnienie zagadki – a później odstawiam na półkę i już nigdy nie wracam, bo jaki jest sens wracania do kryminału? (Może to kwestia mojego ogólnego podejścia do literatury – nie kładę nacisku na rozrywkę i oderwanie od szarej rzeczywistości, ale raczej jako narzędzie edukacji, wzbogacania wewnętrznego).
W przypadku fantastyki nieco trudniej mi to wyjaśnić. Nie potrafię dokładnie zdiagnozować mojego z nią problemu, ale próbowałam czytać, smakowałam, naprawdę bardzo chciałam ją polubić, i mimo to nic z tego nie wyszło. Chyba nie potrafię na tyle pogrążyć się w tym świecie, zupełnie odmiennym od tego dobrze mi znanego, żeby wczuć się w losy bohaterów, ustosunkować się jakoś do nich, współczuć im.

7. Czy uważasz, że praca tłumacza jest tak samo ważna jak pisarza? Jacy tłumacze i jakie ich tłumaczenia są według ciebie najlepsze?
Nie stawiałabym tego na równi, ale na pewno praca tłumacza ma ogromne znaczenie. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że nieumiejętne tłumaczenie może totalnie zrujnować oryginał i skutecznie zamaskować wszystkie jego walory. Do pewnego momentu nie zdawałam sobie z tego sprawy, tłumacz był dla mnie czymś w rodzaju widma pośredniczącego między mną a autorem. Dopiero gdy człowiek styka się w jakiś sposób z samym procesem przekładu, z tym poszukiwaniem właściwych słów i sformułowań, uświadamia sobie, jak odpowiedzialna jest to rola. A mistrzem przekładu jest moim zdaniem Boy-Żeleński. Już choćby za samo W poszukiwaniu straconego czasu.

8. Czy zdarza ci się nie pamiętać treści przeczytanej książki? 
Oczywiście że tak. Wydaje mi się wręcz, ze mam do książek bardzo marną pamięć, zdecydowanie poniżej przeciętnej. Już miesiąc czy dwa po lekturze wypadają mi z głowy istotne wątki, a po roku zwykle zostaje mi tylko jakieś mgliste jej wspomnienie.

9. Które książki są według ciebie przereklamowane?
Większość współczesnej literatury jest moim zdaniem przereklamowana. Uważam, że jak najczęściej powinna być wznawiana klasyka – jest przecież tyle świetnych książek powstałych kilkadziesiąt czy kilkaset lat temu, po które czytelnicy nie sięgają, bo nie są w ogóle świadomi ich istnienia, a zamiast tego opychają współczesną literacką papką, bo sama włazi im w ręce. To, o czym najgłośniej się krzyczy, jest zwykle albo mdłe i schematyczne, albo na siłę szokujące, formą lub treścią. Jeśli mam podać konkretne przykłady, to niech będzie choćby Bez mojej zgody Jodi Picoult. Prócz kontrowersyjnej tematyki nie widzę w tej książce nic godnego uwagi, a to chyba jednak trochę za mało.

10. Jaki jest Twój ulubiony cytat pochodzący z książki, którą kiedyś przeczytałeś? 
Nie jestem pewna czy to z książki, a jeśli tak to nie wiem z jakiej, to po prostu cytat, który przewija się przy niemal każdej okazji mówienia o Hrabalu, cytat z jego stryja, Pepina. Jak tak się nad tym teraz zastanawiam, dochodzę do wniosku, że musiał się w którejś książce choćby w zniekształconej formie pojawić, ale nie będę dociekać i nie będę szukać innego, bo ten po prostu będzie już ze mną na zawsze. „Ten świat jest piękny do obłędu. Nie, żeby taki był, ale ja go takim widzę”.

11. W jakim celu piszesz swojego bloga?
Powodów jest kilka. Po pierwsze – wrodzony ekshibicjonizm. Po drugie – chęć podzielenia się ze światem swoimi spostrzeżeniami na temat tego, co przeczytałam (nie wiem, czy to nie wychodzi na jedno z poprzednim...). Wcześniej służyło mi do tego forum o książkach, ale wkrótce okazało się zbyt ciasne jak na moje potrzeby, więc postanowiłam stworzyć swoje własne miejsce w sieci. Gdy jeszcze byłam tylko gościem, podobała mi się atmosfera w blogosferze, byłam zachwycona tym, że skupia tak wiele niesamowicie oczytanych osób. Po trzecie – by uporządkować wrażenia, uświadomić sobie, czy tak naprawdę podobało mi się czy nie i dlaczego, utrwalić i uporządkować swoją wiedzę (co związane jest z tą uciążliwie dziurawą pamięcią). I oczywiście też by trenować swoje pióro, bo od dziecka marzyłam o pisaniu i raczej marzyć nie przestanę.

Mam nadzieję, że moje odpowiedzi mogą być uznane za wyczerpujące. Czas na pytania od Beaty:

1. „Niektórzy ludzie sądzą, że można robić wszystko, bo żyje się tylko raz i dlatego trzeba łapać każdą okazję. Natomiast ja uważam, że właśnie dlatego, iż żyje się tylko raz, nie można robić wielu rzeczy, na przykład zawstydzających lub niegodnych, bo już nie będzie się miało drugiego życia, aby to naprawić” (Waldemar Łysiak). Jakie jest Twoje credo życiowe?
Długo się nad tym zastanawiałam, ale nic z tego nie wynikło. Nie posiadam takowego, chyba że pod credo podciągnąć można wspomniany przeze mnie wcześniej cytat ze stryja Pepina. Zachwycać się drobiazgami, szukać piękna tam, gdzie na pozór go nie ma – tak przede wszystkim staram się żyć.

2. Co Cię ostatnio bardzo ubawiło?
Poczynania bohaterów Batalionu czołgów Josefa Škvoreckiego. Czeski Paragraf 22, tyle że w komunistycznej armii, a więc okraszony soczystymi żarcikami na temat ówczesnego ustroju, palce lizać.

3. 21 listopada obchodzimy Światowy Dzień Życzliwości. Czy i jak zamierzasz ten dzień uczcić?
Ponieważ 21 listopada już był, pytanie się trochę przeterminowało :) Ale dnia nie obchodziłam, nie mam w ogóle zwyczaju obchodzić światowych dni czegokolwiek (może z wyjątkiem Dnia Książki), bo jest ich tyle, że trudno byłoby mi je spamiętać. Traktuję je raczej jako ciekawostkę i żart.

4. Jaka jest Twoja ulubiona anegdotka?
Mój Boże, na pewno jest ich mnóstwo, ale na zawołanie żadnej nie potrafię przywołać.

5. Książka, którą powinno znać każde dziecko polskie…
Nie mam pojęcia. Żadnej książki w dzieciństwie nie przeżyłam na tyle, żebym uważała ją za nieodzowną dla edukacji młodocianych. Przychodzą mi co prawda do głowy bajki Oscara Wilde'a, na czele z absolutnie pięknym i subtelnie nawiązującym do Nowego Testamentu utworkiem Olbrzym-Samolub, ale to lektura którą podzieliłabym się nie tylko z polskimi dziećmi. Rozumiem, że pytanie ukierunkowane jest na coś patriotycznego, ale na taką książkę zupełnie nie mam pomysłu.

6. Jakich słów nadużywasz?
„Beznadziejnie” i „bez sensu”.

7. Życie jest zbyt krótkie, żeby...
Tracić je na naukę czegoś, co nas zupełnie nie interesuje i w czym nie czujemy się dobrzy.

8. Odpowiedz Woodemu Allenowi: „Co zro­bisz, gdy ktoś ci przys­ta­wi nóż do szyi, a ty aku­rat dos­ta­niesz czkawki?
Raczej nic, skoro ktoś trzyma mi nóż na gardle to chyba niewiele mogę zrobić. Ewentualnie umrę :)

9. Idealny czytelnik to taki, który...
Wgryza się w książkę z żarłocznością dzikiego zwierza i wysysa szpik, jak pisał o Jacku Londonie Irving Stone. Taki, który nie łyka książek w całości, jedna za drugą, ale stara się z nich wyciągnąć jak najwięcej. A przy tym cierpliwy – bo w końcu nie każdą książkę da się rozgryźć w ciągu dwóch dni.

10. Moje ulubione miejsce w Polsce to...
Mam dylemat między moim rodzinnym Rzeszowem a Bieszczadami (które wskazała również Bogusia z Domu z papieru). Mogłabym je wrzucić do wspólnego worka „Podkarpacie”, ale jeśli już mam wybrać jedno, to niech będzie to Rzeszów.

11. Jakie są Twoje najlepsze sposoby na jesienną chandrę?
Nie wiem czy mówimy o małych jesiennych smuteczkach czy o potężnym i do ziemi przygniatającym Weltschmerzu, jaki mi się czasem zdarza. Jeśli to pierwsze – poczytać Hrabala, jeśli to drugie – obejrzeć smutny film (polecam Candy, nic piękniejszego i smutniejszego w życiu nie widziałam), popijając coś wyskokowego, wypłakać się aż łzy się wyczerpią, a potem pójść spać.

***
Przez pewien czas miałam zamiar swoim zwyczajem uśmiercić łańcuszek, a więc zrezygnować z typowania kolejnych uczestników zabawy, ale wymyśliłam kilka mam nadzieję dość ciekawych pytań, na których odpowiedzi chętnie bym poznała, a więc ze swej strony wyróżnić pragnę:

Agatoris (A Room of My Own)
Patrycję (Bezszmer)

A pytania brzmią:

1. Gdybyś miał możliwość, niczym bohater O północy w Paryżu Woody'ego Allena, wsiąść do magicznego samochodu uwożącego Cię do innej epoki, którą byś wybrał? Która artystyczna bohema pociąga Cię najbardziej?

2. Wszyscy wiemy, jak wiele dobrego wynika z czytania. Ale wszyscy pamiętamy też nieszczęsną Emmę Bovary, która zrujnowała sobie życie gdy przestało pasować do wyczytanego przez nią w romansach schematu. Czy myślisz, że w dzisiejszych czasach książki mogą również w pewnych przypadkach okazać się zatruwającym umysł narkotykiem?

3. Czy zdarzyło się kiedyś, że książka tak mocno wpłynęła na Ciebie swoim klimatem, że postanowiłeś odwiedzić miejsce, które opisywała, i dopiąłeś swego? Jakie miałeś wrażenia?

4. W poszukiwaniu straconego czasu czy Ulisses?

5. Czy widzisz samego siebie w roli pisarza? Jeśli tak, co najbardziej wyzwala w Tobie pragnienie pisania? Czy zdarza Ci się spojrzeć na kogoś, kogo znasz lub dopiero poznałeś, i pomyśleć: „To byłby świetny bohater do mojej książki”?

6. Jak myślisz, jak mocno na twórczość pisarza wpływa jego narodowość? Czy dostrzegasz cechy wspólne dla pisarzy pochodzących z jednego kraju? Czy któraś literatura narodowa odpowiada Ci szczególnie?

7. Panuje powszechne przekonanie, że prawdziwy pisarz musi mieć barwne życie, by mieć o czym pisać. Jest jednak wiele przykładów wybitnych artystów, przykutych przez całe życie do łóżka lub po prostu żyjących na odludziu, w mniej lub bardziej dobrowolnej izolacji towarzyskiej. Co o tym myślisz, czy Twoim zdaniem rzeczywiście dobry pisarz musi być trochę poszukiwaczem przygód?

A na deser kilka najciekawszych moim zdaniem propozycji z kwestionariusza Prousta (ja osobiście miałam wielką frajdę przy wymyślaniu odpowiedzi do niego):

8. Twoje marzenie o szczęściu.

9. Kim lub czym chciałbyś być, gdybyś nie był tym, kim jesteś?

10. Dar natury, który chciałbyś posiadać.

11. Jak chciałbyś umrzeć?

piątek, 7 grudnia 2012

Archipelag nr 9 – Rewolucyjny!

Z drobnym opóźnieniem ale za to wielką przyjemnością informuję, że świeżutki numer Archipelagu jest już dostępny na stronie internetowej. Tematem Rewolucji kończymy pewien etap istnienia magazynu, mamy jednak nadzieję że ta nasza archipelagowa rewolucja wyjdzie wszystkim na dobre.

Przełomowy okazuje się pewien poranek z życia głównego bohatera Nocnego pociągu do Lizbony, antyrewolucyjnie rewolucyjna w swym humanistycznym przesłaniu była twórczość wybitnego pisarza amerykańskiego Johna Steinbecka, rewolucyjne bywały lektury obowiązkowe feministek prezentowane przez znawczynię literatury Bernadettę Darską, a także opisane przez Basię Stelingowską przemiany, jakim uległo pojęcie kobiecości na przełomie XIX i XX wieku. I jeszcze jeden wątek kobiecy, tym razem mój – przewrót, jaki dokonuje się w życiu kobiety i jej bliskich w konsekwencji jej niewierności małżeńskiej. Czasem zdrada okazuje się pułapką, a czasem wyzwoleniem, o czym przekonują wykorzystane przeze mnie literackie przykłady – odświeżona ostatnio za sprawą ekranizacji Wrighta Anna Karenina, lady Konstancja Chatterley oraz Lucy Crown z powieści Irwina Shawa.

Prócz tego w numerze zaprezentowany został francusko-rosyjski (czy raczej rosyjsko-francuski?) pisarz Andreï Makine, a także kilku wybitnych przedstawicieli mało u nas znanej i cenionej literatury egipskiej. Zdradzamy, jakie książki czyta japońska pisarka Yōko Ogawa, zabieramy czytelników na przechadzkę po polskich księgarnio-kawiarniach, relacjonujemy Praski Festiwal Pisarzy i zastanawiamy się nad innowacyjnością metod tworzenia reportażu, jakie stosował Ryszard Kapuściński. Jak zwykle jest też u nas sporo wywiadów – wśród przepytywanych tym razem pisarzy znaleźli się Joanna Bator, Hisham Matar, Alexander McCall Smith i Zygmunt Miłoszewski.

Uwadze tych, którzy zaglądają do mnie głównie w poszukiwaniu smaczków kultury czeskiej (mam nadzieję, że są tacy :)), polecam swój tekst o literacko-filmowym duecie Bohumil Hrabal – Jiří Menzel. Mam nadzieję, że jego lektura będzie dla Was taką frajdą, jaką dla mnie było jego tworzenie.

I jeszcze jedno – na stronie 37 znajduje się moja recenzja Manekinów Karola Maliszewskiego. Nie zamieszczałam jej na blogu, skoro znaleźć się miała w Archipelagu, ale zwracam na nią Waszą uwagę, bo Manekiny to świetna książka. Trudna – ja osobiście musiałam ją przeczytać dwa razy – ale w piękny sposób nawiązująca do Sklepów cynamonowych Schulza. Wielbiciele sławnego drohobyczanina, o którym ostatnio trochę głośniej niż zwykle, nie powinni być rozczarowani.

Życzę miłej lektury i wielu książkowych inspiracji!