wtorek, 29 stycznia 2013

Miłosz Pipka powraca – „Grandhotel”, Jaroslav Rudiš

Wyobraźmy sobie piękny letni dzień i siebie samych leżących na trawie nie robiąc nic, prócz wpatrywania się w przelatujące po niebie chmury. Piękna wizja, prawda? Chmury mogą koić i odprężać, pobudzać wyobraźnię, pozwalają na chwilę zapomnieć o problemach. I tak też widzi je Fleischman, czeski imiennik pewnego nieogarniętego pana doktora z serialu Przystanek Alaska. A pracując w Grandhotelu, wielkim szpikulcu na górze Ještěd dźgającym niebo nad czeskim Libercem, ma akurat do chmur bardzo blisko.

Pasja Fleischmana różni się jednak od bezmyślnego przyglądania się niebu, jakie uprawia większość z nas. Kiedy on patrzy na chmury, widzi wykresy, słupki i liczby. Widzi czy nazajutrz będzie ładnie, widzi nadciągającą burzę, ciepły lub zimny front. Uciekając od rzeczywistości (a ma od czego uciekać) w niebo i jego tajemnice, stał się przy okazji nieocenionym (i niestety niedocenionym) specjalistą od pogody. Cudownie zmienna, jest dla niego lekarstwem na własną stagnację, z którą nie potrafi sobie poradzić. W niej szuka nadziei na swoje wyzwolenie (wyobrażając sobie, że pewnego dnia wessie go i zabierze z Liberca wielkie tornado), ona jest dla niego wszystkim i z wszystkim jest jakoś związana.
Byłem spokojny. To chmury mnie uspokajały. To chmury nauczyły mnie wybaczać. 
Wszystkie wydarzenia pamiętam dzięki chmurom, pogodzie, dlatego że z pogodą wiąże się absolutnie wszystko.

Pasja Fleischmana przydaje mu dziwaczności, której jednak i bez tego ma w sobie pod dostatkiem. Z wrodzoną skłonnością do popadania w kłopoty (zupełnie jak Szwejk i jak hrabalowski Miłosz Pipka, którego bohater Rudiša przypomina mi do złudzenia) w komunistycznych czasach dzieciństwa rysuje na lekcjach plastyki swojego dziadka przejechanego przez radziecki czołg, na pytania nauczycielki odpowiada niefrasobliwie a zupełnie niewinnie o „zimnym froncie ze wschodu”, jest idealną ofiarą dla szkolnych oprawców, a jako dorosły facet cierpi na chroniczny katar, widzi duchy i nałogowo podgląda przez dziurkę od klucza hotelowych gości w trakcie ich upojnych chwil. To ten typ, który snuje się po szkole z dziewiczym wąsem i wielkimi brylami, a gdy dorasta zaszywa się w mrocznych kątach i wodzi wzrokiem tęsknym a psychopatycznym za ładnymi dziewczętami.

Mimo tego jednak, że o Fleischmanie dowiadujemy się tak wiele – niemal wchodzimy do jego głowy (zostajemy nawet zaproszeni na jego sesje terapeutyczne z panią psycholog) – dla mnie pozostał on wciąż postacią mocno zagadkową. Pojawia się tu stary szwejkowski problem – na ile jest on zwykłym głupkiem, a na ile tylko go gra? Kim jest ten, który mimo swej „pipkowatości” daje w końcu dowód wielkiej siły, przełamuje zaciskający się na nim magiczny krąg Liberca i daje radę własnym ograniczeniom (znów Miłosz Pipka!)? Mnie się wymyka, enigmatyczny jak jedna z jego chmur.

Bo z jednej strony – absurdalnie wręcz rzeczowy; tam gdzie inni widzą jutrzenkę, tam on widzi światło i kurz, wirujący brud. Ale z drugiej – poeta i romantyk. Zuzana podaje mu się na talerzu, ale on nie chce mdłych przystawek, chce długonogiego rudowłosego objawienia, pioruna z nieba. Stojąc przy barierce na szczycie góry Ještěd, snuje liryczne refleksje o samobójcach. W tym wypadku rzeczowy jest tylko Jégr, który przed hotelem stawia tabliczkę „Samobójstwa zgłaszać w recepcji”.

Wzgórze Ještěd z hotelem na szczycie [1]
Fleischman to pierwszy plan. Jest jednak jeszcze tło. To, co na niego wpływa i co go kształtuje, ludzie dokoła, cała sieć powiązań, bo w końcu wszystko, każdy człowiek i każdy epizod może wywołać efekt motyla, duży deszcz z małej chmury. Są rodzice, którzy majaczą gdzieś w tle jak odległa chmura burzowa, jest Jégr – opiekun i szef Fleischmana, grubiański typek zakotwiczony mocno wspomnieniami w swojej romansowej przeszłości, jest opętany amerykańskim snem Patka i Franz, stary Niemiec który powraca do rodzinnego Liberca aby rozsypać tam prochy swych szkolnych przyjaciół. I jest Ilja – Ta Jedyna, czerwona lisiczka, jedyna postać bardziej nawet enigmatyczna niż Fleischman. Wszyscy razem tworzą na niebie złożoną, kłębiastą konstelację. „Ciągle się mijają. Gubią. Opuszczają. Znajdują”.

Rudiš w końcu zdaje się dochodzić do bardziej ogólnych wniosków. Ustami Fleischmana i jego pani doktor formułuje stwierdzenie, że Czesi to naród, który boi się ruszyć z miejsca. „Trochę jak konserwy, coś jak sardynki upchnięte w puszce”. Posługując się z kolei słowami Jégra zestawia ze swymi rodakami Polaków, których wszędzie pełno i którzy wszędzie sobie poradzą. Czeskie zamknięcie na świat to strach przed wolnością, a strach przed wolnością to z kolei strach przed nieskończonością, i to akurat bardzo ciekawie koresponduje z wnioskami Mariusza Szczygła wysnutymi w Zrób sobie raj.

Proza Rudiša jest dynamiczna i wciąga, ma w sobie młodość i żywioł, ale jest i zaduma, mnóstwo nostalgii, bujania w obłokach, refleksji nad przemijaniem. Łączy w sobie świeżość młodego pokolenia z ciepłem starych dobrych literackich wzorców, co mnie osobiście wydaje się doskonałym połączeniem.

Jaroslav Rudiš [2]
***
J. Rudiš, Grandhotel, wyd. Good Books, Wrocław 2011.

***
Źródła fotografii:
[1] http://jested.cz/
[2] http://www.literatur-jetzt.de/?page_id=525

niedziela, 20 stycznia 2013

Nie piasek, a lepki szlam zawiści – „Piaskowa Góra”, Joanna Bator

Piaskowa Góra towarzyszyła mi długo. Nie dlatego, że źle mi się czytało – przeciwnie, pochłania się ją z wielką przyjemnością. Ale to ponad 400 stron żywego tekstu, żadnych przerywników, dialogów, wstawek – zwarta tkanka opowieści. A druga sprawa tak przygnębiającą wizję, wsączającą się w żyły niczym trucizna, musiałam sobie dawkować.

Czasy PRLu, karmiona za młodu ciepłymi historyjkami Małgorzaty Musierowicz, miałam skłonność wyobrażać sobie jako czasy straszne, lecz paradoksalnie bardziej ludzkie i naznaczone poczuciem wspólnoty. Bo w obliczu wroga szare jednostki zbliżały się do siebie, w końcu w kupie zawsze raźniej i cieplej, łatwiej przetrwać radziecką zimę. Obraz, jaki odmalowuje Joanna Bator w swojej Piaskowej Górze tak bardzo odbiega od tych wyobrażeń, jak to tylko możliwe.

Ale czy to rzeczywiście problem czasów? Mam wrażenie, że realia nie ukształtowały złych zachowań, lecz były jedynie katalizatorem odrażających skłonności, jakie już wcześniej siedziały uśpione w niemal wszystkich bohaterach tej historii. To przerażająca galeria figur złych albo głupich, a czasem i takich i takich. Ograniczonych, zawistnie zerkających na wszystkich, którym „się udało” i dążących do zmącenia ich szczęścia za wszelką cenę, ściągnięcia ich do swojego poziomu, do swojego cuchnącego moralnego bagienka. Wrażliwym i myślącym miażdży się tu skrzydła jak rzadkim okazom motyli. Bo nie pasują.

Wszystkie kobiety (chyba tylko z wyjątkiem cielęcego stworzenia o jakże znamiennym nazwisku Iwonka Śledź) w tej książce są silne, ale siła nie zawsze jest tu towarzyszką mądrości i dobroci. Silna i mądra jest Dominika, która wie czego chce i nie ucieka od uczucia nawet jeśli nosi ono sutannę. Silna i dobra jest Zofia, która ukrywa pod swym dachem Żyda i ze względu na jego pamięć na wzór dzielnej Penelopy latami żyje samotnie, opędzając się od natrętnych zalotników. Ale silna jest też Jadzia, której ograniczony rozumek karmi się mrzonkami o Enerefie, marzeniami o byciu wielką damą oraz prostymi fabułami seriali i romansideł. Silna jest i Jagienka Pasiak, żyjąca w przeświadczeniu o własnej niezwykłości, zawistna i mknąca do celu po trupach, karykaturalna wręcz w swoim fałszu i zepsuciu, niczym złe siostry Kopciuszka.

Pani Bator wspaniale opowiada, ale w tej książce tyle jest smutku, że odłożyłam ją prawie z ulgą. Bo to nie ten piękny, oczyszczający smutek, którego szukał przez całe życie pan Hrabal, ale smutek brudny i lepki, wsączający się we wszystkie zakamarki świadomości i oblepiający je jak cuchnący szlam. I im dłużej się ją czyta, tym bardziej chce się uciec z tego mrocznego Wałbrzycha, odlecieć z tej szarej Piaskowej Góry, tak jak ci dobrzy i uczciwi, którzy szczęście znajdują dopiero gdzieś daleko, za siedmioma górami i siedmioma lasami.

***
J. Bator, Piaskowa Góra, wyd. W.A.B., Warszawa 2009.

***
To pierwsza recenzja z serii Gwiazdkowe prezenty, którą prezentuję na zdjęciu. Zawsze zastanawiał mnie fenomen ogromnych poświątecznych stosów książek, jakie oglądałam u innych skąd tego aż tyle? A tym razem mam swój własny, całkiem pokaźny. A ponad 80% to sprawka mojego W. i chwała mu za to, choć winien jest przeprosiny wszystkim tym moim papierowym przyjaciołom, którzy spoczywają w czeluściach szafy i czekają na swoje pięć minut od kilku już lat, a teraz po raz kolejny ich wielka chwila została odsunięta w czasie.

Tak więc Piaskowa Góra już pochłonięta, Grandhotel Jaroslava Rudiša również wkrótce powinna się pojawić recenzja. Czas Czerwonych Gór Petry Hůlovej też na pewno wkrótce trafi w moje ręce, podobnie jak List miłosny pismem klinowym Tomáša Zmeškala (od siostry), ale to jak tylko połknę przypadkiem znalezione w bibliotece i natychmiast zagarnięte Listy do Kwiecieńki Hrabala (muszę przyznać, że jeśli chodzi o wdzieranie się na czołowe pozycje mojej listy lektur Czesi mają ogromną siłę przebicia). Za to tak szalona, żeby w obecnej gorącej atmosferze przedsesyjnej zabierać się za Finneganów Tren nie jestem (choć w kontekście egzaminu z językoznawstwa mogłaby to być ciekawa nadprogramowa lekcja). W każdym razie – wszystko pięknie i chyba już się jakoś ułoży, a książek do czytania na pewno nie zabraknie. Tuszę, że u Was też wspaniale.

piątek, 4 stycznia 2013

Czytelnicze wspominki 2012

2012 był dla mnie rokiem, w którym mało czytałam, dużo żyłam. Dlatego ilość przeczytanych przeze mnie książek jest katastrofalna, nawet w stosunku do poprzednich lat, za to mam dużo fajnych fotek z Finlandii (które lada chwila pokażę, opatrzone odpowiednim komentarzem), sporo nowych znajomych, kolejne studia na głowie oraz pracę. Przyszedł czas na bycie dorosłą, ale tak nie do końca, i trochę mi się ta dorosłość z czasem nieopierzonego kupra zazębiła, a między trybiki trafiły dziesiątki upojnych godzin nad książką. Ale mówi się trudno, a ja (jak co roku) mam noworoczne postanowienie, aby nie narzekać, więc do rzeczy!

Sztuk przeczytanych w tym roku jest 38. Książka książce nierówna, więc aby wyróżnić najlepsze muszę dokonać drobnego podziału na kategorie. I tak:

W kategorii Powieść:

I tu – dwie obserwacje. Wszystkie trzy książki, co uświadomiłam sobie już po sporządzeniu listy, mają pewien psychodeliczny klimat. Canetti i Cullin są wprost jak jedna wielka narkotykowa wizja, Baricco – na pozór rzeczowy, szaleństwo jednak czai się gdzieś pod skórą. Może to właśnie moja literacka bajka? Druga rzecz natomiast, to że dwie spośród mojej królewskiej trójki to książki które przeczytałam w ramach przygotowywania tekstu Mali wybrańcy na granicy światów do 8. numeru Archipelagu, powinnam więc chyba oficjalnie podziękować Chihiro za podsunięcie mi tematu, za możliwość spłodzenia tego mini-przewodnika po dziecięcych zmyśleniach i przede wszystkim za polecenie City.

W kategorii Opowiadania dwa wyróżnienia, tu królują Czesi:

Święto przebiśniegu to kolejny argument za tym, że szaleństwo w literaturze działa na mnie magnetycznie. Z tym, że to jest inne szaleństwo niż w Krainie traw czy Auto da fé, to hrabalowskie nie ma mocy niszczącej, lecz pielęgnującą, jest jak balsam na serce i zimny okład na głowę rozgorączkowaną myślami o niegodziwości ludzi i bezsensie życia. W Čapku mniej zachwytu, ale także dużo wyrozumiałości.

W kategorii Literatura popularnonaukowa – już tylko jedna, która jednak na wyróżnienie z pewnością zasługuje:

O fizyce zakulisowej. Tłumaczy, o co w tym wszystkim chodzi, ale też snuje historie odkryć i każe się zastanowić nad wagą przypadku. A skoro już o tym mowa, polecam wywiad z profesorem Michałem Hellerem, duchownym i naukowcem, zamieszczony w najnowszym numerze pisma Książki. Magazyn do Czytania. Także mowa o przypadku oraz o tym, że wcale nie kłóci się on z istnieniem Boga.

Jeśli natomiast chodzi o Poezję, przeczytałam tylko tomik Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej Pocałunki. Konkurencji więc nie ma, ale miejsce w zestawieniu też na pewno mu się należy. Doskonała poezja, leciutka jak babie lato, smutna i ciepła jak popołudniowe słońce pod koniec września.

W jakie kraje zapuszczałam się literacko w tym roku najczęściej? Oczywiście do Czech (9 książek), Polski (8 książek), USA (5 książek) i Wielkiej Brytanii (5 książek), czyli bez wielkich rewolucji. Odstępstwem od normy jest natomiast moja czytelnicza wycieczka do Skandynawii (4 książki norweskie i jedna fińska), która mnie bardzo cieszy.

W rozpoczynającym się roku 2013 prawdopodobnie znów będę dużo żyć, a na pewno dużo pracować, więc większej częstotliwości ukazywania się recenzji obiecać nie mogę. Za to moje postanowienie na nowy rok – czytać więcej książek niż rzeczy o książkach. Może w ten sposób choć trochę zaległości nadrobię.

Wszystkim Wam natomiast w 2013 życzę książek odrywających od rzeczywistości, pobudzających zmysły, stymulujących szare komórki. Niekoniecznie wielu, ale żeby były dobre.