niedziela, 21 kwietnia 2013

Wśród meandrów dziecięcej wyobraźni – „Człowiek-motocykl i inne opowiadania”, Wojciech Grabowski

Zbiór opowiadań Wojciecha Grabowskiego to literacki powrót do Przemyśla, miasta na wzór schulzowskiego Drohobycza zaklętego we wspomnieniu upalnych sierpniowych popołudni. Miasta pięknego, o czym przekonuje również cykl ilustracji zlepionych ze starych zdjęć przemyskich zaułków i placów. Mgliste i zagadkowe, mozaiki te tworzą doskonałe tło dla równie rozmytych, żyjących własnym życiem i przez lata bujnie rozrosłych wspomnień.

Każdy z nas zna chyba to uczucie, gdy sięga po jakąś książkę i w miarę czytania coraz bardziej odczuwa łączącą go z autorem więź. Podobny sposób myślenia, sposób postrzegania, doświadczania rzeczywistości, podobne przeżycia, myśli, wątpliwości. I dla mnie ta książka okazała się szczególnie ważna, bo poczułam to niemal od pierwszych słów. Te same myśli krążą mi po głowie, te same kwestie spędzają mi sen z powiek.

Autor porusza bowiem już na wstępie kwestię życiowych dokonań, pozostawiania po sobie spuścizny, satysfakcji z własnych działań oraz prozy życia, która wiecznie w tych dążeniach przeszkadza. Lata mijają, świadomość upływającego czasu ciąży coraz bardziej, robi się gorączkowo, tak bardzo się chce, wydawałoby się, że lada chwila uleciałoby się w przestworza, gdyby tylko nie uwieszeni u nóg bliscy. Ale to przecież bliscy, czy można więc narzekać? Czy artysta, choćby w imię twórczej realizacji, ma do tego prawo?

Uciekając od męki tych rozważań we wspomnienia, zanurzając się w nich z ulgą jak w ciepłej kąpieli, autor-narrator przypomina sobie jednak swojego dziadka (a właściwie „dziadzia”, bo za „dziadka” by się obraził). Opisuje tę barwną postać, aby przeżyła choć na kartach książki, ale zaraz potem zastanawia się, czy jest to w ogóle konieczne. Bo dziadek nie żył z poczuciem misji, nie żył tylko po to, by zostać zapamiętanym, ale po prostu żył – i może właśnie o to chodzi.
Może wystarczy być, przechadzać się ulicami w wielkich okularach muchach, w kwiecistym krawacie, w spodniach zawsze wyprasowanych, z parasolem, żeby nikt nie pomyślał, że używa się laski. Być – a nie szarpać się, usiłować tworzyć, próbować zostawić coś po sobie. Być – i niech mnie szanują za to, że jestem (s. 41).
Wspominam o dziadku, centralną postacią tego zbiorku jest jednak Babcia. Przemyski anioł, pod którego skrzydłami schronić można się było przed całym złem i nieczułością świata. W cieple i przyjemnym cieniu tych skrzydeł pączkowały pierwsze marzenia, pierwsze myśli o tworzeniu, ambitne plany. Czasem wręcz absurdalne, jak pomysł z własnoręcznym skonstruowaniem telewizora, zawsze jednak przyjmowane przez mityczną Babcię z wyrozumiałością.

W gruncie rzeczy jednak dopiero z perspektywy czasu miłość ta zostaje w pełni doceniona. W arsenale wspomnień znajdują się bowiem i sytuacje, w których babcina troska wydawała się śmieszna, budziła zażenowanie i wstyd. Jak w chyba najbardziej wzruszającej scenie tej książki: Babcia niechcący zatrzaskuje drzwi od mieszkania, więc mimo walącego z nieba śniegu, w samych kapciach i fartuchu, decyduje się na karkołomne przejście po oblodzonym gzymsie przez balkon sąsiadki. Bo w końcu nic nie jest ważniejsze niż ciepły obiad na stole, gdy wnuczek wróci ze szkoły. Ten zaś, zawstydzony widowiskiem, jakie zrobiła z siebie staruszka, zraniony docinkami gapiów, ma do niej żal i buntowniczo postanawia nie wracać do domu. Krzywi się z zakłopotaniem na darowane mu dowody miłości. 

Dawny Przemyśl – jedna z grafik zamieszczonych w książce.
Po pierwsze jest więc ta książka rodzajem wyznania, pomnikiem postawionym najbliższym. Po drugie jest również tym, czym było pisanie o dzieciństwie dla Oty Pavla – terapią. Bo narrator (którego mogę chyba swobodnie utożsamiać z autorem) nie ukrywa, że zmaga się z depresją, wątpi w sens życia, jest już wszystkim zmęczony. Powroty do słonecznego Przemyśla to dla niego ładowanie akumulatorów. Tam znajduje motywację, by nadal stawiać czoła codzienności.

Po trzecie wreszcie – to piękna mitologia dzieciństwa i związanych z nim ukochanych miejsc. I tutaj już widać bardzo wyraźną inspirację Schulzem (głęboko podziwianym przez autora, czytanym zresztą po raz pierwszy właśnie w przemyskim mieszkaniu Babci) – w jednej chwili stoimy na zalanej słońcem ulicy, by zaraz w następnej, pod wpływem niewinnych odbłysków światła, wszystko zaczęło falować i tańczyć, zmieniać strukturę, rozpływać się w dłoniach. Rzeczywistość gładko przechodzi w sen, w którym królują cudowne hybrydy na wzór tytułowego człowieka-motocykla, a cały bajkowy, nieprzewidywalny świat chwieje się i drży, gotów do kolejnych przeobrażeń.
Już wiem, jestem tego pewien, że istnieje inny świat. Przebija czasami spod grubej warstwy zwykłej rzeczywistości. Teraz nastąpiło to przebicie, ropiejący wrzód ponurego krajobrazu pękł i wyłoniła się inna przestrzeń, pełna zadziwiających zacieków z wilgotnej ściany mieszkania Babci, ukrytych wśród gęstej roślinności drzwiczek, z tajemniczymi jak znak zapytania, zawijającymi się jak osty klamkami. Ależ nie, to nie są klamki, to falujące błotniki starych samochodów. A może klamki i błotniki na raz? Suną wanderery pasami balkonów, mają opuszczone budy i falują wąsy ich kierowców (s. 34).
Jestem pod wielkim wrażeniem nieokiełznanej wyobraźni autora. Dajcie się mu zaczarować, bo naprawdę warto.

***
Za książkę (ze wspaniałą dedykacją) bardzo dziękuję Autorowi.

***
W. Grabowski, Człowiek-motocykl i inne opowiadania, wyd. Bosz, Olszanica 2012.

piątek, 12 kwietnia 2013

W świecie czarownic, rusałek, gawędziarek i trzpiotek – „Ciotki”, Anna Drzewiecka

Powieść – a właściwie zbiór impresji i wspomnień – Anny Drzewieckiej to taka książka-plasterek na duszę. Nie sili się na oryginalność, nie czaruje stylistycznymi fajerwerkami, nie zmusza do intelektualnego wysiłku. Ale za to budzi uśmiech na twarzy i poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu. Trochę jak nienachalnie pouczające opowieści dobrodusznej babci, która w przerwach rozdaje cukierki i wpatruje się tęsknie w dal, pamięcią wracając do swej młodości.

Zaczyna się od wspomnień cudzych – odległych czasów, kiedy syn litewskiego bojara buduje dom w cieniu starej lipy nad brzegiem rzeki Bug. Czasów, gdy jeszcze ludzie żyli w bliskości z naturą, korzystając z jej dobrodziejstw, szanując ją i bojąc się jej równocześnie. Klimat rodem z Doliny Issy Miłosza – jest groźna rzeka, która porywa ukochane osoby, są opiekuńcze drzewa, na czele ze wspomnianą lipą, są czarownice, wodne rusałki, utopce, wodniki i nimfy. Fantastyczne ludowe opowieści zasłyszane u babci w świadomości dziecka mieszają się z rzeczywistością, przyciągają jak magnes i stymulują wyobraźnię.

Babcia jest zresztą znakomitą opowiadaczką. Kiedy opowiadała mi o odwrocie Napoleona spod Mokswy, byłam pewna, że widziała to cofające się wojsko na własne oczy – pisze autorka, co przypomina mi innego doskonałego gawędziarza, mojego dziadzia, który ze śmiertelną powagą wmawiał mi, że tańczył na weselu Kopciuszka. Oczywiście również głęboko w to wierzyłam.

Z czasem do dziejów rodziny miesza się historia. Wołyńska ziemia, na której stanął dom zbudowany przez prapradziadka narratorki, przestaje być tak przyjazna Polakom i stare domostwo wyrwane zostaje rodzinie na zawsze. Wkrótce potem rozpoczyna się już własna opowieść autorki.

Przedstawia nam ona galerię tytułowych ciotek, których miała aż osiem. Każda inna, każda z własną, niezwykle ciekawą historią, każda w pewien sposób kształtuje późniejszy sposób widzenia świata narratorki. Są tu pokorne, dobrotliwe cioteczki i nieszablonowe trzpiotki, muzy artystów i poszukiwaczki przygód. Nie wszystkie na pierwszy rzut oka sympatyczne, w ostatecznym rozrachunku jednak odmalowane zostają przez pryzmat tego co w nich najlepsze, i nawet obca i niedostępna ciotka Teresa, uosobienie złej królowej gnębiącej Śnieżki, okazuje się w końcu niezwykle kochającą i oddaną żoną.

Historie rodzinne przeplatają się tu z historiami ukochanych miejsc autorki, tych magicznych zakątków na wzór zarośniętych ogrodów Schulza. Z perspektywy dziecka – egzotyczne puszcze i królewskie pałace, z punktu widzenia dorosłego – zaniedbane ogródki i rozpadające się budy, do których jednak nawet po latach pozostaje sentyment i trudno jest patrzeć, jak te dawne włości zostają niszczone. Chyba każdy z nas doskonale to zna.

W jednym z rozdziałów autorka zastanawia się, czy jest w ogóle jakiś sens spisywania i publikowania swych wspomnień, czy mają one znaczenie dla kogokolwiek prócz samego autora. Zaraz potem sama udziela sobie odpowiedzi:
Wchodzący tutaj, oczekiwani goście i zbłąkani przechodnie, widzą dorosłą osobę bawiącą się kolorowymi kamyczkami i bezwartościowymi szkiełkami. Ale czasem ktoś zatrzymuje się nieco dłużej. I wtedy się wie, że wśród tej góry kamyczków i szkiełek on również dostrzegł nagle kropelkę dobrze sobie znanego rubinu albo coś mu przypominający koci błysk szmaragdu. Więc może jednak warto (s. 72).
Otóż to! Osobiście uwielbiam kolekcjonować cudze wspomnienia z dzieciństwa, po to tylko by zestawiać je ze swoimi własnymi, uśmiechać się do siebie dostrzegając podobieństwa, podobną perspektywę, czytając o miejscach przypominających moje własne zarośnięte ogrody. Zachwycam się Taką piękną żałobą Hrabala, wspomnianą Doliną Issy i Sklepami cynamonowymi Schulza, autora najpiękniejszej chyba z powstałych do tej pory mitologii dzieciństwa. I również Ciotki z przyjemnością włączam do swojej kolekcji.

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu M.

***
A. Drzewiecka, Ciotki, Wydawnictwo M, Kraków 2012.