czwartek, 30 maja 2013

Spotkanie z Petrem Šabachem (15.05.2013) – relacja

Na spotkaniu z Petrem Šabachem w krakowskiej Księgarni pod Globusem na dzień dobry poczęstowani zostaliśmy czeskim Gambrinusem. Witając się z każdym z osobna autor wyznał nam jednak, że piwo jest ciepłe i przeprosił za to barbarzyństwo (zwłaszcza że sam z upodobaniem sączył zimnego Żywca).

Ten zabawny (barbarzyństwo oczywiście zostało wybaczone) akcent rozpoczął miłe dwie godzinki, w trakcie których Šabach rozwodził się na mnóstwo różnych tematów (ależ z niego gaduła!). Mówił o swoich książkach, o rynku wydawniczym w Czechach, o języku polskim i czeskim, a ponadto przytoczył wiele opowieści ze swojego życia, dzięki czemu osobiście – nie wiem jak inni uczestnicy – po tych kilkudziesięciu minutach słuchania poczułam się prawie jak przyjaciółka pana Šabacha, wiedząc o nim tak wiele. 


Jaki obraz czeskiego rynku wydawniczego wyłania się z tych opowieści? U naszych południowych sąsiadów (chyba jak wszędzie) po książki sięgają głównie przedstawicielki płci pięknej, z reguły spragnione wielkich romansów, dlatego też czeskie księgarnie po brzegi wypełnione są opasłymi tomiszczami o cukierkowych okładkach, opatrzonych obowiązkowo słowem-kluczem láska (miłość). Nie od dziś wiadomo, że jeśli słowo-klucz pojawi się w tytule książki, łasa na miłosne perypetie niewiasta chętniej po nią sięgnie. Sama nie wiem, co o tym myśleć; rzecz jasna kłóci się to z utopijną wizją mola książkowego, w której wszyscy jak jeden mąż zaczytują się Mannem i Dostojewskim, ale patrząc na rzecz realnie, nasuwa się raczej komentarz „Przynajmniej czytają”.

Krążąc wokół tego tematu Šabach nakreślił też w kilku słowach historię tytułu Gówno się pali. Jak się okazało, nie był on wcale pomysłem autora (który optował za mniej obrazoburczym, a przez to również mniej chwytliwym Woda z sokiem), lecz jego wydawcy. W ostatecznym kształcie tytuł wywołał sporo kontrowersji także w liberalnych Czechach, ale cel został osiągnięty – o książce było słychać:). Mnie osobiście bardzo przypadł do gustu, o czym pisałam już wcześniej w komentarzach; myślę, że zgrabnie ujmując sedno całej książki ma w sobie dużą dawkę czeskiej rubaszności i odważnego dowcipu.

Wśród bardziej osobistych opowieści autora pojawiły się natomiast wzmianki o jego rodzinie – towarzyszce życia Andulce, dzieciach i wnuczętach – a także wspomnienia z okresu, kiedy rodzinę utrzymywała żona, on zaś siedział w domu, opiekując się chorowitym synem. Mówił o tym bardzo pięknie; choć był to trudny dla niego czas (dorabiał jako nocny stróż, w efekcie śpiąc po dwie-trzy godziny na dobę), czuł, że jest naprawdę potrzebny i że robi coś słusznego. Ten etap życia pisarza stał się inspiracją dla książki Podróże konika morskiego (którą muszę szybko zdobyć!).

Dowcipnie opisywał również swe doświadczenia z pracy jako nauczyciel kreatywnego pisania. Z odrobiną zdrowej złośliwości odnotowywał literackie mody, które panowały wśród jego studentów. Gdy na topie był Bukowski, cała sala wypełniła się „drugimi Bukowskimi”, gdy sukcesy święcić zaczęła fantastyka, nagle bardzo modny stał się styl „na wiedźmę”... I tak dalej:).

W skórze wykładowcy jednak Šabach nie czuł się zbyt dobrze, podobnie zresztą jak nigdy właściwie nie odnalazł się w roli pisarza. Sugerował wręcz, by nie używać tego określenia w stosunku do niego, ponieważ przysługuje ono raczej wielkim nazwiskom, do których on nie należy. Ten motyw pojawiał się zresztą kilkakrotnie – myśl o towarzyszącym autorowi poczuciu niezasłużonego sukcesu, za który „kiedyś będzie musiał zapłacić”, nadawała luźnemu, dowcipnemu spotkaniu nieco refleksyjny posmak.

Pani tłumaczka, a zarazem wydawca książek Šabacha w Polsce, Julia Różewicz, zdołała wreszcie doprowadzić spotkanie do końca, mimo że, jak zapewniała, pan Šabach mógłby jeszcze mówić i mówić:). Na koniec można było zdobyć autograf autora, którą to okazję skwapliwie wykorzystałam.

Z dedykacją „Pro Aničku”. Pana Šabacha ucieszyło moje imię, bo ma do niego szczególny sentyment – Anią jest zarówno jego żona, jak i wnuczka.

Spotkanie z Petrem Šabachem okazało się dla mnie nie tylko ciekawym doświadczeniem czytelniczym, ale i okazją do poznania osobiście Beaty prowadzącej bloga Szczur w antykwariacie. Odbyłyśmy miłą rozmowę i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uda się to powtórzyć:).

sobota, 25 maja 2013

Piekło zakupów i tłuczenie talerzy – „Gówno się pali”, Petr Šabach

Na przekór postępowym teoriom dotyczącym wychowania dzieci, dziewczynki niezmiennie od wieków dorastają w poczuciu, że będą kiedyś żonami i mamusiami. Najpierw jest faza lalek, zabawy w dom i gotowania zupek z błota, później krótka chwila uśpienia, aż w okolicach dwudziestej wiosny bomba kobiecości wybucha z całą siłą i wciska przedstawicielkę płci pięknej w kuchenny fartuszek, w którym ta oddaje się od tej pory nieokiełznanej manii gotowania.

Znając z obserwacji ten model, czasem wątpię w swoją kobiecość. Do garnka i patelni prośbą ani groźbą mnie nie zagonisz, w życiu nic nie upiekłam, a na opowieści koleżanek o tym co to ostatnio wyczarowały w kuchni reaguję wysypką. Jakoś zawsze były ciekawsze rzeczy... Ostentacyjnie nie znoszę też zakupów, a tęsknotę za fatałaszkami szybko udaje mi się stłumić, gdy zacznę je przeliczać na książki, które mogłabym za tę samą sumkę kupić.

Ale któż z nas mógłby się nazwać modelowym przedstawicielem swej płci? Z drugiej strony zawsze wolałam lalki od samochodów, mimo tytułu inżyniera w magiczny sposób psuję wszystkie sprzęty, których się dotknę, a pod względem humorków bardzo mi blisko do Andulki, bohaterki Wody z sokiem ze zbiorku Gówno się pali Petra Šabacha. A urocza ta książeczka jest tak wyczerpującym zbiorem dziwnych męskich i damskich zachowań, że nawet najbardziej odbiegający od stereotypów czytelnik znajdzie wśród nich coś z siebie (doskonała zabawa gwarantowana!).

Książkę otwiera krótki wstęp, który wyjaśnia kontrowersyjny tytuł i zarazem zapowiada tematykę całego zbiorku. Sugestywny obrazek, sytuacja z życia wzięta; myślę, że każdy z nas mógłby być kiedyś świadkiem podobnej. Autobus pełen dzieci, podzielony dokładnie na dwie grupy, dwie wyznaczone strefy, dwa światy – chłopcy i dziewczynki. Po prawej, w rozświergotanej gromadce dziewczęcej, małe przedstawicielki płci pięknej wśród pisków zachwytu wyrywają sobie pluszową zabawkę. Po lewej dwóch małych mężczyzn z powagą należną ważkiemu naukowemu zagadnieniu dyskutuje problem „Czy gówno się pali?”.

Już tu, na dzień dobry, ujawnia się niezwykły talent pana Šabacha – niedbałą kreską, w kilku zaledwie słowach, potrafi odmalować sedno sprawy. Cała ta książeczka to właściwie kilka takich obrazków, bardzo prawdziwych a zarazem bardzo absurdalnych, które nienachalnie, trochę od niechcenia opisują te dwie skrajnie różne planety, męską i damską, i arcyciekawe zjawiska zachodzące na styku ich orbit.

I tak – w pierwszym utworku mamy dwóch podstarzałych kogucików, którzy za wszelką cenę chcą sobie udowodnić, jak wiele wiedzą o świecie i do czego mimo swego wieku są zdolni. W drugim – osobliwym widoczku (stąd w tytule francuskie Bellevue – „piękny widok”) oglądanym przez małą bohaterkę z dachu jej domu – grupkę nieudolnych (każdy na inny sposób) przedstawicieli płci brzydkiej. W trzecim wreszcie, ponoć mocno autobiograficznym – męski zapis życia wśród kobiet i z kobietami, od dziecka aż po kryzys wieku średniego. Z całym dobrodziejstwem inwentarza – wiecznymi humorkami, tłuczeniem talerzy i (o zgrozo!) towarzyszeniem w zakupach.

A o czym jeszcze świetnie pisze się językiem absurdalnych żartów i anegdot? O realiach czasów komunizmu, toteż wielbiciele takich klimatów też znajdą sporo tego typu smaczków wplecionych w opowieść. Wspaniała, niezniszczalna ideologia pęka pod wpływem ostrza dowcipu jak dziecięcy balonik, rozbija się w drobny mak jak nietłukąca szklanka, wielkie osiągnięcie radzieckiej myśli technologicznej.

Cel pan Šabach ma szczytny, choć, jak sam twierdzi, skromny – rozbawić czytelników. Jak talię barwnych kart rozkłada zasłyszane w knajpie, skradzione opowiastki, składa to w całość, sprawnie, w kilku ruchach, zszywa nicią autobiografizmu i mamy oto piękny kolaż. I tylko o to chodzi. Dobrze się bawić, zachwycić się kontrastami, zawiłością naszych wzajemnych relacji, popatrzeć na odwieczną wojnę płci bez żalu czy rozgorączkowania, a z rozbawieniem i odrobiną rozczulenia. Schłodzić tą książeczką feministyczne i szowinistyczne zapędy jak kuflem chłodnego piwka w upalny letni dzień.

W końcu – mimo tego całego narzekania, targania się za kudły, kłótni i wznoszenia oczu do nieba – nie możemy bez siebie żyć. Sam Šabach tak mówi o swojej Andulce, przy której wiernie trwa od dwudziestu pięciu lat:
Co kocham w Andulce? Podoba mi się cała. Może jestem, jak to się mówi pod pantoflem, ale według mnie każdy facet jest. Jak w tym kawale: Idzie facet do nieba, a tam dwie bramy – na jednej napis: Dla pantoflarzy, na drugiej: Dla nie-pantoflarzy. Przed bramą dla pantoflarzy jest wielka kolejka, przed drugą stoi jeden człowiek. Więc facet staje za nim i pyta: - Dobrze stanąłem? To brama dla nie-pantoflarzy? A tamten mówi: - Nie wiem, żona mnie tu przysłała. Tak to działa. [1]
Petr Šabach

O swojej twórczości natomiast autor pisze:
Mé spisovatelské cíle jsou celkem skromné - aby můj text alespoň pár lidí pobavil a abych se za něj nemusil stydět... [Mój cel jako pisarza jest całkiem skromny – by choć kilkoro ludzi dobrze się bawiło, czytając mój tekst, i abym nie musiał się go wstydzić...] [2]
Mission accomplished, panie Šabach. Wstydzić się na pewno nie ma czego!

*** 
P. Šabach, Gówno się pali, wyd. Afera, Wrocław 2011.

***
Jeszcze w tym temacie – wkrótce pojawi się u mnie relacja z zeszłotygodniowego spotkania z Petrem Šabachem. Będzie między innymi o historii tytułu Gówno się pali, który, jak się okazuje, za kontrowersyjny uznano i w Czechach :) Nie przegapcie!

Źródła:
[1] http://www.petrsabach.pl/autor/autor1.html
[2] http://kultura.idnes.cz/petr-sabach-se-nechce-stydet-za-sve-knihy-ffa-/literatura.aspx?c=A010821_111308_literatura_cfa

wtorek, 14 maja 2013

Pierwsza lekcja czeskiego filmu – „Kola” (reż. Jan Svěrák)

Uświadomiłam sobie nie tak dawno, że jedynym czeskim reżyserem, którego filmy znam, jest Jiří Menzel. A ponieważ komuś, kto śmie nazywać się „czechofilką” takie zaniedbanie wręcz nie przystoi, postanowiłam zabrać się za nadrabianie zaległości. Na pierwszy ogień poszli Samotni Zelenki i wrażenia miałam bardzo pozytywne, tym razem jednak uwagę chcę poświęcić niewątpliwej perełce, jakiej przypadł w udziale seans nr 2. Perełka zwie się Kola i nakręcona została przez Jana Svěráka (syna) według scenariusza Zdeňka Svěráka (ojca), który zresztą zagrał w niej też główną rolę. A o tym, że naprawdę perełka, świadczą Oscar i Złoty Glob w roku 1996.

Bez zbytniego rozgadywania się, bo zawsze twierdziłam, że o filmach pisać nie potrafię. Trzy słowa o akcji (dla tych, którzy jeszcze nie widzieli, o ile takowi się znajdą), trzy słowa o wrażeniach, a następnie głos oddam samemu reżyserowi.

František Louka, którego zagrał Svěrák senior, to podstarzały kobieciarz i zubożały wiolonczelista. Dorabia sobie graniem na pogrzebach, ale ponieważ przędzie cienko, za namową przyjaciela grabarza decyduje się na kontrowersyjny krok – fikcyjny ślub z pewną Rosjanką, której zależy na czeskim obywatelstwie. W zamian – niezła sumka do kieszeni. I kiedy wydaje się już, że sprawa rozejdzie się po kościach, Rosjanka daje nogę do Niemiec, jej ciotka trafia z zawałem do szpitala, a na progu mieszkania Louki pojawia się mały problem o łzy wyciskającym z oczu przerażonym spojrzeniu – pięcioletni Kola, syn Rosjanki. Po czesku nie zna ani słowa, za to z wielkim ożywieniem rozprawia w ojczystym języku ze swymi rodakami, których pełno na czeskich ulicach, bo mamy jeszcze niespokojne czasy komunizmu. Matka Louki stanowczo odmawia opieki nad ruskim dzieckiem, przechodnie krzywo patrzą, a do tego całą sprawą zaczyna niezdrowo interesować się państwo...


Ciepły humor na przemian ze smutkiem, od którego serce się ściska. Prócz tego mną osobiście absolutnie zawładnął ten mały aktor, Andrej Chalimon. Śliczny jak z obrazka, a taki przy tym przekonujący w swoim zagubieniu i dziecięcej bezradności!

O poszukiwaniach odpowiedniego chłopca do tej roli opowiada Jana Svěrák w rozmowie z Aleksandrem Kaczorowskim (zaczerpnięte z tomu Europa z płaskostopiem, który moim zdaniem jest rzeczą ciekawą przede wszystkim ze względu na wszystkie smaczki „zza kulis” dotyczące znanych czeskich osobistości; na pewno w najbliższym czasie jeszcze będę tę pozycję cytować). Przytaczam, bo historia jest przednia.
Proszę jeszcze powiedzieć, jak Pan znalazł tego chłopca, który zagrał Kolę?
Zwróciliśmy się do agencji Nikity Michałkowa, żeby znalazła nam takiego chłopca w Moskwie – od początku uważaliśmy, że to musi być Rosjanin. Zorganizowaliśmy pięć konkursów, jeździłem tam przez okrągły rok, ale mimo to na miesiąc przed rozpoczęciem zdjęć wciąż nie mieliśmy odpowiedniego kandydata. Po prostu rozpacz.
Postanowiliśmy spróbować ostatni raz. Ci ludzie z agencji wzięli kamerę wideo, objechali wszystkie przedszkola w Moskwie i w każdym z nich nakręcili największego łobuza. Na kasecie, którą nam przysłali, jeden z tych chłopców się wyróżniał: kiedy go o coś pytali, było widać po jego oczach, że zastanawia się nad odpowiedzią. Coś mnie wtedy tknęło, że to ten.
Pojechaliśmy do Moskwy i spróbowaliśmy nakręcić najtrudniejsze sceny, te, w których miał płakać i dzwonić do babci. Mówił tekst brawurowo, ale był cały czas wesoły, udawał tylko smutek, a w oczach miał cały czas te swoje iskierki. Poszliśmy więc z tatą do kuchni, naradzić się, co dalej. A jego mama w tym czasie lamentowała nad nim w pokoju: „Ty łobuziaku, wujkowie przyjechali do ciebie aż z Pragi, a tobie nie chce się być smutnym, jak cię proszą?”. Tak długo nad nim jęczała, aż się rozpłakał. Wróciliśmy do pokoju i powiedzieliśmy mu: „Spróbuj teraz zagrać, teraz płaczesz pięknie”. A on wziął telefon do ręki i powiedział ten tekst tak, że zaparło nam dech w piersiach, bo to coś niezwykłego, kiedy pięcioletnie dziecko potrafi zagrać, płacząc.

I jeszcze jeden fragment – o tym, co się zmieniło na gorsze po nadejściu kapitalizmu i o tym, dlaczego według Svěráka ten film tak bardzo się podoba.
Kiedy pytali nas w Ameryce, jak nam było za tego komunizmu i czego najbardziej nam brakowało, zdałem sobie sprawę, że nie brakowało nam Myszki Miki ani coca-coli. Brakowało nam szacunku dla ludzkiej godności. A co mieliśmy? Mieliśmy przyjaciół, mieliśmy czas czytać książki i rozmawiać o nich, i pomagać sobie nawzajem.
To się skończyło. Dziś każdy z nas stara się budować swoją karierę – widzę to także po sobie. Już nie mamy dla siebie czasu (...). Przyjaciół zastąpił nam komputer: odkąd nauczyliśmy się porozumiewać z tą skrzynką, nie potrafimy już porozumiewać się ze sobą (...).
Myślę, że właśnie ten straszny odpływ uczuć, tej ludzkiej wzajemności, który nastąpił po przyjściu kapitalizmu, sprawił, że obejrzał ten film już co dziesiąty Czech. Przecież w naszych kinach są te same amerykańskie filmy, te same co u was, gdzie nie mówi się o relacjach między ludźmi, tylko strzela i wysadza w powietrze samochody.
Nie wiem, na ile ta diagnoza się sprawdza, ale ja na pewno jestem spragniona dużej dawki tego czeskiego ciepła! Przyjmę więc wszelkie sugestie, jeśli chodzi o moją dalszą edukację w zakresie kinematografii naszych południowych sąsiadów. A Kolę wszystkim gorąco polecam.

***
Cytaty: A. Kaczorowski, Europa z płaskostopiem, wyd. Czarne, Wołowiec 2006.

sobota, 4 maja 2013

Stambulskie mrówki w jogurcie – „Sufi”, Elif Shafak

Napisać o Sufim to trudne zadanie. Myśli i wrażenia wywołane tą lekturą rozpełzają się bowiem jak żywe stworzenia, jak tysiące małych mrówek (porównanie w tym wypadku zupełnie nieprzypadkowe), z których niektóre rodzą się i niemal natychmiast umykają. Mała diablica Nevres topiła mrówki w jogurcie, ja jednak swoich nie byłam w stanie zatrzymać i wiele spośród nich przepadło.

O tym, że jest to opowieść o wychowanym w klasztorze derwiszów chłopcu, Pinhanie, który dręczony wstydem z powodu swej dwoistej natury wyrusza w długą podróż zakończoną w jednej z dzielnic Stambułu, pewnie już słyszeliście. O mistycyzmie, jakim przesiąknięta jest ta opowieść, i o tym, że przypomina jedną z baśni tysiąca i jednej nocy – pewnie też. Nie będę się więc nad tym rozwodzić, przejdę do tego, co mnie spodobało się najbardziej.

To prawda, że Sufiego wyróżnia magiczna i tajemnicza atmosfera, mnogość sugestywnych symboli i obrazów, egzotyka przyciągająca kogoś takiego jak ja, kto o sufizmie i tradycjach islamu nie miał do tej pory zielonego pojęcia. Dżiny, duchy i widma żyją tu jak gdyby obok zwykłych ludzi, są na porządku dziennym, jak w pradawnych czasach sprzed mędrca szkiełka i oka, i to jest piękne. 

Zachwyciło mnie jednak również to, co trzeźwe i bliżej ziemi – cudowny, cierpki humor i swada, z jakimi przedstawieni zostali bohaterowie i sytuacje, zwłaszcza te rozgrywające się na arenie dzielnicy Nakş-ı Nigâr (dawnej Akrep Arif). W przeciwieństwie do dość nijakiego Pinhana, odmalowanego właściwie tylko przez pryzmat wielkiego wstydu i pragnienia ustalenia własnej tożsamości, mieszkańców przeklętej dzielnicy oglądamy niczym mrówki pod lupą (znów porównanie nieprzypadkowe), wyłapując wszystkie ich karykaturalne wady i śmiesznostki. Widzimy ich zamiłowanie do butelki, nieznośne plotkarstwo czy nawet, jak w przypadku jednej z szacownych matron, przesłodkiej zresztą istoty, skłonność do popuszczania moczu w chwilach niekontrolowanego rozbawienia. (A że do śmiechu była bardzo skłonna, zapracowała sobie na pseudonim Zasikana Safiye). Są dzięki temu barwni i bardziej ludzcy, trochę jak mali krzykacze z apokryfów Karla Čapka.

Jest to zdecydowanie lektura, która wzbogaca. Nie tylko jednak w zakresie tureckiej kultury, tradycji i religii, lecz również z pozoru banalnej sfery kulinariów. Ileż ślinotok budzących smakołyków opisała na kartach Sufiego autorka! Jakże królewsko jej bohaterowie się żywili! Wielka szkoda, że mam dwie lewe ręce do gotowania, bo na pewno któryś z tych rarytasów spróbowałabym na własną rękę upichcić.

Oczywiście niemała w tym rola tłumaczki, która skrzętnie opatrzyła tekst mnóstwem przypisów i wyjaśniła absolutnie wszystkie obco brzmiące nazwy, które wprawić mogły w konsternację tak nieobeznaną z tureckimi realiami czytelniczkę jak ja. Każdy smakołyk, każde nazwisko, epizod, data, miejsce jest tu rozszyfrowane. W efekcie książka przypomina ogromną kopalnię wiedzy, do której jednak nie dostałabym się, gdyby nie korytarze w postaci przypisów. Są one zdecydowanym atutem tego wydania Sufiego, tłumaczce należą się więc wielkie wyrazy uznania.

Elif Şafak napisała tę powieść jako 23-latka po uszy zakochana w sufizmie. Podoba mi się ten zapał, wyczuwalny podczas lektury, ale wydaje mi się też, że jego sprawką może być niejasne, pospieszne zakończenie, które jest chyba moim jedynym zarzutem wobec Sufiego. Brakowało mi doprowadzenia do końca pewnych wątków, które albo nie zostały rozwiązane, albo zbiegły się w sposób tak mglisty, że nie udało mi się tego zarejestrować.

Warto dać się jednak porwać tej opowieści. Pomedytować nad nią, uśmiechnąć się i doprowadzić do drgawek swój biedny pusty żołądek.

Elif Shafak
Bibliografia:
[1] http://tygodnik.onet.pl/1,47145,druk.html
[2] http://www.elifshafak.com/images/interviews/turkey/index.asp
[3] http://xiegarnia.pl/artykuly/wywiad-z-elif-shafak/

Fotografie: Wydawnictwo Literackie
***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

***
E. Shafak, Sufi, przeł. Anna Akbike Sulimowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.