środa, 31 lipca 2013

Książę przepoczwarzony – „Historia pewnego życia”, Guy de Maupassant

Powieść Maupassanta ma w sobie coś z dwóch innych francuskich książek, o których pisałam w ostatnim czasie. Z Sekretami kobiet złotnika łączy ją cielesność jako jeden z ważniejszych motywów, ze Straconymi złudzeniami zaś – utrata młodzieńczych mrzonek i bolesne zderzenie z rzeczywistością.

Jeanne (stanowcze nie dla komicznej „Janinki” z polskiego tłumaczenia!) podobnie jak cud chłopiec Lucjan Chardon wchodzi w życie z naręczem pięknych złudzeń, i tak jak jej balzakowski bliźniak gubi je gdzieś po drodze. Tyle tylko, że każde z nich wybiera inną drogę – Lucjan poezję i sławę, Jeanne – wymarzony los spełnionej żony i matki.

Brutalne wyrwanie ze świata marzeń przeżyłam intensywnie, ramię w ramię z bohaterką, mimo że złowroga głębia czająca się w oczach jej lubego i snujące smutną miłosną historię gobeliny na ścianie sypialni zdawały się od początku zapowiadać jakąś katastrofę. Bo oto spróbujmy sobie wyobrazić następującą scenkę. Po wielu latach od wydarzeń, które zawiodły ich przed ołtarz, zaglądamy za kulisy życia Śpiącej Królewny i jej księcia, Kopciuszka i jej księcia, Śnieżki i... jej księcia. I okazuje się, że „i żyli długo i szczęśliwie” było słodką ułudą, książę skąpi na wszystko i bije służących, jest zarośnięty i zaniedbany, a na wysiłek ogolenia wykrzywionego wiecznym grymasem oblicza i natarcia się pachnidłami zdobywa się tylko wtedy, gdy spieszy do kochanki. Nie inaczej widzi swoje życie biedna Jeanne, bo oto na jej oczach Prince Charming przepoczwarza się w ohydną kreaturę, którą każdy rozsądny człowiek kazałby porządnie wybatożyć. Boli? Boli. 

Boli niestety trochę też z winy samej Jeanne, a właściwie z winy tych, na których spoczywała odpowiedzialność jej wychowania. Odgradzana szczelnym murem od świata zmysłowych rozkoszy hrabianka wchodzi w życie niewinna jak anioł, uważając łóżkowe uciechy za odrażającą, zwierzęcą rozrywkę plebsu. Jej głęboki wstręt do wszystkiego co cielesne może nie tyle pchnął jej męża w ramiona kochanek (w które to ramiona trafiłby w końcu tak czy siak, znając jego temperament i brak skrupułów), co uczynił ją bardziej bezbronną wobec rzeczywistości. Bo ostatecznie i zaufana służąca Rozalia, i poczciwy ojciec, i nawet schorowana mateczka okazują się brodzić po szyję w tym bagnie cielesności. Po stronie biednej Jeanne nie zostaje nikt prócz prowincjonalnego księdza, rzucającego klątwy i przekleństwa na każde żywe stworzenie, przejawiające cień naturalnej żywotności – od swych parafian po okoliczne psy.

Żal, żal naiwnej szlachcianki, ale i trudno naprawdę ją polubić. Jest moim zdaniem przerysowana – tak łatwowierna i niewinna, tak ślepa na rzeczywistość, że aż nie do zniesienia. Drażnią też jej młodzieńcze, pełne egzaltacji rozmyślania przy oknie w pogodną wiosenną noc, cukierkowe spacery po łąkach pełnych kwiatów, cały ten miód, cud i orzeszki, ale z drugiej strony tak to chyba miało działać... Bo czy bez tego tła smutne powroty do przeszłości u schyłku życia miałyby swoją moc, swoją wspaniałą cierpką słodycz?
Zdawało jej się również, że coś zmieniło się wokół niej. Słońce nie grzało już tak silnie, jak za dni jej młodości, niebo utraciło coś ze swego błękitu, a trawa ze swej zieleni; kwiaty, bledsze i mniej wonne, nie odurzały jej swym zapachem tak, jak dawniej (…). Czasem zatrzymywała się nagle, siadała przy drodze i popadała w smutną zadumę. Dlaczego nie była kochana tak, jak bywają inne kobiety? Dlaczego nie dane jej było zaznać choćby tylko prostej radości życia wolnego od wstrząsów?
***
G. de Maupassant, Historia pewnego życia, wyd. Zrzeszenie Księgarstwa, Warszawa 1985. 

Ilustracja: A. Leroux, ilustracja do francuskiego wydania Historii pewnego życia, 1883.

wtorek, 30 lipca 2013

Łańcuchy, łańcuszki

Fot. raXna (sxc.hu)
Nadszedł czas, by nadrobić łańcuszkowe zaległości, bo trochę się tego nazbierało. Mam nadzieję, że ci, od których otrzymałam zaproszenia nie obrażą się, jeśli wszystkie zabawy załatwię jednym postem. I że jak zwykle będę nieznośna i nie wyznaczę dalszych nominowanych.

Zacznę od Liebster Award, wyróżnienia które otrzymałam od Ani z Przeczytałam książkę. Zadanie polega na odwiedzeniu blogów pozostałych nominowanych i napisaniu o nich czegoś od siebie.

Śmieciuszek życiowy. Cenię blog Bazyla za krótkie, celne teksty, jakich ja o książkach nigdy nie potrafiłam pisać, rozwodząc się w nieskończoność. I za to, że autor bloga też przepada za trylogią nymburską Hrabala.

Krimifantamania. Czytam trochę inne książki niż Agnieszka, ani do kryminału, ani thrillera, ani fantastyki mi nie po drodze, z niemiecką literaturą jestem raczej na bakier (spójrzcie tylko na pasek, ile zrecenzowałam do tej pory pozycji autorów z tego kraju! aż wstyd), a nauka niemieckiego, choć towarzyszyła mi przez dziewięć lat mojego życia, pozostawiła po sobie w moim przypadku marne owoce. Ale bardzo chciałabym nadrobić braki i czuję, że Krimifantamania mi w tym pomoże.

Beznadziejnie zacofany w lekturze. Zacofany to istny wulkan energii! Ten blog chyba nigdy nie śpi:) Lubię, bo zawsze można tu znaleźć mnóstwo starych perełek, jakie zdecydowanie zasługują na więcej uwagi, niż obecnie na blogach książkowych im się poświęca. No i dużo zrobił, by „wylansować” Katherine Mansfield, chwała mu za to! Stresuje mnie tylko trochę, że zawsze tak u niego tłoczno, bo z natury tłumów nie lubię, no ale czyż mogę kogoś za to winić?:)

Mandżuria. Herbatnikami jestem oczarowana od momentu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam je na oczy! Stonowany, elegancki blog, ciekawe książki i treściwe teksty, które śmiało smagają biczykiem krytyki, kiedy lektura na to zasługuje. Bardzo lubię!

Tandeciarnia. Tego bloga wcześniej nie znałam. Fajny, dynamiczny i kwaskowaty styl i ciekawe lektury (trochę zaskoczenie, bo z początku mnie przestraszyła Japonia i komiksy – zupełnie nie moje klimaty). Nawet czeskie akcenty się znalazły! Z niecierpliwością czekam na motywy francuskie na czele z obiecanymi Balzakiem i Stendhalem, będę więc wpadać:)

Heskie migawki. Też nowa znajomość. Wśród książek nie znalazłam nic dla siebie (od świeżynek raczej stronię, a książki dla dzieci obecnie są zupełnie poza moim kręgiem zainteresowań, choć jestem przekonana, że przyjdzie czas, że to się zmieni). Za to dzieciaki są super;)

Dwie pasje. Blog Paidei znam, ale bywałam tu zwykle raczej przelotem. Widzę tu ładną mieszankę lektur, trochę nowości, ale i starsze nabytki, więc bardzo na plus. Mało tu znanych mi lektur, ale tematycznie i rodzajowo w moich klimatach, a to najlepszy układ – może upoluję dla siebie jakiś literacki kąsek.

Afroczytelnia. Czuję się tu trochę zagubiona, bo do Afryki jeszcze się czytelniczo nie zapuszczałam, pomijając mało znaczące epizody. Mam jednak nadzieję, że przyjdzie na to czas, a wtedy tu wrócę, bo Afroczytelnia wygląda na naprawdę rzetelną bazę informacji o literaturze afrykańskiej.

Książkowo. Tego bloga chyba nie można nie znać, będąc w blogosferze nie od wczoraj. Zawsze coś się tu dzieje, Agnieszka pochłania książki w ogromnych ilościach i jeszcze starcza jej czasu i energii na różne okołoblogowe inicjatywy. Podziwiam, doceniam, ale na blogu, podobnie jak u ZWL, zawsze czułam się trochę nieswojo, bo tłum... Ale trudno się dziwić, to jest moim zdaniem serce książkowej części blogosfery, a Aga to taka gwiazda wśród blogerów.

Kolejna zabawa, do której zaprosił mnie Readaktor, nazywa się tak samo, ale zasady są trochę inne. Tym razem staję w krzyżowym ogniu pytań.

1. Czy to prawda, że jako ludzie jesteśmy z natury źli?

Trudno mi odpowiedzieć, bo nie umiem zdefiniować określenia „źli”. Na pewno jesteśmy z natury małostkowi, zawistni i mściwi. Ale myślę, że mamy też zakodowane wiele pozytywnych cech, łagodzących te brzydkie, bo inaczej już dawno byśmy się pozabijali. Dywagacje na ten temat zostawiam filozofom.

2. Jeżeli mogłabyś/mógłbyś cofnąć się w czasie i zmienić tylko jedną rzecz – co by to było? Może tu chodzi o wydarzenie globalne, historyczne lub zgoła prywatne.

Globalnie nic bym nie zmieniała, bo uważam, że mimo wszystkich okropieństw które się na świecie wydarzyły na przestrzeni wieków, wszystko było potrzebne, żeby czegoś nas nauczyć. Sama zbyt się czuję mała i głupia, żeby przestawiać klocki ułożone przez historię i mądrzyć się, że tak by było lepiej.

Natomiast w ujęciu prywatnym – korci mnie, żeby odpowiedzieć, że nie poszłabym nigdy na studia, jakie wybrałam zaraz po maturze, ale z drugiej strony przecież mnóstwo by mnie przez to ominęło. Nie poznałabym wielu świetnych ludzi, których poznałam, straciłabym całe mnóstwo niezapomnianych chwil (zwłaszcza pierwszy i drugi rok byłyby poważną wyrwą w moim życiu). Przypomina to domek z kart – wyciągniesz jedną, wali się wszystko. Ewentualnie wymazałabym jakoś z pamięci wiek 13-16, bo dobrego było wtedy bardzo mało, a przykrego – sporo.

3. Trzy książki, które zabrałbyś/zabrałabyś na bezludną wyspę?

Na to pytanie niedawno odpowiadałam w ramach innej zabawy, a że nic się w moich zapatrywaniach nie zmieniło, powtórzę: cykl W poszukiwaniu straconego czasu Prousta, Biblię i Taką piękną żałobę Hrabala.

4. Co sądzisz na temat kanonu lektur w polskich szkołach. Dokonałbyś/dokonałabyś jakichś zmian?

Na pewno tak, ale nie diametralnych. Większość książek, które obecnie znajdują się na liście lektur, to wartościowe rzeczy i powinny na tej liście pozostać; ważne tylko, by omówić je przystępnie i wtajemniczyć ucznia, tak żeby się nie zniechęcił, a zrozumiał i docenił. Rozgryzanie lektur, śledzenie tropów, odgrzebywanie ukrytych znaczeń, naświetlanie tła może być przecież ogromną frajdą! Dorzuciłabym ewentualnie zamiast kilku ramotek coś mniej szkolnego, a bardziej pokazującego, że czytanie to też świetna rozrywka. Co by to było, musiałabym się jeszcze zastanowić.

5. Pisarz/pisarka z którym poszedłbym/poszłabym na duże piwo to? I dlaczego akurat z nim?

Oczywiście, że z panem Hrabalem! Dlaczego? Bo to mój mistrz. Tyle tylko, że pewnie wcześniej ze strachu bym się zesrała, tak jak on to kiedyś uczynił, nie doczekawszy się swojej kolejki w publicznej toalecie. Jestem prawie pewna, że nie spodobałabym mu się, że uznałby mnie za zbyt egzaltowaną, nieśmiałą, nudną. Potrafiłabym tylko mówić do niego frazesami, nie znam żywego języka opowieści.

6. Jeżeli miałbyś/miałabyś szansę zapomnieć fabułę jednej książki, żeby znów móc ją przeżyć tak jak za pierwszym razem to jaką pozycje byś wybrał/wybrała?

To dopiero ciekawe pytanie! Nie będę szukać daleko – ponieważ wciąż jeszcze jestem pod wrażeniem Historii pewnego życia Maupassanta, wybieram nieszczęśliwą historię Jeanne (wzdrygam się przed okropną Janinką z polskiego tłumaczenia). Żeby przeżyć jeszcze raz jej bolesny upadek spośród chmur, czający się gdzieś w kącie od pierwszych stron. Uwielbiam się katować takimi klimatami.

7. Które odkrycie naukowe w sposób najbardziej doniosły zmieniło nasz świat?

Myślę i myślę, i chyba stanie na elektryczności. Nie potrafię sobie wyobrazić naszego dzisiejszego świata bez niej.

8. Czy warto być uczciwym?

Pod względem wymiernych korzyści – pewnie nie. Ale są przecież rzeczy ważniejsze. Więc mimo wszystko warto.

9. Kto wygra najbliższy mundial w Brazylii?

No, jak to kto? Przecież, że Polska!

10. Czy filozofia jest potrzebna w dzisiejszych czasach?

Wydaje mi się, że człowiek nigdy nie powinien przestać stawiać sobie podstawowych pytań o to skąd się wziął i jaką ma misję do spełnienia na tym świecie, nawet jeśli z tych pytań nic nie wynika, bo odpowiedzi znaleźć nie sposób. W końcu sam fakt, że sobie je zadajemy decyduje o naszej wyższości nad innymi stworzeniami. Nie zastanawianie się nad tymi kwestiami byłoby sprowadzeniem wszystkiego do poziomu bezmyślnego zezwierzęcenia, więc moim zdaniem filozofia jest i zawsze będzie potrzebna.

11. Kto był Twoją ulubioną postacią bajkową w dzieciństwie?

Kłapouchy, Kłapouchy, Kłapouchy!

Wreszcie – nominacja do dwóch zabaw, którą sprezentowała mi Gabriela Szczęsna. Na początek zabawa 55.

10 książek, które najbardziej mi się podobały (kolejność przypadkowa) 
1. Taka piękna żałoba, Bohumil Hrabal 
2. Upojenie, Katherine Mansfield 
3. Do latarni morskiej, Virginia Woolf 
4. City, Alessandro Baricco 
5. Zabić drozda, Nelle Harper Lee 
6. Śmierć pięknych saren, Ota Pavel 
7. Gargantua i Pantagruel, François Rabelais 
8. Prawiek i inne czasy, Olga Tokarczuk 
9. Białe noce, Fiodor Dostojewski 
10. Sklepy cynamonowe, Bruno Schulz

9 książek, które mi się nie podobały 
1. Kraina Chichów, Jonathan Carroll 
2. Nieznośna lekkość bytu, Milan Kundera 
3. Powieść dla kobiet, Michal Viewegh 
4. Uczta Babette, Karen Blixen 
5. Dziecko Rosemary, Ira Levin 
6. Spóźnieni kochankowie, William Wharton 
7. Pamiętnik, Nicholas Sparks 
8. Jądro ciemności, Joseph Conrad 
9. Potęga podświadomości, Joseph Murphy 
(Przepraszam wszystkich, którzy poczuli się urażeni wrzuceniem Conrada i Kundery do jednego worka z grafomańskimi popisami Sparksa. Wiadomo, że nie podobają mi się te książki z różnych, często zupełnie odmiennych powodów).

8 blogów, które najczęściej odwiedzam 

7 książek, które chcę przeczytać 
W zasadzie mogłabym tu wcisnąć całą moją listę „Do przeczytania”, w której jest kilkaset pozycji, ale z tych „najbardziej”, które mnie prześladują: 
Finneganów Tren, James Joyce 
W poszukiwaniu straconego czasu, Marcel Proust – cały cykl! 
Schizofreniczna ewangelia, Bohumil Hrabal 
Księga niepokoju, Fernando Pessoa 
Podróż do kresu nocy, Louis-Ferdinand Céline 
Wojna i pokój, Lew Tołstoj 
Biblia

6 powodów, by sięgnąć po książkę 
Rozwija wyobraźnię, poszerza słownictwo, uwrażliwia, pozwala oderwać się od rzeczywistości, jest ciekawsza niż śmieci które lecą w telewizji i nie zostawia po sobie kaca jak alkohol.

5 powodów, by nie sięgać po książkę 
Myślę, że arsenał argumentów „na nie” wykorzystał ten spot (oczywiście z przymrużeniem oka):   

4 miejsca, gdzie najlepiej się czyta 
Mnie osobiście wszędzie czyta się kiepsko; albo niewygodnie, albo głośno, albo z dala od herbaty i przekąsek...

3 autorów, na których książki czekam zawsze za długo 
Nie ma takich. Jestem cierpliwa;)

2 dobre ekranizacje 
Postrzyżyny Jiřígo Menzla 
Przeminęło z wiatrem Victora Fleminga

W ramach Versatile Blogger mam za to ujawnić siedem faktów dotyczących samej siebie. Ograniczę się do sześciu, bo złożyły się same w nienaruszalną całość i siódmego w żaden sposób nie wcisnę. Oto one: 
Uwielbiam piwo! 
Marzę o podróży do Lizbony. 
Chciałabym mieć szóstkę dzieci (w ostateczności czwórkę). 
W dzieciństwie upierałam się, że nigdy nie śpię, a tylko odpoczywam. 
Nie wypaliłam w życiu ani jednego papierosa. 
Nie znoszę truskawek.

Na koniec dziękuję wszystkim za nominacje, zainteresowanie, wizyty. Miło wiedzieć, że jest się przez kogoś zauważonym w tym wielkim barwnym tyglu, zwanym internetem. Uściski i pozdrowienia!

piątek, 26 lipca 2013

Lucjan w Krainie Pokus – „Stracone złudzenia”, Honoré de Balzac

Honoré de Balzac [1]
Lubię, kiedy czytana książka pozwala mi dowiedzieć się czegoś o mnie samej. Dzięki Straconym złudzeniom dowiedziałam się, że im starsza jestem i im bardziej oddalam się od nastoletniego idealizmu, tym większą mam wyrozumiałość dla błędów innych. Dotyczy to też postaci fikcyjnych, papierowych przyjaciół. I tak – podczas gdy jeszcze kilka lat temu najchętniej wytargałabym ślicznego Lucjana Chardona za jego blond loczki, tak teraz nie mam ochoty za nic go targać, a nawet znajduję w sobie odrobinę niewymuszonego współczucia.

Ten prowincjonalny poeta to żywa ilustracja powiedzenia „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. W porównaniu na przykład z Julianem Sorelem, głównym bohaterem powieści Czerwone i czarne Stendhala, tym geniuszem wyrachowania, którego historia przypomina tę balzakowską, słodki Lucjanek wypada co najmniej dziecinnie. To trzcinka na wietrze, piesek łaszący się do każdego, kto popieści go miłym słowem, dzieciuch dający się porwać emocjom, wierzący głęboko w fakt, że świat kręci się dookoła niego, tupiący nóżką i krzywiący usta w podkówkę gdy tylko ktoś podstawia mu nogę lub zabiera sprzed noska upragnionego cukierka. Za każdym razem, gdy zawiedzie czyjeś nadzieje, korzy się się przed tym, komu zawinił, na pokaz tarza się po ziemi jak robak w prochu, nie wyciągając żadnych wniosków. Ale któż z nas tego nie robi? Zaledwie garstka z nas urodziła się bohaterami... Nie ma w tej trzcince, w tym dzieciuchu, w tym piesku złej woli, nie czyni złego specjalnie, a jego żal jest z pewnością szczery. Tylko płytki.

Buduar pani de Bargeton [2]
Podobnie zresztą jest z Anais de Bargeton, oczytaną damą z wyższych sfer, która rozkochuje w sobie Lucjana, wywozi go do Paryża, a potem porzuca. Nie z wyrachowania takie kombinacje! Jej angoulemska fascynacja młodym poetą jest prawdziwa i kobieta byłaby gotowa żyć z nim w stolicy, gdyby nie bezlitosny osąd wyższych sfer (na czele z jej ciotką, margrabiną d'Espard) na temat jej lubego. Nieszczęśnica umiera ze strachu, że przez śmiesznie ubranego i pozbawionego manier aptekarskiego synka przed nią również zatrzasną się drzwi do wielkiego paryskiego świata, a na takie poświęcenie dla niego już nie jest gotowa. Zaledwie garstka z nas stworzona jest do wielkiej miłości...

Ta dwójka to dzieci, które zgrzeszyły tym, że są tylko ludźmi. Inaczej sprawy wyglądają z paryskimi diabłami, które skusiły Lucjana łatwym sukcesem w branży dziennikarskiej i wydawniczej. To za odmalowanie tego świata współcześni nam tak bardzo chwalą Balzaca, bo trzeba przyznać, że te bezlitosne realia niekiedy rzeczywiście do złudzenia przypominają dzisiejsze czasy. Ledwie kilka dni temu przeczytałam artykuł o pewnym przedsiębiorczym dżentelmenie, który założył w Stanach firmę preparującą (innego określenia nie sposób użyć) na zamówienie, przy pomocy kilku zgrabnych, uniwersalnych fraz, recenzje książek; interes przyniósł mu w krótkim czasie wielkie pieniądze. I oto – u Balzaca jest to samo! Tyrania mediów (dziś to wielogłowy potwór, wtedy jeszcze tylko prasa), manipulacje, oszustwa, przekupne stanowiska, kupowanie recenzji książek i przedstawień... Jadowite pióro, od którego zależy nieraz życie lub śmierć poety, aktora czy dziennikarza. A piękne aktoreczki utrzymywane przez bogatych sponsorów, wyciągające od nich pieniądze na wystrój swoich rezydencji, wystawne kolacje i piękne stroje? Czy to też czegoś nie przypomina? Triumfuje tu chciwość, perfidia i zawiść – niby też ludzkie przywary, ale ewidentna zła wola wszystko wyjaskrawia. To nie tylko domena Paryża – również bezwzględne interesy prowincjonalnych przedsiębiorców z Angoulême, czyhających tylko na potknięcia naiwnych poczciwców jak Dawid i Ewa, tworzą duszny, przerażający świat, z którego natychmiast chce się uciec.

Lucjan w wydawnictwie [3]
Wolę już angoulemskie wyższe sfery. Na ich salonach króluje z kolei tępota i wścibstwo, ale przynajmniej są trochę zabawni. A już pan de Bargeton odmalowany przez Balzaca to istny majstersztyk dyskretnego humoru. Rozsiądźcie się i smakujcie:
Szlachcic ów odznaczał się ubóstwem myśli wahającym się pomiędzy nieszkodliwą nicością, która jest jeszcze w stanie coś zrozumieć, a wyniosłą głupotą, która nie chce niczego uznać ani niczemu dać się przekonać. Przejęty ważnością towarzyskich obyczajów i pragnąc dla wszystkich być uprzejmy, przybrał, jako jedyną wymowę, nieschodzący mu z twarzy uśmiech. W dobrym czy złym humorze, niezmiennie się uśmiechał. (…) Pozostanie z kimś sam na sam przyprawiało go o jedyną troskę, jaka mąciła spokój jego roślinnego życia; wówczas bowiem zmuszony był szukać czegoś w bezmiarze swej wewnętrznej próżni. (…) Wówczas pan de Bargeton żebrał pomocy interlokutora, zwracając ku niemu swój nos dychawicznego mopsa; wytrzeszczał nań tępe oczy, każde innej barwy, w sposób mający oznaczać: „I cóż pan powie?”. Nudziarzy lubiących rozprawiać o sobie ubóstwiał po prostu; przysłuchiwał się im z wytężoną i delikatną uwagą, która czyniła go w ich oczach tak cennym partnerem rozmowy, że gaduły z Angoulême przypisywały mu tajoną inteligencję i dopatrywały się niesprawiedliwości w powszechnym o nim sądzie. (…) Anais stanowiła wdzięk jego życia i dawała mu niesłychane rozkosze. Gdy robiła honory w salonie, wyciągał się w berżerce, podziwiając ją, ponieważ zdejmowała zeń ciężar rozmowy. Sprawiało mu przyjemność odgadywać sens jej odezwań; że zaś często chwytał go aż w długi czas po wygłoszeniu zdania, pozwalał sobie na śmiechy, które strzelały niby zagrzebane w ziemi i potrącone nogą granaty.
Nie wszędzie Balzac wspina się na takie wyżyny. Rozwlekłe fragmenty o ówczesnym systemie bankowości, sposoby rozliczania się wydawców i dziennikarzy są pewnie ciekawostką dla dzisiejszych ekonomów, ale jak dla mnie można by je zupełnie z tej powieści wyciąć.

Mimo to na próżno szukać gdzieś tak doskonałej analizy rzeczywistości. A po następne części Komedii ludzkiej z Lucusiem w roli głównej na pewno sięgnę, bo ciekawa jestem dalszych losów tego gagatka.

***
Cytat: H. Balzac, Stracone złudzenia, wyd. Zielona Sowa, Kraków 2003.

Ilustracje:
[1] Portret Balzaca autorstwa J. Allena St. Johna z 1899 roku, wykonany na podstawie szkicu Louisa Boulangera. Źródło: Wikimedia Commons
[2][3] Ilustracje do amerykańskiego wydania Straconych złudzeń, Filadelfia: George Barrie & Son, 1897. Źródło: Wikimedia Commons

czwartek, 11 lipca 2013

O związkach poezji z fizyką

T.S. Eliot
Ponieważ brnę teraz przez Balzaka i nowej recenzji nie należy się spodziewać szybko, postanowiłam podzielić się moim ostatnim znaleziskiem. Mowa o tekście Adama Franka Physics and Poetry: Can you handle the truth?, w którym autor, z wykształcenia fizyk i astronom, opisuje swoje doświadczenia z lekturą Ziemi jałowej T.S. Eliota, aby ostatecznie dojść do tego, jak wiele wspólnego mają ze sobą fizyka i poezja.

Na wstępie z rozbrajającą szczerością przyznaje, że nie zrozumiał z poematu ani słowa. I zaczyna zastanawiać się, czy nie przypomina to trochę zgłębiania tajników nauki. By zyskać szerszy pogląd na sprawę, prosi o wypowiedź poetę i profesora Uniwersytetu Stanowego w Portland, Johna Beera. Oto, jak ten komentuje sprawę (tłumaczenie własne):
Największą przeszkodą w przeżywaniu poezji jest nerwowe oczekiwanie, że wszystko natychmiast będzie jasne i zrozumiałe – że jeśli nie „łapiesz tego”, musi być coś nie tak z tobą lub z wierszem. Tymczasem z tym jest jak z mieszkaniem w jakimś miejscu – nawet gdy żyjesz tu już od dłuższego czasu, możesz nie wiedzieć, gdzie są najlepsze restauracje i gubić się w na pozór znanych okolicach. Podobnie jest z poezją.
Tak samo z fizyką – bardzo często trzeba brnąć po omacku, przymykać oko na ciemne plamy w zasobach ludzkiej wiedzy, szukać, pytać i próbować, nie mając wszystkich dostępnych danych.

Podoba mi się ta myśl, po przyznam szczerze, że mam w sobie coś z tego nerwowego czytelnika poezji. Czasem na chwilę udaje mi się rozluźnić, poddać rytmowi wiersza, docenić piękno sformułowań, ale zaraz potem znów wracam do niespokojnego przetrząsania słów w poszukiwaniu ukrytych znaczeń. A jednak nie tędy droga.

Oby ta świadomość pomogła mi podchodzić do liryki trochę mniej nieufnie. I może komuś z Was też pomoże:)

Fotografia: http://collider.com/t-s-eliot-biopic/

wtorek, 9 lipca 2013

Kwitnąca cielesność w czasach katedr – „Sekrety kobiet złotnika”, J. Bourin

Osadzona w realiach średniowiecznego Paryża powieść Jeanne Bourin to historia, w której pierwsze skrzypce gra cielesność. Staje się to jasne od pierwszych niemal scen, gdy wraz z narratorem zaglądamy do pokoju, w którym Matylda Brunel, żona złotnika, dokonuje porannej toalety. Autorka nie szczędzi opisów jędrnego jak dojrzały owoc ciała bohaterki, które, jak się okazuje wkrótce, staje się dla niej źródłem udręki, niezaspokojone z powodu starczej niemocy męża.

Motyw ten wyznacza linię tematyczną, której opowieść trzymać się będzie do samego końca. Na przekór ideałom epoki, w której brudne i grzeszne ciało spychane było na margines uwagi przez świętego, Bogu podporządkowanego ducha, tutaj głównym tematem jest właśnie to co pierwotne i zwierzęce, tajone (lub wychodzące na jaw z wielkim hukiem) pragnienia rozbudzonych zmysłowo córek i żony mistrza Brunela.

Dla wiarołomnych nie ma litości. Prędzej czy później dosięga ich kara nosząca wyraźne znamiona Boskiej interwencji. Równocześnie jednak ogarnięci miłosną gorączką bohaterowie przedstawieni zostają jak godne współczucia ofiary, nieszczęśnicy poddani przez Stwórcę próbie zbyt okrutnej, by byli w stanie jej sprostać. Dotyczy to nie tylko słabych z natury kobiet (właściwie wszystkich bez wyjątku, w końcu nawet pozostająca silnym filarem rodziny Matylda przyznaje sama przed sobą, że wystarczyłby jeden gest a nie powstrzymałaby się od zdrady), ale i mężczyzn. Ostatecznie i Wilhelm odrzuca pierwotne skrupuły, obawę o swój honor i dobro kuzyna. Łamie się jak gałązka pod naporem pierwotnych instynktów.

Marina Vlady w roli Matyldy Brunel
w telewizyjnej adaptacji powieści z roku 1983 [1]
Wilhelm Dubourg, handlarz futrami. Mimo że to przedstawicielki płci pięknej wysuwają się w tej historii na pierwszy plan, ich uczucia i wątpliwości poznajemy najdokładniej, to jednak na mnie właśnie on, mężczyzna, jako bohater zrobił największe wrażenie. Pełen zwierzęcego uroku, niebezpiecznie pociągający. „Trzeba być świętą, aby odrzucić takiego mężczyznę!” – mówi o nim Matylda, która jako jedna z nielicznych okazuje wiarołomnej Florinie wyrozumiałość. Nie jest jednak ów uwodziciel wyrachowanym typem, dążącym jak Artus Czarny do zaspokojenia swej chuci kosztem młodziutkiej mężatki. Trawiąca go miłosna gorączka, stanowiąca treść jego życia, każe poświęcić wszystko, by tylko zdobyć Florinę. Ostatecznie staje się zgubą nie tylko dla ukochanej, ale i przede wszystkim dla niego samego. To nie nad losem potępionej córki mistrza Brunela, jej skrzywdzonego męża, uwięzionej w swym ciele Matyldy ani zhańbionej Klarencji bolałam najbardziej, ale właśnie nad oszalałym z miłości Wilhelmem.

Jak się chyba można domyślić już po tej pierwszej części mojej relacji – nie da się tej książki czytać ze znudzeniem, bez emocji i zaangażowania. Dążąc do wywarcia jak największego wrażenia na czytelniku autorka popełniła co prawda kilka grzeszków. Stworzona przez nią fabuła nie jest w pełni spójna i wolna od niedociągnięć. Niektóre efektowne, nastawione na przykuwanie uwagi rozwiązania są przerysowane i niewiarygodne i chętnie wycięłabym kilka wątków, stanowiących moim zdaniem zbędne ozdobniki. Kiedy indziej brakuje konsekwentnych wyjaśnień – w jaki sposób na przykład Artus Czarny, pobity do nieprzytomności przez Arnolda w domu Gertrudy, zdołał przed przybyciem straży uprzątnąć pobojowisko i ponownie się ukryć? A jeśli nie on, to kto mu pomógł? Takie niedociągnięcia psują trochę ostateczny efekt, jak małe dziurki w eleganckiej sukience. 

Jeanne Bourin [2]
Dziurki jednak widać tylko z bliska, a przymykając na nie oko trzeba przyznać, że historia naprawdę wciąga i naprawdę wzrusza. Ponoć nie powinno się oceniać literatury miarą emocji, ale nic na to nie poradzę, zawsze głośniejsze są u mnie niż rozum. A w tym wypadku to był istny huragan, z przewagą smutku, bo trafiały mi do serca te wszystkie bolesne zmagania maluczkich z ich ciałem i mrocznymi jego popędami.

Last but not least – zwyczaje, obrzędy, święta, uczty i całe to barwne, obyczajowe tło XIII-wiecznego Paryża, które sprawnie nakreśliła autorka i które pochwaliła Régine Pernoud w swojej przedmowie. Myślę, że zainteresowani tym, jak się wtedy żyło, co się jadło, w co się ubierało a nawet czym leczyło się przewlekłe przeziębienie będą usatysfakcjonowani. Z bohaterami przechadzamy się uliczkami Paryża, także tymi cieszącymi się złą sławą, zwiedzamy lokalne szpitale i sierocińce, uczestniczymy w święcie Majowej Miłości (piękna tradycja!), stajemy przed obliczem króla Ludwika IX, a nawet pielgrzymujemy do grobu świętego Marcina, korzystając po drodze z gościnności życzliwego pustelnika.

Polecam również tym, którzy się boją „rasowych” powieści historycznych. Ja się boję, a tę książkę przeczytałam z przyjemnością.

***
J. Bourin, Sekrety kobiet złotnika, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2013.

Źródła fotografii:
[1] http://www.planet-series.tv/la-chambre-des-dames/
[2] http://www.noir.pl/ 

poniedziałek, 1 lipca 2013

Senna piosenka o niechcianych dzieciach Europy – „Jadąc do Babadag”, Andrzej Stasiuk

Jadąc do Babadag to piękna, monotonna piosenka. Z początku zachwyca swoją melodią i rytmem, swoją potężną dawką liryzmu, ale z czasem uporczywie powtarzany refren zaczyna na przemian drażnić i usypiać. Przymknę na to oko. Na to, że każda z historii składających się na ten zbiór, stanowiąca kiedyś opublikowany w prasie, niezależny tekst (w tym sęk), wraca do tej samej myśli, wyświechtanej od tego jak zużyta szmatka. Bo ta książka na to przymknięcie oka zasługuje, i nie mogę jej skazić znudzeniem, z jakim brnęłam przez jej ostatnie strony.

Przywołam więc myśl przewodnią w tym świeżym kształcie, z jakim objawiła mi się na pierwszych stronach. Na dobry początek – cytat:
Śnią mi się butwiejące wieże strażnicze na pustkowiach i cykliści prowadzący pordzewiałe rowery w pagórkowatym pejzażu od miejscowości do miejscowości, których nazwy można wymówić w trzech przynajmniej językach, śnią mi się konne zaprzęgi i ludzie, i jedzenie, i hybrydy krajobrazów, i cała reszta.
Taka jest Europa Stasiuka i taka jest jego podróż. Senne mijanie stert żelastwa i rozpadających się chałup, pustkowi, na których pod samotnym drzewem dwaj zabłąkani faceci namiętnie grają w karty, jak gdyby nie było świata wokół nich. Wyblakły krajobraz naznaczony tymczasowością i nietrwałością, ale nie odczuwający z tego powodu dyskomfortu – przeciwnie, spokojny i pogodzony z losem, oczekujący na chwałę, która nigdy nie przyjdzie. Ten, kto nie zaznał nigdy wielkości, nie pomstuje i nie rozpacza, gdy doświadcza kolejnej porażki.
Beznadziejny smutek tęsknoty za tym, co nie bardzo było, za tym, co być nie mogło, i zasmarkany żal nad tym, co jest.
Im dalej na wschód i dalej od wielkich miast (których strzec się należy jak ognia, bo są tylko żałosną imitacją jałowego Zachodu) tym bardziej wszystko nierzeczywiste i absurdalne, bardziej przypominające sen lub wspomnienie, bowiem tylko przeszłość ma w tym świecie rację bytu. Przyszłości nie ma.
To, co ma nadejść, nigdy tu nie dociera, ponieważ zużywa się gdzieś po drodze i zamiera jak blask dalekiej latarni. Panuje tutaj wieczny schyłek i dzieci rodzą się zmęczone.
Nie da się tej książki nie odbierać odrobinę osobiście, i ja czytając raz po raz konfrontowałam swoje spojrzenie na świat ze spojrzeniem autora. Uświadamiałam sobie, że jest wiele różnic i wiele podobieństw. Też jestem piewczynią piękna rozkładu, lubię miejsca dzikie i odludne, a te, gdzie już z daleka widać, że tłoczno, omijam szerokim łukiem. Ale nie wyrzekam się też Zachodu. Może dlatego, że nigdy jeszcze za naszą zachodnią granicę się nie zapuściłam, może ten cały Paryż, Londyn, Rzym promieniują po prostu kuszącym blaskiem nieznanego, ale chciałabym dotknąć tego, o czym wciąż tylko słucham i czytam. Pooddychać powietrzem, które wciągali w nozdrza Hugo, Dickens i Wilde, i spojrzeć w niebo, w które oni spoglądali (pewnie żeby ostatecznie odkryć, że to dokładnie to samo powietrze i to samo niebo, które mam tutaj). Może do tego się dojrzewa. Do świadomości, że Zachód to wielka wydmuszka. Póki co – nimb cudowności pozostaje.

Mogę jednak z całym przekonaniem napisać, że stasiukowski model podróżowania jest stokroć piękniejszy niż współczesne hałaśliwe kolekcjonowanie wrażeń. Nie idzie o zdobywanie kolejnych krajów, o kolejną naszywkę na plecaku i tandetne pamiątki, nawet nie o poznawanie ludzi. Bo ludzi tu niewielu i większość z nich przypadkowa, widziana pewnie po raz pierwszy i zarazem ostatni, ale każdy z nich jest barwnym obrazem, jakiego się nie zapomina. To tak naprawdę podróż w głąb siebie, w głąb istoty świata, gdzieś głęboko pod obdarte fasady budynków i sterty smutnych śmieci ścielących się na ziemi.

Tam zapisana jest smutna historia tej części Europy, którą dzielimy ze Słowakami, Węgrami, Rumunami. Historia słabości, nietrwałości, zniewolenia, które zrodziło tę pogodną rezygnację. Nasza wspólna niedola.

Przestrzeń sennych podróży Stasiuka to miejsce, gdzie „smutek ma siłę przeznaczenia”. A w końcu smutek rodzi najpiękniejsze wiersze, i proza Stasiuka z pewnością jest piękna, z całym jej szarym przemijaniem, z masą niesamowitych porównań, z dech zapierającym powabem brzydoty (mistrz Hrabal, mistrz Hrabal, mistrz Hrabal!), z życiem po schulzowsku zaklętym w przedmiotach:
Auta miały po dziesięć, po piętnaście, po dwadzieścia lat, i były ich setki w mniejszych i większych stadach. (…) W upale, na gołej ziemi, wśród spalonej trawy, niektóre już obłupione, odarte z blach, nagie, z całą pornografią obnażonych podłużnic, podwozi, wałów napędowych (…). Wśród bezkresnej trupiarni uwijali się usmoleni mężczyźni ze szlifierkami kątowymi i odcinali płaty w miarę jeszcze zdrowego metalu (…). To wyglądało jak martwa, mechaniczna rzeźnia. Inni już czekali, żeby wziąć potrzebne kawałki. Reszta walała się wokół i wrastała w grunt: pęknięte piszczele korbowodów, zjechane tłoki, ślepe reflektory, zgniecione chłodnice, przeżarte błotniki, dziurawe baki, wypatroszone filtry olejowe, rozwleczone skrzynie biegów z wysypanymi wnętrznościami przekładni, gangrena przewodów hamulcowych, rak podłogowych płyt, syfilis uszczelek i bielmo spękanych szyb.
Smutna to książka, ale smutna oczyszczająco. Nie-wakacyjna i nie-wycieczkowa, mimo że z podróżą w tle. I chwała Bogu. Zabierzcie ode mnie lekkie lekturki i wesołe hopsasa, chcę alkoholowej nostalgii, wieczorów z zapachem dymu w tle i starych zdjęć. Z niewidomym skrzypkiem i bosym chłopcem na zakurzonej drodze.

Fot. Andre Kertész

***
Cytaty: A. Stasiuk, Jadąc do Babadag, wyd. Czarne, Wołowiec 2008.