sobota, 31 sierpnia 2013

Pocztówka z Nymburka

Już go skreśliłem, ten Nymburk, jakim jest teraz. Kiedy tam przyjeżdżam, mam wrażenie, jakby przed paroma dniami przejechała tamtędy walcząca armia i zostawiła za sobą zrujnowane place, ulice (…). Ten prawdziwy Nymburk jest już niewidzialny, istnieje tylko pod mymi zamkniętymi powiekami [1].


Nymburk – miasteczko, które wydało na świat Bohumila Hrabala. Nie dosłownie, urodził się gdzie indziej, ale wydało go na świat literacko, będąc dla niego poletkiem pierwszych zachwytów. I mimo tego, że w tym hrabalowskim Nymburku czas już dawno temu stanął, a to rzeczywiste miasto, to na mapie, zaczęło żyć własnym życiem, bardzo chciałam zobaczyć tę współczesną, widzialną część. Pooddychać chwilę powietrzem, którym mistrz oddychał i pospacerować jego śladami.

I udało się! Szczęśliwie miasteczko moich marzeń położone jest tylko kilkadziesiąt kilometrów od naszej południowej granicy.

Zaczęło się od ryneczku, który natychmiast przywiódł mi na myśl sklepiki pod arkadami i cuchnący skórami lokal pana Rehra, z którego mały Hrabal lubił obserwować ludzi. Tłoczno robiło się w nim tylko wtedy, gdy na rynku pojawiał się tatuś przyszłego pisarza, szukający kolejnego „ochotnika” do pomocy przy dłubaniu w motocyklu.

Lubiłem stać na rynku pod arkadami, mając za sobą otwarty ciemny sklepik pana Rehra, który skupował wszelakie skóry i skórki, lubiłem tam stać, bo ludzie woleli obchodzić ten sklepik z daleka, a zresztą corso znajdowało się po drugiej stronie rynku. Stałem tu, oparty o grubą kolumnę, i patrzyłem na targ, na przechadzających się tam i z powrotem obywateli, nikt tu obok sklepiku pana Rehra nie przechodził, bo te skórki i skóry, pełne magazyny śmierdzących i gnijących skór tak cuchnęły słodkawą zgnilizną, że przychodził tu tylko ten, kto przynosił na sprzedaż te skórki. I pewnego dnia widziałem stąd, jak ludzie zaczęli umykać z rynku niczym przed deszczem, mimo że świeciło słońce, widziałem, jak dwaj mieszkańcy miasteczka wpadli do sklepiku pana Rehra i pytali, ile kosztuje sarnia skórka, a ile z sobola, a ile z jelenia. Pan Rehr spojrzał przez otwarte drzwi na rynek, zobaczył ojca jadącego na rowerze i tych, co już montowali, uciekających bocznymi uliczkami albo wstępujących do drogerii „Pod Białym Aniołem” [2].
Prowadzący sfatygowanego składaka przemiły starszy pan mimo mojej kaleczonej czeszczyzny skwapliwie wskazał nam ciekawe miejsca związane z pisarzem. Wdzięczni, wyruszyliśmy w trasę. A pierwszy jej punkt, pomniczek autorstwa Michala Járy, znajdował się jeszcze na rynku:


By dojść do osławionego browaru, którego ojczym Hrabala był zarządcą i w którym pisarz się wychował, trzeba było przejść na drugi brzeg Łaby. Idąc mostem, przypominałam sobie pana Rambouska zapalającego i gaszącego gazowe latarnie – cały ten piękny rytuał zmierzchów i świtów, na który wszyscy dokoła byli tak zaskakująco obojętni.

Pewnego razu jednak udało mi się wstać jeszcze przed brzaskiem, ubrałem się po cichu i wymknąłem w noc. Kiedy szedłem mostem, latarnie gazowe świeciły na tle jasnobłękitnego nieba, na którym drżały błyszczące gwiazdy. Tu i ówdzie ktoś wracał z pracy albo dopiero do pracy się udawał, kilku rybaków z bambusowymi wędkami wybrało się na ryby i zeszli nad rzekę. Zanim przeszedłem most, niebo pojaśniało, a mnie ogarnęła radość, że widzę, jakie to piękne: patrzeć na jasnobłękitne niebo przed świtem i latarnie gazowe świecące na filarach mostu, patrzeć na rząd latarni przy ulicy Mostowej [2].
Znad rzeki widać kościelną wieżę z zegarem, który pewnego razu się zepsuł, wyznaczając epokę, w której hrabalowski Nymburk przestał istnieć. Stał się owadem zatopionym w bursztynie, pięknym ale martwym.

Cały ten czas, który zatrzymał się nie tylko na wieży kościelnej z popsutym zegarem, który przestał chodzić i nikt go nie naprawiał, ale ten czas dokoła z wolna się zatrzymywał, gdzieś zatrzymał się całkiem (…), zatrzymał się czas jarmarków i targów przed Bożym Narodzeniem, że zniknął czas przedpołudniowych niedzielnych i codziennych wieczornych spacerów na deptaku, że partie polityczne już nie urządzały wycieczek do lasu, wycieczek połączonych z tombolami i tańcami, i strzelaniem do celu, że odeszły maskarady i oficjalne bale, i wiejskie kawalkady na koniach, odeszły już zabawy przebierańców i korowody postaci alegorycznych, i zimowe przemarsze orszaku Bachusa w karnawale, towarzystwa krzewiące piękno przestały już ogłaszać konkursy na najładniejsze okna w miasteczku, nie grało już pięć teatrów, a z dwóch kin filmy wyświetlało już tylko jedno [3].

Po drodze do browaru mija się willę rodziny Hrabalów. Zamieszkali oni w niej w latach 40., po tym jak Francin stracił swą posadę i służbowe mieszkanie. Willa tak naprawdę nigdy nie była dla pisarza domem, bo pomieszkiwał już wówczas w Pradze, ale chętnie odwiedzał rodziców i stryja Pepina, który mieszkał z nimi aż do śmierci.

Tak więc tego dnia, gdy tatuś i mamusia przeprowadzili się, gdy powiesili ostatnie zasłony, gdy tatuś śrubokrętem przytwierdził do muru tabliczkę ze swym nazwiskiem, gdy starannie przykręcił do czterech żerdek zieloną skrzynkę na listy... [3]
Wreszcie – browar! Sam w sobie wygląda nieciekawie, ale wystarczy wyobrazić sobie małego Hrabala siedzącego w przyległym sadzie i pałaszującego czereśnie, nocnego stróża Waniatkę strzelającego do załatwiających się pod płotem delikwentów, wrzeszczącego wniebogłosy Pepina, Maryśkę na browarnianym kominie... Przy bramie znajduje się mały sklepik-bar, gdzie kupić można wszystkie rodzaje piwa Postřižinské, i przy którym już od rana roi się od spragnionych złocistego trunku delikwentów. Na ścianie przy okienku wisi pamiątkowa tablica:


Byliśmy zaintrygowani wzmianką o drugiej tablicy, znajdującej się ponoć na terenie browaru. Lekko zawiany pan sprzedawca podając nam zakupione przez nas buteleczki wyjaśnił, że możemy tam podejść i zrobić sobie zdjęcie, jeśli strażnik pozwoli. Pozwolił, i całe szczęście, bo ta druga jest dużo ciekawsza:


Zamieszczony na niej cytat Hrabala głosi: Żadnej tablicy nie chcę, a jeśli już, to tylko na wysokości, gdzie sikają psy. Wedle życzenia, panie Hrabal:


Nymburskie muzeum z ekspozycją dotyczącą Hrabala w poniedziałki jest nieczynne, toteż musieliśmy na tę atrakcję poczekać do dnia następnego. Zyskaliśmy w ten sposób dodatkowe kilka godzin czasu, które przeznaczyliśmy na na wpół autostopową, na wpół pieszą wyprawę do pobliskiego Hradištka, gdzie pochowany jest pisarz, oraz do jego ukochanego Kerska.

Cmentarzyk z rodzinnym grobem Hrabalów jest maleńki, położony na uboczu i prócz pewnej pani która pojawiła się i zniknęła znienacka jak duch, nie spotkaliśmy tam żywej duszy. Na samym grobie roi się od kocich figurek:


Kersko leży w samym sercu lasu. Jak grzyby po deszczu wyrastają tam teraz wspaniałe rezydencje, którym nie mogliśmy się nadziwić. Pośród nich tkwi skromnie dawna chatka Hrabala, w której teraz już mieszka ktoś zupełnie inny, ale mimo to miałam przed oczyma przygarbionego starszego pana w wysłużonej wiatrówce, który ciężko kroczy ścieżką od przystanku, a grupka kotów wybiega mu naprzeciw.

Sypiały na tarasie, tam pod altanką na sianie, stamtąd z pierwszego piętra spoglądały na leśną dróżkę, która prowadziła od szosy, kiedy przyjeżdżałem autobusem i brnąłem przez śnieg, widziałem z dróżki pod pewnym kątem taras, otwarty prostokąt pod podłogą altanki, gdzie podnosiły się kocie uszka, a potem wybiegały koty, widziałem ich łapki, jak zbiegają po drewnianych schodach, jak biegną mi naprzeciw, jak łaszą się do mnie… [4]
Przyszedł i czas na muzeum. Miejsce to rozkoszne, niewielkie, klimatyczne, po którym można swobodnie buszować godzinami, bo prawie nikt tam nie przychodzi. Uradowana naszą wizytą pani zaproponowała nam krótki film o pisarzu, a po jego obejrzeniu obeszłam wszystkie związane z Hrabalem salki, patrząc i podziwiając. Jest tam odtworzone jego stanowisko pracy, na wieszaku wisi kurtka, w której paradował u schyłku życia, można podziwiać nawet stary składak, na którym jeździł po Kersku. Prócz tego cała masa eksponatów dotyczących nymburskiego browaru, przedmioty i dokumenty luźno związane z pisarzem (między innymi informacja o Teatrze Bezdomnym im. Bohumila Hrabala w polskim Żarowie) oraz dziesiątki wspaniałych zdjęć.

Mamusia, przebrana za pierrota, dreptała tu i tam drobnymi kroczkami, oblał mnie war, bo nie lubiłem mamusi właśnie za to, że nie wygląda jak matka, ale jak moja starsza siostra. Nie przepadałem za nią, bo ciągle chciała być młoda, bez mała młodsza ode mnie, lubiła bawić się w teatr i chętnie mówiła tak jak w teatrze, a ja tego nie chciałem, bo ja chciałem, żeby mama wyglądała jak moja chrzestna Nany, żeby była odrobinę tęgawa, żeby już zbytnio o siebie nie dbała, żeby nie zastanawiała się, co na siebie włożyć, żeby nawet nie czytała, co tam nowego w świecie mody, żeby nieustannie pachniała kawą i chlebem i żeby wciąż była w domu, i żeby była zmartwiona i nieustannie stroskana o rodzinę i ogród [2].
Jest nawet legendarna czapka stryja Pepina! Ta, w której wyruszał co wieczór na spotkanie pięknych panienek i która jaśniała jak gwiazda na tle wieczornego Nymburka.

Ta czapka oficera żeglugi wielkiej zdawała się symbolizować stare złote czasy, nie tylko stryja Pepina, ale także tatusia. Tatuś wystawił czapkę na wiatr i następnie rzucił ją w powietrze ku słońcu, i czapka szybowała, i opadła na wodę, i prąd unosił ją, tatuś aż do ostatniej chwili patrzył za czapką, niesioną przez nurt Łaby, a czapka oficera żeglugi wielkiej nie tonęła i tatuś miał wrażenie nie że ta czapka nigdy nie zatonie, lecz że zatonąć nie może, a gdyby nawet, to w jego myślach będzie lśniła jako jasne wspomnienie [3].
Piękny ten pana Nymburk, panie Hrabal, nawet jeśli to już nie ten sam…

Fot. Wikimedia Commons
***
Cytaty:
[1] B. Hrabal, Piękna rupieciarnia, wyd. Czarne, Wołowiec 2006.
[2] B. Hrabal, Taka piękna żałoba, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2006.
[3] B. Hrabal, Miasteczko, w którym czas się zatrzymał, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2004.
[4] B. Hrabal, Auteczko, wyd. Znak, Kraków 2009.

środa, 14 sierpnia 2013

Obca wśród istot rodzaju ludzkiego – „Podróż w świat”, Virginia Woolf


Ten debiut powieściowy Virginii ukazał się, gdy miała 33 lata. I centralna postać utworu, dwudziestoczteroletnia Rachel Vinrace, ma z pewnością wiele z samej Virginii. Świadomość ta była dla mnie źródłem dodatkowej przyjemności z lektury, choć przyjemności i bez tego było bez liku.

Pannę Vinrace poznajemy, kiedy na statku swego ojca, wraz z grupką jego znajomych wyrusza w rejs statkiem z Anglii do Ameryki Południowej. Jest niewinna całą uroczą niewinnością niedoświadczonego dziewczątka i przypomina białą kartę, która prosi się o zapisanie, lub puste naczynie, które każdy chciałby na swój sposób napełnić. Wysiłki takie skwapliwie podejmują wszyscy z najbliższego otoczenia panny Vinrace, od jej ciotki Helen Ambrose przez pana i panią Dalloway (tak, tę samą!) aż po cały szereg osobistości poznanych już po przybyciu do Santa Marina.
W tym nowym świetle po raz pierwszy ujrzała swoje życie pod postacią skulonego stwora pozbawionego wszelkiej swobody, którego wiezie się z wielką ostrożnością drogą biegnącą pomiędzy wysokimi murami; tutaj się go obróci, tam wjedzie z nim w ciemny kąt, a on pogrąża się w wiecznej tępocie i upośledzeniu – on, ten stwór, jej życie, jej jedna, jedyna szansa.
Dziewczę to jednak nie w ciemię bite. Mimo małego pojęcia o świecie ma już własne zdanie na wiele tematów, a do przekazywanych jej nauk podchodzi z odrobiną chłodnej rezerwy. W miarę rozwoju akcji krzepnie, zestala się w swoich poglądach, które ostatecznie prowadzą w kierunku coraz głębszej niechęci do ludzi. „Istoty rodzaju ludzkiego!” – komentuje z niedowierzaniem, obserwując komiczny teatrzyk ich gestów i zachowań i przysłuchując się kurtuazyjnej paplaninie. Z jej perspektywy przypomina to trochę stadko szympansów oglądanych w zoo – obcy gatunek, którego zwyczajów nie rozumie.

W prezencie od losu dostaje wrażliwego towarzysza, który rozumie jej perspektywę, ale łagodnie i wyrozumiale próbuje oswoić ją ze światem. Mimo to od początku ich historii – tak fortunnej i tak bardzo „w odpowiednim czasie i miejscu”, że aż nieprawdopodobnej – czuje się, że na tradycyjny happy end nie ma co tutaj liczyć.

Oczywiście, jak to u Virginii, pojawia się też wiele ciekawych zagadnień w tle. Różne modele kobiecości, oddające sytuację przedstawicielki płci pięknej w początkach XX wieku (w większości krajów pozbawionej wtedy jeszcze prawa do głosowania), rzekoma wyższość intelektu nad uczuciami, brytyjska mentalność, stosunek do religii. A wszystko okraszone odrobiną ironii à la Woolf, te wszystkie panie Flushing niszczące dla zasady uwielbiane przez siebie obrazy, gdy tylko się zestarzeją... Każdy znajdzie coś dla siebie. Dla mnie akurat najciekawsza była postać Rachel, kreślona subtelnymi, ale zdecydowanymi liniami, posłuszna ale nie uległa, na pozór nieczuła, ale podskórnie tętniąca zagadkowymi uczuciami. Aż człowiek traci pewność, czy to jej towarzysze są z innej planety, czy właśnie ona?

Virginia jest doskonałą pisarką, więc jej debiut nie mógłby rozczarowywać. I nie rozczarowuje. A ponieważ w porównaniu z jej późniejszymi książkami jest łatwo przyswajalny, polecam gorąco wszystkim, którzy chcieliby jej prozę wreszcie poznać, ale nie wiedzą, od czego zacząć.

Pozwólcie, że zakończę wspaniale wyciszającym i świetnie oddającym nasz odwieczny teatrzyk cieni ostatnim zdaniem samej powieści:
Przed jego oczami przesuwał się korowód ciemnych, niewyraźnych ludzkich postaci, które zbierały swoje książki karty, kłębki, koszyki z wełną – i mijały go kolejno, udając się na spoczynek.
***
Cytaty: V. Woolf, Podróż w świat, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.