niedziela, 29 września 2013

W strzępach wartość większa – „Postrzępienie”, Paweł Kasprowicz

Pytasz, co w moim życiu z wszystkich rzeczą główną,
Powiem ci: śmierć i miłość – obydwie zarówno.
Jednej oczu się czarnych, drugiej – modrych boję.
Te dwie są me miłości i dwie śmierci moje

– pisze Jan Lechoń w jednym z moich ulubionych wierszy. Od fragmentu tego zaczynam, bo pasuje on jak ulał do głównego bohatera Postrzępienia Pawła Kasprowicza. Dni tego zrezygnowanego trzydziestodziewięciolatka wypełniają niewesołe rozmyślania o miłości – utraconej bezpowrotnie z własnej winy – oraz śmierci – do której kusi i popycha jałowość postmiłosnego życia.

Przez niebo rozgwieżdżone, wpośród nocy czarnej,
To one pędzą wicher międzyplanetarny,
Ten wicher, co dął w ziemię, aż ludzkość wydała,
Na wieczny smutek duszy, wieczną rozkosz ciała

– brzmi kolejna strofa utworu Lechonia; bohater Kasprowicza również uważa te dwie tajemnice za siły napędowe, jednak według niego jedna drugiej nierówna. Miłość, mimo że krucha i darowana tylko wybrańcom, ma jego zdaniem większą moc niż nieuchronna śmierć.

Nie bez powodów przepełnione miłością ludzkie istoty odzyskują właściwą dzieciństwu i wiekowi młodzieńczemu wiarę w nieśmiertelność (s. 42).

Ponieważ miłość ma już za sobą, jest przekonany, że może czekać jedynie na śmierć. Mozolnie więc brnie przez kolejne szare dni, znieczulając się alkoholem i powrotami do przeszłości. „I believe in yesterday” – mógłby powtórzyć za McCartneyem. Szczęście jest dla niego zaklęte we wspomnieniach beztroskiego dzieciństwa i chwil spędzonych z Weroniką – w tych strzępach dawnego życia, które wypełniają jego sny i które stanowią broń w walce z tymczasowością istnienia.

Póki trwałem, trwały we mnie strzępy życia, tego wcześniejszego, zakonserwowane i pielęgnowane w pamięci, zatem trwałem i ja, miałem do czego wracać i do czego się odnosić (s. 53).

To życie z poczuciem miałkości wszystkiego, z przekonaniem, że życie jest gdzie indziej, przywodzi mi na myśl Bukowskiego. Nie Bukowskiego skandalistę, a tego zrezygnowanego poetę pijącego samotnie w ciemnym mieszkaniu, zalewającego hektolitrami alkoholu pustkę istnienia, nie solidaryzującego się z nikim i niczym. Różnica polega tylko na tym, że bohater Postrzępienia jest romantycznie wierny swojej jedynej i prawdziwej miłości, wynosząc ją do rangi nieosiągalnego bóstwa. „Wierzę w jedną kobietę i jednego Boga” – wyznaje, nieśmiało odpychając domagającą się pieszczot koleżankę.

W książce Pawła Kasprowicza sporo niestety przegadania i egzaltacji. W pierwszym momencie zachwycająca szczerością wyznania, autentycznością emocji, z czasem zaczyna nużyć. Ma co prawda piękne momenty – jak choćby zmysłowy opis bliskości między bohaterem a jego ukochaną („Czy nie jestem zbyt brutalny, czy nie uderzam cię zbyt mocno, metaforą?”). Mimo wszystko jednak myślę, że krótsza forma mogłaby się tu lepiej sprawdzić.

Zaczęłam wierszem i wierszem skończę, bo takie poetyckie ilustracje bardzo do Postrzępienia pasują. Nie z Bukowskiego jednak będzie to cytat, a z Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej:

Gdzieś to czytałam albo mi się śniło:
„Chmiel na bezsenność, a sen – na bezmiłość.
Poduszkę z chmielu gdy sobie umościsz,
Zaśnij, bo na cóż życie bez miłości”...

***
Za książkę bardzo dziękuję Autorowi.

***
Cytaty: P. Kasprowicz, Postrzępienie, wyd. Miniatura, Kraków 2013.

Fot. worek 169 (sxc.hu) 

wtorek, 24 września 2013

Nie spacer, a przebieżka – „Paryż śladami pisarzy”, Jean-Paul Caracalla

Zanim dostałam tę książkę do rąk, myślałam że to coś w rodzaju przewodnika. Literackiego, ale jednak przewodnika. Ładna mapka, prowadzenie za rączkę ulicami Paryża, zagłębianie się krok po kroku w życiorysy widniejących na okładce literatów – tego się mniej więcej spodziewałam. Rzuciłam się na nią łapczywie, wyobrażając sobie, że kiedy wreszcie za kilka lat uda mi się dotrzeć do wymarzonej stolicy Francji, będę ją zwiedzać z tym cennym tomikiem pod pachą.

Nic bardziej mylnego! Pierwsze zaskoczenie już na wstępie – mapki lub choćby jej nędznej namiastki nigdzie nie ma. A początkowe próby czytania „przewodnikowego”, z zapamiętywaniem każdej nazwy, z przyglądaniem się każdej tabliczce i każdemu kamyczkowi na chodniku, szybko mnie zmęczyły.

Po prostu nie tędy droga. Dopiero gdy się rozluźniłam i przestałam gorączkowo powtarzać nazwy ulic, placów i mostów, zaczęła do mnie docierać prawdziwa i niezmącona przyjemność z tej lektury. Bo to nie jest wcale opowieść o Paryżu. To przede wszystkim fascynująca wycieczka po literackim światku, gdzie na każdym kroku czai się jakiś smakowity kąsek. Proust jako najmilszy sąsiad na świecie, Chauteaubriand jako niezdarny podlotek, Balzac jako marny przedsiębiorca utrzymujący się przy życiu dzięki bogatej kochance, Hugo jako fetyszysta zafascynowany (podobnie jak Schulz) odzianymi w pończochy kobiecymi stopami.

James Joyce, Sylvia Beach i Adrienne Monnier
w Shakespeare & Co. w Paryżu, rok 1920.
Źródło: Wikimedia Commons
I choć to stolica Francji, nie tylko z Francuzami spacerowałam pod ramię. Przeniosłam się do przyciągającego Amerykanów jak magnes Paryża złotych lat 20., którym czarował Woody Allen w O północy w Paryżu. Zwiedziłam sławne lokale paryskiej bohemy, zajrzałam za kulisy przyjaźni Hemingwaya i Fitzgeralda oraz poznałam dzielną kobietkę, która jako pierwsza odważyła się wydać Ulissesa. W Paryżu, czułej przystani artystów, bo pryncypialne matrony Anglia i Ameryka krzywiły się na skandalicznie nieobyczajne dzieło Joyce'a.

Caracalla pisze ze swadą, barwnie, naprawdę wciąga w świat, który sam ma przed oczami. Wystarczy tylko zapomnieć o Paryżu i przymknąć oko na luki w życiorysach, luki po szczegółach, które autor pogubił w swej pospiesznej opowieści entuzjastycznego małego chłopca. Luki, których przed niedostatek wiedzy nie potrafiłam sama wypełnić, ale jakie to ma znaczenie? Bez oglądania się popędziłam za nim w ślad za Flaubertem, Stendhalem i Proustem, robiąc od czasu do czasu przystanki na nadobowiązkową lekcję francuskiej historii, powrót do dawnych lektur powiązanych z tematem i spisanie kolejnej nieznanej dotychczas książki, którą koniecznie, koniecznie muszę przeczytać.

Myślę, że na luksus uważnego i wnikliwego czytania Paryża śladami pisarzy mogą sobie pozwolić tylko osoby doskonale zaznajomione zarówno z Paryżem, jak i literaturą francuską. Całej reszcie polecam czytać go (a polecam gorąco!) jak ja, rzucając mapę w kąt i po prostu dając się porwać opowieści.

Camille Pissarro, Bulwar Montmartre wiosną, 1897. Źródło: Wikimedia Commons
***
J.P. Caracalla, Paryż śladami pisarzy, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2009.

środa, 18 września 2013

Ostrożnie z bombą! „Dziewczyny atomowe”, Denise Kiernan

Książki takie jak ta napisana przez Denise Kiernan zawsze budzą we mnie duży podziw. Nie powstają bowiem wyłącznie za biurkiem, ale są owocem odwiedzin w różnych odległych miejscach, rozmów z na pozór nieuchwytnymi ludźmi, grzebania w archiwach, zgłębiania wiedzy z różnych, często mało przyswajalnych dziedzin... Jeśli nie mieliście Dziewczyn atomowych w rękach, to tego nie wiecie, ale to spora cegła. Autorka wyczerpująco opisuje w niej nie tylko warunki życia w atomowym miasteczku Oak Ridge i osobiste historie tytułowych dziewczyn, ale także zarys badań nad rozpadami jądrowymi, narodziny Projektu Manhattan oraz techniczne zagadnienia związane z konstrukcją bomby atomowej.

Skąd ten temat? Po pierwsze, bo niecałe siedemdziesiąt lat temu wraz z bombami zrzuconymi na Hiroszimę i Nagasaki narodziło się coś wielkiego, choć nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Otwarcie ery atomowej było momentem, w którym człowiek siłą swego umysłu poskromił naturę, dostał do ręki narzędzie o możliwościach przypisywanych wcześniej wyłącznie Bogu. Teraz stałem się Śmiercią, burzycielem światów – brzmi cytat z hinduskiej świętej księgi Bhagawadgity, który przypomina sobie Robert Oppenheimer, gdy pierwsza na świecie bomba atomowa skonstruowana przez zespół naukowców pod jego kierownictwem wybucha podczas testów na pustyni w Nowym Meksyku.
Kiedy dawni pracownicy CEW oraz pozostałości oryginalnego miasta oraz jego fabryk w końcu znikną, w jaki sposób zdołamy zrozumieć jeden z najbardziej znaczących momentów w dziejach ludzkości – narodziny ery atomowej? (s. 382)
Budowa Oak Ridge.
Fot. Ed Westcott [Wikimedia Commons]
Po drugie, bo zbudowane na potrzeby Projektu Manhattan miasteczko Oak Ridge to jedyny w swoim rodzaju fenomen socjologiczny. Czasu było bardzo mało – władze amerykańskie mimo doniesień wybitnych naukowców długo ignorowały kwestię bomby atomowej, a kiedy wreszcie otrzeźwił je japoński atak na Pearl Harbor, prace musiały ruszyć z kopyta. W ciągu zaledwie kilku miesięcy wybrano miejsce, wyeksmitowano mieszkańców, wyburzono ich gospodarstwa i postawiono na ich miejsce ogromne ośrodki naukowo-produkcyjne wraz z miasteczkiem dla pracowników. Na gwałt ściągano młodych ludzi z całych Stanów, którzy przyjeżdżali chętnie, skuszeni dużymi zarobkami, przygodą, aurą tajemniczości otaczającą całe przedsięwzięcie. Tak naprawdę nie wiedzieli dokąd i po co jadą. W ciągu długich miesięcy wykonywali pracę, której sensu nie rozumieli – powiedziano im tylko, że to projekt, który przyczyni się do zakończenia wojny. Podtrzymywała ich myśl, że pomagają swoim braciom, synom, przyjaciołom walczącym za oceanem.

Nie jest to jednak – przynajmniej w moim odczuciu – budująca opowieść o mobilizacji, do jakiej zdolni są ludzie w razie potrzeby. To też dokumentacja ogromnej – trzeba nazywać sprawy po imieniu – ciemnoty, jaka panowała w USA zaledwie kilkadziesiąt lat temu. Jedną z bohaterek książki Kiernan jest czarnoskóra Kattie. Choć jest mężatką z wieloletnim stażem, nie może mieszkać ze swoim mężem. Jej dom to blaszana buda na terenie ogrodzonym drutem kolczastym, gdzie żyje pod dyktando, gdzie nie może gotować, gdzie nie może stworzyć sobie pozorów domu, gdzie w każdej chwili bez pukania i bez powodu wtargnąć może strażnik. Bardziej przypomina to obóz pracy niż osiedle pracownicze. Murzyni mają swoje obskurne dzielnice, swoje stołówki, w których serwują im niestrawne ochłapy, swoje łazienki i toalety, ich dzieci nie mogą chodzić do szkoły ze swoimi białymi przyjaciółmi. A czarnoskóry robotnik jest najlepszym obiektem do testowania biologicznego oddziaływania plutonu. Mimo to zjeżdżają do Oak Ridge masowo, bo tam i tak jest lepiej niż gdzie indziej – przynajmniej można godnie zarobić.
Podpułkownik Crenshaw, który kierował programem, wyjaśnił w pisemnym uzasadnieniu, że Murzyni nie potrzebują ładnych domów. Wolą mieszkać w szopach i barakach, rozumował Crenshaw, ponieważ czują się o wiele swobodniej, żyjąc w warunkach poniżej pewnych standardów (s. 128).
Nie tylko zresztą Murzyni mają ciężko. Ze wspomnień rozmówczyń Kiernan wyłania się także wyraźny obraz dyskryminacji kobiet w tych tak nieodległych czasach. Jane Greer kończy statystykę, bo komisja rekrutacyjna uznaje jej pomysł studiowania inżynierii za absurdalny. Mimo rewolucji, jakiej dokonała w naukowym świecie Maria Skłodowska-Curie, męski świat wciąż patrzy z lekkim pobłażaniem na dokonania badaczek – takich jak Ida Noddack czy Lise Meitner. Kobiety gorzej zarabiają, są postrzegane jako głupsze, wielu widzi je wciąż wyłącznie jako maszynki do produkowania dzieci. One same nie potrafią jeszcze myśleć o sobie inaczej – niektóre spośród „dziewczyn atomowych” sprawiają wrażenie, jakby jechały do Oak Ridge głównie po to, by złapać męża. 

Operatorki kalutronu w zakładzie Y12. Fot. Ed Westcott [Wikimedia Commons]
Wróćmy jednak do kwestii, od której wszystko się zaczęło – do bomby atomowej. Zawsze żywo interesował mnie aspekt moralny tego zagadnienia. Bo z jednej strony jest ekscytacja, jest postęp, jest wielka radość z zakończenia wojny i powrotu bliskich, ale z drugiej – jest gigantyczna ofiara. Lise Meitner zdaje sobie sprawę z tej odpowiedzialności od samego początku, dlatego odmawia udziału w Projekcie Manhattan. Oppenheimer już po fakcie mówi prezydentowi Trumanowi – któremu zresztą bardzo nie podoba się to wyznanie – o krwi na swoich rękach. A tysiące Amerykanów, którzy nieświadomie pomogli zbudować narzędzie zagłady, uśmiecha się trochę przez łzy. Nie chcą oglądać drastycznych zdjęć ze spustoszonych przez bomby miast, zamykają oczy i uszy na doniesienia o chorobie popromiennej, tłumaczą się walczącymi na wojnie braćmi, ale widmo tamtego zwycięskiego sierpnia, jestem przekonana, prześladuje ich.

Oak Ridge świętuje koniec wojny. Fot. Ed Westcott [Wikimedia Commons]
Denise Kiernan sama zwraca uwagę na to, jak delikatna to kwestia i jak trudno pisać o niej w wyważony sposób:
Opowiedzenie historii bomby atomowej nie jest łatwym zadaniem, wymaga taktu i wrażliwości, umiejętnego balansowania pomiędzy entuzjazmem i radością a szacunkiem dla ofiar (s.382).
I to jest moim zdaniem słaby punkt tej książki, bo autorce mimo wszystko nie zawsze udaje się udźwignąć ten ciężar. Momentami jest zbyt naiwnie, zbyt beztrosko, zbyt lekko, radośnie i amerykańsko jak na tak ciężką i trudną tematykę.
Nagle zadzwonił telefon. To jej szwagierka, która chciała wiedzieć, co Jacqueline sądzi o tym, co się wydarzyło. Czym prędzej więc włączyła radio i jednocześnie otworzyła kopertę. Jak później wyznała mężowi, była „potwornie zawiedziona, że bomba została zrzucona na ludność cywilną”, ale zarazem cieszyła się, że Projekt, który pochłonął tyle czasu z życia jej rodziny, zakończył się sukcesem, a jej mąż odegrał w nim istotną rolę (s. 327).
Mimo wszystko warto, bo lektura tej książki może być jedyną i niepowtarzalną okazją, by poznać realia życia w atomowym miasteczku Oak Ridge (które zresztą istnieje do dziś). Oraz dlatego, że temat to niezwykle ważny. Narodziny swojej epoki wypada znać.

„Dziewczyny atomowe”. Fot. Ed Westcott [Wikimedia Commons]
Jako uzupełnienie polecam Odkryj smak fizyki i rozdział o Projekcie Manhattan. Mając zapewne na uwadze głęboką niechęć dużej części czytelniczej społeczności do fizyki i chemii Denise Kiernan po naukowych podstawach bomby atomowej tylko się prześlizgnęła, za to pan profesor Przystawa wchodzi w temat odrobinę głębiej, a nie mniej przystępnie. Do doczytania dla zainteresowanych.

***
Za książkę dziękuję wydawnictwu Otwarte.

***
Cytaty: D. Kiernan, Dziewczyny atomowe, wyd. Otwarte, Kraków 2013.

niedziela, 8 września 2013

Baudelaire, Hugo i placek z boczkiem w kryminalnej intrydze – „Pani komisarz nie znosi poezji”, Georges Flipo

Zanim przystąpię do relacjonowania moich wrażeń z tej lektury, muszę się do czegoś przyznać. Jeśli chodzi o recenzowanie kryminałów to jestem prawdopodobnie najmniej kompetentną osobą na świecie, bo z wszystkimi klasykami gatunku jestem zupełnie do tyłu. Nigdy w życiu nie miałam w ręku żadnej książki Agathy Christie, obce są mi przygody Sherlocka Holmesa, nie tknęłam tak modnych obecnie skandynawskich kryminałów, nie znam powieści Raymonda Chandlera ani, co gorsza, Georges'a Simenona, którego twórczość wspomniana zostaje w opisie wydawnictwa. W tym wypadku więc moje oczytanie nie wchodzi w grę. Można co najwyżej zaufać mojej czytelniczej intuicji.

A intuicja podpowiada, że to całkiem niezły, lekki kryminałek. Dowcipny, z przymrużeniem oka, bez strachów i mrocznych zagrywek, mimo że same zaświaty zdają się maczać w całej sprawie palce. Bo mamy tu i ducha Baudelaire'a, i kloszarda do złudzenia przypominającego Victora Hugo. Czyli na okrasę odrobina XIX-wiecznej literatury francuskiej – to, co tygryski lubią najbardziej!

Czyta się gładko, intryga wciąga, uczuciowe zawiłości komisarz Viviane Lancier też, a po pochłoniętej lekturze ciche beknięcie aprobaty (przyjęło się) i cała historia kończy jako miłe, choć ulotne wspomnienie. Dlatego do kryminałów mi nie po drodze – wolę cięższe rzeczy, zostawiające coś po sobie, nawet jeśli miałaby to być niestrawność lub nieprzyjemny i skłaniający do myślenia posmaczek. Ponieważ jednak monotonna dieta jest niezdrowa, lekki kryminał Georges'a Flipo uważam za smakowitą odskocznię.

Kulinarne porównania są zresztą w tym przypadku bardzo na miejscu, bo Flipo dużo i ładnie pisze o jedzeniu. Wokół jedzenia kręci się życie sfrustrowanej komisarz, a w końcu to jej oczyma patrzymy na całą historię. Na pierwszych stronach powieści w centrum uwagi znajduje się intrygujący placek z bekonem – dowód rzeczowy pożarty przez porucznika Monota (który, jak widać, również ceni sobie rozkosze dla podniebienia – myślę, że i dlatego Vivianka zaczęła podświadomie widzieć go bardziej atrakcyjnym ;)), a później już płyniemy wartkim strumieniem maczanych w jogurcie batonów Mars, wina z syropem cytrynowym, paelli, pasztetów z kaczki, ciast orzechowych, specjałów kuchni śródziemnomorskiej i wietnamskiej...

Jedyna nutka goryczy, która towarzyszyła mi po skończeniu tej lektury, to żal do komisarz Lancier. Nawet nie chodzi o to, że wredna, choć wielu takim mianem ją określa. Moim zdaniem wcale taka straszna nie jest, w stosunku do jej podopiecznych zarzuciłabym jej wręcz pobłażliwość (zjedzony dowód rzeczowy!), a jej przyjazne, szorstkie żarciki fajnie ożywiały atmosferę. Polubiłam ją. Tym bardziej rozczarował mnie sposób, w jaki zakończyła całe śledztwo. Szczegółów oczywiście nie zdradzę, ale napiszę – Fe, mademoiselle Lancier! Wiem, że twarda z pani babka, ale to już jednak trochę przesada.

Kto ciekaw, niech przeczyta!

***
Za książkę dziękuję Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc.

***
G. Flipo, Pani komisarz nie znosi poezji, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2013.

czwartek, 5 września 2013

Pogarda, która boli – „Franny i Zooey”, Jerome David Salinger

Salingera, legendarnego odludka literackiego światka, znałam do tej pory tylko z jego najsłynniejszego dzieła – Buszującego w zbożu. Przeczytałam tę książkę jako nastolatka i byłam nią absolutnie zafascynowana, a Holden Caulfield dzierżył przez wiele lat berło mojego ulubionego bohatera literackiego. Mimo to kolejny utwór tego autora trafił w moje ręce dopiero teraz.

Nie jestem pewna, kiedy i gdzie po raz pierwszy usłyszałam tytuł Franny i Zooey, ale prawdopodobnie stało się to za sprawą serialu Gilmore Girls (ach, ten oczytany buntownik bez powodu, Jess!). Dość specyficzny, zapadł mi w pamięć, ale żyłam w przeświadczeniu, że tytułowe postaci to para.

Tymczasem Franny i Zooey to rodzeństwo. Inteligentna i wrażliwa studentka aktorstwa i jej ekscentryczny starszy brat, sławny aktor. Pochodzą z rodziny, w której wszystkie dzieci wyróżniały się wśród rówieśników niespotykanym intelektem. Do legendy przeszły ich poważne, błyskotliwe odpowiedzi w radiowym programie Oto mądre dziecko.

Po przekroczeniu progu dorosłości niezwykła inteligencja nie pomogła jednak dawnym małym geniuszom w przystosowaniu się do życia, a wręcz stała się ciężarem. Najstarszy brat popełnił samobójstwo, inny żyje samotnie na odludziu i dorabia sobie jako „pisarz-rezydent”, Franny natomiast przeżywa kryzys. Egzystencjalny.

Książeczka zaczyna się bardzo niepozornie, bowiem otwierające ją opowiadanie Franny zdaje się raczej zapowiadać historię pozbawionego osobowości, trochę bezmyślnego dziewczątka, które wpakowało się w jakieś kłopoty, najpewniej niechcianą ciążę. Drugie opowiadanie, Zooey, wywraca stereotypowe myślenie czytelnika do góry nogami. To w gruncie rzeczy utwór filozoficzny, spór między bratem a siostrą o istotę religii i sens życia.

Zrażona pierwszymi doświadczeniami w środowisku akademickim Franny jest pełna rozgoryczenia w stosunku do ludzi. Wstręt budzi w niej ich zapatrzenie w siebie, bezduszność i pęd do wiedzy (sama oddziela grubą krechą wiedzę i intelekt od prawdziwej życiowej mądrości). Ucieka od nich w modlitwę, która jednak nie daje jej ukojenia.

Zooey stawia jej diagnozę, moim zdaniem trafną – dziewczyna nie może osiągnąć spokoju, bo w głębi serca zdaje sobie sprawę, że jej pogarda jest sprzeczna z nauką Chrystusa o miłości do innych ludzi. Nie można na siłę przeobrazić Jezusa, który stawia człowieka ponad wszystkimi innymi istotami na ziemi, w milutkiego świętego Franciszka z Asyżu, przyjaciela zwierząt. A zdaniem Zooeya Franny na własne potrzeby właśnie to robi, podobnie jak 98% chrześcijan.
Na Boga, przecież to najinteligentniejsza postać w całej Biblii, fakt niezbity. Pokaż mi kogoś, kogo by On nie przerastał o głowę, a nawet bardziej jeszcze. Pokaż. W obu Testamentach roi się od mędrców, proroków, uczniów, wybranych synów, Salomonów, Izajaszów, Dawidów, Pawłów, ale, mój Boże, kto prócz Jezusa naprawdę wie, o co chodzi? Nikt. (…) Dlaczego nie myślisz o tych sprawach, Franny? Nie żartuję, pytam cię poważnie. Jeżeli nie widzisz Jezusa takim, jakim był w rzeczywistości, twoja modlitwa do Niego nie ma sensu.
Słysząc słowa brata Franny protestuje, ale bez słów przyznaje się do winy już w pierwszej części historii – w trakcie rozmowy z Lanem wyrzuca z siebie jadowite uwagi na temat akademików i gotuje się do ataku na niego samego, a zaraz potem rozpływa się w przeprosinach. Poci się, blednie, w końcu mdleje, nie radzi sobie w walce ze swoją instynktowną niechęcią – ale wie, że walczyć powinna.

To bardzo dobra książka, choć Salinger pisze specyficznie, buduje powieściowy świat z mnóstwa na pozór zbędnych szczegółów. Do jego stylu trzeba przywyknąć. Na pewno jednak warto spróbować.

***
Cytat: J.D. Salinger, Franny i Zooey, Czytelnik, Warszawa 1981.

środa, 4 września 2013

Dwa rozczarowania

Dziś będzie krótko. O dwóch książkach, które mi się nie spodobały. Raczej rzadko mi się to zdarza, bo staram się ostrożnie dobierać lektury i ufam znanym, sprawdzonym nazwiskom. Tym razem jednak to zaufanie nie zaprocentowało.

Novecento. Monolog 
Alessandro Baricco 

Po przeczytaniu City, które było objawieniem, stwierdziłam, że wszystko co wyszło spod pióra Baricco biorę w ciemno. I ta historia – porzuconego na statku dziecka, które dorasta wychowane przez marynarzy i zostaje genialnym pianistą, nie postawiwszy nigdy nogi na suchym lądzie – jest z całą pewnością piękna i godna uwagi. Ale żeby upakować ją na 60 stronach? Połknęłam tę książkę w jeden wieczór i poczułam się, jakby ktoś machnął mi przed oczami plikiem zdjęć z czyjegoś życia. Nie było nawet czasu, żeby się wzruszyć, współczuć, wniknąć w ten literacko-muzyczny świat... Wiem, że to od początku nie miała być powieść, a rodzaj scenariusza teatralnego, ale wyszła w ten sposób Baricco skromna literacka przystawka – smaczna, ale jak się tym najeść? Głównego dania trzeba pewnie szukać w teatrze lub w kinie i z filmową wersją zapoznam się na pewno. Dopiero tam, z prawdziwą muzyką w tle, ta historia nabiera pewnie barw.

Rzeczy uprzyjemniające. Utopia 
Tamara Bołdak-Janowska 

W tym przypadku magiczne nazwisko-wytrych to Olga Tokarczuk, której powieści uwielbiam. Poleca ona tę książkę, podkreślając jej bajkowość, dowcip, żywy język. Nastrojem Rzeczy uprzyjemniające przypominają powieści samej Tokarczuk, jest rzeczywiście baśniowo i mitycznie, ale co do reszty zaserwowanych komplementów... Owszem, język jest ciekawy – tworząc narajską mowę autorka swobodnie bawi się słowami, wycina, skleja, osiągając czasem zaskakujące, dowcipne połączenia. Ale ogólnie rzecz biorąc ta książeczka jest przeraźliwie nudna. Może to nie pani Bołdak-Janowskiej należą się te baty, może mi po prostu nie leży cały gatunek, bo w końcu utopia to coś innego niż powieść, to taki dziwny twór z pogranicza literatury, socjologii i filozofii... Nie chodzi o konkretnego człowieka, chodzi o jakąś ideę, i każdy z zasiedlających karty tej opowieści bohaterów jest tak drażniąco bezosobowy i bezbarwny. Pomysł, z którego zrodziły się Rzeczy uprzyjemniające jest doskonały, ale przedzierałam się przez zdania i akapity jak przez cierniste krzewy. Nie mogę się pozbyć myśli, że można było to zrobić lepiej.

*** 
A. Baricco, Novecento. Monolog, wyd. Czytelnik, Warszawa 2008. 
T. Bołdak-Janowska, Rzeczy uprzyjemniające. Utopia, wyd. Borussia, Olsztyn 2009.