środa, 16 października 2013

Mongolia cudownie odrażająca – „Czas Czerwonych Gór”, Petra Hůlová

Mongolska dziewczyna ze swoim koniem. Powieściowa Magi? [1]
Trzeba mi było kilku dni od przeczytania Czasu Czerwonych Gór, aby stwierdzić, że moja relacja z książką Petry Hůlovej przypomina burzliwy, ale pozbawiony miłości romans. Podziwiam, chwalę, kłaniam się w pas, ale przenigdy nie chciałabym do niej wrócić. Zachwyca mnie i brzydzi zarazem. Jest lepka od potu i spermy, oślizgła, buchająca złymi emocjami, ale przy tym wszystkim jest to książka doskonała.

Pewnie wielu z Was słyszało (a jeśli nie, zajrzyjcie tutaj) o pani Kalicińskiej krytykującej jurorów Nike za nagradzanie tylko bardzo depresyjnych książek. Obserwacja słuszna, ale krytyka bezsensowna, bo zjawisko to wcale nie wynika z problemów psychicznych jurorów a po prostu z tego, że w genialnych książkach genialny jest właśnie smutek. Tylko on potrafi nas naprawdę dotknąć, przebić się przez powłokę cynizmu i obojętności, i nawet jeśli dotyk ten jest zimny, mokry i obrzydliwy, to i tak znaczy dużo więcej niż radosne, cukierkowe obrazki spływające po nas jak po kaczce.

Starożytni lubili tragedie, bo fundowały im katharsis. Śledząc dramatyczne losy bohaterów raz po raz pocieszali się myślą, że ich to nie dotyczy. Dziś jest odwrotnie – chodzi właśnie o to, by pokazać, że zło spotykające bohaterów może spotkać też nas. Dobre książki brutalnie zdzierają staranne opatrunki modlitw i dobrych słów, rozdrapują rany, ukazują buchające smrodem czeluście, jakie są wciąż gdzieś obok, mimo że nie chcemy ich widzieć. Na tej zasadzie działa na przykład Piaskowa Góra Joanny Bator – kolejna równie doskonała, co odrażająca książka – i w ten właśnie sposób chwyta za serce Czas Czerwonych Gór. Akcja pierwszej z tych książek toczy się w Polsce, drugiej – w dalekiej Mongolii, ale problemy przedstawione przez Hůlovą mimo tak egzotycznych realiów wcale nie zdają się bardzo odległe.

Zagubieni w rozległym mongolskim krajobrazie... [2]
Jest to bowiem opowieść o pewnej mongolskiej rodzinie, połączonej nie tylko więzami krwi, ale i wzajemnej urazy, zazdrości, niechęci. Między nimi pada niewiele słów, ale czytelnik poznaje te uczucia dzięki przywilejowi zajrzenia do głów kluczowych uczestniczek zdarzeń. W ten sposób – fascynująca sprawa – poznajemy całą historię z punktu widzenia każdej z nich i przekonujemy się, jak mało rozumieją i jak bardzo zaślepia je nienawiść. To jakby zaglądać do czyjegoś ogródka przez kilka różnych dziur w płocie, dostrzegać inne rzeczy i wyciągać diametralnie różne wnioski. Ostatecznie sami już nie wiemy, czy Mergen jest szlachetnym, nieszczęśliwie zakochanym mężczyzną czy zapijaczonym zboczeńcem, a Chiroko czułą opiekunką pokrzywdzonych czy despotyczną wiedźmą.

Mimo niewątpliwego talentu narracyjnego autorki z ulgą uciekłam z jej krainy Czerwonych Gór i pełnego pokus Ułan Batoru, tak jak kiedyś uciekałam z Piaskowej Góry. Powieść jest świetna, ale mając za mistrza Bohumila Hrabala z jego ciepłymi, smutnymi w zupełnie inny sposób opowiastkami, nie mogę jej chwalić tymi samymi entuzjastycznymi słowami. Świetna i zimna jak kostka lodu.

***
P. Hůlová, Czas Czerwonych Gór, tłum. Dorota Dobrew, wyd. W.A.B., Warszawa 2007.

Fotografie:
[1] kitseeborg / Foter / CC BY-NC-SA 
[2] United Nations Photo / Foter / CC BY-NC-ND