niedziela, 17 listopada 2013

Z pamiętnika czeskiego emigranta – „Sąsiedzi i ci inni”, Ota Filip

Idąc w swoich recenzjach tropem miłosnych porównań (zapoczątkowanym w opisie wrażeń z lektury Czasu Czerwonych Gór) ośmielę się moją przygodę z książką Oty Filipa porównać do pewnej ważnej randki. Takiej, na którą się długo czeka i po której wiele się sobie obiecuje, tymczasem wszystko kończy się wielką klapą. Bo przez trzy godziny delikwent przynudza, uzewnętrznia się, chaotycznie zwierza, aż w końcu mam go dość i wracam do domu zmęczona.

Skąd te wielkie nadzieje? Czytałam bowiem jakieś pięć czy sześć lat temu, gdy moja czeska przygoda dopiero się zaczynała, Wniebowstąpienie Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy. I byłam absolutnie zachwycona. Ten czarny humor, ta smakowita krytyka ludzkich przywar, a w tle barwna narodowościowa mozaika pogranicza czesko-niemiecko-polskiego i trudna, ciężka, niestrawna XX-wieczna historia... Pochłaniałam tę książkę jak gęsty budyń, długie godziny rozkoszowania się każdą stroną i przyjemnej czytelniczej sytości! (Bloga jeszcze wtedy nie prowadziłam, ale tutaj znajdziecie garstkę moich wrażeń z tamtej lektury).

Tu też jest trochę tego wszystkiego, ale jakoś nieskładnie, jakoś już inaczej. Zamiast Śląskiej Ostrawy mamy małe podalpejskie miasteczko w Niemczech, gdzie już od wielu lat żyje i usiłuje tworzyć czeski pisarz-emigrant Oskar Miesztiaczek. Zamiast kłócących się na łamach lokalnej gazety Czechów, Niemców i Polaków mamy samych Niemców, sąsiadów Oskara, grupkę niesympatycznych kreatur stale podkładających sobie świnie (a czasem nawet zdechłe koty).

Krytyka małomiasteczkowej niemieckiej społeczności – pierwsza klasa! Zaskakująco naiwni, mimo historycznej nauczki wciąż po cichu wierni demonom hitleryzmu sąsiedzi Miesztiaczka odmalowani zostali tak sugestywnie, że aż się człowiek zastanawia, ile jest w tym prawdy a ile ironicznego przerysowania – w końcu sam Filip dzieli emigracyjne doświadczenia swojego bohatera... Ostrza krytyki nie szczędzi autor i swoim rodakom, dzięki czemu otrzymujemy karykaturalną postać rzekomej kuzynki Mileny i jej dziwacznej rodzinki na czele z mądralą docentem Franciszkiem, byłym bolszewikiem.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nagle „źli” Niemcy zaczynają opowiadać o doznanych z ręki Czechów krzywdach, a docent Franciszek słusznie wytyka Oskarowi, że emigrując wybrał najłatwiejsze rozwiązanie, podczas gdy jego rodacy w kraju upokarzali się, by godnie żyć i zapewnić swoim dzieciom wykształcenie. Ni przypiął ni wypiął. W Lojzku Lapaczku też mocno splatały się ze sobą komizm i historyczny dramat, poważne zagadnienia i zupełnie niepoważne żarty, ale tam wszystko ładnie ze sobą współgrało, tu natomiast zgrzyta. Jak gdyby autor za wszelką cenę nie chciał wypaść tendencyjnie i płasko, nawet mimo chroniącej go przecież pelerynki ironii.

Do tego zupełnie dla mnie niezrozumiały wątek kryminalny, który ściąga ze sceny kolejnych mieszkańców zaułka Im Krähwinkel, oraz sama postać Oskara – typka raczej antypatycznego, wiecznie sfrustrowanego, czerpiącego chorą satysfakcję z podglądania i podsłuchiwania sąsiadów. Obarczonego w dodatku, jak wychodzi na jaw w drugiej części powieści, brzydkim i brzemiennym w skutki romansem – kolejnym sztucznym i zgrzytającym jak piasek między zębami elementem w tej książce. Nie wiem ile w tym wszystkim autobiografizmu, może niewiele, ale mimo to odnoszę nieodparte wrażenie, że to ze strony autora jakaś próba rozrachunku z samym sobą i swoją przeszłością. Oczyszczająca dla niego, nużąca dla czytelnika.

Jeśli się mylę – mamy po prostu do czynienia z niezbyt składną i posklejaną na siłę historią. I tak źle i tak niedobrze, więc ogólnie nie polecam. Ale Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy przeczytajcie koniecznie!

***
O. Filip, Sąsiedzi i ci inni, Oficyna Wydawnicza ATUT, Wrocław 2008.

wtorek, 12 listopada 2013

Proust o czytaniu

Nawet Proust, który nie wierzył wszak ani w przyjaźń, ani w konwersację, sławił i celebrował milczącą rozmowę lektury. W chwilach spędzonych z ulubioną książką odpoczywa się od samego siebie, nie broni się własnego wizerunku, konwersacja ta pozbawiona zostaje wyrachowania, a miłość własna nie deprawuje już przyjaźni: „Jeśli spędzamy z owymi przyjaciółmi swe wieczory, to jedynie dlatego, że mamy na to ochotę. Przynajmniej ich opuszczamy niejednokrotnie z żalem, a gdy już ich nie ma, nie pojawia się żadna z owych myśli, które niszczą przyjaźń: co oni sobie o nas pomyśleli? Czy w niczym im nie uchybiliśmy? Czy się spodobaliśmy? – ani lęk przed byciem zapomnianym przez tego innego. Tego rodzaju niepokój właściwy przyjaźni znika na progu czystej i prostej przyjaźni, jaką stanowi lektura” [Marcel Proust, Sur la lecture, Complexe, 1987, s. 83].
 A. Finkielkraut, Niewdzięczność, wyd. Sic!, Warszawa 2005.

Kochani! W tym roku mija dokładnie 100 lat od kiedy genialne dzieło Marcela Prousta, W poszukiwaniu straconego czasu, ukazało się w formie książkowej. Z tej okazji księgarnia Czuły Barbarzyńca w Krakowie – oraz ja! – zaprasza Was na literacką demonstrację „W stronę Prousta” poświęconą temu wielkiemu francuskiemu pisarzowi.

W planach wykłady, dyskusje i projekcie filmów na podstawie jego utworów, a w weekend pieczenie magdalenek, degustacja wina i koncert na żywo. Szczegółowy program znajdziecie tutaj. Żadnego wielbiciela odurzającej prozy Prousta nie może na tym wydarzeniu zabraknąć! A ci, którzy jeszcze w niej nie zasmakowali, może dzięki temu wreszcie się odważą?

Na zachętę jeden z piękniejszych fragmentów (oczywiście w doskonałym tłumaczeniu Boya-Żeleńskiego) i – mam nadzieję – do zobaczenia pojutrze!
Ogień przypiekał, niby ciasto, apetyczne zapachy, od których powietrze w pokoju było całe gruzłowate i które już umiesił i wyrobił wilgotny i słoneczny chłód ranka: ogień przekładał je, złocił, grubił, wydymał, robiąc z nich niewidzialny i dotykalny przysmak godny prowincji, olbrzymiego 'napoleonka'. I zaledwie skosztowawszy bardziej chrupiących, delikatniejszych, wybredniejszych, ale też suchszych aromatów szafy, komody, wzorzystych tapet, wracałem – wciąż z utajonym łakomstwem – aby ugrzęznąć we wnikliwym, lepkim, mdłym, niestrawnym i owocowym zapachu kwiecistej kapy na łóżko.
M. Proust, W poszukiwaniu straconego czasu, wyd. PIW, Warszawa 1979. 

Fotografia: http://www.huffingtonpost.com/2013/02/27/prousts-madeleine-study_n_2775454.html

piątek, 8 listopada 2013

Książka jak spacer po linie – „Rażony gromem”, Blaise Cendrars

A wszystko, czego tylko zaznałem w życiu, szczęście i nieszczęście, wzbogacało mnie nad wyraz i przydawało mi się, ilekroć zasiadłem do pisania. Pióro moje zanurzałem nie w kałamarzu, lecz w życiu.
Blaise Cendrars

Biorąc do ręki tę książkę miałam przed oczyma obraz Cendrarsa – awanturnika, podróżnika, poszukiwacza przygód. Człowieka, który zjechał pół świata parając się rozmaitymi zajęciami, stale spragnionego wrażeń, z mnóstwem pomysłów na siebie.

Jako że Rażony gromem to pierwsza część jego autobiograficznego cyklu, spodziewałam się, że będzie to lektura dynamiczna jak on sam, jak jego życie. Sprawa nie jest jednak taka prosta. Ten utwór bowiem to jeden wielki paradoks, łączący sprzeczne żywioły – impulsywność i zapał z mrówczą pracą i umiłowaniem szczegółu.

W stylu da się rzeczywiście wyczuć żywy, niespokojny umysł. Tempo, skróty myślowe, nagromadzenie gorączkowych przymiotników – wszystko to zdradza kogoś pełnego pasji, chłonącego namiętnie wiedzę oraz doświadczenia, jak Jack London rzucającego się na książki z żarłocznością dzikiego zwierza łamiącego kości i wysysającego szpik.

Pod pewnymi względami jednak jest też ta opowieść zaskakująco statyczna. Przygody Cendrarsa widzimy jak na zdjęciu – nieruchomy widoczek, miejsca i ludzie zastygli jak w bursztynie, a gdy już temat się wyczerpie i przyjdzie czas, by ruszyć w dalszą drogę, czytelnik zostaje uprzejmie wyproszony. Oraz błyskawicznie przeniesiony w inne miejsce w czasie i przestrzeni, zupełnie jakby proces zmian, przemieszczania się, dojrzewania nie był już tak istotny.

Zostajemy więc zbombardowani takimi bursztynowymi wspomnieniami, dostajemy tylko miejsca i ludzi, ale za to możemy im się przyjrzeć bardzo dokładnie. Gorączkowość Cendrarsa nie bierze tu nad nim góry i przypomina mi to trochę fragmenty, w których pisał o szybkim jeżdżeniu samochodem – że jest to wspaniałe doświadczenie, ale nie jako źródło podniecenia fizycznego i niezdrowej rywalizacji, jak niektórzy je pojmują, ale jako coś, co należy niespiesznie smakować. Tak też wyglądają te opisy – są mocne i dynamiczne same w sobie, ale nie ograniczają się do kilku niedbałych uwag. Długo pieszczą przedmiot lub człowieka, wydobywając jego esencję, jego prawdziwy kształt, formując go niczym naczynie z gliny. O żonie Micka:
Baba wyglądała raczej na złodziejkę niż na pasterkę. Cisnęła tobołek na ziemię, przysiadła na nim i jęła popatrywać na mnie, uśmiechając się od ucha do ucha. Miała wilcze zębiska, głowę małą, kulistą, włosy rzadkie z koczkiem nie większym niż łajno gołębia, bielmo na oku. Wlepiała we mnie drugie oko, z którego przezierała jakaś umiejętność obserwacji, oko szczwane. Fizjonomia głupawa i chytra zarazem. Twarz przywiędła, rysy toporne, biust obwisły. Brudna, odziana w kaftanik utytłany winem i w czerwoną flanelową spódnicę. Gołe nogi z żylakami na łydkach nikły w ogromnych porozdziawianych chodakach. Dłonie popuchnięte, palce zesztywniałe.
Często tego typu opisy wyrastają gdzieś na uboczu jako wielka dygresja. I takich dygresji jest mnóstwo, czytelnik musi lawirować między nimi z gracją łyżwiarza, trzymając się wątłej niteczki głównego wątku. Muszę przyznać, że nie jest to łatwe i każdy, kto zapragnie się z tą lekturą zmierzyć, musi być przygotowany na karkołomny spacer po linie.

Ze względu na tę dbałość o szczegóły, na to bogate tło, zupełnie nie na miejscu wydaje mi się określenie „kroniki”, jakiego sam Cendrars używał w stosunku do swojego autobiograficznego cyklu. Moja wizja kroniki to reporterski przegląd zdarzeń, tymczasem tu zdarzeń w gruncie rzeczy niewiele, raczej ich uczestnicy i sceneria zdają się grać pierwsze skrzypce.

Opisy są ciekawe również dlatego, że w intrygujący sposób splatają liryzm i rzeczowość. Trochę jakby autor chwilami sam hamował się, by nie popaść w sentymentalizm, albo wręcz przeciwnie, odwrotnie – pilnował, by jego styl nie był zbyt dokumentalny i monotonny. Jak choćby tu:
Odnosiłem chwilami wrażenie, że mści się wprost na swoim mężu, a chwilami znów, że chce wypróbować swoje powaby, żeby zorientować się, jaka jest natura i siła sieci, w które uwikłał się jej mąż, albo że dawała posłuch przywarom i niskim zboczeniom przejętym odeń i że folgowała im nagle, co moment. Wydawało mi się wtedy, że pada ofiarą widma lub demona, i stąd jej krzyki. Nadwrażliwość piersi i szyi za uszami, zwłaszcza za lewym uchem. Niepomiarkowanie w czułych słowach. Minoderia. Obfite orgazmy. Nienasycona w pieszczotach, pocałunkach i łaskotkach. (…) Powiadałem jej, że nic z tego, bo i tak opuszczę ją wczesnym rankiem, i że przypuszczalnie nigdy się już nie zobaczymy, gdyż podobnej nocy powtórzyć nie sposób; że szansa, jaka nadarzyła się nam, by się połączyć, była jedyna, że nie wygrywa się dwa razy wielkiego losu i że nieszczęścia ludzkie stąd pochodzą, iż człowiek usiłuje utrwalić to, co jest nietrwałe.
Jak już mam w zwyczaju, przechodząc od razu do wrażeń z lektury zgubiłam gdzieś po drodze treść. Wychodzę jednak z założenia, że informację „o czym to” każdy już na własną rękę znajdzie i doczyta, więc nakreślę bardzo krótko – pierwsza część to fragmentaryczne wspomnienia z czasów walki w Legii Cudzoziemskiej (w tej też części szukać należy genezy tytułu), druga – powrót do kilku miesięcy spędzonych w małej miejscowości La Redonne w Marsylii, trzecia przybliża nam doświadczenia autora z czasów spędzonych w społeczności cygańskiej.

Moim zdaniem warto spróbować się przebić przez gęstwinę prozy Cendrarsa. Ale sama dla odmiany spróbowałabym teraz jego fikcji. Czuję, że spodoba mi się bardziej.

***
Za książkę dziękuję Oficynie Wydawniczej Noir Sur Blanc.

***
Cytaty: B. Cendrars, Rażony gromem, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 1998.

Ilustracje:
[1] ina.fr
[2] lechouandesvilles.over-blog.com

piątek, 1 listopada 2013

Wielka czeska iluzja? „Láska nebeská”, Mariusz Szczygieł

Fot. František Dostál [Wikimedia Commons]
Láska nebeská to kolejny rozdział czeskich opowieści Mariusza Szczygła. O ile jednak poprzednie dwa – Gottland i Zrób sobie raj – spajał pewien tematyczny klucz, tutaj takiego klucza raczej nie ma. Można by co najwyżej uznać za niego literaturę, bowiem zalążkiem większości z zamieszczonych tu opowiastek są znane czeskie dzieła, jednak oddalając się od tego literackiego punktu wyjścia autor zapuszcza się w tak odległe tematycznie rejony, że spajająca utwór klamra pęka.

Sławna historia kelnera, cwaniaczka i konformisty Jana Dzieciątka z Obsługiwałem angielskiego króla staje się impulsem do rozważań o honorze oraz (tylko z pozoru nie związanej) opowieści o Helenie Vondráčkovej i jej mężu. Od Czarnego Piotrusia Jaroslava Papouška wychodzi przezabawny felieton o czeskiej „literaturze klozetowej” – napisach na ścianach i drzwiach toalet.

Trzy spośród tekstów związane są z postacią Václava Havla, przy czym jeden – O kurczaku à la Havel – to coś w rodzaju hołdu złożonego temu najbardziej ludzkiemu z prezydentów, człowiekowi o niezwykłym poczuciu humoru i skromności.
Dziesięć lat temu pan Krzysztof Zajdel, nauczyciel z Wilkszyna, dostał od urzędującego prezydenta Havla przepis na kurczaka. Postanowił wydać książkę 101 potraw znanych osobistości z Polski i ze świata i zaczął pisać do różnych sław. „Sam pan wie, jak to jest, kiedy pisze ktoś z wiejskiej szkółki do osoby znanej” – wyznał, kiedy poprosiłem o szczegóły. „Napisałem do prezydenta Rosji, Ukrainy, Białorusi, bo moim marzeniem było pokazanie, że jesteśmy normalnymi ludźmi, że przy stole wszyscy mogą usiąść. Z tych osób jedynie prezydent Czech mi odpisał.
Literatura nieraz mocno splata się tu z życiem. Pogrzeb Havla zamienia się w absurdalny teatrzyk jakby napisany i wyreżyserowany przez samego prezydenta, a siostrzenica Kafki, skazując żądnych wywiadu dziennikarzy na czyściec czekania, staje się postacią żywcem wyjętą z książek jej sławnego wujka.

Nie brakuje i poważniejszego ujęcia tematu – jest między innymi o szwejkowskim stereotypie, który przylgnął do Czechów jak stara guma do buta i za nic nie chce się odczepić. Oraz o tym, czy poprawne jest określenie „Czechosłowacy” (i dlaczego tak). A na deser – rozkoszna opowieść o sławnym wynalazcy Járze Cimrmanie, czeskim bohaterze który... nigdy nie istniał.

Fot. František Dostál [Wikimedia Commons]
Historiom tym towarzyszą niezwykłe (mimo zupełnie zwyczajnej tematyki) zdjęcia nieznanego w Polsce fotografa, Františka Dostála – absolutny strzał w dziesiątkę! W zdjęciach Dostála jest bowiem wszystko, co człowiek chciałby uchwycić patrząc na ludzi – czy to pisząc, czy fotografując. Jest urok chwili, jest życie zaklęte w obrazie, jest proza codzienności, którą to jedno ujęcie zamieniło w coś niemal magicznego.

Láskę czyta się jednym tchem i wcale mnie to nie zaskoczyło – w końcu wiadomo, że Szczygieł potrafi opowiadać jak nikt. Po raz pierwszy jednak przy lekturze jego czeskich opowieści poczułam pewien zgrzyt. Zaczęłam się zastanawiać, ile w tym reportażu, a ile czarowania, czy na pewno rzeczywistość nie została trochę podkolorowana, czy mimo braku knajpianego rodowodu autor nie ma w sobie czegoś z pábitela, mieszającego prawdę ze słodką iluzją. Bo mam za sobą swoje pierwsze nieśmiałe doświadczenia z Czechami i nie było wcale tak różowo. Może zrobiłam sobie trochę krzywdę, może jak Emma Bovary uwierzyłam za bardzo w to, co przeczytałam. A może nie miałam po prostu szczęścia. Wciąż jeszcze wierzę.

***
Cytat: M. Szczygieł, Láska nebeská, wyd. Agora, Warszawa 2012.