wtorek, 31 grudnia 2013

Rozkosze ojcostwa (z kupą w tle) – „Podróże konika morskiego”, Petr Šabach

Podróże konika morskiego to powrót do znanych z Gówno się pali perypetii damsko-męskich, ale i coś nowego, innego. Bo mamy tu tatusia. Młodego. I jego momentami zbuntowanego, ale z pewnością ponadprzeciętnie inteligentnego syneczka Pepino.

Wokół nich kręci się cała akcja, bo oto tatuś decyduje się na heroiczny czyn – zostaje w domu z syneczkiem, aby mama mogła się realizować zawodowo. Jak konik morski, z poświęceniem wydający na świat młode, bierze na siebie pełnię rodzicielskich obowiązków.

Choć z początku czuje się nieco zagubiony, po kilku dniach sytuacja się poprawia – przestaje być postrzegany jako dziwadło w damskim kółeczku odwiedzającym każdego dnia ze swoimi pociechami pobliski park, a nawet zaczyna strzyc oczami w kierunku jednej z mamuś, ponętnej blondynki. Nowo poznana piękność zaczyna bezceremonialnie królować w myślach i dzienniczku młodego taty, spychając zupełnie na margines zapracowaną mamę Pepina, która jednak wkrótce dość brutalnie o sobie przypomni...

Z całym tym galimatiasem tatuś radzi sobie w oryginalny sposób. Obok wdzięków parkowej Afrodyty i rozmyślań, jak się do niej zbliżyć, a także skrupulatnych, wręcz naukowych opisów zachowań Pepina kolejnym refrenem pobrzmiewającym we wspomnianym dzienniczku są poranne obserwacje własnych odchodów (tak tak, i tutaj urocze motywy skatologiczne musiały się pojawić:)!). W swej kupie bohater pokłada nadzieję każdego ranka, wyczytując z niej najbliższą przyszłość (bo przecież wróżenie z fusów jest zbyt mainstreamowe...). Jedno spojrzenie i już wie, co go czeka.

Jak to u Šabacha, jest dużo humoru sytuacyjnego (biedny Pepinek uwięziony z głową za piecem, gdy jego tatuś celuje w swą lubą z łuku Amora! nie wiadomo, czy śmiać się czy płakać), rozkoszne obserwacje na temat dorosłych, dzieci, relacji damsko-męskich (rzecz jasna), żarty małe i duże, wybryki małego Pepina... Ten potężny zastrzyk śmiechu to lek na rzeczywistość. Kiedy dobrnęłam do ostatniej strony, poczułam się rozczarowana. Że pan Šabach pisze takie krótkie książki.

Spod tej całej wesołości wyziera jednak coś bardzo nieśmiesznego i absolutnie wspaniałego – silna, choć rodząca się dopiero więź między ojcem i dzieckiem. Nie jestem odporna na takie słodycze, natychmiast rozpływam się jak sopel w wiosennym słońcu, bo nie ma dla mnie większego cudu niż troskliwy tatuś. Kilka dni temu oglądałam film w zupełnie innym klimacie, Blue Valentine, i mimo wąsika, nieodłącznego papieroska i puszki piwa w ręce oraz ogólnie zafajdanego imidżu Ryan Gosling zlizujący razem ze swą małą księżniczką rodzynki ze stołu był dla mnie zdecydowanie najseksowniejszym facetem świata.

Dlatego też bohaterowi Šabacha jestem w stanie nawet wybaczyć to, że bez cienia skrupułów projektował sobie upojne chwile w ramionach parkowej piękności. W końcu dzielny Pepino własną główką ratuje sytuację i nawet gdy sprawy przyjmują dramatyczny obrót magicznie i zupełnie nieświadomie skleja do kupy pokruszoną rodzinę. To dzięki niemu ostatnie słowa w dzienniczku młodego tatusia brzmią tak, a nie inaczej:
W ogóle nie jest źle.
***
Za książkę dziękuję wydawnictwu Afera.

***
P. Šabach, Podróże konika morskiego, wyd. Afera, Wrocław 2012.

Fotografia konika morskiego: diko1967 (sxc.hu)
Fotografia Petra Šabacha: http://www.wydawnictwoafera.pl/autorzy/petr-sabach.html

sobota, 28 grudnia 2013

Rozpłatać brzuch kobiecości – „Morawagin”, Blaise Cendrars

Dawno, dawno temu był sobie pewien chłopiec. Urodzony jako ostatni dziedzic króla Węgier, wcześnie został sierotą i wychowywał się w luksusowym więzieniu – zamku Fejérvár. Gdy miał zaledwie kilka lat, poślubił piękną arystokratkę Ritę. Pokochał ją natychmiast gorąco i szczerze. Snując się po wielkim zamczysku marzył i czekał na ten jeden dzień w roku, gdy było mu dane się z nią zobaczyć. Pewnego razu, gdy ukochana nie przyjechała w wyznaczonym terminie, dręczony tęsknotą podjął karkołomną ucieczkę. Wskutek wypadku na całe życie został kaleką.

Mijały lata, królewicza coraz bardziej fascynowały kształty i faktury, przestało mu wystarczać upajanie się spojrzeniami Rity i wdychanie jej roślinnego zapachu. Pragnął fizycznego zespolenia. Dziewczyna jednak, płocha jak leśna nimfa, wciąż mu się wymykała. W końcu, wygłodniały i doprowadzony do ostateczności, rzucił się na nią i rozpruł jej brzuch. Tak zrodziło się szaleństwo.
Odilon Redon, La Mort. Dzieło, które widniało na okładce
jednego z wydań Morawagina. Kobieta = śmierć.

Oto Morawagin. Mora – od śmierci, vagin – od waginy, kobiety. Kobieta to śmierć, a więc – śmierć kobietom. Młodzieńcze męki niespełnienia przeradzają się u kalekiego arystokraty w nienawiść do całego rodu kobiecego, a jego obsesją staje się wyrafinowane mordowanie przedstawicielek płci pięknej. Zostaje uznany za niepoczytalnego i zamknięty w sanatorium doktora Steina.

Tam poznaje go młody lekarz psychiatrii, narrator opowieści. Z miejsca ulega fascynacji tym małym, oddanych mrocznym namiętnościom człowieczkiem. Nie ma poczucia, że igra z ogniem. Nie zważając na wszystko postanawia pomóc mu uciec.

Razem ruszają w pełną przygód podróż, niczym Don Kichot i jego wierny Sancho Pansa. Wysłanie ich w świat to dla autora pretekst, by drwić z modnych w owym czasie idei, ruchów społecznych, nauk. Bohaterowie biorą udział w rosyjskiej rewolucji i nieudanym zamachu na cara, szukają złota w Ameryce, spędzają kilka miesięcy wśród Błękitnych Indian. Wszystkim ich działaniom towarzyszy dyscyplina i porządek prowadzące do chaosu, ich celem jest niszczenie, ich ideologią – nihilizm, ich motorem – pogarda dla świata. Z czasem młody lekarz popada w zniechęcenie i opada z sił, ale Morawagin jest jak maszyna. Niestrudzony, nigdy nienasycony w swoim pragnieniu mordowania, chłodnego i obojętnego mszczenia się na świecie za doznane krzywdy.
Za każdym razem, gdy uważano go za pokonanego, u kresu sił, wyczerpanego najstraszliwszymi kryzysami moralnymi, odradzał się z popiołów świeży, pełen wiary, rześki i dźwigał się zawsze bez najmniejszego dla siebie uszczerbku (…). Ta mała dłoń będąca wyrzutnią dla młodzieńczej idei, zwartej i okrągłej jak bila, która zmienia się później w precyzyjnie grającą rękę, zadającą śmiałe ciosy, prowokującą takie karambole, że wszystkie te myśli z kości słoniowej rozbiegają się jak wyrzucone z orbity słońca i głośno zderzają się ze sobą; dzisiaj panuje nad ludźmi i nad światem ta sama dłoń, dłoń, w której spoczywa jabłko cesarstwa, dłoń, która je waży, gotowa rzucić jak bombę, gotowa spowodować wybuch (s. 90).
Oczywiście głównym celem i obiektem zemsty Morawagina stają się kobiety, toteż gdziekolwiek pojawia się ten oryginalny tandem, zawsze zostawia za sobą krwawą ścieżkę kobiecych zwłok. „Kobieta to zabawka” – mówi geniusz-degenerat, „każda istota rozumna ma obowiązek rozpruć jej brzuch”. Najbardziej wyrafinowanego aktu mordu dokonuje na zakochanej w nim litewskiej Żydówce Maszy. Zabija ją bowiem, praktycznie rzecz biorąc, jej własnymi rękami. Zrozpaczona, z jego nienarodzonym dzieckiem w łonie, popełnia samobójstwo.
Mężczyzna i kobieta nie są stworzeni po to, by się rozumieć, kochać, stapiać w jedno i przetapiać. Przeciwnie, nie cierpią się i rozszarpują nawzajem; i jeśli w tej walce, której na imię miłość, kobieta uchodzi za odwieczną ofiarę, w rzeczywistości to mężczyznę się zabija, zabija bez końca. (…) Mężczyzna jest jej niewolnikiem, poddaje się, tarza u jej stóp, abdykuje bez walki (s. 71).
Morderstwo jest jedynym skutecznym sposobem, jaki sto miliardów pokoleń samców i tysiące wieków ludzkiej cywilizacji wynalazły, by nie poddać się władaniu kobiety (s. 72).
Tempo prozy Cendrarsa odpowiada szybkości, z jaką bohaterowie przemieszczają się między kontynentami (a nawet planetami – patrz: urojony lot Morawagina na Marsa) i rozmachowi ich działań. Gdzieniegdzie staje się duszna, lepka i odrealniona, jak podczas narkotycznego rejsu po Orinoko, a gdy zamknięty w areszcie Morawagin pogrąża się w swoim szaleństwie, świetnie oddaje jego gorączkowe wizje.
 
Pierwowzór postaci Morawagina istniał naprawdę. Był spotkanym przez autora w 1907 roku prostaczkiem, którego dopiero co wypuszczono z więzienia. Spędził tam wiele lat za zgwałcenie dwóch dziewczynek. Stał się dla Cendrarsa zdławionym w zarodku pomysłem, powracającym demonem, którego ostatecznie pozbył się dopiero czyniąc go bohaterem swojej powieści.

Na jej kartach zahukany zboczeniec urósł do rangi złowieszczego geniusza, anioła zniszczenia, uosobienia zła. Zrodzonego z cierpienia i pogardy i pożartego wreszcie przez swój własny, demoniczny umysł. Fascynującego i strasznego. Przeczytajcie, zachwyćcie się, a potem przeraźcie.
Nie należę do waszej rasy. Pochodzę z mongolskiego szczepu, który przyniósł okrutną prawdę: autentyzm życia, świadomość rytmu, i który zawsze będzie pustoszyć wasze ustatkowane, ułożone jak pudełka domostwa czasu i przestrzeni. Mój rumak jest bardziej nieokiełznany niż wasze zdezelowane przekładnie, jego rogowe kopyta groźniejsze od waszych stalowych kół (...). Drżyjcie, gdy wyjdę wam ze ścian jak z namiotu Attyli, zamaskowany, potwornych rozmiarów, ubrany tylko w kaptur, jak moi towarzysze więzienia w porze spaceru, i kiedy dłońmi dusiciela, czerwonymi od mrozu, otworzę chory brzuch waszej cywilizacji!
***
Za książkę dziękuję Oficynie Wydawniczej Noir Sur Blanc.

***
Cytaty: B. Cendrars, Morawagin, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2005.

Fot. UrDisaster (sxc.hu)

czwartek, 26 grudnia 2013

Czeski klasyk odkurzony – „Babunia”, Božena Němcová

Pomnik w Ratibořicach przedstawiający Babunię wraz z wnuczętami.
Ta powieść to klasyk klasyków literatury czeskiej, przerabiany jako lektura na każdym praktycznie etapie edukacji. Ponieważ powstała ponad 150 lat temu, a jej akcja rozgrywa się w środowisku wiejskim (taki odpowiednik naszych Chłopów), język jest lekko archaiczny, gwarowy, słowem – mało atrakcyjny dla współczesnego odbiorcy. Dla niektórych więc zapewne powieść Němcovej nie jest niczym więcej jak przykurzoną ramotą, której miejsce na strychu babci, wśród pajęczyn i niepotrzebnych rupieci.

Postawiłam sobie za punkt honoru dowieść, że do takiej ramoty Babuni daleko. Bo choć mamy tu dobrotliwą staruszkę, wieś sielską i anielską (ale i groźną, gdy do głosu dochodzą żywioły), mnóstwo ludowych zwyczajów, bliskość z naturą i jej obszerne opisy, czyli wszystko co może nie do końca pozytywnie kojarzyć się z opowiastkami Rodziewiczówny, Mniszkówny czy oklepanym Nad Niemnem Orzeszkowej (przy czym odwołuję się tylko i wyłącznie do zasłyszanych opinii na temat tych utworów, ja sama Nad Niemnem bardzo lubię), to, moi drodzy, Němcová jest inna. Czemu? Bo pod względem talentu narracyjnego wszystkie te autorki bije na głowę.

Božena Němcová w 1850 roku.
Cytując Hrabala, to istny czempion krytych kortów, mistrzyni opowiadania, rasowa czeska gawędziarka, która snuje i przeplata nici swoich historii tak zgrabnie, że niemalże wprowadza czytelnika w trans. Nie dziwię się Erbenowi, że zachwycił się jej narracją i chwała mu za to, że odkrył tę perełkę i zachęcił ją do podzielenia się ze światem swoim talentem.

Ale, ale! Same zdolności narracyjne to jednak oczywiście za mało, by wejść na stałe do kanonu szkolnych lektur. Babunia jest tak ważną książką z innych względów.

W momencie jej powstawania państwo czeskie od ponad dwustu lat praktycznie nie istniało. Czeski naród był pod bardzo silnym wpływem Niemiec, niemiecki był językiem urzędowym, wykładano w nim w szkołach i na uczelniach, a wyższe warstwy społeczne tak bardzo zaaklimatyzowały się w tej nowej sytuacji, że istniało realne zagrożenie całkowitego wynarodowienia.

Język, tradycje i pamięć o dawnej świetności Czech przetrwały tylko dzięki prostemu ludowi. I ten fakt bardzo wyraźnie podkreśla powieść Němcovej. Odważna i kochająca ojczyznę Babunia, która po śmierci męża mając do wyboru wygodne życie na obczyźnie lub niebezpieczny i uciążliwy powrót z gromadką małych dzieci do domu, do ziemi czeskiej, bez wahania ruszyła w drogę, to jedna z wielu bezimiennych bohaterek, które pielęgnując rodzimy język i zwyczaje dzielnie podtrzymywały Czechy przy życiu.

Oczywiście wśród wierzeń Babuni mnóstwo jest nieprawdopodobnych historii uznawanych dziś za zabobony. Ale to one nadają całej historii barwny, bajkowy wymiar, przenoszą nas do czasów, gdy leśne nimfy i wodniki jeszcze krążyły wśród ludzi, do czasów sprzed mickiewiczowskiego mędrca szkiełka i oka. Němcová pisze tak malowniczo, że naprawdę chce się uwierzyć, że Wiktorka nie jest naiwną uwiedzioną przez żołnierza dziewczyną, ale nieszczęśnicą omamioną i zgubioną przez czarnego myśliwego, uosobienie złych mocy.

Zdjęcie Němcovej z dziećmi zrobione w 1852 roku.
Jest to więc narracyjna perełka i nieoceniona skarbnica wiejskich zwyczajów i ludowych wierzeń. Ale mnie Babunia ujęła przede wszystkim ze względu na swój wymiar osobisty. Tytułowa bohaterka żyła naprawdę i była najjaśniejszym punktem dzieciństwa Němcovej. Powieść ta miała być hołdem złożonym ukochanej babci, a jej tworzenie i towarzyszący mu powrót do najmilszych wspomnień – osłodą trudnych chwil w życiu autorki, które przeżywała po śmierci syna.

Na początku powieści, zwracając się do od wielu już lat nieżyjącej babci, Němcová pisze: „Dość mi będzie na tym, jeśli znajdę choć kilku czytelników, którzy czytaliby o tobie z takim uczuciem, z jakim ja o tobie piszę”. I jeśli o mnie chodzi – całkowicie jej się udało.

***
B. Němcová, Babunia, wyd. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1951.

Fotografie: Wikimedia Commons.

środa, 25 grudnia 2013

Bezkrwiste „Bez krwi” i Baricco rozczarowujący

Zaczynam żałować, że po City wyrobiłam sobie tak duże oczekiwania w stosunku do pana Baricco. Bo w przeciwnym razie do jego krótkich, zgrabnych historyjek pewnie podeszłabym inaczej. Przychylniej. Pewnie mogłyby mi się nawet spodobać. A tak – już zawsze wszystko, co wyszło spod jego pióra, porównywać będę z tą pierwszą, najwspanialszą, z tym objawieniem. I jeśli będzie choć trochę mniej doskonałe – będę rozczarowana. Dlatego coraz bardziej boję się Jedwabiu.

Krótkie, zgrabne, choć nie lekkie. Może w tym sęk. Za dużo emocji, za dużo dramatów, które autor próbuje pomieścić w tak maleńkim formacie. Nie ma się poczucia stłoczenia, bo jest oszczędny w słowach, zostawia dużo swobody czytelnikowi. Ale mknie jak wicher, jest bardzo filmowy, podobnie jak w Novecento – pokazuje tylko sceny, twarze bohaterów, zbliżenia. Z wprawą starego pokerzysty ukrywa za nimi to co istotne.

I po raz kolejny przemknęłam, nie zatrzymałam się, poczułam niedosyt. Moje wrażenia są bardzo podobne do tych, którymi podzieliła się kiedyś u siebie Chihiro – przeczytajcie, bo ona oddała to lepiej. Ja nie potrafię o tej książce pisać, za mało w niej wszystkiego, za mało miejsca, by bawić się interpretacjami, za mało punktów zaczepienia. Jest pewna mała dziewczynka, która kiedyś ocalała z piekła. I jako duża dziewczynka próbuje do tego piekła powrócić. Tyle.

***
A. Baricco, Bez krwi, wyd. Czytelnik, Warszawa 2003.

Fot. http://www.timeout.com/newyork/books/a-conversation-with-alessandro-baricco

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Życzenia, rocznice, uściski

Kochani! Życzę Wam, żeby te Święta były piękne. Oraz (ponieważ wiem, że Wam też tego brakuje) spokoju i czasu dla siebie, dla rodziny i dla ulubionej książki.

Podobnie jak rok i dwa lata temu mam przy tej okazji przyjemność ogłosić, że Literackie skarby świata całego obchodziły niedawno urodziny. Mój blog to już 3-letni brzdąc! Oczywiście z tej okazji przesyłam Wam podziękowania, uściski, buziaki za każdą wizytę i komentarz. 

W zeszłe Święta prorokowałam, że jeśli wielkiego przewrotu w moim życiu nie będzie (a ostatecznie nie było) to lektur w tym roku będzie jeszcze mniej niż w ubiegłym. Okazało się jednak, że tak tragicznie nie jest, sporo czytam, trochę piszę, jakoś się to wszystko kręci. I kręcić się jeszcze na pewno będzie, bo dobrze mi tu :)

Fot. photoshu (sxc.hu)

niedziela, 22 grudnia 2013

Spacery nocą i podwodne jaskinie – „Nocna dorożka”, Vlada Urošević

Karel Jaromír Erben, XIX-wieczny czeski poeta, napisał kiedyś balladę pod tytułem Wodnik. Jej bohaterka, młodziutka dziewczyna, wpada do jeziora i zostaje przechwycona przez mieszkającego na dnie Wodnika, ten zaś czyni ją swoją żoną i matką swojego syna. 150 lat później František Brabec nakręcił film Kytice na podstawie kilku utworów Erbena, w którym to filmie sceny z ballady o Wodniku zostały nakręcone pod wodą. I są absolutnie piękne:


Piszę o tym na początku mojej recenzji Nocnej dorożki, bo tamte sceny, płynne, zawieszone, marzycielskie przywodzą mi na myśl sposób obrazowania Vlady Uroševicia. Tak jak u Schulza wszystko zdaje się utopione w słoiku miodu, tak u macedońskiego pisarza świat przypomina podwodną jaskinię, ciepłą i przymgloną. Metafora takiej jaskini zostaje zresztą nawet kilkakrotnie przez autora przywołana:
Przedziały wyglądały jak małe podwodne jaskinie, wzdłuż których nieruchomo zwisały jasnozielone algi księżyca, pozostawiające na uśpionych twarzach ślady jak po przejściu ślimaka. (…) Głębokie zakładki sukien rozchodziły się powoli jak skrzela, kwiaty na koronkach powiększały się jak blade meduzy. Rytm oddechu był lekki i ledwie słyszalny: był jakby odgłosem olbrzymich fal, załamujących się gdzieś daleko na powierzchni (s. 39).
Za drzwiami pokoi słychać było przytłumione szmery: śpiący, przytłoczeni ciężką warstwą podwodnych snów, ledwie dysząc zanurzali się w głębinę prześcieradeł, wynurzali się od czasu do czasu, żeby zaczerpnąć powietrza, bulgotliwie jak topielcy (s. 78).
Nic zresztą dziwnego. Bajkowe dno jeziora z królującym tam Wodnikiem leży gdzieś w świecie fantazji. A senne, błękitne i falujące obrazy Uroševicia również pojawiają się przy przejściu z rzeczywistości w świat magiczny, niewyjaśniony, przeczący prawidłom czasu i miejsca. Cicho i niebiesko robi się, gdy tajemniczym sposobem bohaterowie trafiają do pociągu, który zaginął kiedyś na bocznicy i gdy stają się świadkami wielkiego pożaru, który miał miejsce kilkadziesiąt lat wcześniej.

Malowniczy podwodny świat przeplata się tu z wszechobecną nocą, rozumianą jako nieposkromiony żywioł, czas kiedy drogi uciekają spod nóg, a tajemnicze postaci pojawiają się i nagle znikają. Jeśli noc, to i sen, obecny jednak nie tylko w tym mglistym sposobie widzenia, w plątających się ścieżkach, ale i dosłownie (śpią pasażerowie pociągu-widma, śpią panowie w teatrze, śpi niemal bez przerwy eteryczna kuzynka Emilia).
Noc zdawała się być olbrzymim niezbadanym obszarem, po którym błądziliśmy my – jedyni świadkowie jej dwoistości. Niemal namacalne były te dwie płaszczyzny: jedna – krótka i uproszczona, na której leżały nieruchomo nieprzytomne ciała śpiących, i druga – niesamowicie zagmatwana i pełna niespodzianek, po której poruszaliśmy się tylko my (s. 60).
O ile jednak historie z części Moja krewna Emilia to przygody dzieci, które zawsze kończą się bezpiecznym powrotem we właściwe miejsce i właściwy czas i podobnie jak wizje Schulza można je uznać za wytwory nieokiełznanej wyobraźni, o tyle późniejsze, „dorosłe” opowiadania wprowadzają pewien element zagrożenia. Tu już brakuje happy endów, a splatające się z rzeczywistością i ostatecznie przejmujące kontrolę nad bohaterem fantazje stawiają go w sytuacji śmiertelnego niebezpieczeństwa. Przypominało mi to atmosferę niedawno czytanych opowiadań z tomu Anioł Esmeralda DeLillo.

Ciekawa jest też złożona z trzech opowiadań część Pisarskie rzemiosło otwierającą cały zbiór. W zaskakujący, trochę dowcipny a trochę straszny sposób krzyżuje ona rzeczywistość, w której żyje pisarz z rzeczywistością wychodzącą spod jego pióra. Utwór Opowiadanie o tym, jak się pisze opowiadania, w którym bezimienny Pisarz snuje historię człowieka idącego przez pustkowie, aby po kilku nieoczekiwanych zwrotach akcji samemu znaleźć się w sytuacji swojego bohatera, natychmiast przywiódł mi na myśl Ciągłość parków Cortázara, gdzie podróżującego między światami pisarza zastąpił czytelnik.

Urošević nie jest drugim Schulzem, do tego czarodzieja pióra z Drohobycza mu daleko, ale też pisze pięknie. Odmalowany przez niego świat tętni barwami, można go poczuć, powąchać, posmakować.
Lato już minęło, pachniało pieczoną papryką, wytłoczynami winogron, pieczonymi kolbami kukurydzy. Zza przerzedzonych liści drzew pobłyskiwały wyogromniałe nagle gwiazdy, w powietrzu, które stawało się coraz bardziej rześkie, słychać było przenikliwe głosy wieczornych nawoływań i gwizdów: miasto zaczynało tętnić życiem pierwszych jesiennych nocy, życiem pełnym niezwykłości (s. 75).
Na dworze noc już zdążyła przewlec swoje bladofioletowe żyły przez miękkie mięso mgły. Delikatna biaława faktura mgły była przeżarta trującą pleśnią nocy, siniała, zbijała się w grudę, więdła (s. 93).
Jeśli macie ochotę na coś bajkowego, magicznego, tajemniczego – a czytaniu opowiadań Uroševicia bardzo sprzyja klimat długich grudniowych nocy – to bardzo polecam. 

***
Cytaty: V. Urošević, Nocna dorożka, Wydawnictwo Łódzkie, Łódź 1985.

Fotografie:
[1] vali_bv (sxc.hu)
[2] wyrls (sxc.hu)

czwartek, 12 grudnia 2013

O śmierci bez zadęcia – „Zasady śmiesznego zachowania”, Emil Hakl

Czeska literatura ma kilka twarzy i nie wszystkie mi się podobają. Bywa zdystansowana i prześmiewcza, nieprzyjemnie sztuczna, jak wykrzywiona ironicznie maska. Ale Zasady śmiesznego zachowania do tej akurat grupy na pewno nie należą.

Przekonuje mnie ta książka, od pierwszej do ostatniej litery. Niezależnie od tego, czy opisane w niej perypetie są oparte na faktach czy nie (a ponoć są), brzmi rozbrajająco osobiście. Jak czyjaś szczera historia opowiadana półgłosem w ciemnej knajpie. Nie wyczuwa się zgrzytu przy sentymentalnych powrotach do przeszłości, nie zostawia po sobie syntetycznego posmaku wspomnienie pierwszej miłości – burzliwego związku z Łatą.

Bardzo prawdziwie brzmi też cichy dramat po śmierci ojca, bez łez i rozdzierania szat, ale z tą odrobiną refleksji i czarnej pustki, którą odchodząc zostawia po sobie ktoś ważny. Nie ma tu żałobnej szopki, tekturowej fasady za którą nie kryje się nic. Honza nie zamierza wygłaszać patetycznych kawałków na temat więzi łączącej go z ojcem i zdaje sobie bardzo dobrze sprawę, że ich relacje nie były wzorcowe. Jakiś rys niecierpliwej czułości w jego sposobie odnoszenia się do taty przekonał mnie jednak, że ten facet wcale nie jest tak niedojrzały, jak zarzucają mu niektórzy.

Prawdę mówiąc ta nakreślona na kilkudziesięciu stronach historia, w której u schyłku ojcowskiego życia role ojciec-syn powoli się odwracają, bardzo chwyciła mnie za serce. Przypominało mi to inną czeską powieść, Zapisywaczy ojcowskiej miłości Michala Viewegha. (À propos, znalazłam nawet artykuł porównujący twórczość tych dwóch pisarzy, tyle że po czesku – dla chętnych link). Choć za prozą Viewegha nie przepadam, bo jest dla mnie klasycznym przykładem tego zdystansowanego nurtu, ta książka jest inna. Jest w niej ta sama ujmująca szczerość i prostota stosunków ojciec-dziecko, która oczarowała mnie w Zasadach śmiesznego zachowania.

Na tym jednak moja lista pochwał się nie kończy. Nie mogłabym nie wspomnieć o tym, co Hakl robi z językiem. W jego rękach słowa miękną, rozciągają się jak guma, można z nich lepić jak z plasteliny. Rzadki dar, którym niektórzy zachwycają się na przykład u Joanny Bator. Tutaj każde zdanie może być małym dziełem sztuki.
Dlatego teraz przedzieram się przez biblioteczkę, dlatego łykam nieswoje słowa. Otulam się w wyświechtane, gryzące starym potem larwy cudzych historii, żeby zagłuszyć trzaski we własnej skrzynce rozdzielczej (s. 38).

W moim mózgu powoli blednie prześwietlony ślad podgórza. Roztopiona miedź gór, szkarłatne powietrze, czarna pieczęć słońca (s. 54).

Czemu nie, skoro ludzie kupują to na siatki. Nie ja jeden cieszę się na chwilę, kiedy zacznę pozbawiać ten megaowoc celofanu, szypułek, skórki. Cierpliwie go rozmontowywać, rozbierać cytrusową konstrukcję. Aż dobiorę się do miąższu, któremu niedaleko już do żywego mięsa (s. 55).
Z całej historii wypływa nieoczekiwany wniosek: śmieszność bierze się właśnie z nadmiaru powagi. Patrząc na życie swego ojca z całą surowością kochającego syna Honza ocenia je jako smutne i nieudane, a to jego zdaniem właśnie przez usilne starania, by śmieszności uniknąć. Sam nie chce skończyć w ten sposób, stąd być może desperacka ucieczka w świat świrusów Murgy'ego i Rulpo, lot na paralotni, łowienie ryb w Dunaju.

Wszystko to po to, żeby znaleźć wolność. Tę, której i ojciec skrycie pragnął, o czym świadczy jego ostatnia wola – prochy rozsypane do morza to jego namiastka wyzwolenia. Gdzie kończy się jednak wolność, a zaczyna samotność? I jak je od siebie odróżnić?

***
Za książkę dziękuję wydawnictwu Afera.

***
E. Hakl, Zasady śmiesznego zachowania, wyd. Afera, Wrocław 2013.

sobota, 7 grudnia 2013

Łupina orzecha na wzburzonej rzece – „Anioł Esmeralda”, Don DeLillo

Anioł Esmeralda, zbiór dziewięciu opowiadań Dona DeLillo napisanych w różnych etapach jego życia, to opowieść o groźnym i nieprzyjaznym świecie, świecie na wzór wzburzonej rzeki, po której w łódeczkach z łupin orzecha dryfują bezbronni ludzie. Czasem zbliżają się do siebie, łupiny postukują jedna o drugą z nadzieją, i właśnie te krótkie chwile łączności, te „ludzkie momenty”, są tu najważniejsze.

Ludzkie momenty, czyli co? Okruchy codzienności na stacji kosmicznej nad pogrążoną w III wojnie światowej planetą Ziemią (Ludzkie momenty w czasie trzeciej wojny światowej). Miłościwe kłamstwa, jakimi biegacz chroni roztrzęsioną kobietę – świadka porwania małego chłopca (Biegacz). Poczucie bezpieczeństwa, jakie daje żyjącej w strachu przed trzęsieniem ziemi kobiecie jej przewidywalny przyjaciel, „angielski chłopiec” (Akrobatka z kości słoniowej), i jakie poszukującej spokoju Flory daje jej były już mąż, ogarnięty szaleństwem o pozorach racjonalnego planu Leo (Zamorzona). Człowieczeństwo jaśnieje w nowojorskiej dzielnicy slumsów, na ścianie odrapanej kamienicy ozdobionej anielskim graffiti upamiętniającym zabite lub zmarłe wskutek głodu i nędzy dzieci (Anioł Esmeralda). I czyni bliższym napotkanego na ulicy człowieka, każe dopisywać jego historię, wypełniać treścią pustą kukłę, jaką stanowi dla większości przypadkowych przechodniów (Północ u Dostojewskiego).

To one pozwalają przeżyć, przetrwać długi i niebezpieczny rejs w wątłej łódeczce. Bo świat nie ma nic innego do zaoferowania. Oddzieleni od niego kosmicznym dystansem bohaterowie Ludzkich momentów w czasie trzeciej wojny światowej zadają sobie pytanie „Kto chciałby tam żyć?”.
Popatrz na miasta z ich roziskrzonymi światłami pełzającymi we wszystkich kierunkach. Spróbuj wyobrazić sobie zbrodnie i przemoc. Spójrz na smugę dymu wiszącą nisko nad ziemią. Jaki ma wpływ na zaburzenia w oddychaniu? To wariactwo. (…) Popatrz na skupiska ludzkie na wybrzeżach wystawionych na działanie przypływów i odpływów. Co może być bardziej przerażającego od fal pływowych? Ale oni tam żyją, zostają tam. Dokąd mieliby pójść?
Więzień z opowiadania Sierp i młot stojąc na kładce i patrząc na mknące pod jego stopami auta zastanawia się natomiast, jak to możliwe że wszystko jakoś się trzyma, że samochody nie zjeżdżają ze swych pasów i nie zderzają się co minutę, że wszystko bezmyślnie lecz intuicyjnie mknie przed siebie prosto jak strzała. Że rzeka, mimo że burzliwa, nie wychodzi nigdy poza swe koryto.

Można poddać się prądowi, uciec w bezpieczny banał, zamknąć oczy i dać się omamić nowoczesnym technologiom stwarzającym pozory sensu. A można, mimo poczucia bezsilności, szukać dróg ucieczki. I to właśnie robią niektórzy z bohaterów DeLillo. Dla jednych jest nią, paradoksalnie, więzienie – odseparowana przestrzeń, pozbawiona oczekiwań i obowiązków dnia codziennego. Dla innych – ciemne sale kinowe, w których zamykają się na całe dnie, wybierając oswojoną, filmową wersję rzeczywistości. 
Mieli nagie twarze, nagie dusze i może dlatego się tu znaleźli, żeby czuć się bezpiecznie. Świat był tam, wyżej, w ramie, na ekranie, zmontowany i poprawiony, i ciasno związany, a oni byli tu, gdzie przynależeli, w wyizolowanej ciemności, będąc, kim byli, bezpieczni.
Don DeLillo
Student z opowiadania Północ u Dostojewskiego i jego przyjaciel Todd ucieczkę znajdują zaś w filozoficznym roztrząsaniu pozbawionych znaczenia drobnostek, budowaniu fikcyjnej historii spotykanego na ulicy starszego mężczyzny w anoraku (a może parce). Wkrótce zresztą staruszek urasta do rangi symbolu i staje się źródłem wielkiego sporu między przyjaciółmi. Bo czy lepiej skonfrontować fantazję z rzeczywistością czy raczej żyć wiecznie prawdą urojoną, tworzyć swój własny, wymyślony świat?

Jeszcze inna droga (a może nie inna, może to po prostu kolejny wariant tej jednej, jedynej?) to doszukiwanie się rzeczy nadprzyrodzonych i świętych, które pomogą rozwiać własne wątpliwości. Jednym z takich cudów jest właśnie anioł Esmeralda, wizerunek zamordowanej dziewczynki ukazujący się trochę groteskowo w rogu bilbordu reklamującego sok pomarańczowy.

Wszystkie te prawdy jednak DeLillo obudowuje zagadkami, zasnuwa mgłą tajemnicy. Zwłaszcza relacje damsko-męskie, cała ta chemia między dwójką osób przeciwnej płci, zdaje się czymś nieuchwytnym dla czytelnika. Mam wręcz wrażenie, że chwilami rzeczywistość przechodzi tu płynnie w fantazję, jakby jedna osoba była nie do końca ujarzmionym wytworem wyobraźni tej drugiej (Baader-Meinhof).

Rozwiązywanie tych literackich zagadek jest jednak sporą frajdą, a forma opowiadania tę frajdę jeszcze potęguje. Można bowiem szukać podobnych motywów między historiami, głowić się nad kluczem, porównywać sytuacje i sposoby w jakie poszczególni bohaterowie sobie z nimi radzą, a także śledzić jak zmieniał się sposób pisania i postrzegania rzeczywistości przez autora na przestrzeni lat. Dzięki temu wszystkiemu mogę śmiało napisać, że moje pierwsze spotkanie z prozą Dona DeLillo było czystą przyjemnością.

***
Za książkę dziękuję Oficynie Wydawniczej Noir Sur Blanc.

*** 
Cytaty: D. DeLillo, Anioł Esmeralda, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2013.

Ilustracje:
[1] oneshotonepic / Foter.com / CC BY-NC-SA
[2] Wikimedia Commons
[3] http://www.noir.pl/

niedziela, 1 grudnia 2013

Nieznośna lekkość problemów – „Masłem do dołu”, Petr Šabach

Masłem do dołu to książka, którą bardzo chciałam mieć i którą dzielnie wywalczyłam w konkursie. Można się więc domyślić, że podobnie jak z Sąsiadami wiązałam z nią duże nadzieje. Jakiż był mój smutek, gdy przekonałam się, że będzie to kolejne po powieści Oty Filipa czytelnicze rozczarowanie... Ratowałam ją w swoich oczach na wszystkie sposoby, bo przecież Šabach (przy którego Gówno się pali przednio się bawiłam), bo Czesi, bo humor i hrabalowskie knajpiane tradycje. Wszystko na nic.

Główni bohaterowie, Arnošt i Evžen, to panowie nie pierwszej już młodości, ale młodzi duchem. Pierwszy – rozwodnik, trochę nieudacznik, trochę anachroniczny, trochę boidupka i właściwie nie wiadomo, czego jeszcze od życia oczekuje. Pewnie raczej niczego i pewnie zasuszyłby się w swoim maleńkim antykwariacie, spoczął wraz ze swoimi książkami pod pierzynką kurzu, gdyby nie ukochana córka Julia, ukochany wnuczek Míša oraz oczywiście Evžen – wulkan energii, miłośnik militariów, zawsze z jakimś irracjonalnym pomysłem na podorędziu. Pamiętacie parę Holing – Maurice z kultowego Przystanku Alaska, dwóch kumpli rozdzielonych przez ponętną blondyneczkę Shelly? Temperamentny, nie przebierający w słowach Maurice w swojej nieodłącznej kurtce (Evžen też taką ma, wojskową, model M65 wzór Regiment) i trochę przestraszony, trochę zakompleksiony Holing, łypiący na świat niepewnie zza kontuaru w swoim barze – ta dwójka bardzo przypomina mi wymyślony przez Šabacha podstarzały duet.

Dwaj panowie często sączą piwko w knajpie Cisza, sprzeczają się i przeżywają różne zabawne perypetie. W tle natomiast rozgrywa się rodzinny dramat córki Arnošta. Są zatajone skoki w bok, niesforny mąż, tragedia z dzieckiem w roli głównej, a więc całkiem spory ładunek smutków i okropieństw jak na tak słoneczną na pozór i wesołą książeczkę.

Tyle tylko, że te smutki i okropieństwa opadają w końcu jak piwna piana, ulatują gdzieś w przestworza, lekkie i zwiewne jak kolorowe baloniki. I to mi nie gra. Bo choć wiem, że to z założenia miała być taka pozytywna i łatwa historyjka, trochę oderwana od rzeczywistości, trochę sielankowa, w której jak za dotknięciem różdżki na miejsce rozbrykanej ropuchy pojawia się całkiem przyzwoity zięć... to jednak nie trafia to do mnie. Zbyt to proste, zbyt cukierkowe, i prawie mam panu Šabachowi ten rodzinny dramacik za złe, bo starsi panowie dwaj i ich wesołe przygody (może z wyjątkiem kilku zbyt jak na mój gust montypythonowskich momentów) są prima sort. Podobnie jak pomysłowy palindrom „A to idiota!” i świetna historyjka z dramatu pisanego przez Arnošta – o panu poecie, do którego pewnego razu dzwoni zdesperowany uczeń.

Myślicie, że dopadł mnie wirus czytelniczego malkontenctwa? Wie ktoś, jak się to leczy?

***
P. Šabach, Masłem do dołu, wyd. Afera, Wrocław 2013.