sobota, 22 lutego 2014

Oślepiające piękno roztopionego niklu
– „Perełka na dnie”, Bohumil Hrabal

Niedzielne popołudnie, niewielka knajpka. Pusto, bo wszyscy na meczu. W rogu sali siedzi młody dryblas, namiętnie czyta książkę, pije piwo i pali papierosy, nie odrywając ani na chwilę wzroku od tekstu. Nieopodal jegomość pogryzający kiszoną kapustę oraz lokalny spec od piłki nożnej, rzucają pod adresem zaczytanego młokosa jadowite uwagi. Bo kto to widział w tym wieku czytać, i jeszcze przy tym płakać i śmiać się jak baba, zamiast po męsku pójść na mecz... Poprzewracało się w dupach tym młodym!

Sceneria wciąż ta sama, nieznacznie tylko zmieniają się aktorzy, zaczytany wychodzi, kibice wracają, kapuściany jegomość wybiega ze swoim rondlem wycelowanym jak różdżka w kierunku długonogiej damy, po sali wędrują tace z kielonkami pełnymi zielonej miętówki... Co z tego wynika? Nic. Ale tak właśnie ma być. Po prostu pstryk – i jest obrazek zatrzymany na papierze. Jest ta knajpka, jest huta, jest stara synagoga czy piekarnia, której właściciel wciąż daje się nabrać na niewinne oczy agenta ubezpieczeniowego... Rozmowy odbijają się od ścian, i pewnie przepadłyby bez wieści, gdyby Wielki Zapisywacz nie uchwycił ich w locie i nie utrwalił na zawsze. Bo w codzienności kryje się prawdziwa sztuka.
W każdej restauracji ktoś powiedział coś, o czym się dowiedzieć możecie tylko w uczonych księgach. U Pinkasów na przykład jeden gość płakał w piwo i mówił – prawdziwe wykształcenie oznacza zupełną ruinę. Pod Złotym Tygrysem powiedział jeden radca – z łajna bata nie upleciesz, a jak upleciesz, to z niego nie strzelisz. Na Kalczawce raz powiada harmonista – prawdziwy mężczyzna jest zawsze trochę podpity, troszkę zmarznięty i odrobinkę śmierdzi uryną (…). To dopiero, nie? I w każdej restauracji coś pięknego się powiedziało i wciąż się mówi, prawda? (s. 206)
Większość tych opowiadań znalazło się w zbiorze Aferzyści z 1983 roku, o której to książce już u siebie pisałam. Tytuł tamtego zbioru jest bardzo adekwatny, bo główną rolę w wielu z tych utworów grają tacy trochę szaleni, pełni pasji i życia, żyjący fantazjami i zmyśleniami bohaterowie – znany ze Zbyt głośnej samotności Hanta, szarmancki Emanek, chwalipiętek Jenda – z których każdy przypomina mi trochę stryja Pepina (widać więc bardzo wyraźnie, jak silnym ośrodkiem hrabalowskiej mitologii jest ta postać, jak niemal cała jego twórczość kręci się wokół niego). Każdy z nich to perełka na dnie.

Piękno kryje się nie tylko w knajpach i na ulicach, ale i – a może przede wszystkim – w fabrykach, magazynach, hutach. Czujecie czasem ten dreszcz, gdy tuż obok was przetacza się zwaliste cielsko lokomotywy, albo gdy rdza na starych drzwiach układa się w jakiś tajemniczy wzór, albo gdy mocarny dźwig unosi coś ciężkiego i przerzuca w inne miejsce, z gracją, lekko jak piórko? Zachwyca was czasem poezja mechanizmów, trybów, maszyn? W innym opowiadaniu Hrabala, które właśnie tłumaczę, jest fascynacja niestrudzoną pracą rzecznej pogłębiarki. Tutaj z kolei jest huta.
Zaraz jednak otworzyli klapę i łopaty już rytmicznie wrzucają do kadzi zmiażdżony nikiel, który w kąpieli topił się błyskawicznie, tworząc na powierzchni olbrzymie lustro, które rozsiewało po stalowni identyczne olbrzymie odblaski i oślepiało oczy (s. 20).
W tym momencie ruszył spust na martenie, na szóstce, pomocnik szybko uciekł z drągiem, a rynną burzliwie chlustała stal, wpadając z bulgotem do podgrzanej kadzi, iskierki pryskały jak płonące ziarna, majster, zalany łuną jak diabeł, stał na pomoście, jedną ręką pokazywał, żeby suwnica podjechała, drugą zaś trzymał przed oczami fioletową szybkę, wreszcie dał znak i pomocnik wrzucił do kadzi łopatę krzemu, i z kadzi buchnął wpierw cynamonowy dym, a potem oślepiające światło, jak na pirotechnicznych pokazach (s. 24).
Prócz tego – szczypta cudownego surrealizmu, który pojawia się nieodmiennie w opowieściach czołowego aferzysty, Pepina. Opowieść o gaszeniu młyna, kiedy to biedny Pepinek czekał aż komendant zatrąbi, podczas gdy ten trąbił z manierki, aż wreszcie przynaglony kuksańcem biedak wpadł do wody i musiano go ratować, bo nie umiał pływać, a w tym czasie oczywiście młyn spłynął doszczętnie, ach, ta opowieść o strażaku, który został strażakiem tylko dlatego, że pewna pani powiedziała mu, że będzie mu do twarzy z toporkiem i drabinką... ta opowieść tak była rozkoszna, że śmiałam się otwarcie, i chciałam jeszcze, więcej Pepina, więcej absurdu, więcej brawury i zmyśleń!

Odpowiada mi ta poetyka, nawet bardzo. Słowem – Hrabal najczystszy, w najlepszej formie.

***
B. Hrabal, Perełka na dnie, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2012.

***
Prywatna akcja „Czytam Hrabala w jego 100. urodziny”:

styczeń – Dobranocki dla Cassiusa
luty – Perełka na dnie

Fot. foxbit (sxc.hu)

niedziela, 16 lutego 2014

Krew, pot i whisky pod afrykańskim niebem
– „Zielone wzgórza Afryki”, Ernest Hemingway

Hemingway pozuje z porożami antylop kudu podczas safari w Afryce w 1934 roku.
Ten zbiór wspomnień Hemingwaya z polowań w Afryce to książka bardzo nieoczywista – ilu ludzi, tyle opinii. Zaraz po jej publikacji w 1935 roku nie wzbudziła entuzjazmu u krytyków, czytelnicy też nie byli zachwyceni [1], a i dziś w jej recenzjach pojawiają liczne zarzuty: że nudna, że okrucieństwo wobec zwierząt, że Hemingway taki egocentryczny, przemądrzały i w ogóle antypatyczny. Inni potrafią dostrzec w niej pięknie nakreślony obraz Czarnego Kontynentu, pochwałę prostych uroków życia i zbiór ciekawych, niewydumanych refleksji na temat pisania, religii, historii.

Wszystko zależy od tego, na co kto się nastawi. Ja, przyznaję, spodziewałam się po tej lekturze więcej napięcia, więcej barw, i w zderzeniu z moimi wygórowanymi oczekiwaniami wypadła trochę płasko. Nie jestem jednak rozczarowana. Do Hemingwaya mam stosunek bardzo sentymentalny i z dużo większą gorliwością niż u innych pisarzy doszukuję się u niego pozytywów, a i tych Zielonym wzgórzom Afryki nie brak.

Dla narratora (i autora w jednym) polowanie to sport. Nie zabija dla żądzy krwi, nie czerpie satysfakcji ze sprawiania bólu, a swoje ofiary darzy nawet pewnym rodzajem szacunku i podziwu: „Leżał na tym boku, w który dostał kulę, i nie było na nim żadnego śladu, i pachniał słodko i ślicznie jak oddech bydła, jak woń tymianku po deszczu” (s. 176). Cierpi natomiast, kiedy kilkugodzinne tropienie postrzelonego byka w silnym afrykańskim słońcu kończy się porażką – dręczy go wizja rannego zwierzęcia rozszarpywanego przez śmierdzące hieny, zakałę zwierzęcego świata.
Nie sprawiało mi przykrości zabijanie czegoś, jakiegokolwiek zwierzęcia, jeżeli zabiłem je czysto, bo wszystkie i tak muszą zginąć, i moje wtrącanie się w to conocne czy okresowe zabijanie, które trwa stale, było czymś bardzo drobnym, toteż nie miałem żadnego poczucia winy. Mięso zjadaliśmy, a zachowywaliśmy sobie skórę i rogi (s. 205).
Oczywiście istotnym elementem całej wyprawy jest piękno Afryki, dzikiej i nieskażonej, takiej, jaką niegdyś była Ameryka, kiedy warto było jeszcze za nią walczyć. Swoją fascynację Czarnym Lądem Hemingway opisuje na wzór relacji z ukochaną kobietą. Jest przekonany, że to miejsce, gdzie jest dobrze żyć, „nie tylko pozwolić życiu, żeby przemijało” (s. 214). Czuje prawdziwe szczęście, gdy wraca pod wieczór do obozu, zmęczony upałem i tropieniem zwierza, siada ze szklaneczką whisky i napawa się zapachem Afryki i wieczornym wiatrem. Radość sprawia mu też widok błękitnego nieba, sprężysty krok i precyzja ruchów czarnoskórego tropiciela i ciężar sztucera na ramieniu. O celebrowaniu tych małych przyjemności pisze tak prosto i przekonująco, że aż samemu ma się ochotę ruszyć na safari i poczuć to na własnej skórze.

Na marginesie polowania opisywane są, a właściwie tylko lekko trącane, stosunki między poszczególnymi jego uczestnikami. W kilku trafnych słowach Hemingway kreśli portret swojej drugiej żony, Pauline Marie Pfeiffer, pieszczotliwie nazywanej P.O.M. – odważnej, ciekawej świata kobietki, która jednak jako jedyna w tym towarzystwie przedstawicielka płci pięknej nie uniknęła traktowana w roli maskotki („foksterierek”). Z lekkim niepokojem autor odmalowuje jej fascynację Popem, a także sporo uwagi poświęca swojej rywalizacji z innym myśliwym, Karlem. Choć obaj panowie prześcigają się w kurtuazjach i skwapliwie gratulują sobie swoich wyczynów, przez cały czas wyczuwa się między nimi niezdrowe napięcie. Śledzenie tych iskier przeskakujących między poszczególnymi uczestnikami zdarzeń było bardzo ciekawe. 
Wraz z P.O.M. w Paryżu w 1927 roku.
W jednej z recenzji [2] spotkałam się ze stwierdzeniem, że Zielona wzgórza Afryki to opowieść rozkosznie autoironiczna i zgadzam się z tym. Hemingway nie tylko krytycznie opisuje innych, ale również zdobywa się na dystans i spogląda na swoją osobę oczyma swoich towarzyszy, opisuje siebie przez pryzmat docinków i żarcików na swój temat. Przypomina mi to trochę zabieg, jakiego dokonał Hrabal w Weselach w domu (pisząc o sobie z perspektywy swojej żony, Pipsi) i daje interesujący obraz pisarza.

Główną rolę gra w tej książce oczywiście Afryka i safari, ale dużo tu także wspomnianych już przeze mnie refleksji dotyczących pisania czy historii. Rzemiosło pisarskie zostaje przez Hemingwaya przedstawione jako trudne, niemodne już, tłamszone, jako sztuka wymierająca. Potępia on nowojorskich „pisarzy”, którzy zamiast pisać skupili się na brylowaniu w towarzystwie, i porównuje ich do dżdżownic w butelce. Tylko wychodząc z butelki i oddychając świeżym powietrzem można zacząć naprawdę tworzyć, ale wyjście oznacza samotność, której tamci boją się jak ognia.

Zapytany jednak przez Kandinsky'ego, czy uważa, że pisanie warte jest tego całego zachodu, Hemingway odpowiada zdecydowanie: tak. Porównuje je do Golfsztromu od wieków niewzruszenie omywającego wybrzeża Ameryki. Mimo śmiecia historii i cywilizacji wysypywanego systematycznie do tej błękitnej morskiej wody, pozostaje ona czysta i niezmącona. „I oto palmy naszych zwycięstw, zużyte żarówki naszych odkryć i puste kondony naszych wielkich miłości spływają, nie mając żadnego znaczenia wobec jednej jedynej trwałej rzeczy – prądu” (s. 113).

Nawiasem mówiąc to z tej książki pochodzi sławne już stwierdzenie, że cała amerykańska literatura wyrosła z jednej powieści – Przygód Hucka Marka Twaina. Jest też sporo uwag na temat innych pisarzy, także europejskich... Ale o tym nie będę się rozpisywać, ciekawych odsyłam do książki. Bo mimo wszystko warto!

***
Cytaty: E. Hemingway, Zielone wzgórza Afryki, wyd. Iskry, Warszawa 1980.

Źródła:
[1] http://en.wikipedia.org/wiki/Green_Hills_of_Africa 
[2] http://www.bookmania.com.pl/recenzje/ernest-heminway-zielone-wzgorza-afryki/

Fotografie: John F. Kennedy Presidential Library / Wikimedia Commons.

czwartek, 13 lutego 2014

Dobro jak skamlący kundel – „To nie jest kraj dla starych ludzi”,
Cormac McCarthy

Przywykliśmy do historii, w których dobro zwycięża. Choć wydaje się słabe i kruche i na pozór nie ma szans w starciu z niemoralnym, pozbawionym zasad i honoru złem, zawsze w cudowny sposób opatrzność, jakaś nadludzka moc, Istota Najwyższa ostatecznie przechyla szalę na stronę dobrych. Tak jest w bajkach, w książkach, w filmach. A jak w rzeczywistości?

Powieść Cormaca McCarthy'ego to kolejna historia, w której siły dobra i zła stają przeciwko sobie, ale trudno mówić o pojedynku między nimi. Dobro, reprezentowane przez szeryfa Bella, pozostaje bowiem przez cały czas o pół kroku z tyłu. Jest ociężałe, niedołężne i porusza się zbyt powoli, żeby nadążyć za mknącym jak huragan złem. Nie jest nawet godne uwagi – pląta się jedynie pod nogami jak stary pies, który nieudolnie broni posesji i tylko skamle, bo przecież warczeć i gryźć to nie w jego stylu.

Szeryf Bell ma proste zasady, które odziedziczył po ojcu i dziadku, również stróżu prawa. Nie kłamać. Przyznawać się do złego i przepraszać za swoje błędy. Być w porządku. Nigdy nie zapominać, kim się jest. „Uważam, że prawda jest zawsze prosta. No bo musi taka być. Taka prosta, żeby dziecko zrozumiało”.

Czy to jednak nie za mało? Czy nie jest tak, że ze złem można walczyć tylko przy pomocy zła? Czy żeby zatrzymać agresję, koniecznie trzeba użyć agresji? Bell broni się przed tą myślą i uzbrojony w przestarzały rewolwer i te kilka złotych zasad, stara się zachować twarz. Stając oko w oko ze złem, jak szeryf ze starego westernu naprzeciw rewolwerowca, dba, by nie drgnęła mu powieka, by nikt nie wyczuł w nim zwątpienia. Ale jest już stary, widział zbyt wiele. Pod twardą maską kryje się rezygnacja. „Loretta jedno mi powiedziała. Coś w tym brzmieniu, że to nie moja wina, a ja na to, że owszem, moja. I o tym też rozmyślałem. Powiedziałem, że jak podwórza strzeże dostatecznie zły pies, to obcy trzymają się z dala. A tu obcy wszedł”.

Czasem go to przeraża. Myśli o pobiciach i gwałtach w szkołach, o morderstwach z zimną krwią, w narkotykach widzi dzieło Szatana. Bo przecież musi istnieć, jak inaczej to wszystko wytłumaczyć? „Czasem budzę się w środku nocy i zdaje mi się to pewne jak śmierć, że oprócz drugiego przyjścia Jezusa Chrystusa nic nie zatrzyma tej rozpędzonej lokomotywy”.

Kiedy indziej jest już po prostu zrezygnowany. Tytuł tej książki McCarthy'ego (oraz jej znakomitej ekranizacji) pochodzi z wiersza Williama Butlera Yatesa Żeglując do Bizancjum. Podstarzały, zmęczony poeta odbywa w nim metaforyczną podróż do Bizancjum, świętego miasta, które go unieśmiertelnia i uwalnia od trosk. Szeryf Bell też ma swoje Bizancjum – to ognisko rozpalone pośród mroźnej nocy przez jego ojca, widzianego we śnie. „I w tym śnie wiedziałem, że jedzie naprzód, aby rozpalić ognisko gdzieś w tej ciemności, na tym zimnie, i wiedziałem jeszcze, że gdy tam dotrę, będzie na mnie czekał”.

Póki co jednak – ciemność i chłód, zło, które ma zimne błękitne oczy jak dwa kamyki i ludzkie istnienie traktuje jak igraszkę. Nie zastanawia się, nie żałuje, nie roztrząsa, jest jak maszyna zaprogramowana na zabijanie, a przy tym pojawia się i znika jak duch. Anton Chigurh – zło tak doskonałe, że aż trudno uwierzyć, że istnieje. Ale istnieje. I to jest w tym wszystkim najgorsze.


McCarthy jest w tej powieści bardzo oszczędny w słowach, a nawet, jak zauważają niektórzy, filmowy. Jego lakoniczne opisy wprawiłyby zapewne w ekstazę udręczonego kwiecistością prozy Orzeszkowej uczniaka. Ale kiedy już pojawia się jakaś metafora, ma ona niezwykłą siłę. Jak ta wykuta w skale rynna, która może przetrwać dziesięć tysięcy lat. Rynna-ślubowanie, dzieło człowieka wierzącego, że mimo szalejącego zła, wojen i tragedii, może być na tym świecie coś stałego.

Dla mnie mimo wszystko To nie jest kraj dla starych ludzi jest mroczną wizją współczesnego proroka, zapowiedzią apokalipsy. I autentycznie przeraża.

***
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

***
C. McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi, tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.

Fotografie:
[1] xweapon (sxc.hu)
[2] Tommy Lee Jones jako szeryf Bell w filmie To nie jest kraj dla starych ludzi (2007) w reż. Joela Coena i Ethana Coena.
[3] Javier Bardem jako Anton Chigurh w filmie To nie jest kraj dla starych ludzi (2007) w reż. Joela Coena i Ethana Coena.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Motyl w cieniu mrówki – „Jedwab”, Alessandro Baricco

Jedwab jest książką o miłości, to oczywiste. Ale nie o miłości tajemnej, występnej, płomiennej, jak się spodziewałam. A o tej, co potrafi czekać przez całe życie, nawet jeśli już nie ma nadziei. O miłości Penelopy do Odyseusza. Takiej, która istnieje tylko w książkach.

Na świeżo po lekturze byłam rozdrażniona, rozczarowana Joncourem, a może Heleną, a może po prostu tą historią, że nie było żadnego dramatu, żadnego wybuchu, snuła się do końca tak spokojnie, że aż wytrącała z równowagi. I jeszcze do tego ten lakoniczny, senny sposób pisania Baricco... Dobrze jednak, że dałam sobie kilka tygodni. Musiało się uleżeć, żeby złość przeszła w smutek. Taki smutek, jaki spowija wszystko zaraz przed zmierzchem, w tę przedwieczorną godzinę kiedy robi się bardzo cicho a ptaki wracają do gniazd i wiatr skądś przywiewa zapach dymu. Powietrze gęstnieje, jakby cały świat owinął kokonem jakiś wielki pająk. A może to nie pajęczyna, tylko nić jedwabiu? Leciutka, półprzezroczysta zasłona, która nie ciąży, ale przysłania wszystko szarością melancholii.

Oczywiście kluczowe jest tu zakończenie. Przez większość trwania akcji obserwujemy poczynania Joncoura, jeździmy z nim w tę i we w tę przez rosyjskie stepy do dalekiej Japonii i z powrotem, przyglądamy się przez lupę temu małemu człowieczkowi, tej mróweczce, dajemy się jak on sam oczarować egzotyce Wschodu, tymczasem to co najważniejsze rozgrywa się tutaj blisko, ciągle obok, poza naszym spojrzeniem. W cieniu mróweczki pozostaje piękny motyl, który złożył skrzydła, kocha, czeka i cierpi, wiedząc dużo więcej, niż się wydaje.

Enigmatycznie, wiem, ale inaczej się o tej książce pisać nie da. Bo sama jest enigmatyczna, niedopowiedziana, nieuchwytna. Właśnie tutaj jednak, w tej historii nierealnej miłości, gdzie wszystko co ważne dzieje się poza słowami, ta fragmentaryczność i lakoniczność Baricco jest zupełnie na miejscu. I nie ma prawa drażnić.

***
A. Baricco, Jedwab, wyd. Czytelnik, Warszawa 2004.

Fotografia: Keira Knightley (Hélène Joncour) oraz Michael Pitt (Herve Joncour) w filmie Jedwab (2007) w reżyserii François Girarda. 

piątek, 7 lutego 2014

Niemoc ciała i ducha – „Dobranocki dla Cassiusa”, Bohumil Hrabal

Niewinny tytuł Dobranocek dla Cassiusa nie oddaje zupełnie treści i klimatu tego zbioru. Bo choć spod pióra Hrabala wyszło wiele ciepłych, malowniczych i pełnych dziecięcego zachwytu nad światem historii, ta do nich z pewnością nie należy. Może tylko momentami, może tylko od czasu do czasu pobrzmiewa echem dawnego oczarowania, oczarowania aż do bólu, ale teraz został już tylko ból, a oczarowanie zmieniło się w rozczarowanie.

Hrabal z Dobranocek dla Cassiusa jest zmęczony. Z jego tekstu przebija gorycz, widać już, że nie stara się o zachowanie jakichkolwiek pozorów, że już mu nie zależy. Jego uderzająca szczerość to szczerość człowieka u kresu swoich dni i u kresu swoich sił. W tym pamiętniczku, który przyjmuje formę opowieści szeptanych wieczorem do uszka Cassiusa, ulubionego kota, pisarz rozgrzebuje anatomiczne i fizjologiczne szczególiki i bez skrępowania opowiada o tym smutnym fizycznym aspekcie starości, gdy sfatygowana maszyneria ciała zaczyna odmawiać posłuszeństwa. Przygląda się kocim amorom i nie ukrywa, że tęskni do czasów młodości, do epoki „nie jedli, nie pili, tylko pierdolili”. Wspomina swoje wizyty u prostytutek i z zachwytem opisuje pewien bar, gdzie pod fotelem siedziała uczynna pani dobierająca się klientom do rozporka.
To także najwyższy szczyt ludzkiego życia, jedynie dzięki temu mogą być piękne kocięta i piękni ludzie... Dlatego i sam Goethe wolał pierdolić niż pisać te swoje wierszyki, a jeśli już – to tylko pochwalne ody ku czci hrabin i mieszczańskich córek, jako podziękowanie za to, że tak pięknie, tak po ludzku sobie popierdolił... (s. 114).
Znużenie starością i związana z nim gorycz przeplata się tu z błąkającymi się jeszcze po głowie anegdotami, wspomnieniami, wyrzutami sumienia, cytatami w obcych językach (spisywanymi jakby tylko ot tak, żeby ćwiczyć zaskorupiałą pamięć) i płomiennymi komentarzami bieżącej sytuacji politycznej w kraju. Ale jest też inny stały motyw, wypływający raz po raz poprzez wtrącenia, zwroty, miłosne deklaracje, bo w końcu to Cassiusowi dedykowane są te opowieści, w końcu to dla niego dobranocki...

Ten refren to koty, nadające jeszcze życiu sens. Jednym wielkim wyznaniem miłosnym jest zaś Love story, opowiadanie zaczynające się od płomiennej inwokacji: „Cassiusie, moja ty krówko czarna i wydojona, dzięki tobie zjawiła mi się drabina Jakubowa z Biblii...”. Hrabal porównuje w tym tekście siebie do rabina, którego Żydzi uważali za cudotwórcę – wierzyli, że każdej nocy po Jakubowej drabinie wspina się do nieba. Drabiną tą okazała się schorowana kobieta, którą rabin troskliwie się zajmował; dla pisarza natomiast drabiną są jego kerskie koty, których jest opiekunem i żywicielem. Nawzajem utrzymują się przy życiu – idealna symbioza.
I tak oto, Cassiusie, odłożyłem samobójstwo na kiedy indziej, a może na zawsze, dzięki Pomarańczowi, który, choć chory, zatańczył mi najlepiej, jak umiał, był niedołężny, ale widziałem, że chce mi zrobić przyjemność, że mnie prosi, abym nie zamierzał wyprawiać się na drugi brzeg rzeki Lete bez Charona... (…) Bo gdyby was nie było, nie byłoby także mnie, bo nie mam innego powodu żyć... (s. 81).
Nie tylko jednak koty wywołują u pana Hrabala zachwyt; mimo goryczy wciąż jeszcze potrafi dostrzegać w szarej rzeczywistości, w swym codziennym życiu, element cudowności. Ośnieżona aleja zmienia się w jego oczach w arenę zmagań cukierników, w majstersztyk sztuki cukierniczej z ogromnych ilości bitej śmietany, a grupka adeptek fryzjerstwa pochylonych nad jego posiwiałą głową – w anielski chór, w grono niebiańskich istot o „fortepianowych paluszkach”.

Dobranocki dla Cassiusa to zapis zmagań ze samym sobą. Książka szczera, bezpośrednia, prawdziwa, w której wciąż ścierają się dwie siły – ciągnąca w dół beznadzieja i zniedołężnienie oraz utrzymująca na powierzchni miłość do świata. Na pewno nie polecam na początek przygody z twórczością Hrabala, ale polecam tym, którzy znają go już od strony najsłynniejszych dzieł. Czas zajrzeć za kulisy.

***
Cytaty: B. Hrabal, Dobranocki dla Cassiusa, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2004.

Fotografie:
[1] krembo1 / Foter.com / CC BY-NC
[2] lujiao_85 / sxc.hu

środa, 5 lutego 2014

Ku pokrzepieniu czeskich serc – „Stare podania czeskie”, Alois Jirásek

Adolf Liebscher, Dívčí válka (Dziewczyńska wojna). Zgodnie ze starymi legendami wkrótce po śmierci Libuszy jej dwórki, utraciwszy dawny szacunek, założyły własny gród i toczyły wojny z mężczyznami. Nazywano je czeskimi amazonkami.
Alois Jirásek to taki czeski Sienkiewicz. W swoich książkach wracał do historycznych czasów, niekiedy bardzo odległych, przypominał chwalebne początki narodu czeskiego, pisał o czeskich władcach, rycerzach, bohaterach – a wszystko ku pokrzepieniu serc. Żeby w ponurej końcówce XIX wieku, kiedy zmęczenie niewolą sięgnęło zenitu i wielu już przestało wierzyć, że odrodzenie państwa jest możliwe, podtrzymać swoich rodaków na duchu.

Věnceslav Černý, Lazebnice převáží krále Václava.
Łaziebna Zuzanna pomaga w ucieczce królowi Wacławowi IV
uwięzionemu przez czeskich panów.
Jego Stare podania czeskie (w oryginale Staré pověsti české) to zbiór podań i legend prowadzących czytelnika przez tysiąc lat czeskiej historii – od dziejów najdawniejszych, czyli powstania państwa czeskiego, panowania Libuszy i założenia Pragi, poprzez średniowiecznych bohaterów oraz Pragę magiczną, pełną alchemików i czarodziei, aż po słowacką legendę o Janosiku. Znane jednak od lat opowieści ożywają dzięki barwnej narracji Jiráska, odsłaniają nowe i świeże ich oblicze, mimo że autor trzyma się historycznych źródeł i dba o wiarygodność.

Główny cel, jaki przyświecał pisaniu tego zbioru, jest bardzo widoczny. W podaniach pojawiają się – i zostają podkreślone – przepowiednie dotyczące wyzwolenia Czech, czy to ręką legendarnego króla Jęczmionka, zaginionego przed laty, czy świętego Wacława z cudownym mieczem, czy też mocą zatopionej przez Libuszę kołyski, w której sypiał jej królewski synek. Patetyczny momentami ton towarzyszy przekonaniu o tym, że mimo tylu porażek i rozczarowań uśpiony naród wkrótce odrodzi się w chwale świętych i legendarnych bohaterów.

Věnceslav Černý, Mistr Hanuš vztáhl pravici do stroje.
Mistrz Hanuš, twórca sławnego zegara
astronomicznego na Ratuszu Staromiejskim w Pradze,
zgodnie z legendą został oślepiony przez radnych
miasta aby nie mógł już nigdy nigdzie
powielić swojego dzieła.
W opowiadaniach Jiráska zwraca jednak uwagę również nastrojowość. To sposób prowadzenia narracji i budowania klimatu minionych wieków sprawił chyba, że książka ta po zakończeniu zmagań o wyzwolenie kraju nie powędrowała do lamusa i nie pokryła się kurzem, a cieszy się wciąż popularnością i może być – przynajmniej moim zdaniem – ciekawa też dla polskiego czytelnika. Zwłaszcza opowieści z żydowskiej dzielnicy naprawdę tchną mrocznym duchem tego miejsca, a w historii o Domu Fausta nie brak grozy, od której cierpnie skóra.

Jeśli więc interesują Was czeskie podania, ta bajkowa, legendarna wersja historii naszych południowych sąsiadów, lub też klimat starej Pragi, zdecydowanie warto tę książkę przeczytać.

***
A. Jirásek, Stare podania czeskie, Wydawnictwo „Śląsk”, Katowice 1989.

Ilustracje: Wikimedia Commons

poniedziałek, 3 lutego 2014

17 lat temu w Pradze...


To jest droga filozofów, droga poetów, że nagle po prostu wie pan, że byłoby lepiej, gdyby pana nie było.

B. Hrabal, Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem - rozmawia László Szigeti, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011.

17 lat temu wszystko się skończyło. 

Pan Hrabal przestał odkładać samobójstwo na kiedy indziej, nawet mimo tańczących dla niego w śniegu kotków, a może jednak po prostu wypadł z okna praskiego szpitala, tego nikt nie wie. Pan Huelle i jego przyjaciele zgromadzeni w pubie „U Irlandczyka” krzyczą, że to niemożliwe i domagają się dla pana Hrabala pośmiertnej Nagrody Nobla. A ja mam 9 lat, planuję zostać wielką pisarką i jeszcze nie wiem, że gdzieś tam w Pradze właśnie zginął człowiek, który będzie dla mnie tak ważny, najważniejszy.

Szykuje się jednak większa rocznica. Już niedługo, w marcu, minie okrągłe 100 lat od kiedy Bohumil Hrabal pojawił się na świecie. Nie mogłabym tego nie uczcić. Jest konkurs z tej okazji, w którym zamierzam wziąć udział, ale o tym póki co cicho sza. Mam też piękny plan – co miesiąc chociaż jedna jego książka, taka której jeszcze nie czytałam lub powtórka, wszystko jedno, byle sztachnąć się po raz kolejny hrabalowskim zachwytem. Styczniowa lektura, Dobranocki dla Cassiusa, już za mną, ale napiszę o niej już po sesji, jeszcze tylko kilka dni... 

Może ktoś chce się przyłączyć? Może to dobry moment, żeby poznać wreszcie jego twórczość lub sobie ją odświeżyć? Wejść do świata opętanego radością stryja Pepina, praskich świętych szaleńców, knajpianych opowieści i wybiegających na spotkanie kotów? Niekoniecznie co miesiąc, może być rzadziej, może być choć jedna. Bo to okazja, którą chyba warto uczcić, prawda?