piątek, 28 marca 2014

Sto lat Zachwytu

Bohumil Hrabal (28.03.1914 - 3.02.1997)
„Ten świat jest piękny do obłędu. Nie, żeby takim był, ale ja go takim widzę”.

Wszystkiego najlepszego, panie Hrabal! I dziękuję.

wtorek, 18 marca 2014

Fasadowa niewinność Nowego Jorku – „Wiek niewinności”,
Edith Wharton

Ta nagrodzona Pulitzerem powieść Edith Wharton pojawiła się w zestawieniu najlepszych historii miłosnych w Galerii Kongo. Gdy przyznałam się, że jej nie czytałam, podobnie jak wymienionych też na tej liście Kochanicy Francuza i Niebezpiecznych związków, Marlow uświadomił mi, że te zaległości koniecznie muszę nadrobić. Jak mus to mus, a zaczęłam od Wieku niewinności, bo tę akurat miałam już na półce.

Przeczytałam, wzruszyłam się jak należało, zastanowiłam się. Ach, ten XIX-wieczny światek pełen hipokryzji i wyświechtanych form. Jak by wyglądała ta historia, gdyby odegrała się dziś, w świecie wyzwolonym ze sztywnego gorsetu konwenansów? Pewnie zupełnie inaczej. Pewnie miłość nie dałaby się zgasić jak płomyk świecy, pewnie triumfowałaby. Ale z drugiej strony ta odpowiedzialność Archera w imię zupełnie absurdalnych z dzisiejszego punktu widzenia praw ma w sobie coś heroicznego, coś mimo wszystko pięknego.

Fabuła w zarysie: jest młody mężczyzna z porządnej nowojorskiej rodziny, który wkrótce ma poślubić młodą kobietę, oczywiście również z porządnej nowojorskiej rodziny. I wszystko toczy się gładko, dopóki do Nowego Jorku nie przyjeżdża Ellen Olenska, jeszcze do niedawna żona pewnego polskiego hrabiego, bogatego łajdaka.

Hrabina Olenska nie pasuje do nowojorskiej społeczności, nosi bowiem na sobie piętno Europy. Ma nietypowo urządzony salonik, niepomna na spojrzenia ludzi przechadza się ulicami miasta w towarzystwie Juliusa Beauforta i w dodatku – o zgrozo! – umyśliła sobie, że zamiast zaszyć się w swym małym domku i za wszelką cenę unikać skandali formalnie zakończy swe małżeństwo i weźmie rozwód. Nie jest jednak typem skandalistki, ku swej uciesze świadomie próbującej doprowadzić nowojorski kociołek do wrzenia. Przeciwnie, jej błędy wynikają tylko z nieobeznania, a sama jest pełna szczerych chęci wpisania się w nowojorski schemat.

Dlatego też gdy Archer, zafascynowany jej odmiennością, widząc w niej ratunek od życia na wzór trybiku w maszynie, życia, w którym każdy dzień jest bliźniaczo podobny do innych, przychodzi do niej z sercem na dłoni, ona mówi: stop. Nie przyszła, żeby niszczyć i ranić, dopiero co zrzuciła z siebie jeden bagaż, nie jest gotowa na kolejny. Skutek? Szamotanina na ponad 300 stronach książki, ciągłe zbliżanie się i odpychanie, szukanie swoich spojrzeń i odwracanie wzroku.

Naprawdę trudno mi to ocenić. Łatwo jest stwierdzić, że zachowanie tej pary jest po prostu głupie, bo historia pokazuje, że żyjąc blisko siebie nie da się na dłuższą metę tłumić tak silnych emocji. Pod tym względem dzisiejsze czasy wydają się rajem, nie ma już konwenansów, nie ma narzuconych schematów myślenia i postępowania, ale za to w dalszym ciągu wszyscy mamy uczucia. Dziś Newlanda Archera nie przymuszałyby do małżeństwa (a przynajmniej nie w takim stopniu) oczekiwania rodziny i presja środowiska, ale porzucona May Welland cierpiałaby tak samo. Hrabina Olenska była bardziej niż inni wyczulona na ludzki ból, chciała żyć po swojemu, ale nie raniąc innych, dlatego uporczywie odpychała od siebie Archera. Czy można takie postępowanie skwitować jako głupie?

Edith Wharton zręcznie opisuje ten zatęchły światek, w swojej bierności i samozadowoleniu przypominający mi mimo wszystko paryską śmietankę towarzyską z utworów Balzaca czy Prousta (choć Nowojorczycy uznaliby pewnie tamtejszą socjetę za bez porównania bardziej bezwstydną i zepsutą – drzazga w oku bliźniego...). Światek ciasny, nudny, jałowy i w jakiś pokraczny sposób fascynujący, bo jak oni to znosili, to życie pod ciężarem cudzych spojrzeń, monotonię, ciągłe wycieczki do opery i na proszone obiadki, a czasem, dla rozrywki, do kancelarii, by pobawić się w prawnika? Pozostaje to dla mnie zagadką.

A tytuł? Moim zdaniem jest ironiczny. Bo czasy, w których żył Archer były wiekiem niewinności tylko na pozór. Byle fasada trzymała się dobrze, byle nie łuszczyła się farba i nie ukazywały się nieefektowne zacieki, a za nią niech już się dzieje co chce. 

***
E. Wharton, Wiek niewinności, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.


Fotografie:
[1] Winona Ryder jako May Welland i Daniel Day-Lewis jako Newland Archer w ekranizacji powieści z 1993 roku (reż. Martin Scorcese).
[2] Pierwsze wydanie Wieku niewinności (rok 1920). Fot. Wikimedia Commons.
[3] Edith Wharton w 1907 roku. Fot. Beinecke Rare Book & Manuscript Library, Yale University / Wikimedia Commons

niedziela, 16 marca 2014

Pan Kořínek – samotnik, prawiczek, poeta
– „Aurora na mieliźnie”, Bohumil Hrabal

Pan Hrabal uważał, że każdy może zostać pisarzem. Twierdził, że z każdego chłopka roztropka jest w stanie zrobić poetę, bo istotą prawdziwej poezji nie jest wiedza, intelekt, erudycja, ale prawdziwe przeżycie, to co płynie z głębi ludzkiej natury, prostota jak klarowne winko. Pisanie ma u niego formę miłosnych liścików do świata, pamiętniczka, jest wyrazem radości, do którego jest zdolny absolutnie każdy. Jak to wykładał swojej żonie, Pipsi, w tomie Vita nuova:
Właściwie pisanie to nic aż tak trudnego, aby je uprawiać nie potrzeba więcej prócz odrobiny zuchwałości by zdecydować się na napisanie pierwszych linijek a potem wszystko to leci już samo jak przy pruciu starego swetra [1].
Udowodnił to, zamieszczając w Aferzystach utwór złożony z fragmentów listów czytelników do niego. Kolejny dowód to Fuga naiwna z tomu Aurora na mieliźnie.

Fuga naiwna jest to bowiem zbiór zbeletryzowanych listów niejakiego pana Kořínka do czeskich urzędów. Jest stały motyw – pan Kořínek prosi o podwyższenie emerytury i roztacza przed urzędnikami chwytającą za serce wizję swojego życia, spędzonego w samotności („Jestem samotnikiem! Jestem prawiczkiem!”) i na ciężkiej pracy. Jego styl jest barwny i bogaty, w jednej chwili potrafi się przemienić z podstarzałego pieniacza w płomiennego agitatora lub refleksyjnego filozofa, a jego wołanie odbija się rozkosznym echem w duszy czytelnika. „Czas wszystko zmienia i wszystko marnieje! Niszczy mi bieliznę, niszczy mi obuwie!” – woła biedny Kořínek.

Dla Hrabala te tyrady są sednem jego prozy, a pan Kořínek jest prawdziwym poetą, jego wołanie jest jak grzmienie kościelnych organów, jego listy przywodzą na myśl Fugę g-moll Bacha. Jest to również symboliczny koniec jakiejś epoki, przebłysk dawnej dworskości i starych form, bo mimo że pan Kořínek skarży się, grzmi i biadoli, nie jest ani przez moment wulgarny czy obcesowy.
Ta stara Austria upadła dopiero teraz, to wszystko, co składało się na tę piękną środkowoeuropejską świadomość, definitywnie odeszło ostatnią otwartą furtką teraz, przez ten oto rękopis, odeszły te bogato kolorowane pocztówki, odeszły korsa, odeszły dobre maniery, odeszły Wielce Szanowne Panny i Wielmożni Panowie... i ostatni raz zabrzmiały teraz kotły Wysoki Sądzie Rejonowy... [2].
Jak pisze Václav Kadlec, te listy Kořínka, które opisują jego sytuację graniczną, niezrozumienie społeczeństwa wobec jego problemów, odpowiadają w pewien sposób kolejnym tomom listów do Kwiecieńki Hrabala, które z czasem przestały już być zwykłymi listami, a przekształciły się w publicystyczne wołanie, lamentację nad światem. „Pokolenie złe, głupie i zbrodnicze” – powtarza za swoim nauczycielem ze szkoły w Nymburku, i jest rozgoryczony, i tak jak pan Kořínek chciałby po prostu tym pisaniem „utulić siebie samego”, skoro nikt inny nie chce lub nie potrafi.
Podobnie jak nieszczęsny František Kořínek ciągle na nowo wzywa wielmożny sąd do respektowania swojego prawa do minimum egzystencjalnego po harówce przez całe życie, wzywa nieszczęsny, osamotniony pisarz wielmożnych współobywateli do respektowania tych przynajmniej egzystencjalnie minimalnych praw do tolerancji, zrozumienia i prawdziwego współczucia... [3].
Skojarzyło mi się to natychmiast z Zapomnianym światłem Demla, który też u kresu życia daremnie woła o odrobinę współczucia. Ten jednak robi to nieprzyjemnie, celuje złośliwie w swoich wrogów (czyli cały świat), patrząc na nich z góry, z piedestału, na który sam siebie wyniósł. U Hrabala jest mimo wszystko więcej pokory.

Zresztą myślą przewodnią Aurory na mieliźnie jest powtarzane za Michaelem Jordanem (tak, tym koszykarzem) „również nasze błędy są doskonałe”. To żaden wstyd przyznać się do błędu, przeciwnie, chwalebne to i piękne. Krzepiące, prawda?

***
Cytaty:
[1] B. Hrabal, Vita nuova [w:] Wesela w domu, wyd. PIW, Warszawa 2000.
[2] B. Hrabal, Aurora na mieliźnie, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2005.
[3] V. Kadlec, Ruchomy konfesjonał Bohumila Hrabala [w:] Aurora na mieliźnie, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2005.

***
Prywatna akcja „Czytam Hrabala w jego 100. urodziny”:

styczeń – Dobranocki dla Cassiusa
luty – Perełka na dnie
marzecAurora na mieliźnie

Fot. nh313066 / sxc.hu 

niedziela, 9 marca 2014

Ukraina nie taka zielona
– „Przyjdzie Mordor i nas zje”, Ziemowit Szczerek

Książka Ziemowita Szczerka jest trochę przewrotna, bo opowiadając o Ukrainie tak naprawdę opowiada o nas, o Polsce i Polakach. Jest dla nas bezlitosna – jak w krzywym zwierciadle pokazuje nasze odrażające postaci, naszą protekcjonalność, ograniczenie, naiwność, nasze nieuzasadnione poczucie wyższości, nasze umiłowanie ukraińskich stereotypów. Głupotę. Bo inaczej nie można tego nazwać.

Polska to turyści na Cmentarzu Orląt Lwowskich, którzy rozczulają się i naiwnie sypią groszem słysząc polskie słowa z ust małych ukraińskich oszustów. To bogate półgłówki szukające na wschodzie mocnych przeżyć, egzotyki, „lokalnego kolorytu”. To przypadkowy towarzysz podróży z Gdańska, który żyje stereotypami o Ukraińcach i marzy o zamieszkaniu na ukraińskiej wsi (co nie kłóci się z jego planem, by zostać gdańskim notariuszem). To egzaltowane polonistki, które sepleniąc czytają Sklepy cynamonowe w Drohobyczu i młodzi pijaczkowie których jedyną ambicją jest „przepić Ruskiego”. To wreszcie dwudziestoletni pogranicznicy, którzy naśmiewają się z siwowłosego ukraińskiego pisarza wybierającego się na spotkanie autorskie do Krakowa.

Trochę jak osiłek, który w szkole gnębi młodszych, bo nie mają tak fajnych ciuchów jak on, bo stoją zawsze w kącie i są za słabi, żeby się obronić. Czy to wyraz własnych kompleksów? Chyba tak, bo też nam do Zachodu daleko, wiemy jak to jest stać w pozycji tych pogardzanych i wyśmiewanych, tych gorszych. Niewiele nas dzieli od Ukrainy i inni to widzą, tylko my uporczywie wypieramy tę świadomość. Spotkana w trakcie włóczęgi Niemka, Heike, mówi:
Wytłumacz mi więc, dlaczego za każdym razem, gdy spotykam Polaka, ten mi opowiada, jakie to tutaj cuda widział. Jak to wszystko rozpierdolone do szczętu i nie działa. Każdy opowiada jakieś historie nie z tej ziemi (…). Przecież wy musicie zdawać sobie sprawę, że u was jest tak samo. Przecież nie możecie być tak nierozsądni, by tego nie rozumieć (s. 148).
Sam narrator – alter ego autora – nie jest bez skazy. Bo z jednej strony piętnuje protekcjonalność Polaków, jest mu za nich wstyd, ale przyznaje się do produkowania (ku uciesze czytelników pewnego polskiego portalu) zmyślonych historii utrwalających stereotyp dzikiej i ciemnej Ukrainy.

W tej czarze goryczy tkwi siła Mordoru. Ale tkwi też w metaforyce, w obrazowaniu, w plastycznych porównaniach. W miarę czytania Przyjdzie Mordor i nas zje wędrujemy wraz z narratorem coraz bardziej na wschód, od swojskiego, anachronicznego, zastygłego jak owad w bursztynie Lwowa, od schulzowskiego Drohobycza poprzez Odessę i tatarski Bakczysaraj aż po głęboki wschód, gdzie jest już tylko marazm, ciemność, beznadzieja. Ludzie żyją tam jak ślepe larwy zagrzebane w wilgotnej norze, bo zbyt im daleko do Zachodu, by zdawali sobie sprawę ze swojej niedoli. „Tutaj wszystko się rozmywa, mówił [Taras], tutaj już jest wszystko jedno. Czy Ukraina, czy Rosja, czy cokolwiek. Czy Mordor”.

Im dalej na wschód, tym bardziej czuć zimne tchnienie Rosji. Ona jest ucieleśnieniem zła. Podczas gdy Ukraina to szary i pełen pokutujących czyściec, Rosja to piekło. Mordor, jak mówi Taras, porównując Europę do tolkienowskiego Śródziemia. Zachód jest zielony i urokliwy, kwitnie w nim kultura, a jego ziemie zamieszkują różne rasy (Niemcy jak krasnoludy, Francuzi jak elfy itd.), króluje więc różnorodność. Na Wschodzie tego nie ma. „Zamienia ludzi w monstra, a przestrzeń w sracz”, jest tu więc tylko żywa, śmierdząca masa, kłębowisko orków kotłujących się wśród skał. Minimum różnorodności, maksimum przestrzeni.

W niektórych momentach Szczerek robi się refleksyjny i przypomina mi wtedy Stasiuka i jego Jadąc do Babadag, ale tych momentów nie ma wiele. Stasiukowi chyba bliżej do tego gościa z aparatem, który namiętnie cyka fotki ukraińskim starcom, widząc w nich jakąś mądrość i uduchowienie. Opowieści Szczerka są bardziej realistyczne, naturalistyczne wręcz, dynamiczne i przez to – co tu ukrywać – ciekawsze. Bliskie życiu, bardziej przemawiające do wyobraźni. I do sumienia.

***
Z. Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje, wyd. Ha!art, Kraków 2013.

Fotografie:
[1] ithil_luna / sxc.hu
[2] gepixelt / Foter.com / CC BY-ND

niedziela, 2 marca 2014

Zmienić sukienkę na starą i brzydką
– „Lato przed zmierzchem”, Doris Lessing

Na pytanie, czy przy wyborze książki kieruję się tytułem, odpowiadam zawsze, że nie. Ale to nieprawda. Albo przynajmniej prawda tylko częściowo. Bo tak jak przygodę z Faulknerem zaczęłam od Światłości w sierpniu ze względu właśnie na tytuł, tak mając do wyboru kilka książek Doris Lessing, sięgnęłam właśnie po Lato przed zmierzchem. Czemu? Bo tytuł działa na wyobraźnię, bo zmierzch to moja ulubiona pora dnia, i choć w powieści okazuje się tylko metaforyczny, przyciągnął mnie w bibliotece z siłą magnesu.

Oczywiście wiedziałam też, o czym z grubsza rzecz biorąc jest ta książka. Ale po raz kolejny moje oczekiwania i wyobrażenia okazały się mylne. Bo myślałam, że to opowieść o totalnej rewolucji w życiu kobiety, o gwałtownym zrzucaniu fartuszka kury domowej, o przemeblowaniu swojego życia od góry do dołu, a w rzeczywistości przemiana jest subtelna – zachodzi „tylko” w sposobie myślenia o sobie.

Wielbiciele szybkiej akcji na pewno będą rozczarowani, bo chociaż bohaterka dużo podróżuje, krajobraz za oknem się zmienia, od brytyjskiego przedmieścia poprzez tureckie ulice, śródziemnomorskie plaże i zapadłe hiszpańskie wioski, niewielkie ma to znaczenie. To tylko dekoracje, papierowe makiety w tle, naprawdę ważne jest to, co dzieje się w głowie Kate. Towarzysząc jej w podróżach dostrzegamy właściwie tylko to, co uruchamia i podtrzymuje jej wewnętrzną przemianę – od nadopiekuńczej matki i nieskazitelnej pani domu, która swe zadania wykonuje bez zarzutu i mechanicznie jak robot, poprzez kobietę usiłującą trochę desperacko wcisnąć się w rolę kochanki aż po w pełni świadomą, ale gotową stawić czoła rzeczywistości panią w średnim wieku.

Co uświadamia sobie Kate? Że przez całe życie przywdziewała sukienki, jakich oczekiwali od niej inni – i dosłownie, i metaforycznie. Że farbowała włosy, malowała się, dbała o swoją aparycję tylko po to, by pasowała do jej pozycji i nazwiska, do tytułu „szacownej pani Brown”. „Przez całe swoje życie podtrzymywał ją niewidoczny fluid – uwaga innych ludzi” (s. 240). Szczególnie uderza ją to podczas wizyty w teatrze już po powrocie do Londynu, gdzie zarówno aktorzy jak i widownia wydają jej się tylko przebranymi zwierzętami, kukiełkami tańczącymi w takt pociągnięć niewidocznych sznurków. Uświadamia sobie też, że jej poświęcenia na niewiele się zdały – mimo fasady idealnego małżeństwa jej mąż nie może się powstrzymać od przelotnych romansów, które Kate porównuje do kosztowania czekoladek, wybryków małego chłopca. I że ona sama od lat tkwi w dobrowolnym więzieniu.

Po powrocie do Londynu na jej drodze staje Maureen, która jest jakby nią samą sprzed lat. Młodziutka dziewczyna musi dopiero zdecydować, co zrobić ze swoją przyszłością. Wzdryga się na myśl o życiu, jakie wiodła Kate, nie chce się poświęcać i matkować całemu światu. Dlatego też, chociaż mężczyźni ją pociągają, konsekwentnie odrzuca ich oświadczyny. Ale jest też przerażona, gdy słyszy o Mary Finchley – sąsiadce Kate i jej zdecydowanym przeciwieństwie, kobiecie niczym nieskrępowanej, spełniającej wszystkie swe zachcianki, uwodzącej kurierów i listonoszy, oddającej się miłosnym schadzkom na oczach swoich maleńkich dzieci. Maureen to figura wszystkich młodych kobiet, które małżeństwo widzą jako rodzaj pułapki, ale też nie są w stanie – i nie chciałyby nawet – przerzucić się na szokującą swobodę i uczuciową obojętność Mary Finchley.

Dlaczego więc „lato przed zmierzchem”? Ponieważ opisane miesiące to ostatnie lato złudzeń Kate. Życie, do którego wraca obciążona nową świadomością, to ciemność, to zimny wiatr, którego powiew już wcześniej wyczuwa. Będzie przypominało wędrowanie przez skalistą pustynię z umierającą foką w ramionach, jak we śnie Kate. Świadomość będzie ją raniła jak ostre skały raniły boki zwierzęcia. Mimo to będzie szła przed siebie i zmierzała ze swoją foką ku morzu, bo tak trzeba. Nie można porzucić foki na pastwę ciemności i mrozu.

Pozostaną prowokacyjnie wyeksponowane siwe odrosty. Jedyne odstępstwo od nieskazitelnej fasady, jedyny przejaw buntu wobec oczekiwań i wymogów innych.

Nie jest to więc jakiś rodzaj feministycznego manifestu, nie ma żadnego triumfalnego wyzwolenia, nadziei na lepszą przyszłość. To tak naprawdę bardzo przygnębiająca, mistrzowsko opisująca kobiece dylematy opowieść. Kate przejrzała na oczy, postanowiła zrzucić nienaganny kostiumik i wymienić go na znoszoną sukienkę, ale wcale nie jest jej dzięki temu lżej, wręcz przeciwnie. „Prawda was wyzwoli”? Nie tym razem.

***
D. Lessing, Lato przed zmierzchem, wyd. W.A.B., Warszawa 2008.

Fot. vanora / sxc.hu