środa, 30 kwietnia 2014

Przygody wielkiego pisarza Haška

Nie jestem znawczynią życiorysów czeskich pisarzy, ale w moim odczuciu Jaroslav Hašek jest najciekawszą i najbardziej kolorową postacią w całym tym towarzystwie. Żył tak jak pisał, a właściwie pisał tak jak żył – z fantazją, z rozmachem, improwizując, balansując na granicy powagi i dowcipu, prawdy i zmyślenia.

Urodził się w roku 1883 w Pradze. Jego dzieciństwo nie było usłane różami – ojciec-alkoholik wcześnie zmarł, pozostawiając rodzinę w biedzie. Pociechę młody Hašek znalazł w opowieściach dziadka, który był kimś takim jak osławiona babcia dla Márqueza czy stryj Pepin dla Hrabala – pierwszym nauczycielem sztuki opowiadania, wirtuozem słowa mówionego, przewodnikiem po świecie historii i bajek.

Według wspomnień osób, które go znały, Hašek-chłopiec wcale nie przypominał późniejszego włóczęgi, buntownika i anarchisty. Był spokojny, uczył się dobrze, choć już wtedy wyraźny był u niego pewien rys nonkonformizmu. Nie chciał się przystosować do zasad panujących w szkole, więc go z niej wydalono.

Zaczął wówczas pracę w drogerii, jednak zajęcie subiekta szybko mu się znudziło (podobnie zresztą jak każdego, którego się podjął, może z wyjątkiem pisania). Dla odmiany postanowił nadrobić braki w nauce. Udało mu się skończyć studia na akademii handlowej i nawet dostał niezłą posadę w banku, ale jak taką osobowość wtłoczyć w schludne ciuszki i utrzymać za biurkiem? Pracę szybko rzucił i ruszył na wędrówkę po Słowacji.

Został prawdziwym włóczęgą – podróżował w łachmanach i zdartych butach, nocując gdzie popadnie i żywiąc się tym, czym go poczęstowano. Dzięki temu jednak naprawdę zbliżył się do prostych ludzi i zgromadził nieprawdopodobną ilość historii, z których wiele później wykorzystał w swojej twórczości. Zaczynał zresztą jako dziennikarz i satyryk, a jego pierwsze teksty zbliżone były do reportaży.

Jako żołnierz w austriackiej armii,
rok 1915.
Po powrocie do Pragi poznał Jana Klimesza, który namówił go do wzięcia udziału w macedońskim powstaniu przeciwko Turkom. Kariera tych dwóch panów w macedońskim wojsku skończyła się szybko – obydwaj poddali się bez walki i zostali wzięci do niewoli. Po wyzwoleniu Hašek rozpoczął kolejny rozdział swoich podróży, w trakcie którego dotarł między innymi na ziemie polskie – o tym, co sądził na temat Polski i Polaków przeczytać można w wydanej u nas w zeszłym roku książce O Podhalu, Galicji i... Piłsudskim. Szkice nieznane (ktoś czytał? ja jeszcze nie miałam okazji).

W końcu przymknięto go za włóczęgostwo i musiał wrócić do Pragi. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – w stolicy pił na potęgę, trawił całe dnie i noce w gospodach i pisał, pisał, pisał. Przychodziło mu to z niesamowitą łatwością – tworzył często w knajpach, między kuflami z piwem, kłócąc się w międzyczasie z innymi biesiadnikami. Nie dbał o kopie, gdy potrzebował pieniędzy szybko skrobał jakąś historyjkę na skrawku papieru i od razu odsyłał. W ten sposób jeszcze przed wojną powstało około tysiąca jego opowiadań i szkiców. Ile dokładnie – nie wiadomo, bo ukazywały się w wielu różnych czasopismach.

Józef Szwejk według Josefa Lady.
Obok gospód i pisania trzecią jego namiętnością w owym czasie był ruch anarchistyczny. Jak na prawdziwego anarchistę przystało, nie ograniczał się do pisania płomiennych tekstów, ale i ochoczo bił się w demonstracjach. Z czasem nieco przycichł i skupił się na wojowaniu piórem. By wyśmiać system panujący w ówczesnej Monarchii Austro-Węgierskiej, założył sławną Partię Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa. Choć ciężko w to uwierzyć, mimo ironicznej nazwy i programu partię udało się zarejestrować. Więcej na ten temat w Historii politycznej i społecznej Partii Umiarkowanego Postępu w Granicach Prawa.

Jarmila Haškowa, z domu Majerowa
– pierwsza żona pisarza.
A co z życiem prywatnym? Od 1904 roku w jego sercu królowała Jarmila Majerowa, której nie mógł jednak poprowadzić do ołtarza, póki nie znalazł stabilnej posady. Bezrobotny literat-anarchista nie mógł być wymarzonym kandydatem na zięcia... By stać się godnym wybranki, w 1909 roku Hašek rozpoczął pracę jako redaktor czasopisma Świat Zwierząt. Dopiął swego i stanął na ślubnym kobiercu, ale jego małżeństwo rozpadło się równie szybko jak kariera redaktora. Z czasopisma wyrzucono go za... pisanie tekstów o wymyślonych zwierzętach. Historię tę przypisał jednorocznemu ochotnikowi Markowi, jednemu z bohaterów Przygód dobrego wojaka Szwejka. Ów gagatek mówi tak:
Trzeba więc poruszyć czytelników czymś zgoła nowym, niebywałymi odkryciami, i dlatego zrobiłem próbę z wielorybem syrobrzyckim. Nowy ten gatunek wieloryba nie przekraczał rozmiarami dorsza i miał pęcherz napełniony kwasem mrówkowym i osobną kloakę, z której wypuszczał narkotyzujący kwas na małe rybki, gdy chciał je pożreć. Kwas ten został nazwany kwasem wielorybim przez pewnego uczonego angielskiego, ale już nie pamiętam, jak tego uczonego nazwałem (…). Niebawem po wielorybie syrobrzyckim odkryłem szereg innych zwierząt (…). Czy uczeni wiedzieli cokolwiek o pchle inżyniera Khuna, którą odkryłem w bursztynie, a która była zupełnie ślepa, ponieważ pasożytowała na podziemnym i przedhistorycznym krecie, także ślepym, a to dlatego, że prababka jego skoligaciła się, jak pisałem, ze ślepym macaratem jaskiniowym z Jaskini Postojeńskiej, która w owych czasach sięgała aż do wybrzeży dzisiejszego Morza Bałtyckiego? (s. 237)
W roku 1920.
Kolejny ważny etap życia Haška to wojna, bez której nie powstałoby jego opus magnum, czyli oczywiście Szwejk. Pisarz trafił do 91. pułku, gdzie jego bezpośrednim dowódcą był porucznik Lukasz – ten sam bawidamek, który w powieści rwał sobie włosy z głowy z powodu ciągłych wtop swojego służącego, Szwejka.

Podobnie jak wielu Czechów służących w austriackiej armii Hašek skapitulował (w końcu miał już w tym doświadczenie). Po wyzwoleniu zatrzymał się w Kijowie, a później w Moskwie, gdzie przyłączył się do bolszewików i zrobił wśród nich błyskotliwą karierę – został w końcu komisarzem. Wysłany do ojczyzny, by wspierać walczących tam robotników, stracił zainteresowanie dla polityki i wrócił do swych hulanek. Z Rosji przywiózł pamiątkę w postaci drugiej żony, Szury (co uczyniło go bigamistą, bo z pierwszą żoną nigdy nie wziął rozwodu).

Z drugą żoną, Aleksandrą Gawriłowną Lwową (Szurą),
w 1922 roku.
Wkrótce osiadł we wsi Lipnice, gdzie namiętnie dopisywał kolejne przygody Szwejka. Dzieła nigdy nie skończył, ponieważ z powodu zrujnowanego pijaństwem zdrowia i niechęci do lekarzy zmarł nagle w 1923 roku. Wieść głosi, że wielu z jego przyjaciół nie pojawiło się na pogrzebie, bo uznało wiadomość o śmierci Haška za kolejny jego żart.

Ten wielki pisarz dziś skończyłby 131 lat.

***
Opracowałam na podstawie: T. Macios, Posłowie [w:] J. Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka, wyd. Zielona Sowa, Kraków 2009.
Fotografie: Wikimedia Commons

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Złą zimę przespać jak niedźwiadek – „Pamiętam jedynie dni słoneczne”, Bohumil Hrabal

Moje ulubione zdjęcie Bohumila Hrabala z czasów nymburskich. Hrabal (pierwszy z lewej; jest ta nonszalancja małego łobuza!) z kolegą i bratem. Fotografia ze zbiorów Muzeum w Nymburku.
Pięknie wydany biały kruk Pamiętam jedynie dni słoneczne to wspomnienia autora z najmłodszych lat życia bogato ilustrowane zdjęciami (również spoza okresu jego dzieciństwa). Opowieść autobiograficzna, podobnie jak Taka piękna żałoba czy Miasteczko, w którym czas się zatrzymał, ale zupełnie inna niż te dzieła. Mniej w niej bowiem literatury, jest w zasadzie szkicem, który powstał w konkretnym celu – na prośbę profesora Jaroslava Kladivy przygotowującego wówczas studium o życiu i twórczości Hrabala.

Babcia Kateřina. „Babcia umiała stroić się
jak królowa. Umiała nosić piękne żakieciki
z bufiastymi rękawami, całe
w wytłaczane kwiaty i spirale...”
Zapiski te mają więc charakter bardzo dokumentalny. Oczywiście duch poety nie pozwolił Hrabalowi na stworzenie zupełnie suchej, faktograficznej relacji, nie siląc się jednak na literackie zabiegi pisarz prezentuje na przykład ze wszystkimi detalami wygląd domku w Brnie – Żidenicach, gdzie pod opieką dziadków spędził pierwsze kilka lat swojego życia. Powoli przechodzi w pamięci przez wszystkie pokoje, starannie opisuje rozkład mebli w pokoju od ulicy, nie pomija nawet blaszanych naczyń w kuchni czy obrazów Marii Panny i Jezusa wiszących na ścianie nad łóżkiem. Wychodzi i poza dom, wędruje wzdłuż ulicy, zatrzymując się przy każdym budynku i zaglądając do środka, by przywołać wspomnienie sąsiadów. To na swój sposób cudowne, można bowiem dokładnie wyobrazić sobie to miejsce tak jak wówczas wyglądało, przejść się z pisarzem ramię w ramię tak dobrze mu znaną drogą. 

Oczywiście oprócz miejsc Hrabal mnóstwo uwagi poświęca ludziom – tak naprawdę już od małego interesują go najbardziej. Unika natłoku szczegółów, ale ujmuje każdą postać bardzo trafnie i obrazowo, przez pryzmat jakiejś jednej czy dwóch charakterystycznych cech. Opisuje swoich sąsiadów, chłopców z którymi się bawił, ale także zwyczaje jakie panowały w tej lokalnej społeczności – pogodne wieczory, w które panowie wędrują do gospody a panie spotykają się na pogaduszkach, wakacyjne przebieranki i figle dzieci, dni świąteczne... Są to zawsze wspomnienia z wiosną lub latem w tle.
Zupełnie nie przypominam sobie zim. Chyba przesypiałem je jak niedźwiadki, jak chomiki. Pamiętam jedynie dni słoneczne (s. 41).
Zaskoczeniem był dla mnie obraz Nymburka, który wyłania się z tej opowieści. Ukochany i z sentymentem utrwalony w Żałobie i Miasteczku, tutaj jawi się jako miasto nieprzyjazne, w którym z początku mały Hrabal czuł się bardzo źle, wyrwany ze swojskich Żidenic a później Polnej. Tam wszyscy za nim przepadali i witali go z uśmiechem na ustach, tu idąc do szkoły czuje bombardujące go zza firanek wrogie spojrzenia. Browar natomiast, gdzie wolno mu zaglądać tylko w dni wolne od pracy, wydaje mu się ogromny i cichy. Przeraża go. Miłość do Nymburka była więc trudnym uczuciem i rodziła się w mękach.
Byłem sam, byłem synem buchaltera, ale już uważano, że jestem z pańskiej rodziny, kolegowałem z Vendą, ale to był syn stróża. Nie potrafiłem zżyć się z miastem Nymburkiem, wśród pól i na Załabiu było jeszcze jako tako, ale w miarę jak uliczki miasta stawały się coraz ciaśniejsze, również ja czułem się coraz bardziej ściśnięty, miałem wrażenie, że ze wszystkich okien w uliczkach ktoś na mnie patrzy i podczas gdy w Polnej machałem do wszystkich ręką i pozdrawiałem wszystkie okna, to tu wydawało mi się, że mnie ktoś z okna zastrzeli. Uspokajałem się dopiero w drodze do browaru (s. 45).
W tych pierwszych latach, tu niby tajemniczy zamek na Karpatach przede mną wznosił się browar, słodownia, cztery pary koni, woły, srogi dyrektor, tu nie byłem związany z otoczeniem, tu musiałem znaleźć do niego drogę. Wszystkie warsztaty, bednarnia, słodownia, warzelnia, skład jęczmienia, fermentownia, lodownia, wszędzie, gdzie się wślizgnąłem, wszędzie pachniało słodem i drożdżami, ale wszędzie panował półmrok, cisza, a ponieważ kiedy pracowano, mogłem przychodzić jedynie do stryja, do izby czeladnej, więc kuszące tajemnice poznawałem w browarze w niedzielę, w sobotę po południu, kiedy browar był cichy, tajemniczy, złowieszczy, przerażał mnie, lecz musiałem chodzić po tych dziesiątkach korytarzy i pomieszczeń, których się jednak bałem (…).
I tak oto zakochałem się w browarze, w stajni, w ogrodzie owocowym, zakochałem się w rzece za browarem, w moście kolejowym
(s.105).
Hrabal z upodobaniem opisuje też swoje dziecięce urazy i wypadki. Wspomina podtopienia, kości łamane na motocyklowych eskapadach z ojcem oraz na boisku (za młodu był zapalonym piłkarzem, a miłość do futbolu pozostała mu do końca życia) oraz anginy i grypy, którym towarzyszyła ekstatyczna gorączka.
To cudne zmęczenie, ta cudna gorączka, to, że leżałem w łóżku i było mi w nim słodko, te wysokie temperatury – to jest coś, co daje się porównać tylko z największym szczęściem, jakie może człowieka spotkać, te piękne gorączkowe sny, trwające kilka dni, to było podobne do ekstazy, w jaką wpadałem jednocząc się z przyrodą, kąpiąc się radośnie, będąc zakochany (s. 101).
Od dokumentalnej narracji Hrabal gładko przechodzi w szczere wyznanie. Przyznaje, że jako dziecko był łobuzem, a jego wybryki nie ograniczały się do niewinnego błaznowania w klasie. W pamięci utrwalił mu się pewien okrutny żart, którego wraz z kolegami dopuścił się na sąsiadce Kalínovej – wspomina jej zrozpaczony krzyk, gdy wysypują z worków cały zapas koksu zbieranego przez nią cierpliwie przez osiem godzin w parowie...

Opowieść więc zmienia się. Od dokumentalnego zapisu poprzez uroczy obraz nieistniejącej już epoki, osobiste wyznanie, dziecięcy dzienniczek wspomnień aż po wyraz osobistej życiowej filozofii, która zaczęła się kształtować już wtedy, w czasie tych pierwszych lat spędzonych na obrzeżach Brna. W tym momencie oddam głos pisarzowi:
Mój raj nigdy nie był wewnętrzny, tylko znajdował się na zewnątrz, były nim ta moja ulica, to moje miasteczko, ten browar (…). Również obecnie kocham chwilę, kiedy oddalam się z domu, wychodzę na ulicę, na łono natury, do gospody, gdzie stale czeka na mnie niezwykła przygoda. Zawsze odnoszę wrażenie, że do każdego, kto właśnie się do mnie zbliża, jestem zdolny przerzucić mój most i ludzką twarzą, chodem, gestykulacją przejść w tego kogoś (s. 89).
Na koniec dodam jeszcze, że autorem wstępu do tej opowieści – uroczego zapisu osobistych spotkań z Hrabalem, który ponoć był koszmarnym lektorem i nie potrafił wymawiać głoski ř (zupełnie jak ja, od razu mi z tym lżej!) – jest Josef Škvorecký, natomiast dwa teksty zamykające cały album napisali Tomáš Mazal i Aleksander Kaczorowski. Naprawdę warto przeczytać. Szkoda, że jest to dziś przyjemność tylko dla wybrańców.

***
B. Hrabal, Pamiętam jedynie dni słoneczne. Bohumil Hrabal w fotografii, wyd. Świat Literacki, Izabelin 1998.

***
Prywatna akcja „Czytam Hrabala w jego 100. urodziny”:
styczeń – Dobranocki dla Cassiusa
luty – Perełka na dnie
marzec – Aurora na mieliźnie
kwiecień Pamiętam jedynie dni słoneczne

sobota, 19 kwietnia 2014

100. urodziny Mistrza Hrabala – relacja ze świętowania

Wielka Rocznica już za nami. Były spotkania, były premiery, były pokazy, świętowałam z innymi pasjonatami i świętowałam z rodziną, bo tak ważne wydarzenie nie mogło przejść bez echa. Na pamiątkę mam trzy wspaniałe książkowe zdobycze, w tym jedną zupełnie nieoczekiwaną i od dawna upragnioną. Ale o tym za chwilę.

2 kwietnia w restauracji Konfederacka 4 odbyła się premiera książki Praga z Hrabalem. To napisany przez Tomáša Mazala przewodnik po Czechach, uwzględniający wszystkie najważniejsze miejsca związane z Bohumilem Hrabalem. Książka, której bardzo mi wcześniej brakowało – gdybym miała ją rok temu, moja czeska wycieczka śladami Mistrza na pewno byłaby pełniejsza i bardziej intensywna. Pozostaje mi tylko przeczytać tę perełkę (którą oczywiście nabyłam już na premierze) i wyruszyć w drogę raz jeszcze :)

Na premierze obecny był autor książki oraz jej tłumacz, Jakub Pacześniak. Tomáš Mazal, który przez wiele lat był przyjacielem Hrabala, uraczył nas kilkoma ciekawymi historiami na temat pisarza. Mówił między innymi o jego sławnej już niechęci do wszelkich ceremonii, opisywał „strój galowy” Hrabala (sweterek, który ukryć miał wygryzione przez mole dziury w koszuli, oraz krawat przyozdobiony wizerunkiem lwa, przywodzącym na myśl czeski herb – w rzeczywistości krawat ten był po prostu prezentem od firmy Peugeot) oraz sztuczki, których ten próbował, żeby wymigać się od wyjazdów. Jakie? Na trzy miesiące przed planowanym wyjazdem oświadczał, że nie ma paszportu (który na szczęście bezpiecznie znajdował się w kieszeni Tomáša Mazala), później upijał się do nieprzytomności, aż wreszcie na dzień przed dzwonił do Mazala, pytał go, czy też się wybiera i oświadczał, że ostatecznie będzie mu towarzyszył – zupełnie, jakby nie był honorowym gościem, a zwykłym chłopcem od noszenia bagaży. Zdjęcia z tego spotkania możecie obejrzeć tutaj.

Dzień później w teatrze Barakah miał miejsce multimedialny pokaz Via Hrabal przygotowany przez Václava Špale i Tomáša Mazala – ilustrowana zdjęciami i krótkimi filmami opowieść o życiu Bohumila Hrabala. Piękna rzecz! Muszę przyznać, że mały Hrabal wtulony w drzwi, płaczący ze strachu że obiektyw aparatu go zastrzeli, wyciska łzy z oczu. Na koniec twórcy prezentacji zafundowali nam mały bonus – pokazali filmik, na którym Hrabal zdziera sobie gardło w gospodzie wyśpiewując sprośną piosenkę. Ponoć widzowie w Paryżu byli nim zniesmaczeni, ale pan Mazal wyraził nadzieję, że w Polsce ten materiał zostanie odebrany w inny sposób. I wydaje mi się, że tak się stało – dla mnie w każdym razie był to niesamowicie sympatyczny widok, Hrabal z krwi i kości. Zdjęcia z tego wieczoru tutaj.

Przy okazji pokazu Václav Špale i Tomáš Mazal przywieźli z Czech kilka egzemplarzy książki Via Hrabal. Kniha vzpomínek, która stała się oczywiście moją kolejną zdobyczą i pamiątką. Na temat Hrabala wypowiadają się w niej jego przyjaciele oraz ci, w których życiu jego osoba i twórczość odegrały szczególną rolę. Na pierwszej stronie natomiast podziękowanie składa Hrabalowi pilzneński browar – za hołd, który pisarz w swych dziełach złożył czeskiemu piwu :)

Przeglądając tę knihę vzpomínek jeszcze w pierwszy wieczór profesor Baluch zaczął mówić o albumie Pamiętam jedynie dni słoneczne wydanym 16 lat temu z okazji wystawy „Pamiętam jedynie dni słoneczne. Bohumil Hrabal w fotografii”. Profesor mówił, że wszyscy powinniśmy być wdzięczni właścicielowi wydawnictwa Czuły Barbarzyńca Tomaszowi Brzozowskiemu za wydanie tej książki, ponieważ jest to najpiękniejsza chyba publikacja na temat Hrabala, jaka ukazała się w Polsce. A ja słuchałam i wręcz się skręcałam, ponieważ polowałam na ten praktycznie już nieosiągalny album od dobrych kilku lat. Jakiś tydzień później zdarzył się cud – trafiłam na Allegro na człowieka, który był w posiadaniu Dni słonecznych i zgodził się mi je sprzedać! Już mam, przeczytałam, recenzja wkrótce, i muszę powiedzieć, że jest to najpiękniejszy prezent z okazji 100. urodzin Hrabala, jaki mógł mi się przytrafić. 

Skarb nr 1...
Wiem, że ubliżam w ten sposób innemu cudnemu prezentowi, jaki znalazł się w moich rękach zaledwie wczoraj – poświęconemu Hrabalowi i kilku innym czeskim pisarzom numerowi „Literatury na Świecie”, który otrzymałam od sQry. sQrko, przepraszam! Twój prezent też jest dla mnie ogromną radością :)

...

...oraz Skarb nr 2 i Skarb nr 3!
I to by było na tyle. Bogata wspaniałymi zdobyczami, szczęśliwa, rozmarzona, wciąż mając w ustach posmak czosnkowej zupy, smażonego sera i gulaszu piwnego oraz wielu kufli czeskiego piwa, spożytych i wypitych na cześć Mistrza, wspominam z rozrzewnieniem te dni, to hrabalowskie wiosenne święto przebiśniegu. Było dokładnie tak, jak być powinno.























***
Kochani, jeszcze małe ogłoszenie. Oficyna Literacka Noir Sur Blanc zaprasza na swoją nową stronę Zbrodnia w Oficynie poświęconą kryminałom. Na pierwszym planie – opowieści z ciepłego Południa jako alternatywa dla tak modnych dziś, ale tchnących chłodem kryminałów skandynawskich. Zapraszam!


Kończę życząc Wam...
Wesołych, Rodzinnych i Książkowych Świąt Wielkanocnych!

środa, 16 kwietnia 2014

Życie żenującym żartem – „Żart”, Milan Kundera

Podczas jednego z hrabalowskich wydarzeń, w którym niedawno uczestniczyłam (szykuje się osobny post o wszystkim, co ostatnio się w moim życiu wydarzyło w związku z Hrabalem, a było tego sporo), profesor Jacek Baluch powiedział o Kunderze, że to taki pisarz, którego kobiety albo kochały, albo nienawidziły. Mnie do nienawiści co prawda daleko, ale gdybym miała samą siebie zaliczyć do którejś z tych grup, to byłaby to jednak ta druga. Jest we mnie jakaś głęboka niechęć, której całkowicie nie przełamał nawet Żart, mimo że to książka świetna.

W historii Ludwika i na różne sposoby powiązanych z nim ludzi motyw żartu jest jak powtarzający się refren. Niewinny dowcip na pocztówce do koleżanki w dobie komunizmu urasta do wielkiej antypaństwowej prowokacji, staje się klątwą ciążącą nad całym życiem bohatera, odbiera mu starannie pielęgnowane w sercu ideały komunistyczne, odbiera mu bezpowrotnie ufność w ludzi, skazuje go na lata ciężkiej pracy w kopalni. On sam staje się w ten sposób żartem, igraszką w rękach partii. Jego bezskuteczne próby oczyszczenia się z winy przypominają trochę miotanie się bohaterów Kafki.
Zacząłem rozumieć, że nie ma siły, która mogłaby zmienić ów obraz mojej osoby złożony gdzieś w najwyższej izbie wyrokującej o ludzkich losach; zrozumiałem, że ten obraz (aczkolwiek do mnie niepodobny) jest o wiele prawdziwszy niż ja sam, że nie on moim, ale ja jego jestem cieniem, że nie on ponosi winę za to, że nie jest do mnie podobny, ale że temu brakowi podobieństwa winien jestem ja, i że ów brak podobieństwa to mój krzyż.
W zamian dostaje Łucję, szansę na miłość (jakkolwiek tanio i harlequinowato to brzmi), ale nie potrafi tej szansy wykorzystać. Na siłę wciska wybrankę w wymyślony schemat, traktuje ją jak szkatułkę, którą otworzyć można wytrychem, tymczasem jest klucz, idealnie pasujący klucz, ale oślepiony żądzą nawet nie próbuje tego klucza odnaleźć.

Mimo woli Ludwik staje się postacią coraz bardziej śmieszną, a zwieńczeniem wielkiego żartu, jakim okazuje się jego życie, jest komiczny romans z Heleną Zemankovą. Żenującym dowcipem wydaje się też historia samej Heleny, budzącej trochę wstręt, a trochę współczucie, a także Jarosława, którego bliscy nie podzielają miłości do rytuałów i tradycji, oraz Kostki, miotającego się między własnymi pragnieniami a etyką, żałośnie błagającego Boga o rozwiązanie własnych dylematów i zrzucającego odpowiedzialność na urojony głos z nieba.

Wszyscy oni mimo swoich wielkich ideałów są komiczni i mali. Bez względu na ograniczenia starają się dosięgnąć nieba, tymczasem niebo śmieje się z nich.
Pomyślałem w tej chwili, że i my oboje zostaliśmy strąceni na ten dziwny pusty plac ze skwerkiem i restauracją, że jesteśmy tu strąceni bezpowrotnie; że i my oboje skądś się odłamaliśmy; że na próżno naśladujemy niebo i jego wyżyny, że nikt nam nie wierzy; że nasze myśli i słowa na próżno pną się w górę, skoro nasze uczynki są tak podłe jak sama ziemia.
Ukojeniem okazuje się folklor i tradycja, świat ludowych piosenek, w których nic nie jest sztuczne i papierowe jak w życiu, gdzie emocje są prawdziwe, gdzie ludzie „w nienawiści chwytają za nóż lub szablę, z radości tańczą, z rozpaczy skaczą do Dunaju”. Grając i śpiewając jak przed laty Ludwik czuje się, jak gdyby po długiej tułaczce wrócił do domu. Ale czy można to nazwać pocieszeniem?

W Żarcie Kundera momentami zamienia się w gawędziarza, jakiego nie znałam z jego późniejszych książek. Jego opowieść nabiera barw, słucha się go z przyjemnością. Ale to jednak wciąż Kundera. Jakiś chłód i sterylność, którymi wiało z wcześniej przeze mnie przeczytanych jego książek, jest i tu. Nie ma chemii między nami, po prostu.

***
M. Kundera, Żart, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1997.

Fot. Elisa Cabot / Flickr / CC-BY-SA 2.0