poniedziałek, 22 września 2014

Brud, smród i łykanie żyletek – „Najpiękniejsza dziewczyna w mieście”, Charles Bukowski

Czytanie prozy Bukowskiego to wyrafinowana forma masochizmu. Jest jak piołun, jak gorzka pigułka, jak dobra whisky, która choć dobra, pali i wyciska łzy z oczu. Jak wbijanie sobie szpilek pod paznokcie. Jak chodzenie boso po rozżarzonych węglach. Jak łykanie żyletek. Jak cięcie się i posypywanie solą.

Trzeba mieć silne nerwy i dystans i poczucie humoru, by to robić. Bo jest brud i smród, bo trzeba wytaplać się w bagnie najbardziej podłych scen erotycznych, bo przez nieświeże wyrka i ciemne garaże na stronach tego zbioru przewijają się nie tylko dziwki, ale i dzieci i trupy... Ale przecież nie po to czyta się Bukowskiego, żeby było ładnie i kolorowo. Trzymaj się od niego z daleka, jeśli szukasz odtrutki na szarą rzeczywistość. Bo tutaj będziesz mieć wszystko co najgorsze, całą tę ohydę życia skupioną jak w soczewce. Jeśli masz odwagę, żeby spojrzeć w oczy prawdzie – spróbuj.

To prawda człowieka, który już wszystko widział. Nie odwraca wzroku od tego co brzydkie, patrzy na to wprost i każe nam też patrzeć. Radości życia nie ma. Są tylko chwile zapomnienia, udanego zagłuszania rzeczywistości. „Jedyne, co mogliśmy zrobić, żeby się nie martwić, to się pieprzyć. Dzięki temu zapominaliśmy na chwilę”.

Dostrzegam w tym szeregu opowiadań pewne uporządkowanie, ale odwrotnie niż w Boskiej Komedii Dantego, tutaj zaczynamy łagodnie i stopniowo zstępujemy do piekieł. Otwierająca zbiór Najpiękniejsza dziewczyna w mieście przypomina poezję Bukowskiego, jest smutna, liryczna i bolesna. Później jednak przed naszymi oczami przewijają się naturalistyczne scenki z odmóżdżaczem w tle (genialny pomysł!), krwawe rzygowiny, dziki seks z przyjaciółmi poety Andre aż po nekrofilię, pedofilię i brutalne morderstwo poprzedzone gwałtem. Antychryst to na pewno najbardziej wstrząsająca rzecz, jaką przeczytałam. Łykanie żyletek. Szpilki pod paznokciami.

Gdy jednak już jesteśmy razem z nim na dnie, nagle ponad tym całym bagnem unosi się jakaś cudowna w swej prostocie, orzeźwiająco trzeźwa myśl. Nieprawdopodobny jest talent Bukowskiego do komentowania rzeczywistości jednym trafnym zdaniem. Bez złudzeń, gorzko, czasem cudownie ironicznie, zabawnie wręcz. I to jest chyba tajemnica jego kultu – jest jak łyk chłodnej wody dla tych, którzy mają dosyć wciskanej im ściemy, że życie jest piękne, że optymizm, że radość życia, bla bla. Jest bogiem zmęczonych i rozczarowanych.
wszystko jest stratą czasu, chyba że człowiek pieprzy się w najlepsze, tworzy w najlepsze, ma się jak najlepiej albo zmierza w kierunku ułudy pod tytułem miłość i szczęście. wszyscy skończymy w gnojówce porażki – czy nazwiemy to śmiercią. czy błędem (s. 122, Jeszcze raz o koniach).

różnica między Demokracją a Dyktaturą jest taka, że w Demokracji najpierw się głosuje, a potem dostaje rozkazy; w Dyktaturze nie marnuje się czasu na głosowanie (s. 202, Polityka, czyli rypanie kota w tyłek).

zdrowie psychiczne to stan niedoskonałości (s. 92, Dziesięć brandzli).

Piłem więc codziennie po pracy u siebie, do lustra, i zostawało mi jeszcze dość forsy, by w niedzielę skoczyć na wyścigi, więc życie było proste i toczyło się bez większego bólu. Może też i bez większego sensu, ale unikanie bólu to przecież sensowne zajęcie (s. 256, Kumpel od kieliszka).
P.S. A nowe wydanie polecam nie tylko ze względu na urodę okładki, ale i na czystą przyjemność jej dotykania. Aż dziw, że moja nie wytarła się jeszcze od tego zachłannego głaskania!

***
Ch. Bukowski, Najpiękniejsza dziewczyna w mieście, Oficyna Literacka Noir Sur Blanc, Warszawa 2014.

Fotografia: http://99u.com/workbook/18568/charles-bukowski-dont-waste-your-life

środa, 17 września 2014

Poddać się falom – „Morze”, John Banville

Słowo „morze” budzi pozytywne skojarzenia. Wakacje, słońce, plaża, urokliwe południowe miasteczka, malownicze porty, białe żagle na tle nieskazitelnego błękitu nieba. Ale jest i druga strona medalu. Gdy sezon się kończy i ostatni turyści-maruderzy wyjeżdżają zabierając ze sobą swoje koszyki z jedzeniem, zwierzęta i dzieci, budzi się morze władcze, posępne i nieoswojone.

Takie jest w nagrodzonej Bookerem w 2005 roku powieści Johna Banville'a. Wielka szara masa, która strąca domy w przepaście i pożera zagubione statki, która wszystko porywa i obraca w proch nasze małe pragnienia i radości, wzloty i upadki. Jest symbolem nieubłaganego czasu i losu, który nieustannie krzyżuje nam plany, aż wreszcie zmiata nas z powierzchni ziemi. Jest niewzruszonym bóstwem. Widać to także w opisach nadmorskiego krajobrazu:
Nad morzem wszystko układa się w wąskie, horyzontalne pasma, a świat sprowadza się do kilku linii prostych wciśniętych pomiędzy niebo a ziemię.
To najważniejszy symbol w tej wręcz naszpikowanej symbolami powieści. Pojawia się jako metafora i dosłownie, jest zawsze gdzieś w tle, zabierając głównemu bohaterowi tych, których kocha. Ale nie zawsze rani, potrafi też koić. Jego wszechpotęga, której nie jest się w stanie oprzeć żadna jednostka, jest w pewien sposób krzepiąca, bo zwalnia od bezsensownej szamotaniny. Próżne twoje wysiłki, i tak zostaniesz w końcu uniesiony przez fale i znikniesz jak wszyscy inni, więc nie walcz, tylko poddaj się tej szarej, ciepłej masie, która cię unosi. I takie jest przesłanie całej książki.

Do ostatniej chwili nie jest to jednak jasne, mimo że pojawiają się wskazówki. Rozważania Maxa Mordena śledzi się z zainteresowaniem, bo mimo kolejnych stron wciąż nie wiadomo, do czego jest mu bliżej – do śmierci czy do życia, do mrocznego Hadesu czy do światła dnia. Jego zmagania z samym sobą odzwierciedla sen o drodze do domu w zimowym zmierzchu; jest w tym śnie zupełnie sam, brak nawet śladów na śniegu sugerujących czyjąś niedawną obecność, ponieważ to jego i tylko jego droga – nikt nie pomoże mu uporać się z bólem po utracie żony.

Strata to o tyle bolesna, że bohater zostaje brutalnie wyrwany z ciepłego kokonu, w jakim żył u boku ukochanej (nie tylko zresztą w sensie duchowym, ale i materialnym – w końcu wniosła do ich małżeństwa sowity spadek po zmarłym ojcu). W jego prowizorycznym schronieniu nie udało mu się ukryć przed życiem i związanym z nim cierpieniem.
Przez całe życie tak naprawdę chciałem tylko jednego: chciałem być ukryty, chroniony i strzeżony, chciałem zaszyć się w miejscu, które byłoby ciepłe jak łono, skulić się w nim, ukryć się przed obojętnym spojrzeniem nieba i groźnymi knowaniami powietrza.
Na tę „niesprawiedliwość” reaguje ostentacyjną rozpaczą, uwielbia rozdrapywać swoje rany i obnosić się z nimi przed publiką, upija się na pokaz, odtrąca córkę i w duchu kieruje gorzkie słowa do żony, która ośmieliła się umrzeć i zostawić go samego. Zachowuje się jak rozpieszczony bachor, któremu zabrano jego ulubioną zabawkę. Ukształtowane jeszcze w dzieciństwie poczucie wyższości daje mu podstawy do myślenia, że nie zasłużył na to, co go spotkało, ale kiedy zaczyna swoje wędrówki w przeszłość, przypomina sobie swoje dzieciństwo u boku okrutnej małej bogini Chloe, zaczyna mieć wątpliwości.

To lekcja życia, którą przeszedł późno, ale ważne że przeszedł. Zrozumiał, że jego gorączkowe szukanie schronienia – ucieczka w małżeństwo, we wspomnienia, w rozgrzebaną i nigdy nie skończoną książkę o Bonnardzie – na nic się nie zda, bo morze i tak w końcu podmyje fundamenty jego wątłego domku. I nie pozostaje nic innego, jak tylko się z tym pogodzić.

A styl? Styl zdaje się korespondować z szarością i chłodem wszechobecnego w tej książce morza. Jest elegancki i wyszukany, lecz monotonny. Momentami za dużo jest u Banville'a słów, piętrzą się jak morska piana, wbrew zasadzie „im mniej, tym więcej”. Ostatecznie jednak – utwierdzam się w tym przekonaniu dopiero teraz, przy ostatnich słowach recenzji, bo jak zwykle dopiero po spisaniu wrażeń wszystko ułożyło mi się w głowie i mogę wreszcie orzec, czy jestem „na tak” czy „na nie” – Morze to piękna książka. Smutna i zarazem kojąca jak senny szum morskich fal. 

***
John Banville będzie gościem tegorocznego Festiwalu Conrada. Zapraszam! I zaprasza sam pisarz.

***
Cytaty: J. Banville, Morze, wyd. Znak, Kraków 2007.

Fotografie:
Renato Giordanelli / Foter.com / CC BY-NC
http://www.beststarsofyear.com/imgs/11662-john-banville-05.html

piątek, 5 września 2014

Czekając na katharsis? – „Pełzająca wojna”, Agnieszka Korniejenko

Mężczyzna broniący barykady w trakcie ukraińskiej eurorewolucji. Fot. streetwrk.com / Foter.com / CC BY-ND 2.0
Książki w rodzaju Pełzającej wojny czytam bardzo rzadko. Na przekór niesłabnącym od wielu lat napomnieniom rodziny, że powinnam interesować się tym, co się wokół mnie dzieje, wolę uciekać w fikcję.

I prawdę mówiąc po tę pozycję pewnie też bym nie sięgnęła, gdyby nie jej autorka – dr hab. Agnieszka Korniejenko, w której zajęciach na UJ miałam przyjemność w ubiegłym semestrze uczestniczyć. Dzieje ukraińskiej sztuki XX wieku przybliżała w sposób może trochę chaotyczny, ale tak intrygujący i uroczo gawędziarski, że postanowiłam powierzyć jej odpowiedzialne zadanie – wytłumaczenia mi, o co właściwie chodzi w toczącej się u naszych wschodnich sąsiadów wojnie.

Z zadania wywiązała się świetnie – wyłożyła mi sprawę jasno, mówiąc wprost i bez ogródek, momentami przełamując poważny ton odrobiną trzeźwej ironii. W wywodzie o gospodarczych podstawach konfliktu trochę się pogubiłam, ale za to odmalowane przez autorkę obrazy rosyjskiej propagandy, przekłamania rzeczywistości, manipulowania ludźmi i informacjami są wręcz porażające. Do mainstreamowych mediów to nie dociera, to co widzimy na ekranie to tylko głośne incydenty, oficjalne przemówienia, deklaracje, pod śliczną polityczną fasadą kryje się natomiast nieprawdopodobna wręcz masa zgnilizny i smrodu. Nie do uwierzenia.

Trudno się dziwić, że Ukraina tak ciągnie do Europy. Jest tak, jak o tym pisał Ziemowit Szczerek – im bardziej na wschód, tym więcej zaślepienia, ciemności, nieszczęścia, które nie jest nawet siebie świadome. U Szczerka mieszkańcy tych terenów to ślepe larwy, coś na kształt tolkienowskich orków, u Korniejenko – ludzie-zombie, pozbawieni własnego rozumu i poczucia rzeczywistości, bo putinowska propaganda zdążyła wyprać im mózgi. To zaraza, którą Rosjanie są już przeżarci do kości i przed którą ucieka właśnie Boris Akunin, porównując swoich rodaków do pijanych, wśród których jemu, trzeźwemu, nie jest wygodnie.

Zwieńczeniem książki dr Korniejenko jest Subiektywny słowniczek eurorewolucji – niewielki zbiór słów i sformułowań, które powstały w związku z rewolucją na Ukrainie lub pod jej wpływem nabrały nowego znaczenia. Przygotowany przy silnym wsparciu dr Marii Redkvy z Katedry Ukrainistyki UJ słowniczek jest ciekawym spojrzeniem na wydarzenia polityczne pod kątem językoznawczym i dowodem na to, jak silnie na tego typu burzliwe przemiany jest w stanie reagować również język.

Pełzająca wojna to cenna lekcja, otrzeźwiająca, miejscami przerażająca, ale z pewnością bardzo ważna. Dlatego mimo interpunkcyjnych niedociągnięć i – z całym szacunkiem dla wydawnictwa – jednej z najbrzydszych okładek, jakie w życiu widziałam... polecam!

***
A. Korniejenko, Pełzająca wojna, wyd. Wydawnictwo M, Kraków 2014.

wtorek, 2 września 2014

Kobiecość lasem pachnąca – „Legenda o pięknej Julci i inne opowiadania”, Bohumil Hrabal

Każdy, kto miał przyjemność czytać Postrzyżyny lub Wesela w domu z pewnością przyzna, że Bohumil Hrabal rozumiał kobiety. A żeby je rozumieć, trzeba je kochać, to oczywiste. I opowiadania z tomu Legenda o pięknej Julci to potwierdzają – wielbiciel, miłośnik, czciciel wręcz płci pięknej, oto kim był mistrz Hrabal.

Odsłona pierwsza – Cygańska romanca. Spotkana przypadkiem na ulicy Cyganka, szelma gotowa oddać się za nowy sweterek, okazuje się tą, która nadaje sens życiu i pozwala odzyskać utraconą wiarę w siebie. Jest czarodziejką – sprawia, że niepozorny Gaston Koszulka zaczyna wierzyć, że nie musi być Fanfanem Tulipanem, że hydraulik jest bardziej potrzebny niż pajac skaczący po dachu z szabelką, że to on jest prawdziwym bohaterem... Wraz z pocałunkami tchnie w niego nowe życie i odwagę:
- Ale co byś zrobił, gdyby mama oświadczyła stanowczo: „Z Cyganką? Ożenisz się z nią tylko po moim trupie!”? Co byś zrobił? 
- Powiedziałbym: „Mamo, połóż się, niech przejdę po tobie!” (s. 49).
Odsłona druga – Siostra Beatrycze. Dowód na to, że adresatką miłosnego utworu może być też zakonnica. Odważna, gotowa do poświęceń, jak nikt inny lecząca niepokoje upośledzonych dzieci, którymi się opiekuje, silna siłą płynącą z góry, ale nie odczłowieczona... Tak jak każda inna przedstawicielka jej płci rumieni się na myśl o przystojnym mężczyźnie, uśmiecha lekko, gdy mówi o księdzu proboszczu z Mcel, u którego spowiada się co kwartał i który tak podobny jest do świętego Augustyna, „młodego śniadego młodzieńca, który zalecał się do dziewcząt w Kartaginie”. Bo nie ma ludzi odciętych od swojej płci, a miłosny rumieniec jest najbardziej naturalną rzeczą na świecie.
I ujrzałem wszystko, i to, że jako zakonnica nie jest wcale traumatycznie odcięta od płci, ale wprost przeciwnie, w jej oczach było tyle zmysłowości i czystej kobiecości, że zadrżałem i spuściłem oczy, a ona tymczasem nieustannie owiewała mi twarz miłosną czułością i powiedziała mi cicho to, czego nie powiedział mi nikt, że mam ładne nogi, i ja widziałem, że ona widzi wszystko, że widzi mnie, kiedy tylko zechce, jak idę obok niej nagi, że widzi mnie, jak w letnią noc przewracam się z boku na bok w łóżku, i że będę się przewracać, ilekroć o niej pomyślę (s. 127).
Odsłona trzecia – Wariacje na temat pięknej dziewczyny. Najpiękniejsza. Utwór, który znałam już ze Święta przebiśniegu (tam – w przekładzie Jana Stachowskiego) i który tak mnie wtedy oczarował – „żegnam się znakiem krzyża, pionową linią twego przyrodzenia i poziomą twych ust”... Miłosna pieśń jak wyśpiewywana w transie, natchniony monolog zakochanego poety, ogromny obezwładniający zachwyt, pięknem kobiecego ciała i pięknem natury, które spajają się tu w jedno, Jej zapach to zapach lasu, gałązek oliwnych, gliny, a nocny spacer po zagajniku ma w sobie zmysłowość miłosnego aktu. (Jaka szkoda, że nie mogę tu zacytować całego tego opowiadania, tak bardzo na to zasługuje!).
Lecisz teraz zupełnie nisko nad ziemią jak jaskółka przed burzą, kwitnące syberyjskie kosaćce swoimi piorunochronami przekreślają twoje piersi fioletem błyskawic, na chwilę znieruchomiałaś w powietrzu jak syrena wisząca nad ladą starych aptek i sklepów, gdzie sprzedawano sprzęt dla osadników i przyprawy z kolonii, a teraz wypłynęłaś w zapach kwitnącej oliwki (s. 131).
Nawet w tytule jest kobieta, piękna Julcia, królewna Julcia, której odebrano jej skarby, którą wypędzono z pięknego zamku, pozbawiono królewskiego dziedzictwa. Prócz tego jest tu kilka cudownych opowiadań bardzo w stylu Hrabala, rozkoszne impresje, codzienne rozmowy, fragmenty życia jak zatopione w bursztynie, ale ten hołd złożony kobiecości uderzył mnie tym razem najbardziej. Czy są jeszcze tacy, którzy potrafią się tak zachwycić?

***
B. Hrabal, Legenda o pięknej Julci i inne opowiadania, przeł. Andrzej Czcibor-Piotrowski, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990.

Ilustracja: John William Waterhouse, Ofelia, 1889.