poniedziałek, 27 października 2014

Bóg jest słabym pisarzem, czyli Festiwal Conrada 2014
– dzień 5. i 6.

Ostatnie dni Festiwalu Conrada były, przynajmniej dla mnie, słodko-gorzkie. Słodkie – bo zmęczenie po kilku tak intensywnych dobach daje się jednak we znaki, gorzkie – bo jest świadomość, że jeszcze tylko kilkadziesiąt, kilkanaście, kilka godzin i skończy się jedna z fajniejszych przygód w życiu. Póki co wracam jednak pamięcią do piątku, kiedy perspektywa końca była jeszcze dość odległa, a smutki zostały rozproszone przez trzy naprawdę ciekawe spotkania.

Pierwsze – z dwoma greckimi pisarzami, na których nazwiskach język łamał sobie nawet sam dyrektor Jankowicz – Kostasem Hatziantoniou oraz Yiannisem Kalpouzosem. Mowa była przede wszystkim o dwóch ich dziełach, które w polskim przekładzie możemy poznać dzięki wydawnictwu Książkowe Klimaty – Agrigento Hatziantoniou oraz Imaret. W cieniu zegara Kalpouzosa (która premierę miała zaledwie kilka dni temu).

Już we wprowadzeniu prowadzący Michał Bzinkowski zauważył, że Grecja nie jest krajem, który kojarzy się z literaturą. Wakacje, słońce, morze, starożytność, filozofowie – oczywiście, ale literatura? Tymczasem twórczość dwóch zaproszonych na Festiwal Greków udowadnia, że przedstawiciele tego narodu potrafią pisać naprawdę ciekawie.

W dziełach obydwu pisarzy kluczowa jest kwestia tożsamości i jej poszukiwania, szczególnie ważna w przypadku Greków i ich burzliwej historii. Kalpouzos w swojej książce, której akcja rozgrywa się w połowie XIX wieku w Grecji pod panowaniem Imperium Osmańskiego, chciał przedstawić wizję narodów zachowujących odrębność ale żyjących ze sobą w zgodzie i harmonii, mimo podziałów etnicznych i religijnych. Hatziantoniou ulokował powieściowe wydarzenia na Sycylii, gdzie język grecki ocalał częściowo tylko w południowych rejonach. Język, jak się okazało, nie jest jednak niezbędny by zachować narodową tożsamość, mieszkańcy tamtych terenów pochodzący z Grecji wciąż czują się bowiem Grekami.

Nic dziwnego, mogą się w końcu poszczycić wielowiekową historią i kulturą. Jak zauważył jednak Hatziantoniou, problem Greków polega na tym, że są dumni ze swojego antycznego dziedzictwa, lecz zupełnie nie potrafią z niego korzystać. Lubują się w konfliktach, zamiast postępować w duchu starożytnej filozofii greckiej i kierować się miłością.

Pisarze zwrócili też uwagę na to, że w dzisiejszej literaturze brakuje mitu, elementu bajkowości rodem z historii opowiadanych nam przez rodziców przed snem. W odpowiedzi na to tłumaczka pani Ewa Szyler przywołała Kronikę pewnego miasta Pandelisa Prevelakisa – nasyconą bajkowym i mitycznym klimatem grecką opowieść o świecie sprzed katastrofy małoazjatyckiej. W trakcie tego spotkania moja lista „do przeczytania” urosła więc o trzy pozycje, ponieważ książek Hatziantoniou i Kalpouzosa też jeszcze nie czytałam.

Kateřina Tučková [1]
Popołudniowe spotkanie z Kateřiną Tučkovą nie odbyło się w Pałacu pod Baranami, a w księgarni Bona – Książka i Kawa na Kanoniczej. Przygotowania do niego były nieco pospieszne – jeszcze pół godziny przed planowanym wydarzeniem w tym samym lokalu udzielał wywiadu Jaume Cabré. Udało się jednak wszystko zaaranżować na czas, a autorka pojawiła się niosąc w darze butelkę śliwowicy („napoju bogiń”!), którym to trunkiem uraczeni zostali wszyscy uczestnicy spotkania.

Tučková przyjechała do Krakowa przede wszystkim promować swoją nową powieść Boginie z Žítkowej, przetłumaczoną przez Julię Różewicz i opublikowaną przez Wydawnictwo Afera, i właśnie tej książki dotyczyły niemal wszystkie pytania prowadzącego Łukasza Grzesiczaka. Czy Žítkowa istnieje naprawdę? Kim były boginie? Czy czytelnicy w nie uwierzyli? Jak godziły głęboką religijność z wiarą w czary? Kim był pan Olejniczak?

Czas przyjemnie płynął, a autorka – bardzo sympatyczna i skromna dziewczyna – cierpliwie wyjaśniała, na czym polegały praktyki bogiń i przekazywanie (tylko w formie ustnej!) wiedzy młodym adeptkom oraz dlaczego zdecydowała się napisać książkę właśnie o nich i dlaczego nie wybrała formy reportażu (ponieważ powieść dawała jej więcej możliwości – mogła np. snuć historię z perspektywy bogini). Przyznała, że zaczęła pisać ponieważ straciła pracę i zyskała nagle mnóstwo wolnego czasu, zaś zbieranie materiałów (w tym szperanie w archiwach służb bezpieczeństwa, gdzie znajdowało się sporo zapisów o boginiach, oraz wyprawy w rejony Moraw, gdzie rozgrywa się akcja powieści i rozmowy z miejscowymi) i pisanie Bogiń zajęło jej około trzech lat. Chociaż w książce znalazło się spostrzeżenie, że Poznań przypomina Brno, autorka z rozbrajającą szczerością wyznała, że nigdy nie była w Poznaniu. Wszystko co na jego temat wie zawdzięcza Google Street View.

Pojawiły się też pytania do pani tłumacz – jeden z uczestników zarzucał jej, że pozostała przy dosłownie tłumaczonej formie „boginie” (cz. bohynĕ) zamiast zastosować polskie określenie na kobietę obdarzoną podobnymi właściwościami – „szeptucha”. Julia Różewicz odparła zarzuty tłumacząc, że poprzez takie nazewnictwo mylnie utożsamiłaby bohaterki powieści Tučkovej z szeptuchami, wyznającymi przecież inną wiarę (prawosławie) i żyjącymi na Podlasiu, byłoby to więc przekłamanie.

Boginie z Žítkowej zostały w Czechach bardzo dobrze przyjęte (pomijając jednego jedynego krytyka Petra Bílka, który wysłał Tučkovą z powrotem do kuchni do knedlików). Ja mam już swój egzemplarz, zaczęłam czytać i moja czytelnicza intuicja podpowiada mi, że to będzie strzał w dziesiątkę.

Jaume Cabré [2]
Wieczór piątego dnia Festiwalu należał do Jaume Cabré, który podobnie jak Paul Auster ugoszczony został w ICE. Przez półtorej godziny kataloński autor snuł swoje rozkoszne opowieści o pisaniu. Jednym z pierwszych impulsów do chwycenia za pióro było w jego przypadku niezadowolenie z zakończeń czytanych za czasów chłopięcych książek. Ale co było dalej? – pytał niecierpliwie mały Cabré i zamiast bezsensownie łamać sobie głowę, siadał do biurka i sam dopisywał kontynuację.

Pamięta przyjemność, jaką mu to wtedy sprawiało. W pamięci utkwiło mu wspomnienie opisywania słonecznego poranka na wsi i czysta radość tworzenia. Innym przełomowym momentem było powołanie do życia pewnego rowerzysty i wprawienie go w ruch – wówczas właśnie pisarz uświadomił sobie, jak wielką moc ma niepozorne pióro.

Pisać intensywnie. Pisać tak, aby czytelnik mógł poczuć i przeżyć to samo co bohater – oto jego ideał. Chce jednak także intrygować, co wytłumaczył na przykładzie nakrętki od butelki – wystarczy długo i z namysłem czemuś się przyglądać, jak tej nakrętce, by sprawić żeby ktoś inny również się tym czymś zainteresował, nawet jeśli to najbardziej nudna i prozaiczna rzecz na świecie.

Jego bohaterowie żyją własnym życiem. Pewną kobiecą postać usiłował uchwycić dwa razy, zanim udało mu się ulokować ją i zatrzymać w jednej z powieści. Wcześniej zniknęła gdzieś, nie pasując do kompozycji, za drugim razem natomiast... zamieniła się w mężczyznę. „W końcu usadziłem ją na fotelu i przykazałem, że ma się nigdzie stąd nie ruszać. Nazwałem ją ślicznotką, może dzięki temu dała się obłaskawić” – opowiadał. Jego powieści sprawiają w ten sposób wrażenie nieposkromionych, jakby rządziły się własnymi prawami (jak u Bodora).

Opowieści o pisaniu przeplatane były wątkami autobiograficznymi. Cabré wspominał swoje dzieciństwo w czasach dyktatury Franco i dotkliwy zakaz mówienia po katalońsku. Wyraził też niezachwianą wiarę w to, że Katalonia wkrótce uniezależni się od Hiszpanii; jego zdaniem to proces, którego już nie sposób powstrzymać. Na deser zaś podał trochę smakowitych osobistych anegdotek, takich jak ta: ojciec, głowa niezwykle muzykalnej rodziny, nie pytał nigdy chłopaków swych córek o to kim są w życiu i z czego zamierzają się utrzymać, ale o to czy są tenorem czy barytonem, by znaleźć im jakieś miejsce w rodzinnym chórze. Są w końcu pewne priorytety.

Miljenko Jergović [3]
Na uroczych opowieściach Cabré zakończył się dzień piąty Festiwalu. W szóstym najbardziej interesowało mnie wieczorne spotkanie z Chorwatem Miljenko Jergoviciem. Odbyło się ono w przestronnej sali w Międzynarodowym Centrum Kultury.

U Jergovicia, podobnie jak u niemal wszystkich zaproszonych na tegoroczny Festiwal pisarzy, pojawił się motyw „wspólnych światów”. Zapytany o Galicję i jej mit pisarz odpowiedział, że dawna galicyjska wielokulturowość jest dla niego ideałem, do którego dziś nam daleko. Nawet mimo nienawiści, jaką rodzą różnice między narodami, jest to mimo wszystko dużo lepszy układ niż społeczeństwo zupełnie spłaszczone etnicznie. Jego zdaniem Chorwacja wcale nie byłaby lepsza bez Serbów, a mniejszości nie należy odrzucać, tymczasem na ulicach Zagrzebia – w porównaniu na przykład z Krakowem – trudno wypatrzeć jakiegokolwiek kolorowego.

Autor mówił także o historycznej odpowiedzialności, o tym, że nie można jej na nikogo zrzucać – jeśli nasz dziadek lub ojciec był zbrodniarzem, musimy nosić to brzemię na swoich ramionach, podobnie jak grzechy całego naszego narodu. Z własnych historii rodzinnych przywołał postać babci, która nienawidziła Żydów i odmówiła pielęgnowania własnego syna, po tym jak ten wstąpił do partyzantki i wrócił chory na tyfus. Wszystko to godziła z żarliwą wiarą w Boga i fanatycznym katolicyzmem.

W temacie pisania Jergović wyjaśnił, skąd u niego tak wielkie zamiłowanie do fikcji, potrzeba mistyfikacji, tendencja do wymyślania nieistniejących miejsc (tak jak np. opera w Zagrzebiu). To po to, by uczynić opowieść bardziej prawdziwą – twierdził przekornie autor. Jego zdaniem bowiem rzeczywistość jest zawsze najbardziej nieprawdopodobna, a Bóg jest słabym pisarzem. Po to więc właśnie nasze ziemskie pisanie – żeby trochę złagodzić to przejaskrawienie, zmniejszyć poziom nieprawdopodobieństwa.

Na koniec uczestnicy spotkania obsypali autora pytaniami i ostatecznie szósty festiwalowy dzień zakończył się grubo po dziesiątej wieczorem. Pozostał ostatni, siódmy, ale dla mnie był on dniem bez spotkań, żyłam już tylko wspomnieniami minionych, z niepokojem wypatrując końca. Czasu nie udało się zatrzymać, a więc szósta edycja Festiwalu Conrada przeszła do historii. Będzie jeszcze jedna conradowska notka, podsumowująca całą imprezę. A potem co? Żyć, studiować, pracować, wysypiać się, jeść? Da się tak po prostu do tego wrócić po takim tygodniu?

Fotografie:
[1] Pavel Hrdlička / Wikimedia Commons
[2] Albin Olsson / Wikimedia Commons
[3] Toni / Wikimedia Commons

sobota, 25 października 2014

Ojcostwo trudniejsze od pisania, czyli Festiwal Conrada 2014
– dzień 3. i 4.

W trzeci dzień festiwalu ominęło mnie kilka ciekawych wydarzeń (wykład conradowski Conrad after Colonialism Davida Damroscha, wernisaż wystawy KafKa w KomiKsie), ale nie opuściłam najważniejszego – spotkania z Paulem Austerem. Tak wielką literacką gwiazdę należało podjąć z pompą, dlatego spotkanie odbyło się w świeżutkim i pachnącym jeszcze nowością Centrum Kongresowym ICE.

Paul Auster [1]
W klimatycznej, przyciemnionej sali o marnej akustyce Auster mówił głównie o pisaniu – jak u niego wygląda cały proces, jakie ma rytuały i techniki. Prowadzący spotkanie Grzegorz Jankowicz przywołał anegdotę opowiadaną przez pewnego dziennikarza, który przyszedł kiedyś do domu Austera zrobić wywiad z jego żoną i siedząc na parterze słyszał okropne łomotanie z piętra; okazało się, że to nie próba gry na perkusji czy horda nieznośnych siostrzeńców, a Paul bębniący w klawiaturę. Stąd wniosek, że proces twórczy Austera musi być niezwykle intensywny. Sam pisarz stwierdził jednak, że coś się w tej anegdocie nie zgadza – pisanie na maszynie to już zawsze faza przepisywania, a więc mniej burzliwa; najwięcej dzieje się jeszcze na etapie pióra i papieru.

Przepisywanie jest jednym ze stałych rytuałów autora, co czyni go w pewien sposób swoim pierwszym czytelnikiem. Dzięki temu udaje mu się wyłapać błędy, fałszywe tony, często w tej fazie dokonuje różnych modyfikacji i udoskonaleń. Spytany przez Jankowicza, czy zdarza mu się, niczym Goethemu, doznać objawienia i przelać na papier niemal gotowy, nie wymagający korekty tekst, jak gdyby był jako pisarz jedynie narzędziem, rodzajem medium, odpowiedział że tak, zna to uczucie, ale jest to niezwykle rzadkie. Zwykle jest idea, „bzyczenie” w głowie, które obudowuje się słowami, intensywnie tnąc i doklejając.

W trakcie spotkania mowa była także o stałych motywach w twórczości Austera, takich jak samotny człowiek pozostający w zamknięciu (którego samotność może być jedynie pozorna) czy osobnik podróżujący i poszukujący, a także o rozróżnieniu między „home” i „house” (które u Austera jest bardzo ważne, zaś w języku polskim nie istnieje, co okazało się dość problematyczne). Pisarz, tym razem w większym gronie, przywołał też opowiedzianą wcześniej w Kinie pod Baranami historię tego, jak został filmowcem. Wayne Wang, reżyser Dymu, w trakcie kręcenia filmu rozchorował się i stwierdził beztrosko, że na kilka kolejnych dni Auster przejmie jego obowiązki. To doświadczenie pisarz wspominał ze sporą dozą humoru i autoironii – krępował się głośno sygnalizować cięcie, toteż ograniczył się do nie do końca skoordynowanych machnięć ręką, aż wreszcie operator zaczął go szturchać, przynaglając „Say it!”. Krótkie i, jak się okazało, bezbolesne „Cut!” rozwiązało sprawę.

Zwieńczeniem spotkania była lektura fragmentów powieści Austera – po angielsku czytał je sam autor, w polskim przekładzie natomiast – Marek Kondrat. Tradycyjnie po dyskusji i pytaniach przyszedł czas na autografy. Autor nie oszczędzał nadgarstka i dzielnie podpisał wszystkie podsunięte mu egzemplarze, mimo że kolejka była długa, a rekordziści przynosili ze sobą nawet po dziesięć książek. (Swój autograf również mam, ale cierpię niestety na brak dobrego aparatu, więc może fotografia dołączy tu kiedyś w przyszłości).

Czwartek był równocześnie pierwszym dniem Targów Książki. Korzystając z dwugodzinnej przerwy między spotkaniami wybrałam się na Galicyjską, przedzierając się przez błota i mokradła i marznąc w zimnym deszczu (pogoda w tym festiwalowym tygodniu niespecjalnie dopisała, choć można i na to patrzeć inaczej – sprzyja długim literackim dyskusjom w zacisznych i suchych wnętrzach Pałacu pod Baranami), a w drodze powrotnej tkwiąc w gigantycznym korku. Lokalizacja nieszczęśliwa, ale wnętrze Expo Kraków prezentowało się bardzo przyzwoicie, przynajmniej na tyle na ile zdążyłam się mu przyjrzeć przez te kilka spędzonych tam minut (na więcej nie starczyło czasu, dojazd pochłonął resztę).

Etgar Keret [2]
Po powrocie do Pałacu pod Baranami zrobiło mi się jednak cieplej nie tylko na ciele, ale i na duchu – Etgar Keret zaczął swoje spotkanie od opowieści o ojcostwie, a mówił tak pięknie, że aż serce topniało. „Gdybym mógł wybrać między byciem dobrym pisarzem a dobrym ojcem, bez wahania wybrałbym to drugie” – stwierdził i wyznał, że najstraszniejszym momentem w jego życiu wcale nie była śmierć kogoś bliskiego lub podobne wydarzenie, ale gdy podniósł głos na swojego syna i natychmiast zdał sobie sprawę, jak złe jest to co robi. (Zaraz potem rozpłakał się i przytulił dziecko, na co rezolutny chłopiec zaczął go pocieszać: „Nie przejmuj się tatusiu, nic takiego się nie stało, po prostu trochę na mnie nakrzyczałeś”). Tworzenie dzieła literackiego a powoływanie do życia nowego człowieka to coś zupełnie innego, przekonywał Keret – gdy tekst jest już gotowy, po prostu idzie w świat i znika związana z nim odpowiedzialność, podczas gdy bycie rodzicem jest jak nieustanne chodzenie po jajkach; na każdym kroku coś można zrobić źle.

To tylko jedno z wielu efektownych porównań, jakie Keret zaserwował tego popołudnia słuchaczom. Pozostając w temacie jego synka, który był leitmotivem całego spotkania, opowiedział jak to postanowił wytłumaczyć swej latorośli na czym polega konflikt izraelsko-palestyński i jego konsekwencje, dzieląc całe mieszkanie na strefy. Na granicach stref wprowadzono fikcyjne punkty kontrolne, a ponieważ toaleta znajdowała się w innej strefie niż pokój chłopca, prędzej czy później musiał zawitać do jednego z punktów. Pomysłowy tatuś zaczął go wówczas wypytywać, jak się nazywa, z kim podróżuje, co ma ze sobą, i gdy udręczony przepełnionym pęcherzem mały zaczął tracić cierpliwość, zrozumiał, na czym polega problem.

Samą wojnę izraelsko-palestyńską Keret porównał do stanu, w jakim znajduje się zwierzę trafiające na nowy wodopój, ale przywiązane do starego, żony bite przez mężów czy po prostu ludzie pozostający w kiepskich związkach. Zgodnie z zasadą „złe, ale przynajmniej znane” Izrael i Palestyna pozostają skłócone, bo nie znają pokoju, wrogość była między nimi od zawsze.

Nie obyło się także bez nawiązania do polskich korzeni autora. Sam nie potrafi powiedzieć po polsku ani słowa, ale jego rodzice są z pochodzenia Polakami i matka popłakała się, gdy pierwszy raz przeczytała jego książkę przetłumaczoną na polski. Orzekła wtedy „Ty nie jesteś izraelskim pisarzem, ty jesteś polskim pisarzem na wygnaniu”.

Tematem, który przewinął się także w czasie dyskusji był humor oraz możliwość jego wykorzystania w ramach protestu przeciw rzeczywistości, w tym na przykład śmierci. Zdaniem Kereta dowcip jest bardzo dobrym sposobem na radzenie sobie z prozą życia, co zanotowałam sobie skrzętnie w pamięci, bowiem zabrzmiało bardzo w duchu czeskiej tradycji szwejkowskiej.

Z powodu kolejnego spotkania w sali balowej podpisywanie książek przeniosło się do festiwalowej kawiarni – i dobrze, bo potrwało ponad godzinę. „Czuję, że jestem coś winien czytelnikowi, skoro poświęcił czas i energię na przeczytanie mojej książki” – mówił autor i zgodnie z tym każdemu fundował unikatową dedykację, będącą małym dziełem sztuki. Tematyczne rysunki, minikomiksy, dowcipy – czego nie było na tych podpisach, które widziałam! Pozostało mi skręcać się z zazdrości i pluć sobie w brodę, że nie odłożyłam przed Conradem trochę pieniędzy na książki festiwalowych gości. Liczę na to, że za jakiś czas Keret znowu zawita nad Wisłę, i wtedy już pojadę za nim choćby na koniec Polski!

Koniec dnia był cudowną wisienką na Keret-torcie – kolacja wraz z autorem i laureatami konkursu na najlepszą dedykację w klubie Cheder na Kazimierzu. Pyszny hummus i izraelskie wino, opowieści pań z wydawnictwa i oczywiście Keret, niestrudzony, rozgadany, wiecznie uśmiechnięty. Jestem nim absolutnie urzeczona.

Tak zakończył się dzień czwarty. O piątym będzie już w kolejnym poście. Zapraszam!

Fotografie:
[1] David Shankbone / Wikimedia Commons 
[2] מוטי קיקיון / Wikimedia Commons

środa, 22 października 2014

Opowieści nieposkromione, czyli Festiwal Conrada 2014
– dzień 1. i 2.

Tegoroczny Festiwal Conrada miał mocne wejście – trzy wspaniałe spotkania i prawdziwe tłumy pasjonatów literatury. Nie wierzyłam, że właśnie tak to wygląda, bo przecież żyjemy w kraju, w którym aż 90% ludzi w ciągu roku nie jest w stanie zmęczyć siedmiu książek, ale jednak – na spotkaniu z Olgą Tokarczuk sala pękała w szwach i rosło od tego serce.

Jako pierwszy jednak w sali balowej zasiadł Ádám Bodor, węgierski pisarz, o którym mówi się, że w swoich utworach stworzył karpacką wersję realizmu magicznego. W jego opowieściach o pisaniu urzekł mnie zwłaszcza sposób, w jaki widzi literaturę – jako coś nieposkromionego, nie do końca zależnego od autora, coś, co nim rządzi i decyduje o tym, jaki ostatecznie kształt przyjmie dzieło. „Zdaję sobie sprawę, że moje książki są o dyktaturze, choć świadomie nigdy tego tematu nie podejmuję – za dużo związanych z tym emocji” – stwierdził Bodor i podkreślił tym samym, że mimo wszelkich założeń autora literatura okazuje się często wyrazem pewnych motywów zakorzenionych w podświadomości. Równocześnie każda jego opowieść może być interpretowana na wiele różnych sposobów, dlatego też ważną rolę odgrywa czytelnik i jego własne spojrzenie na świat. Pisarz opowiedział także o tym, dlaczego z Rumunii wyemigrował właśnie na Węgry, a nie na Zachód, i jak wyglądały jego pierwsze lata w nowym środowisku, a także o doświadczeniu, które zdeterminowało go do zostania pisarzem – pobycie w więzieniu w wieku zaledwie 17 lat pod zarzutem działań antyrządowych.

Olga Tokarczuk [1]
Kolejnym gościem była pisarka, której nikomu nie trzeba przedstawiać – Olga Tokarczuk. Jej nazwisko oraz wieści o wydanej po kilku latach milczenia nowej książce zadziałały jak magnes – już na pół godziny przed spotkaniem w sali balowej i przyległej sali zielonej zrobiło się gęsto, a z każdą minutą gości niepokojąco przybywało. Do pewnego momentu sala sprawiała wrażenie zrobionej z gumy, bowiem cierpliwie przyjmowała nowo przybyłych oferując im przestrzeń pod ścianami i w różnych zacisznych kątach, ale kiedy stało się jasne, że wolne miejsce znajdzie się już tylko na suficie, pasjonaci literatury zaczęli gromadzić się przy drzwiach, w przejściu, na korytarzu. Choć trudno w to uwierzyć, ostatecznie na spotkaniu stawiło się ponad pół tysiąca osób.

Olga Tokarczuk opowiadała przede wszystkim o nowej powieści, Księgach Jakubowych, którą chętni mogli już zakupić w festiwalowej księgarni wydawnictwa Lokator. Na wstępie prowadzący Szymon Kloska i Tomasz Pindel prowokacyjnie poprosili pisarkę, by o tym monumentalnym dziele, które pochłonęło sześć lat jej życia, wypowiedziała się „w telewizyjnym skrócie”. Jak stwierdziła Tokarczuk, pisanie Ksiąg Jakubowych było jednak nie tylko ciężką pracą, ale i zabawą. Niektóre wątki czy postaci chętnie jeszcze by rozbudowała, lecz rozmiary powieści stałyby się już wtedy zupełnie nie do przyjęcia. Była i mowa o nawiązaniach do Sienkiewicza i tradycji polskiej powieści historycznej, o roli kobiet w historii, o niezwykłej oprawie graficznej i formie Ksiąg (która miała być jeszcze bardziej niezwykła – przez chwilę autorka wraz z wydawcą rozważali nawet czytanie od prawej do lewej, na cześć ksiąg hebrajskich)... Brzmiało to wszystko szalenie intrygująco i gdyby nie wiatr hulający w portfelu, natychmiast poleciałabym kupić egzemplarz, podobnie jak to zrobili liczni uczestnicy spotkania (aż się w sali zazieleniło!).

John Banville [2]
Na deser w ten pierwszy dzień tegorocznego festiwalu pozostała literacka gwiazda, która przyjęła zaproszenie po kilku latach nalegań (podobno pod wpływem znaku od losu – autobusu z reklamą biura podróży „Przyjedź do Polski”!) – John Banville. Ten wybitny prozaik zapytany o poezję wyznał, że nie jest tak, że nigdy jej nie tworzył – gdy miał 17 lat i był zakochany rzecz jasna spłodził kilka wierszydeł, „jak wszyscy”, lecz Bogu dzięki ostatecznie wybrał prozę. Wzorem dla jego twórczości pisarskiej jest natomiast malarstwo – sprawić, by podobnie jak w malarstwie odbiorca (czytelnik) zobaczył dokładnie to, co widział autor, oto prawdziwa sztuka! Mimo całego swego piękna świat według Banville'a jest jednak i przerażający – przeraża niebo, w które patrząc widzimy nieskończoność, i przeraża morze, tak idealnie i niepokojąco gładkie. Na koniec, dzięki pytaniu zadanemu przez jednego z uczestników, dowiedzieliśmy się, co irlandzki pisarz sądzi o Jane Austen. „Wspaniała pisarka”, zaczął dyplomatycznie, „ale jeśli jest ktoś, kto już po kilku stronach nie zdaje sobie sprawy, że ona wyjdzie za niego na stronie 385, ten jest idiotą”. Zwrócił też uwagę na przemilczanie wielu kwestii, jakiego dopuszcza się Austen, i określił to jako „ogłuszające”. Wieczór zakończył się tradycyjnie rozdawaniem autografów i dyskusją w kuluarach.

Jacek Hugo-Bader [3]
Drugi dzień festiwalowych atrakcji rozpoczął się od spotkania z Jackiem Hugo-Baderem, który dał się poznać jako niezwykle ekspresyjny mówca. Choć prowadzący Michał Olszewski stwierdził, że w utworach Hugo-Badera daje się wyczuć niezwykłe opanowanie i stalowe nerwy, sam reporter orzekł, że nie da się pisać reportaży bez emocji, zwłaszcza jeśli, jak w przypadku opowieści o wyprawie na Broad Peak po ciała zabitych himalaistów, ma się do czynienia z największą możliwą tragedią – osieroconymi rodzicami. Hugo-Bader odniósł się także do głośnej sprawy plagiatu, tłumacząc, że przeczytany fragment opisał w trochę zbyt podobnej do oryginału formie, co było bardzo niefortunne, lecz może przydarzyć się każdemu. W trakcie dyskusji pisarz cierpliwie odpowiadał na zarzuty i niesłuszne jego zdaniem sugestie uczestników, zaś najgorliwiej dyskutującej z nim rozmówczyni podarował na pamiątkę szczęśliwą podkowę przywiezioną z jednej z wypraw.

Tłumy przyciągnęła dyskusja „Pokaż mi język, a powiem ci, kim jesteś” z udziałem Ingi Iwasiów, Jerzego Sosnowskiego oraz Zbigniewa Kruszyńskiego. I sądzę, że przybyli uczestnicy nie byli zawiedzeni, rozmowa toczyła się bowiem wartko i naszpikowana była smakowitymi anegdotami. Mowa była między innymi o tym, co od strony językowej najbardziej przyciąga czytelnika – wymieniano językową wynalazczość, spostrzegawczość, element niespodzianki – oraz o tym, czy należy pisać „prosto i okrągło” tudzież „po bożemu”, czy można sobie pozwolić na eksperymenty. Inga Iwasiów stwierdziła, że żaden pisarz nie jest zupełnie wolny od konwencji, zaś Jerzy Sosnowski zwrócił uwagę na to, że przy posługiwaniu się konwencją nieraz wypada zasugerować to czytelnikowi, aby nie zostać niezrozumianym (tj. należy wskazać mu miejsce na ulicy, gdzie ma się spotkać z autorem, tak aby nie poszedł zupełnie gdzie indziej). Dużo uwagi w trakcie dyskusji poświęcono też literackiemu erotyzmowi, „wciskaniu pedału gazu” za mocno, poza granice komizmu (uda spazmatycznie zaciskające się na uszach) lub zbyt słabo, skutkiem czego jest bardzo rzeczowy – i przez to też komiczny – opis. Inga Iwasiów skwitowała ten temat stwierdzeniem, że jak najbardziej należy zadawać pytanie „Co w nas drzemie?” i próbować na nie odpowiadać w utworach literackich, ale nie obuchem w głowę, w stylu 50 twarzy Greya.

Raja Shehadeh [4]
Wieczorne spotkanie z Rają Shehadehem poświęcone było głównie konfliktowi palestyńsko-izraelskiemu, choć Shehadeh nie uważa sam siebie za pisarza politycznego, ba! był nawet takim określeniem samego siebie zaskoczony. Literatura pojawiła się tu w kontekście radzenia sobie z dramatem własnego narodu – stała się dla Shehadeha antidotum na rzeczywistość, pozwoliła uporządkować myśli i poprzez przelanie na papier częściowo się ich pozbyć. Pisarz podkreślił, że strata Palestyńczyków jest o tyle bolesna, że nie ogranicza się do rzeczy materialnych, ale własnego domu, swojego miejsca na świecie. Nie przekonują go stwierdzenia, że konflikt między Palestyną a Izraelem to konflikt dwóch niezaprzeczalnych praw – jego zdaniem biblijne przesłanki jakimi posługują się Żydzi nie są podstawą by odbierać Palestyńczykom należną im ziemię i wolność. Za sprawą żywej dyskusji spotkanie przeciągnęło się do późnego wieczora.

Dwa dni festiwalu przeszły już do historii, ale pozostało jeszcze wiele przed nami – między innymi trzy największe spotkania, z Paulem Austerem, Borisem Akuninem oraz Jaume Cabré. Ci, którzy z różnych powodów nie mogą przyjechać do Krakowa na to wielkie literackie święto – spodziewajcie się mojej relacji z kilku kolejnych spotkań, a ci, którzy są na miejscu i mogą się pojawić – do zobaczenia! :)

Niestety nie dysponuję zdjęciami ze spotkań, ale na stronie Festiwalu jest kilka.

Fotografie:
[1] Sylwia Burzyńska / Wikimedia Commons
[2] Vittoria della Mente / Wikimedia Commons
[3] Radek Kołakowski / Wikimedia Commons
[4] palfest / Wikimedia Commons

poniedziałek, 20 października 2014

Łypiąc przez szparę w drzwiach na literacki światek

Jeszcze kilka lat temu myślałam o książkach zupełnie inaczej niż dziś. Były dla mnie jak łódeczki przypływające z jakiegoś odległego świata, o którym nie mam pojęcia i który jest zupełnie poza moim zasięgiem. W tej egzotycznej krainie pisarze poruszali się, mówili, spali, jedli, tworzyli, byli ludźmi z krwi i kości, ale dla mnie stanowili zjawy, nie różniące się niczym od bohaterów ich książek. Istnieją naprawdę czy nie? Nie wiedziałam i nie zastanawiałam się nad tym.

Na szczęście to się zmieniło. Już na drugich studiach, a więc w wieku w którym dawno już tę inicjację powinnam mieć za sobą, przełamałam odwieczny lęk przed spotkaniami autorskimi i poszłam na kilka. Uchyliłam wreszcie drzwi tego tajemniczego świata, zajrzałam i okazało się, że pisarze nie tylko są, ale i są nawet dość podobni do wszystkich innych znanych mi istot ludzkich.

Pierwsze takie spotkanie to był Jaroslav Rudiš i Michal Viewegh, pochmurne październikowe popołudnie, nieistniejąca już kawiarnia Czuły Barbarzyńca w Krakowie na Powiślu. A odbyło się ono w ramach Festiwalu Conrada. Ładna to klamra spajająca moje nieśmiałe przebudzenie z dniem dzisiejszym, bo, jak pewnie wielu z Was wie, dziś zaczyna się kolejna edycja Conrad Festival.

Dla mnie szczególna – bo dzięki niej zrobiłam duży krok do przodu, przestałam łypać na literacki światek przez półotwarte drzwi, otworzyłam je na oścież, weszłam, rozejrzałam się, słowem: zostałam wolontariuszką. Okazało się, że za drzwiami jest swojsko. Dają ci kawę i torta czekoladowego, żartują i śmieją się, a w dzień ogłoszenia literackiego Nobla razem odliczacie minuty i sekundy do werdyktu, żeby już po nim wymienić się zdezorientowanymi spojrzeniami. Piękne!

To był przedsionek. Dziś poszłam dalej – uścisnęłam rękę pisarzowi, przedstawiłam się, przywitałam w Krakowie, po to żeby chwilę później stwierdzić, że pisarz nie zna angielskiego i ledwie mnie rozumie, a więc inspirujących rozmów i pasjonujących dyskusji raczej nie będzie. Ale to nic! Ciągle jestem blisko. Jutro – Olga Tokarczuk, którą wielbię od lat siedmiu, czyli odkąd przeczytałam Annę In w grobowcach świata. Na żywo, z krwi i kości. Potem John Banville, kolejna podziwu godna zjawa, która jutro przyjmie ludzką postać.

Potem Jacek Hugo-Bader, Raja Shehadeh, Paul Auster, Etgar Keret, Boris Akunin. Kateřina Tučková ze swoim napojem Bogiń, już się nie mogę doczekać! Cabré, Jergović, Jouet.

Dla Was, którzy może wybieracie się na festiwalowe spotkania (wybieracie się? wybierzcie się, będzie fajnie!), to nie jest może aż takie przeżycie. Może nie stali u Was ci wszyscy pisarze na takim piedestale jak u mnie, gdzieś wysoko wysoko, że aż głowę trzeba zadzierać. Ale to cudowne, bo przeżywam teraz wszystko dziesięć razy mocniej, jak dziecko. Jak 5-letni brzdąc, który z wypiekami na twarzy czyta o jakimś rycerzu, królu, czarodzieju, smoku, a zaraz potem widzi go na własne oczy.

Powtórzę: Auster, Cabré, Keret, Akunin, Banville... Na żywo, z krwi i kości! Bo choć do sedna dochodzę okrężną drogą, w całym tym poście chodzi w końcu o to, żeby Was zachęcić do festiwalu :) Już od dzisiaj, aż do niedzieli, mnóstwo ciekawych spotkań, cała galeria zjaw, które ożywają. Kompletny program jest na stronie. Do zobaczenia!


piątek, 17 października 2014

W poszukiwaniu własnej formy – „Trylogia nowojorska”, Paul Auster

Jeden ze słynnych cytatów Hrabala brzmi: „Porządna książka nie jest po to, aby czytelnik mógł łatwiej usnąć, ale żeby musiał wyskoczyć z łóżka i tak jak stoi, w bieliźnie, pobiec do pana literata i sprać go po pysku”. I zgodnie z tymi kryteriami Trylogia nowojorska jest absolutnie rasową „porządną książką”.

Bo to takie wielkie niewiadomoco. Ni to kryminał, ni psychologiczna, ni filozoficzna... Czyta się i czyta i pogrąża się jak w bagnie, granice między postaciami zacierają się, ślady giną z oczu, aż wreszcie człowiek czuje się jakby błądził w pomieszczeniu pełnym dymu, dym szczypie w oczy i bardzo chciałby już wyjść. Ale gdy już wyjdzie, od niczego się nie uwalnia. Bo historia fascynuje go coraz bardziej, niepostrzeżenie oplata swoimi mackami, i nie może już przestać o niej myśleć. Leży nocą w łóżku, patrzy w ciemność za oknem i wyobraża sobie, że kryje się tam to dziwne i niepokojące miasto, ten groźny, choć na pozór znany i oswojony, ogromny, choć zaskakująco ciasny i duszny, tętniący mroczną energią Nowy Jork.
Przyjechałem do Nowego Jorku, bo nie ma na świecie bardziej nieszczęsnego, żałosnego miejsca. Wszędzie widzi się tu rozkład, chaos jest zjawiskiem powszechnym. Wystarczy mieć oczy otwarte, żeby to zobaczyć. Połamani ludzie, połamane rzeczy, połamane myśli. Całe miasto jest jednym wielkim wysypiskiem śmieci (s. 76).
Nowy Jork stanowił niewyczerpany bezmiar, nieskończony labirynt kroków, i choćby Quinn zaszedł nie wiedzieć jak daleko, choćby poznał na wylot rozmaite dzielnice i ulice, zawsze ogarniało go w końcu uczucie zagubienia. Był zagubiony nie tylko w mieście, ale i w sobie (s. 10).
Zagubienie bardzo dobrze charakteryzuje głównych bohaterów wszystkich trzech utworów składających się na Trylogię. Każdy z nich, detektyw, pogrąża się w zagadce którą ma rozwiązać tak bardzo, że zapomina kim jest. Daniel Quinn, William Wilson, Paul Auster, detektyw czy pisarz, śledzący czy śledzony – postaci zlewają się ze sobą, ulegają niespodziewanym transformacjom, ewoluują. „Każdy człowiek jest jajem, w pewnym sensie. Istniejemy, lecz jeszcze nie odnaleźliśmy przeznaczonej nam formy” (s. 79).

Również słowa zaczynają tracić na znaczeniu, gubią związki z rzeczywistością. Ogromnego znaczenia nabiera w tym kontekście motyw Wieży Babel (wydeptywanej cierpliwie ulicami miasta przez Petera Stillmana) oraz wypędzenia z Raju, gdzie każde słowo odpowiadało ściśle swemu desygnatowi, zawierało istotę rzeczy, podczas gdy po wypędzeniu więź ta została bezpowrotnie zerwana.

Tak naprawdę jednak większość tropów, historii, motywów, którymi zarzuca nas autor, nie ma większego znaczenia. To wyrafinowana gra, zabawa z czytelnikiem pozostawiająca go z uczuciem niedosytu. Dostajemy rozrzucone puzzle, z których kilka uda nam się gdzieś wcisnąć, z czymś połączyć, ale na koniec i tak zostanie nam bezładna kupka, której nijak nie da się ułożyć. Zupełnie jak śmieci zbierane przez Stillmana i skwapliwie spisywane w czerwonym zeszycie przez śledzącego go Daniela Quinna vel Paula Austera. Czytelnik zostaje postawiony w jednym szeregu z nieszczęsnymi bohaterami, też zostaje wciśnięty w rolę detektywa i z góry skazany na porażkę.

Bo tutaj nie ma jasnych odpowiedzi i pełnych rozwiązań. Bo z czasem postaci zaczynają nam się wymykać, ogarnięty obsesją rozwiązania zagadki bohater popada w obłęd, świat przedstawiony nabiera płynności i przecieka nam przez palce... Roi się tu od postaci jak z greckiej tragedii z ciążącym na nich fatum – pogrążą się w szaleństwie, zginą, stracą kontakt z rzeczywistością, nie wiedząc nawet do końca o co tak usilnie walczą, czego czepiają się zziębniętymi i poczerniałymi od wielomiesięcznego brudu palcami. Niczym bohater jednej z wielu przywołanych w tej książce opowieści, pechowiec uwięziony w igloo, budują sobie trumnę każdym kolejnym oddechem.

Jest jednak jakaś klamra spajająca pierwszą i ostatnią opowieść, jakaś rama, którą wypełnić możemy naszymi puzzlami. Jest dom, gdzie pogrążona w szaleństwie jednostka przez długi czas żyje w izolacji, i jest czerwony zeszyt. „Czy autor zna rozwiązanie? Czy on wie?”, krążyło mi po głowie. Czy może dla niego też jest to niekompletna mozaika, którą tylko spisuje, jak litanię pozbawionych znaczenia przedmiotów w czerwonym zeszycie?

Kim jest Paul Auster? „Pisanie to zajęcie dla samotników. Zastępuje im życie. Pisarz w pewnym sensie w ogóle nie ma życia. Niby jest, ale właściwie nie istnieje”.

***
P. Auster, Trylogia nowojorska, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 1996.

Paul Auster już w środę 22.10 na Festiwalu Conrada!

Fotografie:
Nathan Congleton / Foter.com / CC BY-NC-SA
Darice / Foter.com / CC BY-NC

niedziela, 5 października 2014

Błądząc pośród gwiazd – „Wszystko, co lśni”, Eleanor Catton

Wszystko, co lśni jest lekturą zaskoczeń i niespodzianek, oszołomienia i niedowierzania. Bo choć powieść Eleanor Catton od roku nie schodzi z ust pasjonatów literatury, choć już zdążyła obrosnąć legendą i choć każdy, kto po nią sięgnie, będzie przygotowany na coś nowego i niezwykłego, to rzeczywistość i tak na pewno wprawi go w zdumienie.

Eleanor Catton [1].
Moim pierwszym zaskoczeniem był niezwykle męski charakter tej opowieści. I nie chodzi tu tylko o ogromną dysproporcję między liczbą bohaterów a bohaterek (osiemnastu do dwóch), która w przypadku powstałej niedawno osady poszukiwaczy złota jest dość oczywista. Nie wiedzieć czemu – być może jeszcze pod wpływem eterycznej prozy rodaczki Catton, Katherine Mansfield – spodziewałam się po tej młodej autorce czegoś w klimacie łagodniejszego, bardziej marzycielskiego i kobiecego. Tymczasem ta powieść aż pachnie tytoniem i męskim potem, rozbrzmiewa tubalnym niskim głosem, jest szorstka jak spracowane ręce poszukiwaczy złota. Patrzę na zdjęcie Eleanor Catton – i trudno mi uwierzyć, że coś takiego wyszło spod pióra tej delikatnej blondynki.

Drugie zaskoczenie, niestety negatywne (pierwsze było na plus!), to wrażenie przegadania w początkowych partiach powieści. Po tylu entuzjastycznych słowach spodziewałam się historii kryminalnej, od której nie można się oderwać, tymczasem fabuła raczej przytłacza niż wciąga – łatwo zgubić się w meandrach opowieści, postaci, wątki i niewiadome mnożą się w sposób niekontrolowany, a do tego jeszcze te efektowne i rozwlekłe charakterystyki bohaterów, które mnie osobiście drażniły... Z czasem zaczęłam to jednak widzieć inaczej. Im bliżej było mi do końca, tym większą miałam pewność, że drobiazgowość i monumentalność początkowych rozdziałów miała swój cel – podkreślić enigmatyczność tych ostatnich, skąpych już niczym księżyc bliski nowiu. Wydaje się, że nic w tej powieści nie jest przypadkowe, a autorka od początku do końca ma nad swoją historią ścisłą kontrolę.

Ona również jako jedyna zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Niczym kapryśny demiurg decyduje się nie odsłaniać wszystkich kart – zakończenie rozwiązuje intrygę tylko połowicznie i czytelnik musi się pogodzić z tym, że nie pozna całej prawdy. Gwiaździste niebo na którym rozpisane są losy bohaterów pozostaje częściowo przysłonięte i pozostaje nam czytać tylko z tych fragmentów konstelacji, które prześwitują między chmurami.
Hokitika w latach 70. XIX wieku [2].
Wszystko, co lśni to jednak nie tylko intryga kryminalna. Osadzając akcję swojej powieści w nowozelandzkim Hokitika, w okresie XIX-wiecznej gorączki złota, Catton poruszyła cały szereg aktualnych w tamtych czasach problemów – bezwzględne prawa obowiązujące w świecie poszukiwaczy złota, stosunek do rodzimej Wielkiej Brytanii, ucieczka przed odpowiedzialnością, demonami przeszłości, wstydliwymi wspomnieniami, pragnienie kupienia sobie za cenny kruszec nowego życia, pogardliwy stosunek do Chińczyków i ambiwalentny – do rdzennych mieszkańców Nowej Zelandii, handel opium, przemyt, oszustwa, przekupstwo. No i oczywiście astrologia, obecna zarówno w warstwie fabularnej, jak i w złożonej konstrukcji powieści. 

Zwraca uwagę, jak pieczołowicie odmalowane zostały realia XIX-wiecznego Hokitika. Szczegóły dotyczące topografii miasteczka, procedur bankowych, codziennego życia mieszkańców, nie mówiąc o zwyczajach Maorysów i zdaniach przytaczanych w ich języku – to wszystko nadaje światu przedstawionemu dużą wiarygodność i jest świadectwem wielu miesięcy spędzonych nad historycznymi źródłami. Czytałam, czytałam, i rósł mój podziw dla autorki – świadomej i zdeterminowanej pisarki, która Bookera nie zgarnęła wcale przypadkiem, tworząc zgrabną i pomysłową historyjkę, ale musiała latami konsekwentnie do tego dążyć i osiągnęła to własną ciężką pracą. Zobaczyłam w niej kogoś, kim ja sama zawsze chciałam być – ambitną, inteligentną, ciekawą świata i doskonale zorientowaną w jego problemach młodą kobietę.

Podkreślam – kobietę, bo ta kobieca natura jednak dochodzi do głosu. Mimo szorstkości Wszystkiego, co lśni, mimo zapachu tytoniu i tubalnego głosu, jednym z głównych (jeśli nie głównym) tematów tej historii okazuje się miłość, tak niecodzienna w tym szarym i brutalnym świecie jak grudka złota pośród skał. Dwa najważniejsze ciała niebieskie – Słońce i Księżyc – to Emery Staines i Anna Wetherell, para zakochanych, których łączy potężna, nadprzyrodzona więź. Dzięki niej odczuwają to samo w tym samym czasie, są w stanie czytać w swoich myślach, a Staines w niewyjaśniony sposób przyjmuje na siebie kulę wystrzeloną w kierunku Anny, mimo że znajduje się wiele kilometrów od niej. To wokół nich toczy się cała intryga i na nich w ostatnim rozdziale koncentruje się soczewka opowieści. Zakończenie to zarazem początek – idealne cielesne i duchowe spojenie, „nowa komora w sercu”, świat taki sam jak dotychczas, a jednak zupełnie inny. Co za piękna, krzepiąca wizja miłości zapisanej w gwiazdach! Kołysze do snu jak opium, rozpływa się w żyłach ciepłem i aż chciałoby się w nią wierzyć...

***

E. Catton, Wszystko, co lśni, tłum. Maciej Świerkocki, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014 (premiera: 9 października).

Fotografie:
[1] NZatFrankfurt / Wikimedia Commons
[2] Biblioteka Narodowa Nowej Zelandii / Foter.com