piątek, 28 listopada 2014

Miniaturowa wolność w zakłamanym mieście – „Miniaturzystka”, Jessie Burton

Plac Dam w Amsterdamie w drugiej połowie XVII wieku. Gerrit Adriaenszoon Berckheyde, De Dam in Amsterdam.
Obecnie w zbiorach Galerii Obrazów Starych Mistrzów w Dreźnie [1].

Rok 1686. Osiemnastoletnia Petronella Brandt, świeżo poślubiona żona amsterdamskiego kupca, przybywa do jego domu, by rozpocząć nowe życie jako małżonka. Jest młodziutka, naiwna, odrobinę przestraszona, ale przede wszystkim podekscytowana tym, co ją czeka. Jak chyba każda młoda mężatka (tu, jak sądzę, niewiele się zmieniło od XVII wieku), mimo kpin matki ma nadzieję na wielką miłość i harmonijne pożycie. Tymczasem mąż – choć tak imponujący, opanowany, uprzejmy, istny książę z bajki – jakoś nie kwapi się, by odwiedzić ją w małżeńskiej sypialni. Napięcie seksualne narasta, coś wisi w powietrzu. W każdym zafascynowanym spojrzeniu Nelli w kierunku innego przedstawiciela płci pięknej doszukujemy się zapowiedzi jakiejś przyszłej intrygi, dramatu, skandalu. Pewnie wda się w romans, myśli czytelnik, holenderska Emma Bovary, może poleje się krew... A ten miniaturowy domek dla lalek, prezent od męża? Efektowny dodatek w tle. Ale nie, tą kliszą autorka tylko nas zwodzi, od samego początku, niczym sama powieściowa miniaturzystka.

Fabuła idzie bowiem w zupełnie nieoczekiwanym kierunku, a motyw domku silnie wplata się w historię bohaterów, wnosząc budzący ciarki element paranormalny. Gdy Nella, nie wykazująca z początku zainteresowania ślubnym prezentem (jest „obrazą dla jej kobiecości”; przecież nie jest już dzieckiem!), zamawia kilka sprzętów do wyposażenia domku, do jej życia bezceremonialnie wkracza tytułowa miniaturzystka – tajemnicza przybyszka z Bergen, która pozwala się oglądać tylko z daleka. Prorokini, wróżka, wiedźma? Anioł stróż czy podstępny demon? Wyczekując jej przesyłek wraz z enigmatycznymi liścikami i przyglądając się uważnie miniaturom w poszukiwaniu znaków, Nella wbrew temu, co wyczytała w jednym z pierwszych listów – „każda kobieta architektem własnego losu” – traci poczucie, że wszystko zależy od niej. Oddaje stery w ręce tej dziwnej kobiety, z którą nigdy nie udało jej się nawet zamienić słowa, popada w obsesję na jej punkcie, ufa ślepo jej przepowiedniom. Niesłusznie.

Port holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej w Amsterdamie. Ludolf Bakhuisen, De werf van de Verenigde Oost-Indische Compagnie te Amsterdam, 1696. Obecnie w zbiorach Muzeum Historycznego w Amsterdamie [2]

Na szczęście w porę uświadamia sobie, że uzależniając się od miniaturzystki zamyka samą siebie w klatce. A to jest zupełnie sprzeczne z duchem domu Brandtów, w który mimo wszystko wrosła. Domu, który jest samotną wyspą na amsterdamskim morzu hipokrytów i świętoszków. Domu, w którym nikt nikomu nie zagląda do łóżka, nie krytykuje, nie nawraca. Domu, gdzie najwyższą wartością jest wolność, nawet jeśli przyjdzie okupić ją wysoką ceną. Ukochany ptaszek Nelli, Peebo, ucieka przez otwarte okno nawet mimo zagrożeń, jakie czyhają na niego na zewnątrz. Nella również nie chce zostać zamknięta w domku dla lalek niczym jedna z miniatur, dlatego w końcu decyduje się zniszczyć prezent. To gest symboliczny.

Element zaskoczenia, wartka akcja, ekscytująca tajemnica to najmocniejsze strony powieści Jessie Burton. Dużo wysiłku autorka włożyła również we wiarygodne odmalowanie powieściowego świata. O rzetelnym przygotowaniu świadczą zamieszczone na końcu informacje o zarobkach i cenach w XVII-wiecznym Amsterdamie, pojawiające się w powieści szczegóły dotyczące ubiorów, potraw i zwyczajów, zakładam też, że i topografia miasta oraz wygląd Stadhuis czy Starego Kościoła zostały odtworzone wiernie... No i rzecz jasna niesamowity pomysł, który tak bardzo zafascynował wydawców na aukcji podczas Targów Książki w Londynie (prawo do publikacji natychmiast nabyło kilkanaście wydawnictw z całego świata!). Motyw miniatur i domku dla lalek został zainspirowany prawdziwym domkiem prawdziwej Petronelli Oortman, który Jessie Burton zobaczyła pewnego razu w amsterdamskim Rijksmuseum. 

Domek Petronelli Oortman namalowany na jej zlecenie przez Jacoba Appela w 1710 r.
Obraz znajduje się dziś w zbiorach Muzeum Narodowego (Rijksmuseum) w Amsterdamie [3].

Jessie Burton [4].
Jest więc dobrze, ale mimo wszystko widać, że autorce Miniaturzystki brakuje jeszcze pisarskiej wprawy. Pod koniec tempo opowieści staje się nierówne – pisarka rozwija tak wiele wątków równocześnie, że zaczyna mieć problem z ich opanowaniem; zamiast płynnie je przeplatać, nerwowo pociąga za sznureczki. Podczas gdy na jednej płaszczyźnie akcja galopuje w oszałamiającym tempie, na innej, równie ważnej, zupełnie zamiera, i powracamy do niej nagle, jakby autorka dopiero sobie o niej przypomniała. Sądzę, że ta pewna ręka w rozwijaniu i zaplataniu fabuły to coś, co pisarz wypracowuje sobie z czasem, trudno więc wyrzucać jej brak debiutantce.

Drugie moje zastrzeżenie jest takie, że zabrakło pogłębienia niektórych postaci. Frans Meermans kończy jako zły i mściwy człowiek, i tyle, a przecież okrutny akt, którego się dopuścił, aż się prosi o pogłębienie jego sylwetki, jakąś retrospekcję, wyjaśnienie, co go do tego miejsca doprowadziło. Oczywiście z perspektywy Nelli byłoby to trudne, ale może jakieś odnalezione listy, pamiętnik, nowy, dobrze poinformowany świadek... Było sporo możliwości.

Osobiście czekam więc na kolejne książki Jessie Burton, bo jestem bardzo ciekawa, jak się pisarsko rozwinie. A Miniaturzystkę polecam wielbicielom porywających historii i wartkiej akcji – ci na pewno się nie zawiodą!

***
J. Burton, Miniaturzystka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014.

Fotografie:
[1] Web Gallery of Art / Wikimedia Commons
[2] www.geheugenvannederland.nl / Wikimedia Commons
[3] Rijksmuseum / Wikimedia Commons
[4] Fot. Alexander James / Wydawnictwo Literackie

wtorek, 25 listopada 2014

W tym szaleństwie jest metoda? – „Pan Teodor Mundstock”, Ladislav Fuks

Teodor Mundstock jest panem w średnim wieku, ma małe mieszkanko w Pradze i pracuje jako zamiatacz ulic. Ma za sobą historię miłosną, z której nic nie wyszło, nie jest jednak samotny. Hoduje bowiem gołąbka, o którym mówi „kurka”, czasem wpada na drinka do sąsiadów, ma również przyjaciół – rodzinę Sternów. Spośród członków rodziny Sternów największą sympatią darzy najmłodszego, zdolnego i ufnego chłopca, Szymona. Szymon jest dla niego namiastką syna, którego nigdy się nie doczekał.

Pan Mundstock ma również schizofrenię. Często rozmawia ze swoim cieniem, którego nazywa Mon. Prześladują go iluzje i złe sny, a każdy dzień zaczyna i kończy nerwowym sprawdzeniem skrzynki na listy. Jego życie nie jest łatwe – jest Żydem, a właśnie w najlepsze trwa II wojna światowa.

Żydami są także Sternowie, dlatego pan Mundstock wspaniałomyślnie przyjmuje na siebie rolę ojca i pocieszyciela. Upiera się, że wojna nie potrwa dłużej jak do wiosny, że gospodarka niemiecka jest na skraju wyczerpania, że ludzie podniosą bunt... Sternowie łapczywie spijają słowa z jego ust, Szymon patrzy swoimi wielkimi, pięknymi oczami. W jego pewności dostrzegają nadzieję na zbawienie. Nikt nie wie, że pan Mundstock jest już na swoich ostatnich trzech proszkach na uspokojenie i ostatkiem sił zachowuje twarz.

On jest świadom, że nie uciekną przeznaczeniu. Rozpaczliwie szuka metody na przeżycie – i znajduje ją, gdy pewnego dnia metodycznie i zgodnie z planem udaje mu się oczyścić ulicę z całego złośliwie wyrzuconego tam tego dnia gruzu i śmieci. Oto metoda – zaplanować wszystko w najmniejszych szczegółach. I planuje: jak będzie niósł ciężką walizkę jadąc do obozu, jak przygotuje sobie chleb do zjedzenia w pociągu, jak go zje, nie narażając się na spojrzenia strażników, jak ustawi się w szeregu po wyjściu z pociągu, którą pryczę wybierze, co zrobi, gdy dostanie od Niemca w twarz... Rozpisuje scenariusze, trenuje zachowania, szlifuje umiejętności aktorskie. Sypia na twardej desce. Prowokuje rzeźnika, żeby go uderzył, by wypróbować sztuczkę z wypadającymi zębami.

To wszystko oczywiście czyni go jeszcze bardziej szalonym w oczach czytelnika. Ale kto ma prawo go oceniać? Książka Fuksa pokazuje, jakie spustoszenia musiała wywoływać wojna w życiach i umysłach zaszczutych niewinnych ludzi, skazanych na zagładę z powodu absurdalnego planu niezrównoważonej psychicznie jednostki. Jak nieznośnie ciasny był ich świat, jak dłużyły się pełne oczekiwania godziny. Czuje się tę gęstą atmosferę, przeżywa się wraz z Mundstockiem los młodziutkiego Szymona, wchodzi się w ten świat tak głęboko, że zdaje się, iż lada chwila do naszych drzwi ktoś zapuka, żeby zostawić tę straszną wiadomość... Aż do samego końca, aż po zupełnie nieoczekiwane i kpiące sobie wręcz z planów pana Mundstocka zakończenie. Chcesz rozśmieszyć Pana Boga...

Straszna i absolutnie wspaniała książka.

***
L. Fuks, Pan Teodor Mundstock, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1966.

Fotografia: Deutsches Bundesarchiv / Wikimedia Commons

niedziela, 23 listopada 2014

Jeżycjada – słodkie kłamstwo – „Wnuczka do orzechów”, Małgorzata Musierowicz

Jakże inaczej czyta się teraz książki Musierowicz, niż wtedy, mając te szesnaście lat! Mniej wypieków na twarzy, mniej gdybania, mniej marzenia. Tylko takie: „Już tu byłam”, a właściwie to nie byłam, bo nie da się tam być. To taka kolorowa wersja rzeczywistości, podręcznik stosunków międzyludzkich dla początkujących, pożywna strawa dla złaknionej romansu – ale jeszcze nie takiego dorosłego, nie takiego z łóżkiem, golizną i z tym wszystkim – dziewczęcej wyobraźni.

U Musierowicz wszyscy żyją ze sobą w zgodzie, nikt nikogo nie zdradza, nikt nikogo nie oszukuje, a kłótnie szybko kurczą się do rozmiarów zabawnych epizodów. Szkolne miłości płynnie przechodzą w małżeństwa, małżeństwa w szczęśliwe rodzinki z liczną dziatwą, a raz po raz poczciwą galeryjkę bohaterów zasila kolejny – równie poczciwy, rzecz jasna – bohater (trzeba świeżej krwi, wszak to nie Moda na sukces). W tej części to zaradna dziewczyna z lasu, współczesna Jagienka – Dorotka.

Nielicznie wyjątki od tej reguły, takie jak nieszczęśliwe pierwsze małżeństwo Gabrysi, nieudany związek Natalii czy nieślubna ciąża Róży wydają się czymś sztucznym, jakimś ciałem obcym, i wcale nie przybliżają świata stworzonego w Jeżycjadzie do rzeczywistości. Tym bardziej, że wszystkie problemy zostają ostatecznie przyklepane stertą słodyczy – Gabrysia znajduje nowego męża, dobrodusznego safandułę Grzesia, Nutria wpływa do bezpiecznej małżeńskiej przystani pod ramię z dobrym duszkiem Jeżycjady – Robrojkiem, zaś nieszczęśliwa wpadka Róży zostaje przekuta w podstawę kolejnego udanego małżeństwa (a jej mąż jest wybitnym astrofizykiem!).

Czarodziejka (czarownica?) pióra.
Widzę to wszystko jasno i wyraźnie, ale mimo to lektura Wnuczki do orzechów była dla mnie cudowną zabawą. Bo co z tego, że Borejkowie nie są prawdziwi i nie mają prawa być? W końcu literatura to nic innego jak piękne kłamstwo. A jest coś niesamowicie krzepiącego w tym, że pomimo tych dziesięciu minionych lat, mimo osobistych wzlotów i upadków, dorastania, dojrzewania, zmiany perspektywy, mogę znów zaszyć się wśród nich i przekonać się, że Ignacy Borejko nadal zakłada książki dziwnymi przedmiotami znalezionymi pod ręką, ironiczne żarciki Mili Borejko nie straciły na sile i świeżości, a młodzi bohaterowie nawet teraz – w erze komputerów, internetu, wszechobecnego wyuzdania – wciąż zakochują się od pierwszego wejrzenia, nieznośnie ładnie i nieznośnie niewinnie, o tak:
Nagle – żadnego zmieszania. Radość. Bezpieczeństwo. Wzruszenie. Jakby wróciła, zmarznięta, z dalekiej, samotnej podróży, i otworzyła drzwi do pokoju, w którym było ciepło, jasno i radośnie. Jakby ktoś na nią długo, długo czekał, od dawna, i jakby się ucieszył z jej przybycia. Jakby się palił cichy ogień na kominku. Jakby mruczał kot. Jakby za oknem padał śnieg, a na stole parowała herbata. Jakby tykał zegar, jakby mijały chwile, tygodnie, lata, życie. Jakby wszystko przemijało, tylko nie bezpieczeństwo. I cała, caluteńka została ogarnięta wiernym spokojem, który znalazła w tych oczach. Czuła się, jakby ktoś ją objął.
Kwituję ten wybuch uczuć siedemnastolatki uśmiechem, na wpół rozczulonym, na wpół ironicznym. Czuję się jak sędziwa babcia. Ale równocześnie – niebywałe, jak ona to robi?! – sama odrobinę ulegam czarowi tego nagle wyrosłego Józinka, tego tajemniczego nieznajomego o jasnym spojrzeniu, tak szarmanckiego, zaradnego, poważnie myślącego o życiu, chociaż pamiętam go ciągle jako rudego berbecia w wózku i małego rozrabiakę.

Tak to właśnie działa. Mimo sceptycyzmu, jaki przychodzi z wiekiem, wciąż ulega się magii papierowego świata Jeżycjady. Trochę jest smutno, gdy się po tym wraca do rzeczywistości, ale choć przez chwilę robi się lżej. Najzdrowszy narkotyk na świecie.

***
Za pożyczenie książki serdecznie dziękuję Gizeli! :)

***
M. Musierowicz, Wnuczka do orzechów, wyd. Akapit Press, Poznań 2014.

Fotografie:
[1] Akapit Press
[2] Emilia Kiereś / Wikimedia Commons

sobota, 22 listopada 2014

Hormony i jazz w czas dogasającej wojny – „Tchórze”, Josef Škvorecký

Pamiętacie Danny'ego Smirzickiego, trzeźwo patrzącego na świat młodego wojaka, który w Batalionie czołgów wraz z kolegami pilnie odliczał dni do zwolnienia ze służby, ironicznie komentując otaczającą go komunistyczną rzeczywistość? Niektórzy szczęśliwcy być może spotkali się z nim i później, gdy miał już swoje lata i pracował w Kanadzie jako wykładowca literatury (Przypadki inżyniera ludzkich dusz). Ja natomiast miałam ostatnio okazję poznać go jako efektownie cierpiącego z miłości dwudziestolatka. Tchórze to pierwsza książka Škvoreckiego, w której Danny – swoiste alter ego autora, towarzyszące mu przez całe życie – pojawia się po raz pierwszy.

Komunistycznym władzom bardzo się nie spodobała. (Wkrótce po publikacji z wielkim hukiem usunięto wszystkie jej egzemplarze z księgarni, a autor przypłacił ją utratą pracy... oraz z dnia na dzień stał się bardzo sławny). No bo niby o końcu wojny i wyzwoleniu przez radzieckie wojsko, niby źle o Niemcach, przyjaźń Czechy – Rosja, wszystko pięknie, tylko że ci młodzi tacy jacyś mało zaangażowani, zamiast myśleć o świetlanej przyszłości swojego kraju latają za dziewczynami, no i jeszcze ten jazz, to już o pomstę do nieba woła...

Niewystarczająco jest czarno-biała ta książeczka, za dużo tu półcieni, w których kryć się mogą jadowite zalążki zwątpienia i wrogich ideologii. Komuniści to tutaj tajemniczy wichrzyciele. Danny i jego koledzy – smarkacze, którzy walczą bo podnieca ich myśl o strzelaniu i że zaimponują dziewczynom. A starzy rozprawiają się z Niemcami, ale jakoś nieładnie – dopiero jak już przetoczy się grzmot wojennych dział, gdy już Rosjanie wykonają zasadniczą robotę, czeskie miejskie figury dokonują masowych egzekucji. Brutalnie odcinają rękę, do której przecież jeszcze niedawno bezwstydnie się łasili.

Dostaje się w tej książce niemal wszystkim, ale dla swoich rodaków Škvorecký jest najsurowszy. Mali ludzie, którzy swoje bohaterstwo, wyświechtane i brudne, wyciągają z kieszeni gdy już wojna jest praktycznie wygrana, gdy nie ma nic do stracenia, gdy po kolaboranckich wybrykach można wreszcie oczyścić swoje dobre imię i zapisać się na kartach historii jako wzorcowy obywatel. Z młodszymi nie jest lepiej – pierwsi są do bitki, jeśli może ich zobaczyć dziewczyna którą od dawna chcą zaciągnąć do łóżka, ale gdy tylko robi się nudno lub zaczyna im burczeć w brzuchu, zabawę w rewolucję porzucają z niesmakiem. Gdyby wszyscy byli tacy jak oni, nie byłoby żadnej wojny. Oddalibyśmy ją walkowerem.

Na pewno nie warto podsuwać tej książki komuś, kogo chce się wyleczyć z czeskich stereotypów. Tchórze są bowiem groteskowym potwierdzeniem tego wszystkiego, z czym walczy Mariusz Surosz w Pepikach – przekonania, że Czesi są narodem biernym i gnuśnym, bezwolnie poddającym się prądowi historii. Inna sprawa to ten cudowny dystans, który pozwala takiemu Škvoreckiemu spojrzeć na sprawę sceptycznie i bez sentymentów. Gryząca ironia, humor... To też jest przecież bardzo czeskie. To jest to, co u Czechów najlepsze! Więc wszystkim wolnym od stereotypów podsuwać można, a nawet trzeba.

A jazz? Unosi się tu nad wszystkim jak opiekuńczy duch. To jedyna prawdziwa miłość Danny'ego. W jazzie skryła się wolność i prawda, której próżno szukać wśród ludzi, tylko dla niego tak naprawdę warto żyć. Bo przecież nie dla dziewczyn... „Co tam Irena. I tak jej nie kochałem. Albo raczej kochałem ją z braku lepszego towaru”.

***
J. Škvorecký, Tchórze, wyd. Śląsk, Katowice 1970.

Fotografie:
[1] Napafloma-Photographe / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] 50 Watts / Foter.com / CC BY

sobota, 15 listopada 2014

Pęknięte szkiełko, oślepione oko –
„Boginie z Žítkovej”, Kateřina Tučková

Zawsze wierzyłam, że jest coś więcej niż to, co jesteśmy w stanie zobaczyć, usłyszeć, dotknąć. Coś więcej niż mędrca szkiełko i oko. Może nie aż tak fantastycznego jak wodniki, strzygi i rusałki rodem ze słowiańskich mitów i romantycznych ballad, ale coś nieuchwytnego, świat mocy nadprzyrodzonych wymykających się logice.

Moce takie zgodnie z czeską ludową tradycją posiadły boginie, kobiety zamieszkujące odludne tereny Białych Karpat i przekazujące swe umiejętności z pokolenia na pokolenie. Potrafiły uzdrawiać, przewidywać przyszłość, ujawniać sekrety, przywracać harmonię w rodzinnym pożyciu i na prośbę nieszczęśliwie zakochanych dziewcząt wzbudzać miłosne uczucia w niechętnych do żeniaczki młodzieńcach (wystarczy odrobina krwi miesiączkowej!). W przeciwieństwie jednak do bajkowych czarownic i wróżek swoją siłę czerpały od Boga. Zamiast spiczastych wiedźmich kapeluszy miały ludowe stroje, zamiast różdżek – znak krzyża, zamiast „Hokus pokus” – „Ojcze nasz”.

Mimo ich głębokiej, z zapałem praktykowanej wiary w oczach Kościoła zawsze jednak były na cenzurowanym – ich praktyki zbyt przypominały przedchrześcijańskie zabobony i gusła. Już w średniowieczu padały ofiarą prześladowań. Przywołana w Boginiach z Žítkovej historia Katarzyny Szperaczki nie jest wytworem fantazji autorki, to opisany w Księdze czarnej miasteczka Bojkovice przypadek bogini oskarżonej o uprawianie czarów, torturowanej i ostatecznie straconej.

Przetrwały jednak średniowiecze i przetrwały wszystkie burzliwe okresy w dziejach Czech – z wyjątkiem komunizmu. Akcja książki Kateřiny Tučkovej toczy się w latach, gdy ostatnie boginie są już na wymarciu. Uznane za wrogów ludu, pod pozorem niepoczytalności są zamykane w szpitalach psychiatrycznych i traktowane w nieludzki sposób, tak jak Surmena, ciotka głównej bohaterki książki, Dory Idesovej.

Dora jest racjonalistką. Od zawsze nieco zbuntowana wobec tradycji, w dorosłym życiu interesuje się wierzeniami i sekretnymi praktykami jej matki i ciotki tylko z naukowego punktu widzenia – jako etnolożka. Chce zbadać ich fenomen, a przy okazji poznać historię swojej rodziny, zrozumieć, dlaczego jej matka zginęła pod ciosem siekiery z ręki własnego męża, dlaczego ją, Dorę, rozdzielono z ciotką i bratem, dlaczego trafiła do internatu i została skazana na długie lata upokorzeń. W tym celu sięga do archiwów StB – czeskiej bezpieki.

I tak rozpoczyna się fascynująca podróż w czasie i przestrzeni, stopniowe uzupełnianie skomplikowanej rodzinnej układanki. Boginie z Žítkovej to po części kryminał, po części powieść społeczna, obyczajowa, psychologiczna, przede wszystkim jednak – świetnie napisana historia o zagadkowych kobietach, które jako ostatnie zachowały łączność z naturą, potrafiły odgadywać potrzeby ludzkiego ciała i jak nikt inny znały ludzką duszę, uparcie oddzielaną przez współczesną medycynę od naszej cielesnej powłoki.

Choć przed wglądem w archiwa komunistycznych władz boginie jawią się Dorze jako plemię bez skazy, niewinnie prześladowane i w pokorze cierpiące, miesiące badań i zbierania materiałów do doktoratu uświadamiają bohaterce, że prawda nie jest tak czarno-biała. Okazuje się, że są również boginie złe i niebezpieczne, bliższe demonicznym bajkowym wiedźmom, wykorzystujące swe moce by szkodzić innym, ranić, a nawet zabijać.

Tučková nie poprzestaje jednak na prostym stwierdzeniu, że ktoś był zły, a ktoś inny dobry. Posługując się postacią Dory przedstawia bohaterów z każdej możliwej perspektywy, odkrywa nieznane karty z życia czarnych charakterów niemal ze współczuciem. Sprzedajny agent Švanc, pokorny sługus dwóch reżimów, za maską potwora kryje oblicze zdradzonego i porzuconego młodzieńca, a demoniczna Josifčena Mahdalka zostaje w pewnym momencie ukazana jako zagubiona dziewczynka pozbawiona rodzicielskiej miłości i uwagi. Zło nigdy nie bierze się z niczego, zawsze jest efektem odbicia, przy czym silniejsze charaktery – takie jak Dora, także przecież ciężko doświadczona przez los – potrafią się jednak oprzeć pokusie.

Sama Dora poznając rodzinną historię dowiaduje się też sporo o sobie. Emocje, jakie budzą w niej odkrywane kolejno sekrety, są znakiem, że nie potrafi zachować chłodnego dystansu naukowca, że szkiełko dzierżone niczym tarcza pęka w starciu z mroczną tajemnicą, z jaką bohaterka ma do czynienia. Choć na wszystkie sposoby próbuje sobie przemówić do rozsądku, boi się i czuje respekt przed tym, co jeszcze tak niedawno bagatelizowała i wyśmiewała.

Kateřina Tučková
Dobrego pisarza poznasz jednak przede wszystkim po odczuciach, jakie budzi jego proza, po nastroju, jaki potrafi zbudować słowem. Na nic zda się cała erudycja, jeśli wszelkie próby wykrzesania z czytelnika choćby lekkiego dreszczyku kończą się jedynie uśmiechem politowania na twarzy tegoż. A pod względem emocji Kateřina Tučková włada piórem wręcz mistrzowsko. Nie zliczę momentów, kiedy ciarki grozy przebiegały mi po plecach, a przy scenie narodzin upośledzonego Jakubka jakby ktoś mi odkręcił kurek ze łzami (a dodam, że było to w miejscu publicznym i groziło poważnym uszkodzeniem ciała wskutek zderzenia się z latarnią czy innym obiektem – nawet po wyjściu z tramwaju nie mogłam się oderwać...).

Z mojej strony to chyba najlepsza możliwa rekomendacja!

***
K. Tučková, Boginie z Žítkovej, wyd. Afera, Wrocław 2014.

Fotografie:
[1] Tzepesh / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2][3] Wydawnictwo Afera

poniedziałek, 3 listopada 2014

Z astmatycznym chichotem o bólu istnienia – „Rury”, Etgar Keret

Na co dzień brodzimy w ciepłym morzu książek lepszych lub gorszych, ale zwyczajnych, czasem bardzo ciekawych, zachwycających wręcz, ale zupełnie pozbawionych elementu zaskoczenia. Jest przyjemnie, słonko świeci, ptaszki śpiewają, ale w końcu zaczyna się robić nudno. I wtedy na naszej drodze pojawia się coś tak niesamowitego i niespotykanego jak proza Etgara Kereta. Ni to pies, ni wydra, jakiś egzotyczny kwiatek widziany pierwszy raz w życiu, i chce się go oglądać ze wszystkich stron, dotykać, wąchać, bo nie da się tego porównać z niczym, z czym się miało do czynienia się do tej pory.

Nie wiem, czy uda mi się oddać słowami to doświadczenie. Nie wiem, czy nie będzie to misja równie bezsensowna i skazana na porażkę jak opisywanie muzyki. Chyba tylko język porównań i metafor będzie sobie w stanie jakoś z tym poradzić.

Smakuję więc tę prozę, biorę ją na język i ssę jak cukierek, wydaje mi się, że znam ten smak, i nagle pojawia się zupełnie nieoczekiwany posmak, kwaśny i gorzki zarazem, ostry. Gdy już przyzwyczaję się do tej prostej, beztroskiej narracji, nagle i bez ostrzeżenia świat przedstawiony przełamuje się na pół, zza kulis wychodzą surrealistyczne twory, przeżywam szok. W kulminacyjnym momencie z rozprutego nożem brzucha zamiast krwi wydostają się ulotki, cukierki i monety, a zastrzelony współtowarzysz nawet po śmierci nie przestaje zrzędzić („Skurwysyn zabił mnie!”).

Kolorowa fasada groteski to jednak nie wszystko. W tle co rusz pobrzmiewa coś na kształt skowytu rannego zwierza, wyraz nieposkromionego bólu istnienia, prawie jak u Bukowskiego. Ponoć Keret zaczął pisać po tym, jak jego przyjaciel popełnił samobójstwo. Nie potrafił znaleźć dla niego przekonującego powodu, by żyć. Czytając te opowiadania, bardzo łatwo w tę historię uwierzyć.
– Nie wierzę w te wszystkie bzdury – powiedział mój najlepszy przyjaciel, a właściwie to chciał powiedzieć, że nie wierzy, że są ludzie szczęśliwi (s. 39).
Wszystkie opowiadania są krótkie, astmatyczne, na jednym wdechu. I choć wiele z nich zaczyna się jak nieskomplikowane historyjki, tak naprawdę nie są ani wesołe ani proste; twórczość Kereta przypomina tę konstrukcję z rur z tytułowego opowiadania. Tyle odnóg, korytarzy i załamań, tyle możliwości interpretacji, wśród których łatwo się zagubić, i nigdy nie wiadomo, co jest na poważnie, a co jest tylko żartem. Czasem zupełnie tracimy kontakt z rzeczywistością, przenosimy się do piekła albo do wykoślawionego nieba, innym razem pozostajemy w znanym nam świecie, ale groteskowo wykrzywionym. 

Izrael jawi się tu jako miejsce, w którym przemoc jest na porządku dziennym – babcia Natasza oglądająca w telewizji blondynkę pływającą w rzece krwi mówi tylko: „To nie jest naturalny blond, ona jest tleniona”. To również miejsce, w którym roi się od ludzi zagubionych, samotnych, pragnących zniknąć (jak bohater tytułowego opowiadania) lub całkowicie odizolować od świata (jak bohater utworu Folia, otwierający swe hermetyczne opakowanie tylko po to, by się zranić i zabić). Ilu z nich to wcielenia samego autora? A ilu – przyjaciela, którego nie potrafił ocalić?



***
E. Keret, Rury, wyd. W.A.B., Warszawa 2011.

Na koniec – w zupełnie innym klimacie, choć wątek utraconego przyjaciela i tu się pojawia – cudowny wywiad z Keretem, który znalazłam dzisiaj. Poczytajcie o tym, jak poznał swoją żonę i o jego pokręconej rodzinie, a na pewno się uśmiechniecie!

Fotografie:
[1] ErikBerndt / Foter.com / CC BY-NC-SA
[2] egaroa / Foter.com / CC BY

sobota, 1 listopada 2014

Jeszcze o Festiwalu Conrada – podsumowanie

Literackie święto dobiegło końca, rozmowy zamilkły, pisarze wyjechali, uczestnicy wrócili do swoich spraw. Ucichło zamieszanie wokół tegorocznej edycji Festiwalu Conrada. Wracam jednak do niej jeszcze na chwilę, żeby dokonać osobistego i absolutnie subiektywnego podsumowania.

Początek literackiego święta zwiastowało tysiąc kolorowych balonów wypuszczonych w przestworza na krakowskim Rynku w przed-festiwalową niedzielę, 19.10. Świętowaliśmy rocznicę przyznania Krakowowi tytułu Miasta Literatury UNESCO i zachęcaliśmy do wzięcia udziału w Festiwalu. Było pięknie, kolorowo, tłumnie.

Jeszcze tego samego dnia jako pilot przywitałam na dworcu autobusowym Ádáma Bodora i przekonałam się, że po angielsku raczej z nim nie porozmawiam. Powoli, wplatając z trudem wyszukane w pamięci słówka niemieckie, przekazałam mu najważniejsze informacje i odwiozłam go do hotelu. Mimo tej bariery językowej okazał się jednak przemiłym człowiekiem i zupełnie niekłopotliwym podopiecznym. W środę zapakowałam go do autobusu powrotnego do Budapesztu, wciskając mu na drogę krakowskiego obwarzanka. Bo być tu i nie spróbować to grzech (choć ja osobiście ich nie znoszę).

W poniedziałek rozpoczęły się festiwalowe spotkania. Starałam się być wszędzie, wszystko widzieć, wszystko słyszeć, wszędzie pomóc. Nie dało się, oczywiście, ale o tym co zobaczyłam napisałam tutaj, tutaj i tutaj. Prócz spotkań autorskich było też sporo innych okołoliterackich wydarzeń – projekcje filmów na podstawie powieści Paula Austera (z jego wprowadzeniem!) oraz utworów Franza Kafki, koncerty (Tomasz Budzyński, Michał Jacaszek i Mikołaj Trzaska zainspirowani poezją Arthura Rimbauda oraz Kafka Band, zespół Jaroslava Rudiša), spektakl Zamek teatru Thalias Kompagnons z Norymbergi, spacery literackie, warsztaty.

Miałam też przyjemność pomagać przy lekcjach czytania dla licealistów i przy warsztatach dla dzieci w kawiarni likeKonik i obydwoma cyklami jestem zachwycona. Lekcje czytania pokazały mi, że są nastoletni pasjonaci literatury, którzy potrafią o niej dyskutować mądrze i na poziomie. Ja w ich wieku nie byłam w stanie sklecić jednego sensownego zdania na temat książki, którą przeczytałam, tymczasem oni bez trudu podjęli dyskusję i naprawdę wiedzieli, o czym mówią. Krzepiąca świadomość! Obsługa warsztatów dla dzieci była za to wielką frajdą – dzieci były tak urocze, tak pełne energii, tak twórcze i kreatywne, że nie sposób było nie uśmiechnąć się na ich widok. I uśmiechałam się, patrząc jak z zapałem smarują kredkami i flamastrami po papierze i snują swoje nieprawdopodobne historie. A mały Piotruś strzegący zazdrośnie wykonanego przez nas wspólnie rysunku wręcz obudził we mnie uśpione jakoś w ostatnim czasie macierzyńskie instynkty :) Tych z Was, którzy mają już swoje pociechy, zainteresuje może fakt, że likeKonik organizuje cały szereg zajęć dla dzieci także poza Conradem.

Oprócz pilotowania i obsługi wydarzeń byłam też zaangażowana w prace biura prasowego oraz pomoc przy wywiadach, ale ponieważ nie można być w kilku miejscach jednocześnie (niestety!), udało mi się zaliczyć tylko jeden wywiad – z Jacquesem Rancièrem w Hotelu Grand (prawdziwym literackim zagłębiu na czas Festiwalu – gdzie się nie obejrzałam, jakiś znany pisarz!). Więcej na temat wywiadów dowiecie się z relacji Recenzentki, która niemal minutę po minucie opisała swoje festiwalowe dni.

A w temacie relacji i podsumowań – polecam też tekst Klaudii Mucy na portalu pisma Fragile. Klaudia też była wolontariuszką, więc ma informacje z pierwszej ręki :)

Wypada jakoś ładnie zamknąć ten festiwalowy wątek, więc zamknę go podziękowaniami. Nie będę nikogo wymieniać z nazwiska, ale mam nadzieję że ci, którzy powinni, przeczytają i będą wiedzieć, że o nich chodzi. Dziękuję za cudowną atmosferę, za rozmowy, za uśmiechy, za braterstwo czytelniczych – i nie tylko – doświadczeń. To był jeden z najbardziej męczących (ciągle jeszcze dochodzę do siebie!), ale i najfajniejszych tygodni w moim życiu.

Też uczestniczyliście w Festiwalu? Utkwiło Wam w pamięci coś szczególnego? Zachęcam do podzielenia się, nie tylko u mnie – organizatorzy ogłosili mały konkurs. Wystarczy spisać swoje wspomnienie z tegorocznego Conrad Festival i wysłać je do środy 5.11 na adres jsokolowski@biurofestiwalowe.pl. Dla autorów najciekawszych wypowiedzi przygotowano nagrody! Zachęcam, zapraszam i życzę powodzenia.

Fot. federico novaro / Foter.com / CC BY-NC-SA