poniedziałek, 29 grudnia 2014

Tańcząc z Pepinem do utraty tchu – „Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych”, Bohumil Hrabal

Jaromír Hanzlík jako Pepin i Magda Vášáryová jako Maryška w Postrzyżynach (1980) w reżyserii Jiříego Menzla.
Gdy się mówi lub pisze o prozie Hrabala, co rusz powraca jak bumerang postać jego muzy, stryja Pepina. Gdyby ktoś nieobeznany spytał mnie kiedyś, kim jest ten mityczny stryjcio, odpowiedziałabym – przeczytaj Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych, a będziesz wiedział.

Bo to jest cały on. Osiemdziesiąt stron stryja Pepina. Siedzi sobie w restauracji z pięknymi panienkami i mówi, mówi, mówi, nie przestaje, chwali się, wspomina, cytuje, myśli mu skaczą w sposób wprost nieprawdopodobny, od olbrzymki doktorowej do Havliczka i Chrystusa, od Mozarta do monstrualnego biustu pani baronowej, od noszenia kwiatów pięknym dziewczętom do problemów pana proboszcza z oddawaniem moczu...

Pepin za młodu jako żołnierz armii austro-węgierskiej [1].
Rozdmuchuje wszystko do nieprawdopodobnych rozmiarów, zmyśla, przechwala się. Jest we wszystkim najlepszy, najpiękniej śpiewa, najładniej mu w mundurze, a kobiety wariują wprost na jego punkcie... Czytać Lekcje... to jak wejść do jego głowy, w cały ten bałagan, w pożółkłe zdjęcia, wycinki z gazet, reklamy płynów do włosów i balsamów, cytaty z dziełka pana Batisty o higienie płciowej i wyimki z sennika, luźne przeróbki biblijnych historii, czarny humor (gdzieś na marginesie upiorny grabarz gotuje w kotle zupę dla świń z ludzkich zwłok, a karczmarka odkrawa na kotlety kawał mięsa swojej córki). Ciężko się w tym połapać, ciężko za nim nadążyć, ale chłonie się z oszołomionym uśmiechem, z błyszczącymi oczami ten szaleńczy monolog. Czasem są głośne wybuchy śmiechu.

Jest stały motyw, refren – piękne panienki i ich ponętne kształty, uwielbienie dla dorodnego kobiecego ciała, tej „rękojmi szczęścia małżeńskiego” według wspomnianego pana Batisty i jego dziełka o higienie płciowej, bo w końcu stryj Pepin to „wielbiciel europejskiego odrodzenia” i nade wszystko ceni kobiece uroki, o których pisze z właściwą sobie emfazą, o tak:
Austria opierała się nie tyle na bujnym poroście włosów, ile na bujnych piersiach, niektóre miały je takie, że musiały nosić plecak, a w nim cegły, aby nie upaść do przodu, tak je to ciągnęło, to było coś: te potężne cyce (…) i było to prawdziwe nieszczęście w rodzinie, jeśli córka nie miała piersi niczym kufle piwa (s. 63).
Ale małżeństwo – broń Boże! Gdy któraś ze ślicznych panienek zająknie się o zamążpójściu, Pepinek lojalnie odpowiada że „nie ma rozwiniętych w dostatecznym stopniu skłonności zbrodniczych”, bo przecież w małżeństwie to tak:
Pewien rzeźnik mi powiedział, że małżeństwo to tak, jakbyś przez całe życie niósł krowią skórę po cienkim lodzie, zdarzają się wypadki, że małżonka powie mężowi: tobie, tato, to trzeba by dać dobrze motyką po łbie, on zaś czyni jej wyrzuty: matuchno, ty świnio jedna, chlasz jak stara, a więc rozedrę ci ten twój wstrętny ryj pogrzebaczem (s. 32).
I znów szok, bo od kwiatów i miłosnych serenad przeskakujemy do rozdzierania ryja pogrzebaczem, od rubasznych żartów o szparach i szczelinkach do „Ten świat jest piękny do obłędu”, od fekalnego humoru którego nie powstydziłby się sam Rabelais do lirycznych wspomnień monarchii austro-węgierskiej – czasu godności i honorowych samobójstw oraz elegancji. (Ten leciutki żal za starym światem zbliża go zresztą do Haňti).

Praga za czasów Austro-Węgier. Rycina z roku 1887 [2].
Zmyślenie, iluzja, efektowna anegdota, nostalgiczne wspomnienie, koszmarny sen – jest tu wszystko. W świecie bezładnej paplaniny Pepina rzeczywistość wydaje się płynna, i w końcu jasne staje się, dlaczego sprawdza w senniku nie to, co mu się przyśniło, lecz to co przeżył... Ale tak piękna ta konfabulacja, tak urocze to bajdurzenie, że aż sama chciałabym być jedną z pięknych panienek w restauracji w Nymburku i słuchać go bez końca.

To z tej książki pochodzi słynne zdanie: „Porządna książka nie jest po to, aby czytelnik mógł łatwiej usnąć, ale żeby musiał wyskoczyć z łóżka i tak jak stoi, w bieliźnie, pobiec do pana literata i sprać go po pysku”, ale w tym wypadku to nieprawda, ja bym pana literata nie sprała, a jeśli już, to z zazdrości, że potrafił tak pięknie, jak nikt.

***
B. Hrabal, Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych, przeł. Andrzej Czcibor-Piotrowski, wyd. PIW, Warszawa 2003.

Fotografie: 
[1] Zdjęcie z publikacji Hlučná samota – Sto let Bohumila Hrabala, wyd. Mladá Fronta, Praga 2014.
[2] Internet Archive Book Images / IWoman

niedziela, 28 grudnia 2014

Hrabal, dzieci i „Złocieńka”


Pisać dla dzieci nie jest wcale łatwo, u nas mistrzem w tej dziedzinie był Franta Hrubín. Kiedy go czytam, włosy stają mi dęba; nie mam bladego pojęcia, jak on to robił [1].
Rzeczywiście, pisać dla dzieci nie jest łatwo. I przy całym moim uwielbieniu dla mistrza Hrabala stwierdzić muszę, że tego akurat nie potrafił.

Nie potrzebował zresztą i nie chciał. Jedyny jego utwór napisany dla najmłodszych, Złocieńka, powstał na zamówienie, i to był jedyny raz, kiedy coś takiego przyszło mu do głowy. „Dlaczego miałbym pisać dla dzieci, skoro ja piszę dla siebie?” – pyta retorycznie w dalszej części rozmowy z Laszlem Szigetim. Jak mówił, „Zawsze ma przed sobą jakąś książkę, którą musi napisać” – i nigdy nie była to książka dla dzieci. Po prostu nie jego działka.

Widać, że nie jest mu w tej stylistyce dobrze. Złocieńka jest jakby w rozkroku między tym, co autor chciałby napisać a co powinien, by być zrozumiałym dla najmłodszych. A i tak wychodzi mu to niespecjalnie i co rusz przemyca kruszyny poezji, co rusz dyskretnie podsuwa jakąś nie do końca może zrozumiałą dla dziecka metaforę...

To nie jest tak, że dzieci nie rozumiał. Miał w sobie przecież dużo z dziecka, przecież jego styl – zwłaszcza przy literackich powrotach do Nymburka – momentami brzmi jak nieskładna opowieść małego łobuziaka („literatura pozornie dziecięca”, jak to określił Mariusz Szczygieł [2]). Spontanicznie potrafił być cudownie dziecinny. I mimo że nie dorobił się własnego potomka, miał z dziećmi niezwykły kontakt, o czym pisze w Weselach w domu głosem swojej żony (jest to moim zdaniem jeden z najpiękniejszych fragmentów całej książki):
Mój mąż lubił dzieci Jak tylko wyszliśmy z kamienicy to wydawało mi się że mój mąż te dzieci przyciąga Dzieci patrzyły na niego już z daleka a mój mąż uśmiechał się do nich i zdarzało się że omal się nie spaliłam ze wstydu bo mój mąż niespodzianie niby to dawał dziecku po buzi niespodzianie pukał w jego głowę ale dzieci nie miały tego memu mężowi za złe przeciwnie cieszyły się z tego i mój mąż gdy szliśmy tak nad Rokitką pytał dzieci Ej ty dać ci w pysk? I kiedy dziecko przytaknęło to mój mąż dawał mu lekko delikatnie po buzi wymierzał mu taki przyjacielski policzek a każde z tych dzieci przymykało oczy i uśmiechało się słodko bo mój mąż lubił dzieci i bił je delikatnie właśnie dlatego że wszystkie dzieci kochał wcielał się w nie stawał się jednym z nich i chyba dlatego patrzył tak na świat oczami dziecka [3].
Po prostu nie był pisarzem dla dzieci.

Jestem teraz w takim momencie życia, że do dziecięcego świata jest mi bardzo daleko – własne dzieciństwo mam już za sobą, a swoich latorośli jeszcze się nie dorobiłam. I mogę się mylić. Może któregoś wieczoru za kilka lat siądę ze swoją pociechą na kolanach i zacznę jej czytać Złocieńkę, a ona się zachwyci. Wrócę tu wtedy i lekko zawstydzona napiszę „Pomyłka!”. Ale póki co – uważam tę bajkę za dziwną hybrydę ani dla dzieci, ani dla dorosłych. Dla nikogo.

(Natomiast owacje na stojąco dla Agaty Dębickiej za ilustracje – krowy są piękne!).

***
Na koniec jeszcze coś. Zabrzmi to pewnie strasznie i okrutnie, ale może to i lepiej, że Hrabal dzieci nie miał. Nie dlatego, że dziecko byłoby debilem, jak się sam obawiał według słów Pipsi-narratorki w Weselach w domu :) ale dlatego, że:
Z pewnością troszczyłbym się o dzieci, o pisaniu nawet bym nie pomyślał, ponieważ dla mnie rodzina i dzieci znaczą więcej niż cokolwiek innego na świecie. Ale co ma robić człowiek, który nie ma dzieci? Nie pozostaje mu nic innego, niż się powiesić – albo pisać [4].
A kogo jak kogo, ale jego akurat byłoby szkoda.

***
B. Hrabal, Złocieńka, przeł. Wojciech Soliński, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2014.

Cytaty:
[1] B. Hrabal, L. Szigeti, Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem, przeł. Aleksander Kaczorowski, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2011, s. 30. 
[2] M. Szczygieł, Po co nam zdziecinniałe książki? (http://www.mariuszszczygiel.com.pl/542,blog/czechofil.pl.-po-co-nam-zdziecinniale-ksiazki) 
[3] Vita nuova [w:] Wesela w domu, przeł. Piotr Godlewski, wyd. PIW, Warszawa 2000, s. 204. 
[4] B. Hrabal, L. Szigeti, s. 29.

piątek, 26 grudnia 2014

Zatrute pieniądzem dzieciątko – „Obsługiwałem angielskiego króla”, Bohumil Hrabal


Nie jest łatwo, gdy jest się nastoletnim pikolakiem, ma się metr pięćdziesiąt w kapeluszu i nazwisko Dzieciątko. O nie! Nikt nie patrzy na człowieka poważnie, bufetowa nie ustaje w docinkach, podkuchenna na żarty miażdży go swoim gigantycznym biustem i biedak bardzo chce pokazać, że mimo mikrej postury jest jednak kimś. Więc szuka sposobów, jak tego dokonać. I szybko znajduje ten najprostszy – pieniądze. Kierując się wrodzonym sprytem naciąga klientów kupujących kiełbaski na dworcu, odkłada każdy zarobiony nieuczciwie grosik, by pod koniec tygodnia wybrać się do lokalnego burdelu i lekką ręką wszystko przepuścić. Dla podziwu w oczach kelnera i dla wyciśniętych na swojej małej dłoni pocałunków pięknej panienki – warto! „Za pieniądze można kupić nie tylko ładną dziewczynę, ale i poezję” – dochodzi do wniosku człowieczek, patrząc z dumą na wianuszek kwiatów ułożony pięknie na brzuchu panienki. Jest w końcu także estetą.

Ponieważ ma szczęście i czujne ucho, a skrupuły skwapliwie chowa do kieszeni, szybko pnie się po szczeblach kariery. Ma duże ambicje – chce zostać milionerem. Skoro bowiem odłożony tysiąc koron daje mu tak wielką władzę, czego mógłby dokonać z milionami! I udaje mu się to, dorabia się fortuny i otwiera własny hotel, najmodniejszy w całych Czechach. Po drodze wchodzi w konszachty z Niemcami i żeni się z piękną admiratorką Hitlera, Lizą.

Nigdzie jednak nie jest u siebie. Niemcy odnoszą się do niego z szacunkiem, ale nie podają mu ręki jak równemu sobie; bratając się z nimi przekreśla on zaś definitywnie szansę na poważanie ze strony swych rodaków. Nie pomaga mu aresztowanie i pobicie przez gestapo – omyłkowe zresztą – którym ma nadzieję odkupić swoje winy. Nie pomaga mu również jego niezwykły i słynny na cały świat hotel. I nie pomaga fakt, że po przejęciu władzy przez komunistów sam oddaje swój dobytek i stawia się w „zamkniętym” ośrodku, by odpokutować swój sukces wraz z innymi bogaczami. Sztuczne próby wzbicia się na ich poziom okazują się groteskowe i bezowocne – mimo usilnego wyciągania szyi pan Dzieciątko nigdy nie doda sobie wzrostu.

Ale przecież nie jest zupełnie pozbawiony sentymentów. Jeszcze jako nastolatek z sympatią patrzy na poetę Tondę, który nie dba o pieniądze i z dobroduszną cierpliwością znosi żarty płatane mu przez zamożnych panów odwiedzających hotel. Mimo beznamiętnej, mechanicznej narracji człowieka zaprogramowanego na sukces głównemu bohaterowi nie udaje się ukryć wyrzutów sumienia z powodu kolaboracji i obłędu rozbrzmiewającego pośród nocy uderzeniami młotka. Dopiero odcinając się od cywilizacji i jej jadu udaje mu się osiągnąć względny spokój i równowagę. Uświadamia sobie, że choć wydawało mu się, że pnie się do góry, tak naprawdę wciąż spadał, spadał w głąb przepastnej studni, i dopiero będąc na jej dnie mógł naprawdę dostrzec gwiazdy. Zamiast piękna zmysłowego, które tak cenił dawniej, na pierwszy plan wysuwają się przymioty duchowe i surowe piękno natury, a kapryśne uznanie ludzi zostaje zdetronizowane przez bezinteresowną miłość zwierząt.

Jan Dzieciątko to postać modelowa. Ma groteskowe, symboliczne nazwisko i wziął się nie wiadomo skąd – w całej książce nie ma ani słowa o jego rodzicach, bliższej lub dalszej rodzinie (z wyjątkiem niemieckiego dziadka, wykorzystanego jako karta przetargowa przy staraniach o rękę Lizy). Jego kompleks niższości spowodowany niskim wzrostem (przekładającym się, w tym akurat wypadku, na podły charakter) może być równie dobrze odebrany jako kompleks niższości całego czeskiego narodu – zbyt małego, by się liczyć. W takim ujęciu Obsługiwałem angielskiego króla to książka w równym stopniu antyczeska co Tchórze Škvoreckiego, a może nawet bardziej.

Koniec końców nie liczy się to, czy obsługiwałeś angielskiego króla lub abisyńskiego cesarza. Nie daje ci to podstaw, by uważać się za kogoś lepszego. Liczy się czyste sumienie – a tego nie da się kupić za żadne pieniądze.

***
B. Hrabal, Obsługiwałem angielskiego króla, przeł. Jan Stachowski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2007.

Fot. keb / freeimages.com

niedziela, 21 grudnia 2014

Inaczej, dalej źle – „Koniec punku w Helsinkach”, Jaroslav Rudiš


Istnieje taki przymiotnik, używany często w odniesieniu do młodych pisarzy – „najciekawszy”. „Najciekawszy twórca młodego pokolenia”, „najciekawszy prozaik swojej generacji”, ładnie brzmi, ale zwykle nie znaczy nic. To, że ktoś dobrze pisze, porusza poważne problemy, imponuje intertekstualnymi wycieczkami i błyszczy erudycją nie znaczy jeszcze wcale, że jest „najciekawszy”.

Tymczasem Jaroslav Rudiš to pisarz, który według mnie w pełni na ten przymiotnik zasługuje. Bo oprócz trudnego tematu funduje nam żonglerkę stylami, wymyśla cudowne metafory i koniec końców pisze tak lekko, tak zajmująco, że nie można się oderwać. O historii, ale, jak na rodzonego Czecha przystało – bez krztyny patosu.

W Końcu punku w Helsinkach zestawia ze sobą dwie epoki na pograniczu czesko-niemieckim – lata 80. i współczesność. Nowy, wspaniały, kapitalistyczny świat to w pewien sposób negatyw poprzedniego ustroju. Wtedy nie było wolności, teraz jest. Wtedy był czas, teraz nie ma. Choć straszny komunizm się skończył i powinno być lepiej, coś nie wyszło. Po krótkim okresie euforii i zalewie kolorowych ulotek, które były wówczas podniecającą zapowiedzią wszystkich cudów mitycznego Zachodu, przyszły rezygnacja i poczucie oszukania. Ulotki walają się pod nogami i nikt już ich nie chce.

Olego, Franka oraz Nancy i jej znajomych jednoczył w walce wstręt do indoktrynacji. Nie chcieli żyć zgodnie z oficjalną ideologią, nie chcieli, by ktoś mówił im, jak mają żyć. „Jak puste brzękające o siebie butelki, do których wciąż ktoś próbuje coś wlać. Tak czuli się w swojej komunie. Postanowili, że nikt do nich niczego nie wleje. Niczego, czego by sami nie chcieli” (s. 66).

Dziś jednak, po zmianie ustroju na ten pozornie dający najwięcej wolności i przestrzeni, nadal jesteśmy indoktrynowani i nadal narzuca się nam sposób życia, choć w sposób bardziej dyskretny. Wciąż jest się przeciw czemu buntować – co potwierdza historia córki Olego, wściekłej na „bogatych, ustawionych i wypachnionych”, „pięknych i bio”.
Wiesz, że musisz nieźle uważać, żeby nigdy tak nie skończyć, bo dziś można we wszystko zwątpić (…). Nie chcesz chodzić do ich szklanych biur, nie chcesz nosić krzykliwych kostiumików, nie chcesz głosować na ich kumpli, zidiociałych polityków, którzy kiedyś może też byli punk i bunt, ale teraz są tylko dla siebie i wszystkim na przekór, nie chcesz wiedzieć, co to są hipoteka, lokata, ubezpieczenie na życie, fundusze akcyjne i dywidendy, nie chcesz kłamać, nie chcesz być fałszywa (s. 237).
Dla porównania – fragmenty z dziennika Nancy, pisane dwadzieścia lat wcześniej:
To im powiedziałam że my jesteśmy brzydcy na zewnątrz tak samo jak ludzie są brzydcy w środku że punk to pokazuje i że my nie udajemy i jesteśmy szczerzy (…). Od teraz nie będziemy się myć. Śmierdzimy na zewnątrz tak jak wy w środku (s. 149).
Pragnienie autentyczności, chęć działania, wstręt do obłudy i fałszu, krytyka zaskorupiałego w samozadowoleniu mieszczaństwa. Pachnie romantyzmem, pachnie bitnikami i pachnie punkiem. To pragnienia każdego młodego pokolenia, bo oni mają jeszcze wiarę, że można coś zmienić i siłę, żeby próbować.

I te ideały w końcu legną w gruzach. Kończy się na walce o siebie, o odrobinę przestrzeni do życia i święty spokój. I na tym etapie jest Ole, na którym nie robią już wrażenia płomienne gadki Leny o tym, że „wszystko wygładzone, połączone i europejskie, ale też pełne świństwa, jak te tunele pod miastem” i o potrzebie nowej rewolucji. On już wie, że żadna rewolucja nic nigdy nie zmieni. Że nowy lepszy świat, nasze wyśnione Helsinki, to mrzonka, nieuchwytny ideał, którego możemy sobie co najwyżej zrobić marny model – jak Ole i jego bar.

Koniec... jest więc nie tylko książką o politycznych przemianach i o buncie, ale również o uniwersalnych wartościach, a właściwie ich braku, o sensie życia – a właściwie bezsensie. O radzeniu sobie z rzeczywistością, o tym, co robimy, by poczuć się lepiej (szczególnie spodobało mi się rozmontowywanie wartburga zwanego Honeckerem w wydaniu ojca Olego – oczywiste nawiązanie do Hrabala i jego ojczyma Francina!). I choć wydaje się, że to najbardziej oklepany temat na świecie, to jednak Rudiš operuje tak błyskotliwymi porównaniami i metaforami, że wszystko o czym pisze wydaje się świeże i nowe. Chwile, do których nie lubimy wracać to odłamki szkła tkwiące nam w ramieniu, a całe życie jest kręceniem ósemek na rowerze przed blokiem.

I tyle, nie ma nic więcej.

***
J. Rudiš, Koniec punku w Helsinkach, przeł. Katarzyna Dudzic, wyd. Czeskie Klimaty, Wrocław 2013.

Fotografia: What What / IWoman / CC-BY-NC-SA

sobota, 20 grudnia 2014

Czuły barbarzyńca w składzie makulatury – „Zbyt głośna samotność”, Bohumil Hrabal


Jeśli tylko, drogi Czytelniku, nie zabrnąłeś tutaj zupełnie przez przypadek, zapewne lubisz czytać. Zapewne książki są Ci drogie i zgrozą lub przynajmniej niepokojem przejmuje Cię myśl o oddawaniu ich na makulaturę – jest przecież 3476 sposobów, by pozbyć się w sensowniejszy i bardziej „humanitarny” sposób.

Haňťa, bohater Zbyt głośnej samotności, podziela tę myśl. To prosty człowiek bez uniwersyteckiego wykształcenia, szanuje jednak wytwory ludzkiej wyobraźni i pracy, jakimi są książki. A ponieważ żyje w czasach, które literaturze nie sprzyjają (i nie mówimy tu o niskim stanie czytelnictwa, jak dziś; mówimy o czasach, gdy książki były wrogami, których należało zmieść z powierzchni ziemi), często bólem przejmuje go zajęcie, którym się para – jest pakowaczem makulatury.

Każdego dnia wypija litry piwa, by znieść tę „rzeź niewiniątek”. Pracuje pod spojrzeniami Jezusa i Lao-cy, niczym Syzyf toczy swój głaz, niczym Atlas dźwiga niewyobrażalny ciężar, poświęcając się dla piękna, sztuki, wolnej myśli. W odgłosach miażdżonych okładek słyszy trzask łamanych kości.

Ale jest w tym i radość, Haňťa ma bowiem swoją małą misję – ratuje te wytwory ludzkiej wyobraźni i pracy od zagłady. Choć wszystkich ocalić nie sposób, ukrywa pojedyncze egzemplarze i zabiera je do domu. Nad łóżkiem zgromadził ich już kilka pięter, i wisi teraz nad nim ten papierowy olbrzym niczym miecz Damoklesa. Jest jednak szczęśliwy, bo może je chronić, chłonąć ich piękną zawartość, kształcić się „mimo woli”. W sercu każdej sprasowanej paczki umieszcza jakieś wybitne literackie dzieło, po bokach zaś – reprodukcje słynnych obrazów, by zaleczyć tę zbrodnię pięknem, złagodzić odrobinę okrucieństwo swoich praktyk i przebłagać gniewne muzy.
Wypiękniałem we własnych oczach, bowiem miałem odwagę nie oszaleć od tego wszystkiego, co w tej mojej zbyt głośnej samotności widziałem i ciałem oraz duszą osobiście zaznałem i przeżyłem.
Czy jeden człowiek może się jednak przeciwstawić bezmyślnej sile, która sprasowuje każdą piękną myśl, każdy swobodny oddech? Nie, i Haňťa przekonuje się o tym dobitnie podczas wizyty w nowoczesnej pakowalni na Bubnach, gdzie prasowanie makulatury jest zautomatyzowane, a pracownicy muszą tylko wyrywać papierowe wnętrzności z osnowy okładek, co czynią ochoczo. To straszny świat, w którym dzieci od małego uczone są niszczenia, a zatrudnieni tam ludzie, przodownicy pracy, w zamian na swój trud są wysyłani na wycieczki do Grecji, choć nie mają pojęcia o Arystotelesie i Platonie. Zamiast piwa piją mleko, bo ich zajęcie nie sprawia im bólu.

„Niebiosa wcale nie są humanitarne i człowiek także humanitarny nie jest” – brzmi zdanie, które powtarza się w tym utworze jak refren. I przerażająco pasuje ono do rzeczywistości, w której „w piwnicach pracują strąceni aniołowie, mężczyźni z uniwersyteckim wykształceniem, co przegrali swą bitwę”. Mimo to jednak Haňťa nie poddaje się, bowiem i Chrystus „nie przyszedł nieść pokoju, lecz miecz”, bo walka jest sensem życia, przez nią się odradzamy i stajemy się silniejsi, niczym szczurze armie toczące zacięte boje w głębi kanałów. Choć wydajemy się bezbronni wobec bezlitosnej prasy historii i cywilizacji, „jesteśmy jako oliwki, dopiero kiedy nas miażdżą, wydajemy z siebie to, co najlepsze”.

Uwielbiam wracać do dawnych lektur. Kilka lat potrafi wszystko zmienić, i tak jak kiedyś uważałam, że to piękna i smutna, ale dość zwykła opowieść, tak dziś urosła do rangi arcydzieła. Przeczytajcie dla poezji dnia codziennego, przeczytajcie dla bólu, samotności i tęsknoty współodczuwanych z Haňťą, przeczytajcie, by złamać sobie serce.

***
B. Hrabal, Zbyt głośna samotność, przeł. Piotr Godlewski, wyd. Świat Literacki, Izabelin 2002.

Fotografia: Zafio / iWoman / CC BY-NC-SA

niedziela, 14 grudnia 2014

Pogrzebani żywcem – „Minuty. Reportaże o starości”, Iza Klementowska


Minuty zaczynają się mocnym akcentem. Staruszka zamknięta szczelnie w klatce miłości i poczucia obowiązku, doglądana jak złote jajko na haftowanej poduszeczce, i druga, śląca na próżno listy do córki, która nie chce jej znać. Pierwsza cierpi z nadmiaru troski (ale tylko powierzchownej, „wrzuconej pomiędzy chleb z twarogiem i jajka na miękko”), druga – z jej braku. Jedna, spragniona uwagi, uporczywie ucieka, doprowadzając opiekującą się nią córkę do załamania nerwowego i poważnych problemów ze zdrowiem. Druga nadaremnie tłumaczy się ze swoich przewin – kontrolowania życia córki, manipulowania nią i jej bliskimi, wysiłków skłócenia jej z jej mężem („nigdy mnie nie lubił”) – choć jakby wciąż nie do końca rozumiała, że zrobiła coś złego. Obydwie budzą zarazem współczucie i odrazę, ma się ochotę solidnie nimi potrząsnąć, a potem je przytulić. Są jak dzieci, tak samo kruche, tak samo zapatrzone w siebie i tak samo zagubione.

Oto obraz starości, jakiego spodziewałam się po tej książce – solidna porcja wzruszeń. Ale u Klementowskiej to tylko jeden z wielu obrazów. Wkrótce wstrząsające wrażenie, jakie wywierają pierwsze dwa teksty, zaciera się pod wpływem całego szeregu lekkich i pogodnych historii – dowodów na to, że starość wcale nie musi być straszna i zła. Opowieści wesołe przeplatają się ze smutnymi, ale tragizmu brak. Nie ma biedaków pozbawionych na starość dachu nad głową czy zjadanych żywcem przez własne koty, są za to starsi ludzie, którzy mimo wszystkich tych krzyżyków na karku próbują się na tym świecie jeszcze jakoś znośnie urządzić.

I mimo że standard życia u nas i na Zachodzie tak bardzo się różni, nie jest to niemożliwe! To prawda, że w polskich domach spokojnej starości mieszkańcy cisną się na kilku metrach i triumfują, gdy uda im się wywalczyć czajnik elektryczny, podczas gdy w Wielkiej Brytanii każdy ma do dyspozycji 30-metrowy pokój, przepastną szafę i luksusową łazienkę. To prawda, że polscy emeryci liczą każdą złotówkę i spędzają dnie uwieszeni na parapecie, a brytyjscy kupują sobie dom w Hiszpanii i całymi godzinami podrzemują w hamaku. To wcale nie znaczy, że w Polsce człowiek starszy nie może być szczęśliwy, zdaje się pokazywać autorka.

Czasem wystarczy pomysł i odrobina inicjatywy, jak w przypadku pana Czesława i jego wieczorków tanecznych, kiedy indziej – towarzysz lub towarzyszka, która zachęci do działania i wyrwie z codziennego marazmu, jak u pani Anny, która dzięki swatowej odkryła w sobie na starość żyłkę podróżnika. Klementowska odczarowuje w ten sposób mit starości jako okresu wysiadywania w fotelu, gapienia się w okno i sporadycznej opieki nad wnukami, która bardziej męczy niż cieszy.

Ludzie są różni. Wszystkie jednak starsze osoby, niezależnie od zainteresowań, miejsca zamieszkania, stanu konta i standardu życia łączy jedno – strach przed zniedołężnieniem. I oczywiście przed śmiercią, której mimo wszystko nie chcą nawet ci, co „swoje już przeżyli”. Dlatego też ostatnie reportaże w zbiorze Minuty są poświęcone tym właśnie kwestiom – akcja rozgrywa się w hospicjach i szpitalach, zaglądamy w twarze ludziom, dla których ciało stało się ciężarem nie do zniesienia, rozmawiamy z tymi, którym bardzo blisko już na drugą stronę. Poznajemy też historie osób, które przejście to chcą przyspieszyć – jaka siła skłoniła ich do podjęcia takiej decyzji? Czytamy o ich cierpieniu, strachu, o bólu nie do zniesienia, który wyklucza pogodną starość i wszelkie próby normalnego życia. Przeżywamy dramat ich bliskich, którzy nie chcą się na to zgodzić. To trudna lektura, zwłaszcza, gdy ma się niecałe trzydzieści lat i starość z całym pakietem przypadłości wydaje się bardzo odległa. Myślę jednak, że nigdy nie jest za wcześnie, żeby się na nią przygotować.

Klementowska umiejętnie rozkłada akcenty. Nie utopiła tego zbioru we łzach, a tragiczne opowieści z początku i końca zbioru zrównoważyła utrzymaną w pogodnym tonie opowieścią o Halinie Kwiatkowskiej („Czy zauważyłam, kiedy zaczęłam się starzeć? – Pani Halina wzrusza ramionami. – Chyba nie. Byłam zbyt zajęta, żeby patrzeć bez przerwy w lustro”) oraz ciepłymi historyjkami-wskazówkami, po których – jak słusznie zauważyła Bernadetta Darska – zamieszczona na końcu rozmowa z panią psycholog wydaje się trochę zbędna. W końcu wszystko jest w tych historiach, jak na dłoni.

Niepokojącym i chyba działającym głównie na sumienie młodych elementem są za to poprzedzające każdy reportaż fragmenty, w których autorka opisuje obowiązujące w różnych rdzennych plemionach zwyczaje związane z traktowaniem starszych. Grzebanie żywcem staruszków w plemieniu Dinków wydaje się rzecz jasna barbarzyństwem, ale mam wrażenie, że samotność, wrogość dzieci i poczucie własnej niedołężności, z jakimi spotykają się osoby starsze także w naszej, „cywilizowanej” kulturze, jest na swój sposób równie okrutną karą. Warto się nad tym zastanowić zwłaszcza dziś, gdy nasze społeczeństwo coraz bardziej się starzeje. Ja na pewno będę miała o czym myśleć. 

***
I. Klementowska, Minuty, wyd. PWN, Warszawa 2014.

Fotografie:
[1] Spyros Papaspyropoulos / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] 4foryou / freeimages.com
[3] Transformer18 / Foter.com / CC BY
[4] saavem / freeimages.com

sobota, 6 grudnia 2014

Taka piękna maskarada – „Bambini di Praga 1947”, Bohumil Hrabal


Mimo skończonych studiów prawniczych Bohumil Hrabal nie przepracował w swoim zawodzie zbyt wiele czasu. Wykonywał za to cały szereg innych zajęć, z których niemal każde stało się inspiracją dla jakiegoś ważnego dzieła. Praca dyżurnego ruchu znalazła swój oddźwięk w Pociągach pod specjalnym nadzorem, epizod w pakowalni makulatury przyczynił się oczywiście do powstania Zbyt głośnej samotności, huta Poldi stała się scenerią całego szeregu opowiadań... Swoje doświadczenia z pracy jako agent ubezpieczeniowy Hrabal wykorzystał natomiast pisząc utwór Bambini di Praga 1947.
– To panowie sprzedają nadzieję? – spytała. – Tak! – przytaknął pan Wiktor. – Tak jak Chrystus Pan, kiedy zabawiał się w komiwojażera i odwiedzał klientów wokół Jeziora Genezaret z artykułem: Wiara, Nadzieja i Miłość... Tak właśnie i my... (s. 36).
Sęk w tym, że czterej agenci ubezpieczeniowi – bohaterowie tego utworu – są oszustami wyłudzającymi pieniądze od prostych ludzi, mamiąc ich obietnicą „szczęśliwej przyszłości”. Ich interes jest fikcyjny, a warunki umowy okazują się w praktyce nie do spełnienia. To pozbawione skrupułów szuje, naciągające staruszków z taką samą werwą, z jaką uwodzą przedstawicielki płci pięknej, ale nie brak im również cech ludzkich – potrafią zachwycić się pięknem przyrody, muzyką, urodą chwili. Rozmarzeni podziwiają ciepłe letnie noce, kiedy przez okno zagląda księżyc, a po wodzie niosą się z drugiego brzegu jeziora dźwięki rozmów rozochoconych dziewcząt. Wrażliwość na piękno tych gagatków licuje z ich bezwzględnym zachowaniem, zupełnie u milicjanta ze Święta przebiśniegu.

Wizyty u kolejnych klientów stają się oczywiście, jak to u Hrabala, pretekstem do ukazania całej galerii dziwnych indywiduów. Poznajemy więc rzeźnika-choleryka i jego frywolną, biuściastą małżonkę, koźlarza, który jako domorosły malarz pokrywa malowidłami wszystkie powierzchnie w swoim domu (łącznie z wychodkiem, na którym widnieją dzikie małpy o sierści w kolorze niepokojąco przywodzącym na myśl zawartość wychodka), rozmiłowanego w filozofii kwiaciarza, bednarza, który mieszka przy chłodni i nawet w lecie siedzi u siebie w kożuchu... Jesteśmy świadkami pijackiej zabawy z udziałem kilkunastu bękartów cesarza Franciszka Józefa (który szczególnie gustował w dziewczętach od krów) oraz Nocy Weneckiej, w trakcie której rozwścieczony klient ubezpieczalni nierozsądnym kopnięciem uszkadza barkę i posyła ją na dno, skazując wystrojone towarzystwo na brodzenie w ciepłej rzece. Ileż uciechy sprawia księdzu proboszczowi ten pochód dziewcząt wyłaniających się niczym nimfy z wody, z sukienkami przylepionymi do ich młodziutkich, jędrnych ciał!
Ależ, ludzie moi złoci – wołał dostojny kapłan trzymając wciąż lornetkę przy oczach – ludzie moi złoci, piękno wszak Pana Boga nie obraża! Wprost przeciwnie!... (s. 51).
Niezwykle barwne, plastyczne obrazy mienią nam się przed oczami i niemal czujemy tę gorączkową atmosferę letniej nocy, kiedy to polityczne troski na chwilę zniknęły z horyzontu, bo wojna się skończyła, a komuniści jeszcze nie doszli do władzy. Burza hormonów, prędkość i wiatr we włosach jak na karuzeli, beztroski śmiech towarzyszący młodzieńczym figlom fałszywych agentów ubezpieczeniowych... Dla tej atmosfery, dla tych głosów niosących się po wodzie i świateł odbijających się w rzece, dla tej radości zaprawionej odrobiną melancholijnej zadumy uwielbiam czytać prozę Hrabala. Bambini di Praga 1947 to wyjątkowo lekki i zabawny utworek, który jest świetnym wyborem na pierwsze spotkanie z twórczością tego czeskiego pisarza. Polecam!

***
B. Hrabal, Bambini di Praga 1947, wyd. Świat Literacki, Izabelin 1995.

Fotografia: Ashley MacKinnon / Foter.com / CC BY

środa, 3 grudnia 2014

Złowroga najniższa struna – „Palacz zwłok”, Ladislav Fuks

Doskonały Rudolf Hrušínský jako odtwórca tytułowej roli w Palaczu zwłok (1969) w reżyserii Juraja Herza.
Nigdy nie byłem w piekarni mechanicznej. Ale te paleniska u nas zawsze mi przypominają piece do pieczenia naszego chleba powszedniego...
Tak mówi pan Karl Kopfrkingl, tytułowy palacz zwłok. Człowiek, któremu piece krematoryjne przypominają te do wypiekania chleba, a nazizm pomylił mu się z ideologią zbawienia.

Bo czy może być złym system, który kultywuje czystość? Przecież o to tylko panu Kopfrkinglowi zawsze chodziło, według tej zasady urządził swoje życie – tak przejrzyste i schludne jak „rozkład jazdy śmierci”, czyli wisząca u niego w salonie rozpiska godzin, o których kolejne trumny lądują w piecach. Małżonka – piękna, dzieci – mądre i grzeczne, mieszkanie – pełne obrazów i słodkich dźwięków muzyki klasycznej. I nagle, ups, jakiś pyłek na tej gładkiej, nieskazitelnej powierzchni – pochodzenie żony. Czarne włosy. Ryba przygotowana na obcy sposób, na słodko. Pyłek, którego wcześniej jakoś nie zauważył...

Natura pana Kopfrkingla nie znosi kompromisów. Jest jak zaprogramowany robot – ma być tak, jak sobie urządził. Dlatego nikogo nie dopuszcza do głosu, dlatego żonę nazywa nie prawdziwym, lecz wymyślonym przez siebie imieniem i dlatego bez mrugnięcia okiem unicestwia wszystko, co nie wpisuje się w jego normę. Często nadaje temu pozory miłości i troski, twierdzi wręcz, że to naturalne i ludzkie działanie. „Przedwczesna śmierć jest wielkim dobrem tylko wtedy, gdy oszczędzi człowiekowi wielkiej udręki”. A komu najbardziej należy się wielkie dobro, jeśli nie tym, których kochamy...

Żeby było straszniej, czas w tej powieści zatacza koła. Są motywy, które stale wracają, jest histeryczna kobieta z piórami i jej mąż, jest różanolica dziewczyna w czarnej sukni, jest starsza kobieta w okularach i z piwem i grubas w czerwonej muszce i sztywnym kołnierzyku. Milczący świadkowie przerażającej przemiany, cisi obserwatorzy tragedii na drugim planie, straszni w swej groteskowości zwiastuni szaleństwa.

Włosy stają dęba, chłodny dreszcz przeszywa całe ciało od tych poczynań nazistowskiego fanatyka, ale dla większości z nas Palacz zwłok jest niczym więcej niż książką jedną z wielu, ot, taki sobie horror, lekturka dla tych, co się lubią bać. Odkładamy i wracamy do naszych codziennych spraw, a stuknięty Kopfrkingl zostaje gdzieś daleko.

A tak naprawdę wcale nie jest daleko. Może jest gdzieś za ścianą albo siedzi właśnie obok. Jak pisze Fuks w Wariacji na najniższej strunie, człowiek ma w sobie wiele różnych strun, których w różnych okresach życia z różną częstotliwością dotyka. Wolno mu grać na wszystkich, oprócz tej jednej, najniższej. Ale każdy z nas ją ma. Każdy jeden. Sęk w tym, żeby nie ulec świerzbieniu dłoni i jej nie trącić.

To proste w warunkach, w jakich większość z nas dziś żyje. Ale co, jeśli kiedyś nasz świat wywróci się do góry nogami? Jak pisałam przy okazji Drogi McCarthy'ego – śmieszna wręcz jest myśl, że te wszystkie poczciwe staruszki, troskliwe mamy, poczciwi ojcowie mieliby przeobrazić się kiedyś w krwiożercze bestie. Ten miły pan z kiosku naprzeciw miałby zostać kanibalem? Ta rozkoszna sąsiadka, która zawsze pyta co słychać, miałaby zjadać swoje dzieci? Poczciwiec z pierwszego piętra miałby powiesić swoją żonę? Brzmi jak absurd, ale dopóki wszyscy nie znajdziemy się w sytuacji granicznej (i nie daj Boże, żebyśmy się znaleźli!), nigdy się nie dowiemy.

Każdy ma swoją najniższą strunę. Każdy jeden.

***
L. Fuks, Palacz zwłok, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979.

Fot. Studio Barrandov / bontonfilm.cz

wtorek, 2 grudnia 2014

Łańcuszki – edycja 2014

Moi Drodzy!

Przychodzi kiedyś w końcu taki czas, kiedy zalegające zaproszenia do różnych blogowych zabaw i łańcuszków zaczynają tworzyć pokaźny stosik (wirtualny, rzecz jasna) i człowiek mówi sobie: Dobra, wreszcie to zrobię, obnażę się! I dla mnie to jest właśnie taki moment, toteż ogłaszam wszem i wobec, że poniżej znajdują się odpowiedzi na wszystkie pytania zadane mi w ramach różnych łańcuszków w ciągu ostatnich miesięcy.

Zacznę od zabawy Liebster Blog Award, do której Śniący za dnia zaprosił mnie jeszcze w kwietniu tego roku (zgroza – najmocniej przepraszam za zwłokę!):

1. Czy jest taka książka, która w wyraźny sposób zmieniła Twoje postrzeganie świata?

Będę się tu posiłkować listą, którą sporządziłam z okazji krążącego ostatnio na Fejsbuku wyzwania. Wymieniłam ich tam standardowo dziesięć, ale tu ograniczę się do najważniejszych. Wszystkie pokazały mi, że za szarą fasadą świata kryje się coś więcej i nauczyły patrzeć uważniej: 
Taka piękna żałoba Bohumila Hrabala 
Sklepy cynamonowe Brunona Schulza 
Do latarni morskiej Virginii Woolf

2. Gdybyś miała/miał możliwość porozmawiać z dowolnym autorem/autorką z dowolnego okresu w historii, to kto by to był i dlaczego akurat on/ona?

Może to będzie zaskoczenie, ale nie Hrabal. Bałabym się, że mnie spiorunuje spojrzeniem albo jeszcze gorzej, zwyzywa (choć u niego to było ponoć wyrazem sympatii). Na pewno też nie Virginia Woolf, bo bałabym się, że mnie obsmaruje w swoim dzienniku. Z podobnych powód – nie Katherine Mansfield. Rabelais – mizogin, uznałby pewnie, że nie jestem godna z nim mówić... Wygląda na to, że absolutnie nie chciałabym rozmawiać z żadnym ze swoich ulubionych autorów :). Ale nie, oczywiście! Jest jeszcze Bruno Schulz. Tak, zdecydowanie z Schulzem. Chciałabym posłuchać osobiście jego meandrujących opowieści, którym raczył swoich uczniów za czasów pracy jako nauczyciel.

3. Gdybyś miał/miała wybrać jedną książkę, którą możesz zabrać na bezludną wyspę to co by to było?

Dopuszczę się małego oszustwa, bo to nie jedna książka a siedem, ale W poszukiwaniu straconego czasu. Tak bardzo, bardzo chciałabym wreszcie przebrnąć przez wszystkie tomy, a tam wreszcie miałabym do tego idealne warunki!

4. Która ekranizacja powieści najbardziej Ci się podoba?

Byłam pod sporym wrażeniem serialu BBC nakręconego na podstawie Północy i Południa Elizabeth Gaskell. A inny film na motywach literackich, który uwielbiam, to Kytice – ale to już nie na podstawie powieści, ale zbioru ballad K.J. Erbena. Niestety, nikt tego nie przetłumaczył na polski z tego co wiem.


5. Gdybyś była/był powieściopisarką/powieściopisarzem, to jaki gatunek literatury stałby się Twoim wyznacznikiem?

Bez fajerwerków, pewnie powieść obyczajowa. Psychologiczna nie, bo za mało się znam na ludziach, filozoficzna nie, bo jestem za głupia, historyczna nie, bo nie lubię historii... Romansów pisać bym nie chciała. Fantastyki, horrorów, thrillerów i kryminałów praktycznie nie czytam.

6. Czy jest jakiś bohater literacki, z którym się utożsamiasz?

Marzyciel z Białych nocy Dostojewskiego.

7. Twoje największe zainteresowania poza literaturą?

Kiedyś to była biochemia, teraz już literatura wszystko zepchnęła na dalszy plan. Nie dotyczą mnie wszystkie te „standardowe” zainteresowania wpisywane w CV – filmów właściwie nie lubię, ledwie się jakiś zacznie już nerwowo patrzę ile do końca, w muzyce za bardzo nie siedzę, więc mój muzyczny gust to totalny miszmasz od Erika Satie przez Apocalypticę po Franka Sinatrę, sportów wszelakich wprost nie znoszę.

8. Jaki jest Twój wymarzony zawód?

Pisarz. A z tych bardziej realnych... Tłumacz?

9. Jaki jest Twój dotychczasowy największy sukces życiowy?

Dokonałam póki co tak niewiele, że głupio jest mi cokolwiek uznać za swój „największy sukces”. Przyszedł mi do głowy mój tytuł mgr inż., ale trudno to uznać za sukces, bo prawdopodobnie nigdy z tego dyplomu nie zrobię użytku. Może Literackie skarby świata całego? Może „Archipelag” i te moje kilka dużych tekstów, które ktoś przeczytał? Może to, że się przemogłam i zaczęłam bohemistykę, mimo że wiedziałam że będzie tak ciężko? I to, że dotarłam jakoś do III roku? I to, że mówię po czesku (choć kiepsko) i czytam po czesku (choć w bólach)?

10. Twoja ulubiona pora roku?

Jesień.

11. Jakie są Twoje wymarzone wakacje?

Gdzieś w głuszy, pod namiotem albo w drewnianej chatce, z dala od zabytków, turystów, cywilizacji. Ze dwa tygodnie ciszy, słońca i zieleni, nie martwiąc się o nic. I tylko czytać, a może nawet wreszcie spróbować coś napisać.

***

Do kolejnego łańcuszka również zostałam nominowana przez Śniącego za dnia, a była to jego autorska zabawa Wymarzone Czytadełko. Pytania były takie (a odpowiedzi na nie, tak sobie myślę, byłyby niezłym materiałem dla jakiegoś psychoanalityka!):

1. Jaki tytuł nosiłaby Twoja wymarzona książka?

Musiałby bardzo pobudzać wyobraźnię (jak Światłość w sierpniu) i tchnąć na kilometr melancholią jak Sprzedam dom, w którym już nie chcę mieszkać albo Serce to samotny myśliwy.

2. Do jakiego gatunku literackiego można by ją zaliczyć?

Powieść obyczajowa (najlepiej z motywem powrotu do dzieciństwa) albo psychologiczna.

3. Do stylu pisarskiego jakich autorów mogłabyś/mógłbyś przyrównać formę treści w tej książce?

Nie wiem do końca, czy pytanie jest w końcu o formę czy treść, ale postawiłabym na lekko gawędziarski, słodki i wzruszający styl Maupassanta. Z początku wymieniłam tu moich ulubionych autorów, czyli Hrabal, Schulz, Woolf, ale ich styl niespecjalnie pasuje mi do tematu, o którym piszę w punktach 5. i 6.

4. Gdzie miałaby się toczyć akcja książki?

Na pewno nie w jakimś świecie wymyślonym, w takich w ogóle nie potrafię się odnaleźć. W naszej znanej rzeczywistości, właściwie obojętnie w jakim kraju, ale raczej na wsi niż w mieście.

5. Kto byłby jej głównym bohaterem?

Najlepiej jakaś ułomna, ale z gruntu dobra jednostka, taki Quasimodo. Smutna poczwara, której wszyscy się boją albo brzydzą. Albo dziecko, ale też takie nieszczęśliwe i wyśmiewane.

6. Na czym opierałby się wątek przewodni?

Poszukiwanie swojego miejsca na świecie. Wspomnienia, mechanizmy pamięci. Poszukiwanie piękna w codzienności. Może miłość, ale niekoniecznie... Jeśli tak, to bardzo subtelna i niewinna, żadnych intryg, zdrad, namiętności. Póki co takie luźne myśli mi chodzą po głowie.

7. Książka posiadałaby szczęśliwe zakończenie czy też nie?

Nie. Książki ze szczęśliwym zakończeniem szybko się zapomina, a ja lubię te niezapomniane. Te, które ma się ochotę podrzeć na strzępy za to że tak się skończyły, ale po pewnym czasie dochodzi się do wniosku, że nie mogłyby się skończyć inaczej.

8. Napisana byłaby prostym językiem czy może treść kryłaby symbolizm i szczyptę filozofii?

Lubię symbole i dwuznaczności, lubię bawić się interpretacjami, więc wolałabym, żeby była bardziej wielowarstwowa.

9. Co prezentowałaby okładka?

Nostalgiczne zdjęcie.

10. A może już odnalazłaś/odnalazłeś „Wymarzone czytadełko”? :)

Myślę, że całe nasze życie to poszukiwanie książki idealnej, takiego „Wielkiego Buka” jakiego szuka u siebie Olga i który jest w gruncie rzeczy mitem i prawdopodobnie nie istnieje. Tak, jak nie ma ludzi idealnych. Więc nie, nie znalazłam, ale nie będę tracić nadziei :).

***

W ostatnim czasie otrzymałam też dwie nominacje do Liebster Blog Award (jakiejś chyba kolejnej edycji, bo ta zabawa co rusz pojawia się i znika). Pierwsze zaproszenie jest od Kamila z bloga @maly_error, a pytania są takie:

1. Czy masz swoją ulubioną książkę, którą zawsze zabierasz ze sobą w podróż?

Ulubioną mam, ale nie zabieram jej zawsze ze sobą w podróż (dlatego zresztą, że jest ulubiona – jeszcze by się zniszczyła albo nie daj Boże zginęła!), więc nie wiem jak odpowiedzieć na to pytanie :). Ale niech będzie – Taka piękna żałoba Hrabala (oczywiście).

2. Wielu z nas ma swoją małą arkadię – miejsce, do którego często powraca (także myślami), choćby na chwilę. A gdzie znajduje się twoja?

Większość pytań zadawanych w tego typu łańcuszkach jest dla mnie bardzo trudna, ale z odpowiedzią na to akurat nie mam najmniejszego problemu – moja arkadia to salon w mieszkaniu mojej babci, ale z czasów, gdy babcia jeszcze żyła, a ja przychodziłam tam po szkole na obiad. Dziś mieszkają tam studentki, ale mnie bardzo, bardzo często zdarza się tam wracać w myślach, przypominać sobie słońce świecące mocno w okna, żółte zasłony, tykanie zegara, skrzypienie starego drewnianego parkietu, zapach kurzu, szczekanie psa w oddali, od czasu do czasu rozmowy z ulicy. Wielkie, puchate kule pelargonii na balkonie, sierpówki siadające na parapecie i zaglądające do pokoju, żeby je nakarmić, niebo takie błękitne...

3. Jako że jestem uzależniony od kawy, muszę zapytać… Kawa z ekspresu czy mokii. A może tzw. „zalewówka”?

Ekspres! Ale w domu prawie zawsze zwykła „fusiasta”. Nie znoszę tylko rozpuszczalnej.

4. Uzależnienie, z którego Ty jesteś dumny/dumna (oczywiście poza książkami).

Staram się od niczego nie uzależniać, więc trudno będzie mi coś znaleźć. Wydaje mi się, że jestem uzależniona od pracy, ale żeby od razu być z tego dumnym?

5. Czy masz taką piosenkę, która sprawia, że po jej wysłuchaniu zapominasz o wszystkich swoich problemach? Co to za utwór?

Nie. U mnie to działa inaczej, jak jest mi źle to słucham smutnych rzeczy, żeby się zdołować, wypłakać i oczyścić. A z tych „ku zadumie” ostatnio najczęściej słucham muzyki Yanna Tiersena do Amelii (w ogóle lubię muzykę filmową, ubóstwiam Ennio Morricone!):



6. Święta niebawem, więc… Jaki jest twój wymarzony prezent pod choinkę?

W tym roku to Colette. Biografia Claude Francis i Fernande Gontier i jest duża szansa, że się to spełni. Założyłam z góry, że chodzi o książkę, bo innego prezentu pod choinkę sobie nie wyobrażam :).

7. Co preferujesz: „książkoholizm” w domowym zaciszu, z dala od ludzi, czy może zabawy w doborowym towarzystwie przy lampce szampana?

Raczej zaciszny książkoholizm, chociaż lubię raz na jakiś czas dla odmiany gdzieś wyjść. Ale jak już, to nie przy lampce szampana, a kufelku piwka. Ewentualnie flaszeczce jakiegoś mocniejszego trunku.

8. Czy masz swoje książkowe soundtracki?

Nie – i prawdę mówiąc zaskoczyło mnie to pytanie. Mogło mi się zdarzyć, że przy czytaniu jakiejś książki słuchałam w kółko tej samej muzyki i utrwaliło mi się potem skojarzenie, ale prawdę mówiąc nie jestem sobie w stanie takiej konkretnej sytuacji przypomnieć. Czy chodzi o standardową muzykę, której słucham, kiedy czytam? Ale jeśli tak, to też nie mam :).

9. Masz książkę, której po prostu nienawidzisz?

A czymże mi biedne książki zawiniły? :) Nienawiść to nie, ale bardzo nie lubię Jądra ciemności. W ogóle za Conradem nie przepadam, Nostromo było chyba jedyną książką, którą porzuciłam po jakichś dziesięciu stronach.

10. Biblioteki czy księgarnie?

Mama czy tata? Nie mogłabym żyć ani bez jednej, ani bez drugiej. Bez biblioteki – bo ratuje mnie przed totalnym bankructwem i daje dostęp do książek, do których innym sposobem dotrzeć się już nie da. Bez księgarni – bo uwielbiam mieć książki na własność, bazgrać po nich do woli, wracać do nich kiedy mi się podoba. Nie umiałabym zdecydować.

11. Kiedy zacząłeś/zaczęłaś czytać książki (z własnej woli – tzn. nie dlatego, że tak kazał nauczyciel)?

Właściwie odkąd nauczyłam się czytać – w wieku bodajże czterech lat – sprawiało mi to dużą przyjemność, ale prawdziwa miłość do literatury obudziła się we mnie na pograniczu podstawówki i gimnazjum. Tylko wtedy więcej pisałam niż czytałam. Masowe czytanie zaczęło się dopiero pod koniec liceum.

***

Drugą nominację do Liebster Blog Award dostałam od Buksy. Oto pytania i moje odpowiedzi:

1. Twoje Ulubione miejsce pełne książek to?

Biblioteka na Rajskiej w Krakowie. Ogromnie lubię tam chodzić i spacerować między regałami, tak tam spokojnie, cicho, i te tysiące książek, nowych, starych, a każda ma jakąś swoją historię. Choć prawie zawsze przychodzę po konkretne pozycje, zwykle wychodzę z dodatkowymi skarbami. (Często oddaję je potem nieprzeczytane, bo zbyt optymistycznie oceniam swoje możliwości jeśli chodzi o tempo czytania). Księgarnie i księgarnio-kawiarnie są miłe, ale za mało tam cudownych staroci!

2. Pisarz (lub pisarka) którego czytania nigdy nie masz dość to?

Bohumil Hrabal. Tylko on; inni, jak przypuszczam, mogliby mi się po pewnym czasie znudzić.

3. Książka której wydania w Polsce nie możesz się doczekać to?

Myślę i myślę, i żadna nie przychodzi mi do głowy... Wystarczająco dużo jest tych już wydanych, które kiszą się na moich półkach i czekają na swoje (choćby) pięć minut!

4. Najlepsza lektura na listopadowy wieczór to?

Coś długiego i opasłego, ale nie zbyt monotonnego, bo listopadowe czytanie może się szybko zmienić w listopadową drzemkę. Może Dickens, coś z tych lżejszych rzeczy, powiedzmy Klub Pickwicka?

5. Jaki tytuł czytany przez Ciebie dawno temu powinien Twoim zdaniem po latach przerwy znowu zawitać do księgarń?

Oj, a musi być dawno temu? Bo pierwsze co mi przyszło do głowy to Pan Teodor Mundstock, nie wznawiany od 1966 r., ale czytałam go niedawno :). Nic innego nie przychodzi mi do głowy...

6. Jaka jest Twoja ulubiona audycja radiowa lub telewizyjna o książkach?

Tutaj to dopiero mam problem! Nie oglądam i nie słucham takich rzeczy, zresztą radia nie słucham w ogóle a telewizję tylko trochę jak jestem u rodziców, brakuje mi po prostu na to czasu. Kilka tytułów kojarzę, ale na tytułach się kończy... O, może ta seria TVP Kultura, w której pisarze prezentują swoje biblioteczki?

7. Jaka jest Twoja ulubiona seria wydawnicza?

Nike i KIK. A jeśli musi być jedna, to Nike :).

8. W jakiej książce znalazła/eś świat do którego chciałabyś się natychmiast przeprowadzić?

Chciałabym mieszkać w nymburskim browarze, w kuchni przy piecu pisać nadobowiązkowe prace domowe, siedzieć na drzewie wcinając czereśnie a wieczorem śledzić białą czapkę stryja Pepina zmierzającego do miasteczka na spotkanie z pięknymi paniami i iść w ślad za panem Rambouskiem, który na moście zapala gazowe latarnie.

9. Najdziwniejsza książka jaką czytała/eś to?

Ostatnio Rury Etgara Kereta. A z tych dawniejszych lektur... Chyba Kraina traw Mitcha Cullina. Jeśli nie najdziwniejsza, to na pewno jedna z najdziwniejszych. Poza tym powieści i opowiadania Vonneguta są dosyć „kosmiczne” :).

10. Twoje literackie odkrycie tego roku to?

Odkrycie mało odkrywcze, ale Cormac McCarthy. I Najpiękniejsza dziewczyna w mieście Bukowskiego, ekstremalne czytelnicze doświadczenie!

11. Bohater literacki w towarzystwie którego mógłbyś/mogłabyś spędzić jeśli nie życie to przynajmniej długą podróż to?

Zdecydowanie Holden Caufield!

Sama będę tradycyjnie martwą gałęzią blogowych zabaw, ale za nominacje – i za solidną gimnastykę dla mózgu, nad kilkoma z pytań naprawdę musiałam się porządnie zastanowić – bardzo dziękuję. Doceniam wyróżnienie!

Fotografia: onigiri-kun / Foter.com / CC BY-ND