wtorek, 20 stycznia 2015

Wojna jak słoik dżemu i kanapka z pastramą – „Siedem dobrych lat”, Etgar Keret

W swojej najnowszej książce Etgar Keret zrzuca maski. Rezygnuje z efektownych literackich gier, postmodernistycznych zabaw z czytelnikiem, dowcipów i sztuczek, a zamiast tego snuje kameralną, osobistą opowieść, w której rodzinna sielanka i chwile radości przeplatane są goryczą i cierpieniem, jak to w życiu. Tytułowe siedem dobrych lat – to siedem lat z synem, siedem lat odkąd mały człowiek pojawił się na świecie i wywrócił świat pisarza do góry nogami. We wstępie Keret tłumaczy:
Większość opowiadań w tej książce nie wiąże się bezpośrednio z rodzicielstwem, ale wszystkie napisał ojciec ciekawego i ukochanego dziecka, a w ich tle leży próba wyjaśnienia mojemu synowi w nie mniejszym stopniu niż sobie samemu, dlaczego tak trudno jest być człowiekiem i dlaczego, niech to diabli, ciągle warto podejmować ten wysiłek.
Bycie człowiekiem – i zarazem wytłumaczenie swemu dziecku, dlaczego mimo wszystko warto się starać – jest szczególnie trudne w kraju, w którym wojna jest już tradycją. Nie zwiastują jej złowróżbne znaki, nie towarzyszy jej dźwięk trąb, jest bowiem wciąż gdzieś obok, zadomowiła się, i trzeba ją oswajać jak na wpół udomowione, ale wciąż drapieżne zwierzę, trzeba ją sprowadzić do rangi beztroskiej gry. Dlatego aby podczas alarmu bombowego nakłonić przerażonego synka do położenia się płasko na ziemi, Keret i jego żona proponują mu zabawę w kanapkę z pastrami. Oczywiście mały Lew robi za wędlinę – w końcu „najfajniej jest być pastramą”.

Gdy chłopiec ma cztery lata, jego rodzice już kłócą się, czy posłać go kiedyś do wojska czy nie. To nie jest wesoły świat. Ale nie jest też dużo gorszy od innych. Gdzie indziej po siedmiu dekadach wojennej traumy, w 70 lat po okropieństwach holokaustu na świecie wciąż są ludzie, którzy uważają, że nie był taki zły, a właściwie to „zasłużyli sobie”. I pytają Kereta, czy wstydzi się, że jest Żydem.

Dzieci z warszawskiego getta. Swoje dziecięce lata spędziła tam też matka Kereta.
Nie sposób wytłumaczyć tego małemu dziecku, ale sporym wyzwaniem jest też wyjaśnienie mu, skąd biorą się niezrozumienie i nieżyczliwość, z którym chłopiec spotyka się już od małego. Jak wytłumaczyć mu, czemu taksówkarz krzyczy na niego bez powodu? Jak wyjaśnić, czemu ludzie nie są dla siebie po prostu mili?

Rola ojca zmusza także do refleksji na temat swojej rodziny – zwłaszcza własnego taty. I Keret stawia tu ojcu swego rodzaju pomnik, bez skrępowania i mitologizowania opowiadania o ostatnich miesiącach jego życia, kiedy umierał na raka. „Mam dobrego ojca. Mam szczęście, wiem. Nie wszyscy mają dobrych ojców” – pisze w tekście Dom taty otwierającym Rok szósty. Jak się okazuje, to właśnie ojciec był dla Kereta najlepszym nauczycielem miłości do świata, i pisarz po prostu stara się przekazać teraz synkowi nauki, które sam kiedyś pobrał.

Strata to nie tylko śmierć fizyczna, Keret stracił więc również siostrę. „Dziewiętnaście lat temu w niewielkiej sali ślubów w Bnei Brak moja starsza siostra umarła i mieszka teraz w najbardziej ortodoksyjnej dzielnicy w Jerozolimie” – pisze. Tęskni za nią, a skoro tęskni to kocha, a skoro kocha, to stara się uszanować jej decyzję – mimo wszystko. Daleko wyfrunął również jego starszy brat, obiekt podziwu i autorytet, zaklinacz słoni. Wylądował ostatecznie w Tajlandii. Kilometry i bariery religijne czy światopoglądowe są jednak niczym przy tak silnej więzi. Czytając opowieści Kereta o jego rodzeństwie nie ma się wątpliwości – on po prostu za nimi szaleje.

Nie tylko za nimi zresztą. Z każdej niemal strony tego tomu wspomnień wyłania się obraz autora jako człowieka o niesamowitych pokładach empatii i miłości do ludzi, takiego dobrego aż do szpiku kości, który nawet taksówkarzy zaprasza do siebie do domu, żeby mogli się wysikać. „Skąd on to bierze?!” – myślałam sobie raz po raz, bo choć bezustannie staram się wykrzesać z siebie ciepłe odruchy, wystarczy jedna patrząca spode łba ekspedientka w sklepie albo rozpychający się w autobusie facet, a wszystko diabli biorą. Oczywiście, nie wiadomo do końca, ile w tym wszystkim autokreacji. Ale opowieści mówią same za siebie, a ja wierzę, że są prawdziwe.

Etgar Keret w Domu Kereta.
Na marginesie tych rozważań jest również Polska – mityczny kraj przodków. Kraina, w której wychowywała się matka Kereta i z którą wiążą się jej najwcześniejsze wspomnienia, ale również kraina, która zabrała jej rodziców i brata i jej samej omal nie przyprawiła o śmierć. Mimo całej tej wojennej grozy było to miejsce, które pisarz od dziecka lubił sobie wyobrażać.
Poza zamazaną fotografią w podręczniku historii mojego starszego brata, przedstawiającą wysokiego wąsatego mężczyznę na tle wozu zaprzężonego w konia, nie miałem żadnego obrazu tego dalekiego kraju, ale moja potrzeba wyobrażenia sobie miejsca, w którym dorastała moja matka i pochowani zostali moi przodkowie, była wystarczająco silna, by spróbować je sobie odtwarzać. Warszawskie ulice wyobrażałem sobie jak ulice z rysunków ilustrujących książki Dickensa, a kościoły, o których opowiadała mama, jak ze starego, pożółkłego egzemplarza Dzwonnika z Notre Dame, należącego do mojej siostry.
„Mistyczny” pociąg do miejsca, które dla jego matki było źródłem i szczęścia i cierpienia, sprawił, że Keret często wraca do Polski. Dzięki inicjatywie Jakuba Szczęsnego ma nawet w Warszawie własny dom, które jest równocześnie instalacją artystyczną. Właśnie z tym domem związane jest opowiadanie Dżem – najpiękniejszy moim zdaniem wyraz przywiązania do ojczyzny przodków, utwór, który przekonał mnie, że Keret potrafi mnie nie tylko rozbawić i zadziwić, ale i doprowadzić do łez. Słoik dżemu ofiarowany przez warszawską sąsiadkę, staruszkę, staje się tu łącznikiem z historią matki, ze wszystkim, co przeżyła w czasie wojny. Posmarowane tym samym dżemem kromki zabrały ze sobą dwie koleżanki sąsiadki z dzieciństwa, kiedy wyjeżdżały do getta. Nigdy potem już ich nie zobaczyła.

Te smutne, poważne historie przeplatają się tu z codziennymi błahostkami, humorem, czymś w rodzaju dzienniczka mężczyzny uczącego się być ojcem. Czasem słodko, czasem gorzko – dokładnie tak, jak w życiu.

Grunt jednak to nie ulec zwątpieniu i nie poddać się wszechobecnej znieczulicy. Nie dać sobie wmówić, że świat jest szary i straszny jak w gazetach i w wiadomościach telewizyjnych, ale dostrzegać piękne drobiazgi i pokazywać je swoim dzieciom. W Biblii po siedmiu latach tłustych nastąpiło siedem lat chudych. Ale z takim podejściem po siedmiu dobrych latach przyjdzie następne siedem lat dobrych, i następne, i następne.

***
E. Keret, Siedem dobrych lat, przeł. Agnieszka Maciejowska, Maja Lavergne, wyd. W.A.B., Warszawa 2014.

Fotografie:
[1] Mc Knoell / Foter.com / CC BY-ND
[2] fotograf nieznany / Wikimedia Commons
[3] Forgemind ArchiMedia / Foter.com / CC BY  

czwartek, 15 stycznia 2015

Wędrowny śpiewak bluesa w gorączce miłosnej infekcji – „27 wierszy”, Václav Hrabě

„Urodzony w czas wojny wychowany w pokoju” [1] – pisał o sobie Václav Hrabě, który swe imię otrzymał na cześć świętego Wacława, patrona Czech. Był rok 1940 i matka prosiła w ten sposób świętego o pomoc i wybawienie udręczonego wojną kraju.

Ta światowa, z nazizmem, skończyła się pięć lat później. Ta zaś, której poeta poświęcił się już jako dorastający chłopak, trwa do dziś. To walka z obłudą, gnuśnością opływających w dostatki mieszczuchów, skostnieniem poglądów. Z gadającymi głowami, samozwańczymi mędrcami, skłonnością do oceniania, szufladkowania i szafowania wytartym sztandarem moralności.

Fascynowała go Beat Generation, amerykański jazz i blues. Jego sławny Prolog (w jedynym dostępnym po polsku tomiku jego poezji – 27 wierszy – występujący pod tytułem Blues dla zwariowanej dziewczyny) jest zainspirowany Skowytem Ginsberga. I ma podobne przesłanie.
Panowie
wiecznie sceptyczni i zarozumiali
którzy ze swych smutków tworzycie bukiety
i znacie już życie na pamięć
jak wiersze swych wielbionych przyjaciół
ostrzegam was
to nie jest toast
za wasze zdrowie
Alfonsi poezji
Kiperzy metafor
To nie dla was
to co tu stawiam na stół
To tylko prawdziwym ludziom których poznałem
będę w tej chwili składał życzenia
Te wiersze są dla robotnika Piotra
który nauczył mnie machać łopatą
i dzielić się chlebem i papierosami
Dla dziadka lewicowca
który nawet w chwili śmierci nie bał się Boga
Na pamiątkę mojej cioci
która siedem lat od rana do rana
czekała aż ten jej powróci z wojny
Dla mężczyzny z Ukrainy który oświadczył że już dosyć wojny
Dla pewnej zwariowanej dziewczyny dla której nauczyłem się grać jazz
tłuc się po nocach być niezadowolonym nie zaznawać spokoju [2]
Praga i wiersze Hraběgo na ścianie.
Był to również – a może przede wszystkim – poeta miłości. Ale na próżno szukać u niego słodyczy miłosnej liryki. Jest raczej gorzko, bo to zawsze miłość zagrożona, tragiczna, nieszczęśliwa. To wieczne szukanie, wieczna niepewność, wieczna obawa przed rozstaniem, nawet w chwilach największego szczęścia. Miłość to nie radość i szczęście; to infekcja.
Szukam cię
lecz to beznadziejne
śmieszne i naiwne
Jest przecież tyle tramwajów którymi możesz mnie minąć
jest tyle zaułków gdzie możesz zmarznięta
i rozmarzona czekać
na coś zupełnie innego
Jest tyle kin gdzie możesz cicho płakać
nad dziwnym końcem
przystojnego Włocha
Jest tyle ulic i słów przez które nie widzimy siebie
jest tylu mężczyzn którzy mogą bardziej cię uszczęśliwić
niżby mnie się to udało [3]
To bardzo dziwne
ta myśl że mogę ciebie stracić
bo wszystko na świecie wciąż się zmienia
Mogę cię stracić
i znów będą poranki
pełne papierosów
i będzie w tym pokusa
pięknego i pompatycznego smutku
Mogę cię stracić [4]
Lecz ja mam cię głęboko pod skórą
rozpuszczoną
w zarazku tężca
dymem
i zapachem arniki
i starymi szlagierami
których nikt już nie pamięta [5]
Jego miłość życia – Olga – odeszła. Znalazła sobie innego. Mieszkali potem wszyscy pięcioro, wraz z maleńkim synkiem Hraběgo i Olgi oraz jej drugim synem, w jednym mieszkaniu. Za ścianą – rodzinna sielanka, a w kuchni samotny poeta pławił się w swym „pięknym i pompatycznym smutku”, nie mógł spać. Do świtu krążył po nocnej Pradze, przesiadywał w klubach jazzowych, słuchał smutnego bluesa. „Nigdy nie byłem nikim innym niż / wędrownym śpiewakiem bluesa” – pisze. Muzyka była jego lekiem na całe zło.
A jazz
to doktor który leczy
smutek i strach i inne rany cięte
gorącym żelazem spirytusem i solą [6]
Mówili o nim „Mácha v texaskách”, bo ta legenda nieszczęśliwego, nierozumianego i rozczarowanego niespełnionymi snami przywodzi na myśl wielkiego czeskiego romantyka. Obydwaj na obrzeżach społeczeństwa, obydwaj – włóczędzy, poeci wyklęci, snujący swe historie o tragicznych miłościach, odrzuceniu i samotności. I obydwaj zmarli młodo – Mácha w dwudziestym szóstym roku życia, Hrabě o rok wcześniej. Był 3 marca 1965, wczesna wiosna. Późną nocą wrócił do domu, rozpalił kuchenkę, bo było mu zimno, zasnął i już się nie obudził. Zatruł się gazem. Za ścianą spała Olga.
A ty śpisz i może śni ci się coś tak pięknego
na co nigdy nie będzie mnie stać

Dobranoc
Jesteś piękna nawet kiedy śpisz
Dobranoc [1]
Potrafił jednak dobrze wykorzystać te skromne 25 lat życia. Podobnie jak amerykańscy bitnicy smakował każdą chwilę, aż do utraty tchu. Spłodził syna i kilka pięknych wierszy. A ledwie miesiąc przed śmiercią spotkał się z Allenem Ginsbergiem. Rozmawiał z tym, który był dla niego wzorem i legendą, tak jak on sam stał się w latach 70. wzorem i legendą dla całego pokolenia poetów. Nie zniknął bez śladu... ale zniknął, nagle i za wcześnie.
Zobaczyć rano nad Wełtawą dzikie konie
Wyliczyć swoje miłości
i jeżeli będzie trzeba
dać się zabić
za nic [4]
***
V. Hrabě, 27 wierszy, wybór i przekład: Wojciech Śmigielski, wyd. Miniatura, Kraków 2000.

Zacytowane fragmenty pochodzą z następujących utworów: 
[1] Ty (II) (oryg. Ukolébavka
[2] Blues dla zwariowanej dziewczyny (oryg. Prolog
[3] Reduta Blues 
[4] Wiersz prawie na pożegnanie (oryg. Báseň skoro na rozloučenou
[5] Infekcja (oryg. Infekce
[6] Blues za Włodzimierza Majakowskiego (oryg. Blues na památku Vladimíra Majakovského)

Fotografie:
[1] http://www.topzine.cz/vaclav-hrabe-blues-pro-blaznivou-holku-laska-je-nejen-jako-vecernice
[2] Prebral / Foter.com / CC BY-NC-SA
[3] Okładka zbioru Blues pro bláznivou holku a jiné básně (wyd. Labyrint, Praga 2004)
[4] Okładka opowiadania Horečka (wyd. Labyrint, Praga 2012)
[5] stevehorgan / Foter.com / CC BY-NC-SA

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Hrabal wielowymiarowo

Ciekawość jest rzeczą ludzką. Nic więc dziwnego, że wokół wybitnych autorów piętrzą się dziesiątki biografii, analiz, wspomnień, listów. Każdy docieka, skąd wziął się ten geniusz, czemu akurat ten a nie kto inny, co na niego wpłynęło, jak żył. Ile jest prawdy w jego utworach, a ile bajania. Co czytał, co jadł, gdzie chodził, z kim spał, o czym śnił. Wszystko, wszystko.

Przy okazji zeszłorocznej okrągłej rocznicy narodzin Bohumila Hrabala pojawiło się kilka publikacji na jego temat, które ten głód informacji, przynajmniej częściowo, zaspokajają. Póki co zamierzam napisać o dwóch z nich – dwóch, które czytałam równolegle, bo okazały się swoim wspaniałym uzupełnieniem. Jedna po czesku, druga po polsku. Jedna to Hlučná samota pod redakcją Petra Kotyka, Světlany Kotykovej i Tomáša Pavlíčka. Druga – Praga z Hrabalem Tomáša Mazala w przekładzie Jakuba Pacześniaka.

Hlučná samota to potężnych rozmiarów album, który stanowi rzetelne kalendarium życia i twórczości Hrabala. Są tu wszystkie najważniejsze daty, miejsca i postaci, wszystkie przełomowe wydarzenia, wydane książki, ekranizacje i najważniejsze inscenizacje teatralne, a przy tym setki wspaniałych zdjęć – nie tylko osób i miejsc, ale również rękopisów i maszynopisów, artykułów z gazet i czasopism, kolaży Hrabala i jego przyjaciół, listów, zaproszeń, pocztówek, nekrologów... Dzięki temu ma się niesamowite wrażenie, jakby trzymało się w rękach kawałek życia Hrabala, także tego codziennego, prywatnego, zakulisowego.

Nie jest to porywająca opowieść. Nie o poezję tu chodzi, ale o fakty, toteż cierpliwy czytelnik brnie momentami przez litanię dat, uzupełnioną zdjęciami rachunków, umów, urzędowych pism. Zaraz potem trafia się jednak jakaś perełka, czyjaś ciekawa relacja, pieprzna anegdota albo uroczy list miłosny z czasów narzeczeństwa, i już się robi pięknie. Szczególnie podobała mi się relacja Vítězslava Kocourka ze spotkania ze stryjem Pepinem:
Oprócz Hrabala (…) był tu także jakiś drobny, pochylony staruszek o okrągłej główce, wystających kościach policzkowych i śniadej twarzy. Hrabal go obejmował i lekko popychał przed siebie, a w jego przywitaniu pobrzmiewało miękkie, niepełne eř. „Przyjaciele, przedstawiam wam swoją Muzę, przyszedł ze mną stryjek Pepin” (…). Stryjek milczał, żywymi oczkami strzelał to tu to tam, jedynie gdy nalano mu do szklaneczki podskoczył, zasalutował, ukłonił się i usiadł z powrotem. Ale najbardziej zdumiewająca rzecz nastąpiła gdy siostrzeniec, sprytny reżyser, przy wsparciu Hiršala rzucił jako przynętę pozornie niewinne pytanie: „A jak tam, stryjku, było w tym Ołomuńcu?”. „Ja, panowie pisarze, ja, panowie dyrektorzy!” – wykrzyknął siedzący dotychczas spokojnie stryjek tak głośno, że aż się z Fikarem przestraszyliśmy, wyciągnął chusteczkę, donośnie w nią zatrąbił i ryknął: „Najgorzej było, gdy był tam Zelikowski, generał świnia, kazał żołnierzy przywiązywać do drzewa, a kiedy wrzasnął „šarže zu mír” (Pepin znów straszliwie ryknął), wszystko się trzęsło (a u nas zatrzęsły się okna)!”.*
I tak popłynęła jak rzeka opowieść, która trwała aż do północy i dalej... Czytałam i uśmiechałam się, bo dokładnie tak wyobrażałam sobie tego mitycznego stryjcia, Muzę, króla pábiteli.

Ważne jest jednak również to, że Hlučná samota to nie tylko fakty z życia Hrabala, ale i z życia najbliższych mu osób, dzięki czemu możemy śledzić całą sieć powiązań między nim, cały ten szereg przypadków, który doprowadził do ich spotkania... Mało tego! W kalendarium jest też nakreślone tło historyczne i kulturalne. Dowiadujemy się, jaki artystyczny ferment panował na czeskiej scenie literackiej kiedy Bohoušuek jeszcze biegał w krótkich spodenkach po podwórku u babci oraz w jakich warunkach dojrzewał jako pisarz, kto go inspirował i był dla niego wzorem. Dzięki temu mamy bardzo wielowymiarowy obraz jego życia – zakotwiczony silnie w sztuce, historii i polityce, w świecie wydarzeń społecznych i kulturalnych.

Praga z Hrabalem jest z założenia książką o zupełnie innym charakterze. To sentymentalna podróż po miejscach ważnych dla pisarza, a równocześnie rodzaj przewodnika (dołączono mapki i dokładne adresy). Choć tutaj również pojawia się sporo dat i nazwisk, Mazalowi zależało przede wszystkim na oddaniu ducha opisywanych miejsc i wyjaśnieniu, dlaczego miały dla Hrabala tak wielkie znaczenie.

Tekst ten jest więc hojnie okraszony cytatami z dzieł pisarza, chętnie bowiem opisywał on rodzinne Brno i Nymburk, pierwsze własne mieszkanie Na Grobli (Wieczności), ukochaną Libeń, Kersko oraz ulubione piwiarnie na czele ze Złotym Tygrysem. Prócz tego pojawiają się tu też smakowite anegdotki, których Mazal, jako bliski przyjaciel Hrabala, jest niewyczerpanym źródłem. Jego opowieści słuchałam jak urzeczona już podczas zeszłorocznych obchodów połączonych u nas z premierą Pragi z Hrabalem, tutaj otrzymałam kolejną ich rozkoszną porcję.

Mimo przewodnikowego charakteru i rzeczowego przeważnie tonu opowieści ta książka ocieka wręcz nostalgią. Miejsca opisywane w tych krótkich rozdzialikach ulegają degradacji niemal na naszych oczach – dziczeją, rozpadają się, niektóre kończą żywot pod szczękami buldożerów. Momentami lektura przypomina przechadzkę po cmentarzu, bo za umarłe można uznać nie tylko te obiekty, które zostały zrównane z ziemią, jak mieszkanie Na Grobli, ale i te, które utraciły swojego ducha, jak sprzyjające piwnym posiedzeniom gospody, które przeobraziły się w modne lokale dla zagranicznych turystów. Są na hrabalowskiej mapie, ale właściwie nie ma już po tam jechać, bo magia wyparowała. Już nie ten świat.

Tak jak w Nymburku. Zdawałam sobie sprawę, że dziś trudno tam będzie uchwycić magię małego miasteczka lat 20. i 30., ale mimo to pojechałam, żeby choć chwilę tam być. I wybiorę się też śladami Hrabala w inne miejsca opisane przez Tomáša Mazala, będę szukać w szczelinach ścian i szparach w podłodze, będę słuchać, patrzeć i chłonąć zawzięcie, może uchwycę choć cień tej dawnej atmosfery. Brakowało mi takiej książki, wreszcie jest!

Od autora...
...i od tłumacza :)
Obydwie te publikacje były zresztą dla mnie lekturami uzupełniania luk, dopisywania historii tam, gdzie jeszcze wciąż widniały dla mnie w życiorysie Hrabala ciemne plamy. Wszystkiego nie dowiem się nigdy, to jasne. Ale ciekawość i głód wiedzy zostały w dużej mierze zaspokojone.

***
Oficjalnie i z honorami chciałam podziękować tutaj za egzemplarz Hlučnej samoty mojemu koledze Wojtkowi. Książka trafiła do mnie trochę przypadkiem, w akcie spontanicznej hojności, ale jest dziś prawdziwą ozdobą mojego księgozbioru i źródłem nieskończonej radości! Dziękuję!

***
B. Hrabal, P. Kotyk, S. Kotykova, T. Pavlíček, Hlučná samota, wyd. Mladá Fronta, Praga 2014. 
T. Mazal, Praga z Hrabalem, przeł. Jakub Pacześniak, wyd. Czuły Barbarzyńca Press, Warszawa 2014.

* tłumaczenie moje, wybaczcie!

czwartek, 1 stycznia 2015

2014 to był dobry rok.

...Czytałam więcej niż w poprzednich dwóch latach, zaliczyłam wspaniałą literacką przygodę, jaką był Conrad Festival, poznałam ludzi tak samo stukniętych na punkcie książek, jak ja... Coś pozytywnie drgnęło, a przyszłość rysuje się jeszcze bardziej różowo – to będzie rok końców i początków, dużych zmian, ale jestem pełna nadziei, że na lepsze.


Ile tego było?

Przeczytałam 56 książek i ten wynik napawa mnie dumą – odkąd zaczęłam łączyć studia i pracę nigdy nie czytałam tak dużo. Kolejny powód do dumy to pięć książek przeczytanych po czesku. Chciałam czytać w języku Hrabala i udało się! Minie chyba jednak jeszcze trochę czasu, zanim zacznę poznawać w oryginale samego Hrabala. Mam do tego nieco nabożny stosunek, chciałabym się możliwie jak najlepiej przygotować, no i tak jak z Proustem – nie nieuważnie, w wolnej chwili między zajęciami, ale poczekać na moment, kiedy będę się mogła tej lekturze poświęcić całkowicie.

Z jakiego kraju?

Dominowali zdecydowanie Czesi. Aż 28 książek, czyli dokładnie połowa z przeczytanych przeze mnie w tym roku, to dzieła twórców znad Wełtawy! Dalej uplasowała się literatura amerykańska (9), polska (7), brytyjska (3), włoska (2), francuska (2), izraelska (2), nowozelandzka (1), kolumbijska (1) i chilijska (1).

Co mi się podobało?

Wyróżnienia! Nie będzie tu książek Hrabala, bo są one zupełnie poza konkurencją; to po prostu oczywiste, że zawsze będą dla mnie najlepsze. O nich – w dalszej części podsumowania. A jeśli chodzi o pozostałe lektury...

Zamiast TOP10 w tym roku tylko Wielka Piątka. Każda z tych pięciu najulubieńszych jest drastycznie różna od pozostałych, nie ma żadnego klucza (jak to było np. w przypadku moich trzech ulubionych lektur 2012), może z wyjątkiem tego, że większość to książki z ostatnich kilku lat (co mnie samą zdziwiło, bo jednak zwykle wygrywała u mnie klasyka). Dla równowagi jest jedna powieść XVIII-wieczna (może się już domyślacie, jaka...).


Nie przypuszczałabym kiedyś, że coś tak szokująco obrzydliwego będzie moim numerem 1, najlepszą książką roku. Ale tak, opowiadania Buka pokazały mi, jak wielką siłę rażenia może mieć literatura. Ekstremalne czytelnicze doświadczenie, Antychryst czy Zabójstwo Ramona Vasqueza bolą niemalże fizycznie.



Tak doskonałe, jak się o nich mówi. Długo z tą lekturą zwlekałam, wydawało mi się, że nie jest dla mnie, ale za sprawą Marlowa wreszcie po nią sięgnęłam i tak jak należało, zachwyciłam się. Znakomity styl, wciągająca intryga i duża dawka pieprzu, lecz nie na tyle duża, żeby popsuć smak – dyskretne opisy odsłaniają dokładnie tyle, ile trzeba, by pobudzić wyobraźnię.

3. Eleanor Catton, Wszystko, co lśni

Mimo wszystkich głosów krytycznych będę tej książki bronić. Przede wszystkim za pisarski kunszt, który, mam wrażenie, jest już dziś zjawiskiem wymierającym. Soczysta, cudownie opasła powieść, która przenosi nas z powrotem w czasy, gdy książek nie łykało się jak cukierki, ale cierpliwie, dniami lub tygodniami, słuchało się opowieści i rozplątywało się nić fabuły.



Zastanawiałam się, czy nie wciągnąć na tę listę Rur, które podobnie jak opowiadania Bukowskiego były dla mnie nowym i zaskakującym doświadczeniem czytelniczym, ale przeczytane niedawno Siedem dobrych lat tak mnie zauroczyło, że dałam mu pierwszeństwo. Tym razem prosto i szczerze, bez efektownych literackich wygibasów, bardzo osobiście, czasem gorzko, ale głównie – ciepło. O życiu w Izraelu, o żydowskiej narodowości, o ciężarze przeszłości, o byciu ojcem, synem i mężem


5. Jaroslav Rudiš, Koniec punku w Helsinkach

Bo opowiada o historii „bez spiny”, bo Rudiš popisowo bawi się stylami, bo jest zwyczajnie ciekawa i wciągająca, mimo że dotyczy w gruncie rzeczy trudnych tematów, które niebezpiecznie sprzyjają zejściu na grząską ścieżkę patosu. Czesi patosu nienawidzą i Rudiš też zręcznie go unika.


Hrabal – rok jubileuszowy 

Rok 2014 był oczywiście rokiem ważnym, jubileuszowym, stąd też moja akcja – Czytam Hrabala w jego 100. urodziny. Udało mi się ją zrealizować, choć, jak pewnie zauważyliście, nie do końca zgodnie z założeniami – miała być jedna książka na każdy miesiąc, podczas gdy przez kilka miesięcy nie przeczytałam nic, za to nadrobiłam wariacką końcówką. W ten sposób grudzień okazał się u mnie miesiącem Hrabala, podobnie jak u Czechożydka.

Oto lista książek przeczytanych przeze mnie w ramach akcji:
  1. Dobranocki dla Cassiusa
  2. Perełka na dnie
  3. Aurora na mieliźnie
  4. Pamiętam jedynie dni słoneczne
  5. Skarby świata całego
  6. Schizofreniczna ewangelia
  7. Legenda o pięknej Julci i inne opowiadania
  8. Bambini di Praga 1947
  9. Zbyt głośna samotność
  10. Obsługiwałem angielskiego króla
  11. Złocieńka
  12. Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych
Jeśli szukacie poezji i smutku, polecam Skarby świata całego, Zbyt głośną samotność i Pamiętam jedynie dni słoneczne. A jeśli lekkiej lektury naszpikowanej tym osławionym ciepłym czeskim humorem, to Bambini di Praga 1947, Legendę o pięknej Julci i Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych.

W najbliższym czasie napiszę u siebie jeszcze o trzech publikacjach związanych z Hrabalem. Dwie z nich omówię w jednym tekście, bo czytam te książki równolegle i są swoim doskonałym uzupełnieniem. Ale więcej póki co nie zdradzę :).

Postanowienia

Choć dotychczas zwykle rezygnowałam z noworocznych postanowień, tym razem będzie inaczej, bo wierzę, że w tym roku, kiedy skończę wreszcie zabawę w studiowanie, będę mieć wreszcie czas i możliwości, żeby czytelniczo rozwinąć skrzydła.

Postanowienie nr 1 – czytać książki ze swojej półki, i na to kładę szczególny nacisk. Regały już się załamują, miejsca brak, darczyńcy robią mi wyrzuty, że nie czytam ich prezentów, a tu wiecznie coś bardziej pilnego, a tu co rusz jakaś nowa, śliczna okładka kusi... Koniec z tym! Mam pod ręką prawdziwe skarby, Dickensa, Flauberta, Gogola, Céline'a, Babla, Nabokova, Virginię Woolf, George Eliot... To skandal pozwolić im tyle czekać!

Postanowienie nr 2 – więcej poezji. Byron, Baudelaire, Rimbaud, Apollinaire – oni wszyscy też się od dawna kiszą na moich półkach.

Postanowienie nr 3 – więcej literatury francuskiej (którą uwielbiam, a której w poprzednich latach czytałam więcej) i polskiej (zwłaszcza tej z pierwszej połowy XX wieku).

Stara Szkoła

Moi drodzy, jeszcze jedno małe ogłoszenie. Niedługo swoją działalność rozpoczyna wydawnictwo Stara Szkoła, którego stronę można również śledzić na Facebooku. Wydawnictwo ma przybliżyć Polakom nieco mniej znane, ale godne uwagi nazwiska czeskiej literatury. Wkrótce premiera Ostatniej arystokratki Evžena Bočka, a następnie w planach Lucynka, Macoszka i ja Martina Reinera oraz Siekiera Ludvíka Vaculíka (którego stali bywalcy Literackich skarbów mogą kojarzyć ze Świnek morskich). Wypatrujcie wieści! Ja już się nie mogę doczekać :).

Trzymajcie się ciepło, czytajcie, poznawajcie nowe światy, dzielcie się wrażeniami, bo nie ma nic lepszego, niż inspirująca dyskusja o książkach. Dziękuję, że u mnie bywacie i zapraszam w nowym roku!

Fotografie:
[1] ginnerobot_IWoman_CC BY-SA
[2] http://www.moderni-dejiny.cz/clanek/bohumil-hrabal/
[3] Skokie Public Library / iWoman / CC BY-NC-SA