czwartek, 26 lutego 2015

Słodycz brzoskwiniowego ciasta
– „Ostatni dzień lata”, Joyce Maynard

Nie ukrywam, że sięgnęłam po tę książkę głównie po to, żeby dowiedzieć się czegoś o samej Joyce Maynard – przekonać się, jak pisała „dziewczyna Salingera”, ta wybitna studentka Yale, która w wieku lat osiemnastu pojawiła się na okładce „New York Times Magazine”. I dowiedziałam się.

Po pierwsze – miała bujną wyobraźnię i odrobinę zachwiane poczucie rzeczywistości. Trudno uwierzyć w to, że facet świeżo po wycięciu wyrostka i upadku z okna żwawo pastuje podłogi i wymienia koła w aucie, a następnie jako uciekinier z więzienia szukany w całej okolicy jedzie sobie jak gdyby nigdy nic do restauracji na kanapkę z homarem, zaś kobieta, która od kilku lat boi się ludzi i żyje jak odludek, bez słowa sprzeciwu zabiera do domu podejrzanego zakrwawionego typka spotkanego w supermarkecie. A już zajście sprzed lat, wskutek którego Frank trafił do więzienia – trzy osoby padły trupem niemal jednocześnie, jak w greckiej tragedii albo dramacie Szekspira – jest po prostu absurdalne.

Część tych przejaskrawionych motywów odrobinę wygładzili twórcy ekranizacji, dzięki czemu filmowy obraz nie jest tak bardzo oderwany od rzeczywistości. Filmowa Adele na przykład podchodzi do Franka nieufnie i zgadza się go zabrać dopiero wtedy, gdy ten kładzie swą ciężką łapę na ramieniu jej syna, a filmowy uciekinier nie związuje Adele apaszkami, żeby nie obtarły jej skóry (!), ale zwykłym sznurkiem. Jest w obyciu szorstki i bardziej męski niż bohater powołany do życia w powieści Maynard i dzięki temu nie sprawia wrażenia, jakby zabłąkał się tu z kart taniego Harlequina.

Gattlin Griffith jako Henry, Josh Brolin jako Frank i Kate Winslet jako Adele w filmie Długi, wrześniowy weekend
(Labor Day) w reżyserii Jasona Reitmana (2013).
Pomimo jednak tych fabularnych niedociągnięć (których część można zrzucić na karb narratora – opowieść trafia do nas przefiltrowana przez świadomość wrażliwego nastolatka i nie wiemy, w którym momencie kończą się jego wyobrażenia, a zaczyna rzeczywistość) Ostatni dzień lata czyta się lekko i z dużą przyjemnością. Promieniuje z tej książki jakieś dziwne ciepło – i to chyba jest to, o czym mówił Salinger, kiedy wyrzucał Joyce (tak tak, wyrzucał!), że „kocha świat”. Mimo tego, że w powieści roi się od nieszczęśliwych i zagubionych postaci, których życie w jakiś sposób zostało złamane – niesłusznie skazany na lata więzienia Frank, pogrążona w depresji po rozpadzie małżeństwa Adele, jej syn, który za wszelką cenę stara się zrekompensować matce utraconą miłość, skazana na samotne wychowywanie upośledzonego syna Evelyn – to jednak pojawia się jakiś słoneczny promyk nadziei na zmianę, wizja małego domku z dala od świata, gdzie można się schować przed wszelkim złem, hodować zwierzęta, uprawiać ogród i cieszyć się sobą nawzajem. Po prostu.

Ogromną rolę w tej powieści pełnią zmysły, i to nie tylko w sensie napięcia erotycznego, wyraźnie wyczuwalnego w rozgrzanym powietrzu ostatnich dni upalnego lata, ale również w znaczeniu zapachów, dźwięków, obrazów, którymi autorka czaruje czytelnika. Kiedy pisze o czynności na pozór zupełnie banalnej, jaką jest przygotowywanie ciasta z brzoskwiniami, robi to tak, że niemal czuje się w rękach soczysty brzoskwiniowy miąższ, widzi się złociste światło popołudnia wypełniające kuchnię, wyczuwa się słodki, mdlący zapach owoców mieszający się z roślinnymi aromatami późnego lata.

Moim pierwszym skojarzeniem z tą historią była Lucy Crown Irwina Shawa, ze względu na podobny motyw – dziecko-nastolatek, który dostrzega nagle matkę w nieznanym do tej pory ujęciu, jako czyjąś kochankę, i nie do końca jest się w stanie z tym pogodzić – ale to było mylne skojarzenie. Erotyka u Joyce Maynard jest bowiem czymś więcej niż egoistycznym, zwierzęcym zaspokojeniem własnych popędów, a zmysłowość obejmuje różne sfery życia i jest postrzegana jako coś dobrego. Seks jest tu rzeczą tak oczywistą i naturalną jak jedzenie i związana z nim przyjemność, a Frank okazuje się sekretnymi drzwiami do obu światów – nocą zaspokaja u Adele głód dotyku, a za dnia wyczarowuje w jej kuchni istne kulinarne cuda, będące nieocenioną odmianą po latach żywienia się mrożonkami i zupą z puszki.

To dobra książka, nawet mimo naiwnej miejscami historii. Maynard potrafi opowiadać, potrafi budować nastrój i malować słowem, co skutecznie przyćmiewa fabularne niedoskonałości.

***
J. Maynard, Ostatni dzień lata, przeł. Agnieszka Andrzejewska, wyd. Muza SA, Warszawa 2014.

Za wtajemniczenie w twórczość „dziewczyny Salingera” dziękuję Darii i wydawnictwu Muza SA.

wtorek, 24 lutego 2015

Notatki z literatury słowackiej (4)
– „Nocne wiadomości”, Dušan Mitana

Twórczość Dušana Mitany to jedno z najciekawszych zjawisk w literaturze słowackiej drugiej połowy XX wieku. Nie należał do żadnej grupy artystycznej, nie próbował wpisać się w żaden literacki nurt, choć jego utwory mocno ciążą ku postmodernizmowi. Zadebiutował w roku 1970 zbiorem opowiadań Psie dni.

W tomie tym Mitana stworzył świat gdzie króluje m.in. niezobowiązująca erotyka. Do legendy przeszło już opowiadanie V električke, w którym to dochodzi do stosunku płciowego między dwójką ludzi stojących w zatłoczonym tramwaju. Główny bohater, który wchodzi w ten intymny kontakt z nieznaną mu pasażerką, nie widzi nawet jej twarzy; wkrótce potem traci ją na zawsze – parę rozdziela fala tłumu sunąca do wyjścia na jednym z przystanków. (Co ciekawe, po publikacji tego utworu Mitana dostał ponoć dwanaście listów od kobiet, które twierdziły, że to one są ową nieznajomą dziewczyną z tramwaju).

Po polsku wydano tylko jeden zbiór opowiadań Mitany, Nocne wiadomości. Są to utwory z lat 70., czyli najwcześniejszego etapu jego twórczości. Chętnie wykorzystuje w nich peryferyjne gatunki literackie, takie jak kryminał czy horror, nie trzyma się jednak ściśle ich prawideł, przetwarza je na swoje potrzeby, przyprawiając solidną dawką absurdu. Dominuje atmosfera grozy i tajemnicy, rzadko bowiem czytelnik otrzymuje jednoznaczne wyjaśnienie – na przekór regułom opowiadania kryminalnego tajemnicza zbrodnia następuje nie na początku, lecz na końcu, i pozostaje niewytłumaczona...

Ten synkretyzm gatunkowy (oprócz kryminału, horroru, thrillera pojawiają się też elementy literatury psychologicznej i filozoficznej) to jedna z dwóch najważniejszych cech twórczości Mitany wpisujących go w nurt postmodernistyczny. Druga – to nieustanna gra z czytelnikiem, balansowanie między fikcją a rzeczywistością, wodzenie za nos, zaskakiwanie, snucie historii w sposób, którego z całą pewnością się nie spodziewamy.

Bohater opowiadań Mitany to często obłąkaniec, wizjoner, który dostrzega więcej niż inni, ogarnięty jakąś irracjonalną obsesją, taką jak budowa statku kosmicznego ze starego autobusu albo udowodnienie naukowo, że światło tłumi dźwięk. To naukowiec lub pisarz nie potrafiący ułożyć sobie relacji z rodziną, która nie toleruje jego dziwactw (i najczęściej również jego skłonności do picia).

Kiedy indziej bohaterem bywa przeciętniak, mężczyzna w średnim wieku, który zostaje uwikłany w tajemniczą i noszącą znamiona sił nadprzyrodzonych sytuację. Często zostaje w jakiś sposób uwięziony – w piwnym barze w upalny dzień albo w mieszkaniu nawiedzonej staruszki, która „słyszy muzykę” – podąża dokądś, nie wiedząc dokładnie dlaczego i po co, traci tożsamość, nieuchronnie zmierza ku swojemu strasznemu przeznaczeniu... Historie Mitany przypominają sny, ale tylko te najgorsze – te, w których chcemy uciec, ale mamy nogi przyrośnięte do ziemi lub krzyczymy, ale z naszych ust nie wydobywa się żaden dźwięk. Sny koszmarne, z których budzimy zlani potem i z ulgą, że to tylko sen.

***
D. Mitana, Nocne wiadomości, wyd. Świat Literacki, Izabelin 1994.

***
Pozostałe w cyklu Notatki z literatury słowackiej:
   Nylonowy księżyc, Jaroslava Blažková
   Wiklinowe fotele, Dominik Tatarka

Fot. Lisa Mathiasen / Foter.com / CC BY-NC

niedziela, 22 lutego 2015

Notatki z literatury słowackiej (3)
– „Dydaktyczna kronika rodu Hohenzollernów”, Ján Lenčo

Zamek Hohenzollernów na wzgórzu Zollerberg.
Tytułowy utwór w zbiorku Dydaktyczna kronika rodu Hohenzollernów to zakulisowe opowieści z życia historycznych władców. Z przymrużeniem oka, ale i surowym marszczeniem brwi Lenčo opisuje różne większe lub mniejsze machlojki szacownych królów i cesarzy z rodu Hohenzollernów, ich wpadki, zgubne namiętności, obsesyjne pragnienie kontrolowania rzeczywistości.

Brzmi znajomo? Mnie od razu przychodzi na myśl choćby doskonała Księga apokryfów Čapka. Fakt jednak, że Lenčo żył i tworzył w czasach komunistycznego reżimu sprawia, że jego wersja historii nabiera nowego wymiaru.

Po pierwsze – pojawiają się ciekawe aluzje do panującego ustroju. Niby subtelne, ale raczej nietrudno się domyślić, że „idealna dyktatura”, nad którą rozmyśla na wygnaniu ostatni z Hohenzollernów, Wilhelm III – system, w którym dominuje cenzura, rozbudowana sieć policji i ścisła kontrola nad wszystkimi poczynaniami obywateli – to groteskowy obraz państwa komunistycznego. To jakby kulminacja wszystkich poprzednich opowieści, wszystkich irracjonalnych pomysłów niezrównoważonych władców, wszystkich ściętych za „obrazę majestatu” poetów, wszystkich zmyślonych na potrzeby króla teorii naukowych, wszystkich zignorowanych i podeptanych testamentów, umów, porozumień. Wilhelmowi nie udało się zrealizować jego fantastycznej wizji – ale innym, o zgrozo, tak.

Po drugie – zmuszony do życia w tak okrutnym ustroju Lenčo jest, co naturalne, bardziej krytyczny w stosunku do wszelkiej władzy. Na próżno szukać u niego čapkowskiej wyrozumiałości, ciepłego spojrzenia na przywary i niedoskonałości; zamiast tego bezlitośnie ironizuje, szydzi i nie pozostawia złudzeń, jak szkodliwa może być megalomania i lekkomyślność. Zaprezentowani władcy są nieudolni, próżni, w większości przypadków śmieszni, ale również groźni, bo nie można czuć się bezpiecznie tam, gdzie głupota i brak rozsądku dochodzą do władzy.
Tak więc usunęliśmy ze świata poetę. Teraz należy pomyśleć, jak usunąć ze świata także tę jego nieszczęsną piosenkę. To będzie nieco trudniejsze. Ach, jaka szkoda, wielka szkoda, że słowa nie posiadają głów!

Lippold przyznał się także do tego, cośmy chcieli. Cóż z tego, że na mękach. Męki pozostaą w cieniu historii, na światło dzienne wydostanie się tylko jego zeznanie, a tego nikt nie poda w wątpliwość, nikt bowiem nie będzie przypuszczał, co pozostało w cieniu.

Rzeczywiście, będzie tu inne życie. W miejsce srogości i strachu przyjdzie wielkie rozluźnienie. Policzę się ze wszystkimi, którzy służyli staremu. Każdy, kto będzie myślał podobnie jak ja, będzie mógł głośno mówić.

Trzeba, aby nauka w sposób naukowy udowadniała to, co nam odpowiada. Należy zarządzić, aby za właściwą naukę uważano tylko tę, która dochodzi do wniosków będących w pełnej zgodzie z naszymi interesami. Wszystko inne należy uważać za czysty i szkodliwy dla naszego społeczeństwa subiektywizm.

Trzeba, aby wasze dzieła, Panowie, przekonywały, zapalały i pobudzały naród do świętej walki, którą w jego imieniu i jego krwią rozpoczęliśmy niedawno. W duchu słyszę już wasze zarzuty: będzie to oznaczać uniformizację naszej twórczości. Wcale nie, Mości Panowie! Możecie tworzyć, co chcecie i jak chcecie, dopóki wasze dzieła będą wyrażać moje interesy.
Jedną z ulubionych figur Lenča jest tyran, który pojawia się nie tylko w Dydaktycznej kronice pod postacią władców z rodu Hohenzollernów, ale również w dalszej części zbiorku zbudowanej z bardzo krótkich opowiadań-przypowieści. Dla mnie jednak ta część okazała się rozczarowująca, zwłaszcza po tym mocnym, obiecującym wstępie. Ciężki biblijny styl krótkich utworów Lenča i archaizujący język w większych ilościach męczą, opowiadania są bardzo  enigmatyczne, brakuje tu lekkości, dowcipu i zwięzłości Kroniki.

Tytułowy utwór mogę więc z czystym sumieniem polecić. Następujące zaś w dalszej części krótkie opowiadania sugeruję sobie dawkować. Podejrzewam, że służy im niespieszna lektura i długie przerwy na refleksję. Trafiają się wśród nich i perełki, z miejsca zaskakujące konceptem, odkrywczą obserwacją, wyrafinowaną ironią, większość z nich jednak nie jest tak oczywista i wymaga nieco więcej wysiłku i uwagi.

***
Cytaty: J. Lenčo, Dydaktyczna kronika rodu Hohenzollernów i inne utwory, przeł. Zofia Bik, Maryla Papierz, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985.

***
Pozostałe w cyklu Notatki z literatury słowackiej:
   Nylonowy księżyc, Jaroslava Blažková
   Wiklinowe fotele, Dominik Tatarka

Fotografia: eXage / Foter.com / CC BY

piątek, 20 lutego 2015

„Buszujący w zbożu” – bolesny upadek w dorosłość

Moja historia nie jest niezwykła – miałam kilkanaście lat, kiedy po raz pierwszy przeczytałam Buszującego w zbożu i z miejsca pokochałam Holdena Caulfielda. Zżyłam się z nim jak z żadnym innym książkowym bohaterem, żałowałam, że nie jest prawdziwy, chciałam go mieć za przyjaciela. Nie potrafiłam dokładnie powiedzieć, dlaczego. Jego wrażliwość, szczerość, emocjonalność („Lubię, kiedy się ludzie czymś szczerze przejmują”)? Rycerski stosunek do małej Jane Gallagher? Nieskrywane uwielbienie dla małej siostrzyczki Phoebe i zmarłego brata Alika? I te niekończące się monologi, w których mówił o świecie tak pięknie i prosto, że aż chciało się z nim porozmawiać i zwierzyć z własnych problemów...

Moja historia nie jest niezwykła, bo choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam, tysiące młodych ludzi poczuło się po tej lekturze tak jak ja. Dla wszystkich zahukanych, niepewnych, nieśmiałych Holden był bohaterem, który odważnie wypowiada wojnę światu, odmawia potulnego wejścia w formy, w które jest wciskany, mimo przylepionego do twarzy papierosa i pozowania na dorosłego patrzy na świat oczyma dziecka i nie chce dorastać. Ale nie tylko dlatego budzi sympatię. Mimo ostrych słów krytyki na temat otaczających go ludzi ten młody buntownik ma w sobie niespotykane pokłady ciepła. Kocha ludzi. Niestety bez wzajemności.

Jest bliższy czytelnikowi też dlatego, że przemawia językiem nastolatka, bardzo prostym i dosadnym. Tak dosadnym, że Salinger bał się o jego odbiór. Nie ze względu na cenzurę, choć bolało go, że rodzice i nauczyciele mieliby chować przed dziećmi jego powieść; przede wszystkim ze względu na swoich bliskich i przyjaciół. „Pragnął, by wszyscy zrozumieli, że chciał napisać dobrą książkę. Nie bestseller, ale dobrą książkę” [1].

Holden Caulfield istniał naprawdę...

I napisał. Szybko stała się kultowa, młodzi ludzie nosili ją wszędzie przy sobie, „zaraźliwe ukąszenie Caulfielda” objęło cały kraj. „Holden Caulfield był Jamesem Deanem przed Jamesem Deanem, był cool, zanim modne stało się słowo >>cool<<” [2]. Dał podwaliny rewolucji obyczajowej i Beat Generation. Krytycy oszaleli. „Pierwsze pełnokrwiste stworzenie, jakie wyłoniło się z oparów radioaktywnego pyłu” – pisali o Caulfieldzie. Był na ustach wszystkich, łącznie z wielkimi nazwiskami amerykańskiej literatury, takimi jak Faulkner i Hemingway.

Autor Buszującego w zbożu znalazł to, czego wielu pisarzy na próżno szuka przez całe życie – klucz do serc czytelników. Na jego sekret składa się wiele rzeczy, przede wszystkim jednak to, że głos Holdena jest głosem Salingera, a stworzony bohater jest dla autora czymś więcej niż jego alter ego. „Mówił, jakby Holden naprawdę istniał” – wspomina pisarka Leila Hadley. Buszujący to niezwykle osobista książka, a jej pisanie było sposobem na oczyszczenie się ze wspomnień nieszczęśliwych – choć opływających w dostatki – lat dziecięcych. „Moje dzieciństwo niewiele się różniło od tego, które przypisałem chłopcu w książce. Poczułem naprawdę wielką ulgę, mogąc o tym powiedzieć innym” – pisał Salinger.

…i był skrzywdzonym przez wojnę chłopcem...

Jest to jednak nie tylko opowieść o nie pogodzonym ze światem nastolatku, a Salinger nie leczył się tylko z problemów dzieciństwa. Leczył się także z dużo poważniejszego urazu – wojennej traumy. „Salinger odnalazł Holdena na europejskich polach bitew” – pisze Andy Rogers, według którego nastoletni Caulfield ma więcej wspólnego z wojennym weteranem niż z wyalienowanym chłopcem. Ma na głowie siwe włosy i udaje w miejscach publicznych sam przed sobą, że dostał kulkę w brzuch. To znak tajemnicy, którą nosi – krzywdy i tragicznych wspomnień, jakie musiał przełknąć i schować głęboko w sobie dla lepszego samopoczucia innych. „Nagle rozpłakałem się, ale nie mogłem powstrzymać łez. Płakałem cichutko, żeby nikt nie słyszał, ale płakałem” [3].

W końcu pisał Buszującego, mając jeszcze przed oczami wojenną grozę. Pierwsze sześć rozdziałów nosił przy sobie jak talizman, który miał go ocalić. Gdzieś w głębszych warstwach powieści, pod falą młodzieńczej, dosadnej krytyki, wibruje wściekłość i niemoc. To ona dochodzi do głosu, kiedy po śmierci chorego na białaczkę Alika – czyżby symbolizującego wojenne ofiary, w tym bliskich przyjaciół Salingera? – Holden zamyka się w garażu i rozbija pięścią wszystkie szyby w oknach.

Po powrocie z piekła nie można już patrzeć na świat jak dawniej. Każde ciało przywodzi na myśl zwęglonego trupa, z nozdrzy nie znika zapach spalonego ludzkiego mięsa, a człowiek wydaje się przyczajoną bestią. Wszystkie małe niedociągnięcia rażą w tym świetle jeszcze bardziej, wszelki fałsz i hipokryzja stają się nie do zniesienia. Holden cierpi. Miota się między miłością do ludzi a tym skumulowanym gniewem, mroczną stroną jego natury.

...którego gniew wyczuwali mordercy

Właśnie te złe wibracje odebrali Mark David Chapman, John Hickley i Robert Bardo, trzej zamachowcy, którzy działali pod wpływem Buszującego w zbożu. Pierwszy w imię ideałów Holdena zastrzelił Johna Lennona, drugi zaplanował zamach na prezydenta Reagana, trzeci pozbawił życia aktorkę Rebeccę Schaeffer. „Zamachy i próby zamachów nie są dziełem przypadku; są wyrazem przerażająco przenikliwej interpretacji powieści – mordercy wyczuwają w niej podskórną powojenną wściekłość i przemoc” [4]. 

Absurdem byłoby mimo to sądzić, że Holden miał w sobie zalążki mordercy. Choć wiele razy wyraża swoją wściekłość i chęć rozwalenia komuś łba lub wypchnięcia go z okna, wszyscy chyba zdajemy sobie sprawę, że nie byłby do tego zdolny. Momenty wzburzenia nie przekreślają jego głębokiej wiary w ludzkość. Sam Chapman zresztą „oczyszcza” go częściowo z zarzutów, tłumacząc: „Nie chciałem nikogo zabijać i naprawdę nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Walczyłem przeciw tej mojej drugiej naturze przez długi czas (...). Jestem pewny, że moja lepsza natura to Holden Caulfield, główny bohater książki. A ta zła to Szatan” [5].

***
Dziś rozumiem, za co pokochałam Holdena – za braterstwo doświadczeń i podobne spojrzenie na rzeczywistość. Salinger pisze o swoim bohaterze tak: „Holden przyszedł na świat nie tylko silnie uzależniony od piękna, lecz także przeszyty nim na wskroś” [5]. I to sprawia, że współczuje się mu i rozumie się go. Ideały, które boleśnie roztrzaskują się w zderzeniu z rzeczywistością, miłość do ludzi, która pozostała nieodwzajemniona, niemożność pogodzenia się z tym, że dzieci dorastają i tracą czystość spojrzenia; pragnienie ratowania ich – pragnienie bycia strażnikiem w zbożu. I jeszcze ta straszna samotność, bo choć tak wielu czytelników odnalazło w Holdenie samego siebie, w powieści jest on sam, sam jak palec. „Nagle poczułem się okropnie samotny. Prawie że miałem ochotę umrzeć” [6].
Każdy jest mniej lub bardziej poharatany. Każdy na jakimś etapie życia czuje się nieodwracalnie okaleczony. I każdy szuka ratunku. Niesie go w pewnym stopniu Buszujący w zbożu. Trudno powiedzieć jakim sposobem – wiesz, że ten cień nadziei na końcu nie jest lekiem na całe zło. Po prostu czujesz się uleczony na bardzo głębokim, nieartykułowanym poziomie [7].
To jest klucz do zrozumienia. Dla niektórych Buszujący to po prostu zbitek wariackich monologów jakiegoś chłopca, który pije, pali i zamawia do hotelu prostytutkę. Ale jeśli tylko czujesz się w głębi serca podobnie poharatany, jeśli chodziły ci kiedykolwiek po głowie myśli, które wypowiada Holden, jeśli w podobny sposób widzisz świat i czujesz, że nie tak to powinno być – zrozumiesz. 

***
J.D. Salinger, Buszujący w zbożu, przeł. Maria Skibniewska, wyd. Iskry, Warszawa 2004.

Cytaty:
[1] D. Shields, S. Salerno, Salinger, przeł. Hanna Baltyn-Karpińska, Malwina Zaremba-Skulimowska, wyd. PWN, Warszawa 2014, s. 224.
[2] Dz. cyt., s. 257.
[3] J.D. Salinger, Buszujący w zbożu, przeł. Maria Skibniewska, wyd. Iskry, Warszawa 2004, s. 189.
[4] D. Shields, S. Salerno, s.575.
[5] Dz. cyt., s. 481.
[6] Dz. cyt., s. 252.
[7] J.D. Salinger, s. 50.
[8] D. Shields, S. Salerno, s. 241.

Fotografie:
[1] SethBahl / Foter.com / CC BY-NC
[2] Gayle Nicholson / Foter.com / CC BY-SA
[3] Hablando del asunto / Foter.com /  CC BY-NC-SA

wtorek, 17 lutego 2015

Holden Caulfield przytłoczony miłością
– „Salinger”, David Shields, Shane Salerno

Biografia J.D. Salingera pióra Davida Shieldsa oraz Shane'a Salerno jest imponującym, szczegółowym i wielowymiarowym obrazem wielkiego odludka amerykańskiej literatury. Mimo to jednak nie daje odpowiedzi na pytanie, kim był Salinger. Pozostaje on zagadką – i jest to chyba jego największy triumf. Nawet po śmierci udało mu się dochować tajemnicy, jaki był naprawdę.

Salinger to biografia rozpisana na wiele głosów – dosłownie. Powstała przy okazji kręcenia filmu dokumentalnego o tym samym tytule i zachowała formę wyodrębnionych wypowiedzi. O Salingerze mówią jego rodzina, przyjaciele, dziennikarze, badacze. Raz po raz swoje trzy grosze wtrąca on sam – pojawiają się cytaty z jego utworów.

Otrzymujemy w ten sposób złożoną, polifoniczną relację. Na próżno jednak czytelnik próbuje połączyć te wszystkie perspektywy w jedną całość – bywają bowiem sprzeczne. Raz Salinger ukazany zostaje jako ciepły, otwarty i wrażliwy człowiek, najlepszy przyjaciel, wyrozumiały słuchacz, cierpliwy doradca, by zaraz potem przybrać postać nieokrzesanego gbura, okrutnika, który z wyrachowaniem łamał serca młodych dziewcząt (bardzo młodych, zwykle nastolatek, na punkcie których przez całe życie miał obsesję) i odwrócił się od własnej rodziny, zamykając się w świecie ukochanych, pod każdym względem idealnych – bo stworzonych przez siebie – literackich postaci.

Jak można odpowiedzieć na pytanie „Kim był Salinger?”, skoro nawet relacje jego dwójki dzieci tak bardzo się różnią? Czy to możliwe, że wychwalany przez Matta ojciec jest tym samym człowiekiem, który zionie chłodem z kart wspomnieniowej książki córki, Margaret („nie byłam córeczką tatusia, ale z pewnością byłam jego jeńcem wojennym”)? Nie sposób znaleźć odpowiedzi na te pytania, ale mimo to, cierpliwie porządkując fakty, można próbować.

Ucieczka z Park Avenue

Urodził się w dobrze usytuowanej nowojorskiej rodzinie. Jego ojciec odnosił sukcesy w handlu mięsem i serem i chciał, żeby syn przejął po nim interes. Młodego Salingera wstrętem przejmował jednak bezwzględny świat biznesu, w którym na szczyt najszybciej dochodziło się drogą oszustw i podstępów, wyrzekł się więc ciepłej posadki i zakłamanego życia nowojorskiej socjety. To nie przypadek, że Holden Caulfield tak otwarcie krytykuje fałsz i hipokryzję opływających w dostatki Amerykanów – jego głos to głos samego Salingera.

Oona O'Neill – dziewczyna, która złamała mu serce.
Jako młody chłopak zakochał się bez pamięci w Oonie O'Neill – córce laureata Literackiej Nagrody Nobla, wybitnego amerykańskiego dramaturga Eugene'a O'Neilla. Piękna Oona pozbawiona miłości ojca lgnęła jednak do dużo starszych mężczyzn i ostatecznie została żoną starszego o 36 lat Charliego Chaplina (którego poślubiła jako zaledwie osiemnastolatka). To brutalne odtrącenie było jednym z ważniejszych punktów zwrotnych w życiu Salingera – złamane serce nie zaleczyło się nigdy. Dlatego też przez całe życie uwodził bardzo młode dziewczęta, w których widział swoją wielką, utraconą miłość.


Czarne warzywa i porąbane drewno

Tym, co jednak zdaniem badaczy w największym stopniu ukształtowało Salingera, była wojna. Brał udział w lądowaniu w Normandii, jako agent wywiadu przedzierał się przez ogarniętą wojną Francję, uczestniczył w wyzwoleniu Paryża (gdzie po raz pierwszy spotkał się z Hemingwayem), a później walczył w lesie Hürtgen oraz w bitwie o wybrzuszenie, wreszcie – był jednym z żołnierzy wyzwalających obóz koncentracyjny Kaufering IV.

Wojenne piekło, które przeszedł, poznajemy z relacji jego przyjaciół-weteranów, innych żołnierzy biorących udział w opisywanych operacjach oraz historyków. Nie sposób czytać tych rozdziałów bez ściśniętego gardła. To obraz całkowitej i przerażającej profanacji człowieczeństwa – od pól bitwy upstrzonych trupami, przypominających „pole czarnych bezkształtnych warzyw” poprzez wrzaski ranionych od wybuchów min, dogorywających w okopach przyjaciół aż po obóz koncentracyjny, gdzie tysiące ludzkich istnień zostały sprowadzone do kłębowisk zwęglonych ciał, przypominających „stosy porąbanego drewna”.
Korespondent wojenny Ernie Pyle: Dla was, w ojczyźnie, to tylko kolumny liczb, a zmarły, którego znacie, to ktoś, kto poszedł na wojnę i nie wrócił do domu. Nie widzieliście jego ziemistego trupa leżącego w groteskowej pozycji przy francuskiej drodze [s. 156].
Po zakończeniu wojny Salinger przeżył sześćdziesiąt lat, mając te obrazy pod powiekami. Do końca życia nie przestały go prześladować – wielu przyjaciołom mówił później, że jak długo żyjesz, nie jesteś w stanie pozbyć się z nozdrzy odoru palącego się ludzkiego ciała.

Obsesja niewinności

Salinger z pierwszą żoną,
Sylvią Welter, w dniu ślubu.
Najbardziej osobliwym efektem urazu psychicznego, jakiego doznał Salinger wskutek wojny, było poślubienie Niemki, prawdopodobnej współpracownicy gestapo. Jego małżeństwo z Sylvią Welter, zawarte zaledwie po czterech miesiącach znajomości, zakończyło się nietrudną do przewidzenia katastrofą. Traktowana z otwartą wrogością przez rodziców Salingera (jego ojciec był Żydem, trudno więc dziwić się, że synowa-nazistka nie przypadła mu do gustu), Sylvia wyjechała ze Stanów z płaczem i nigdy nie wróciła. Ten mocno tajemniczy (ponoć łączyła ich telepatyczna więź i spotykali się w snach) związek ma być tematem jednego z utworów Salingera, które zostaną wkrótce opublikowane pośmiertnie (i na które czekam niecierpliwie wraz z resztą świata!).

Jego relacje z kobietami wyglądały jednak z reguły inaczej. Przede wszystkim – wybranki jego serca trudno nazwać kobietami, były to bowiem zwykle kilkunastoletnie podlotki, a łącząca ich platoniczna więź przypominała prawdopodobnie nigdy nie skonsumowany związek z ukochaną Ooną. Modelowym przykładem takiej relacji jest epizod z Jean Miller, najsłynniejszej chyba po Joyce Maynard nastoletniej przyjaciółce Salingera.

Kiedy się poznali, ona miała 14 lat, on – 30. On odpoczywał akurat z siostrą w Daytona Beach, ona była tam na wakacjach z rodzicami. Całymi dniami rozmawiali, a on słuchał jej tak, jakby była najważniejszą osobą na świecie. Chciał wiedzieć o niej wszystko, interesował się jej szkołą, jej przyjaciółmi, jej zainteresowaniami. Kiedy wyjeżdżała, powiedział jej matce: „Ożenię się z pani córką”. Ale nigdy tego nie zrobił. Gdy po wielu latach korespondencji i całkowicie pozbawionym podtekstów seksualnych związku poszli wreszcie do łóżka, straciła dla niego swój urok. Przestała być w jego oczach dziewczynką, stała się kobietą. Niemal natychmiast odesłał ją do domu i nigdy więcej się nie odezwał.

Piętno Holdena Caulfielda

Okładka pierwszego wydania
Buszującego w zbożu z 1951 roku.
Nigdy nie wątpił, że będzie wybitnym pisarzem. Stał się rozpoznawany już po pierwszych publikacjach w „New Yorkerze”, ale prawdziwa bomba wybuchła, gdy ukazał się Buszujący w zbożu. Nie obyło się co prawda bez problemów – ukochany „New Yorker” odmawia publikacji fragmentów powieści twierdząc, że „Holden nie sprawia wrażenia postaci prawdziwej”, a szef pierwszego wydawnictwa, w którym Salinger składa swoją książkę, pyta, czy Caulfield to wariat.

Na to ostatnie pytanie Salinger odpowiada płaczem. Ataki na głównego bohatera boleśnie go dotykały, ponieważ Holden – to on, sam Salinger, a w jego głosie nie ma fałszu. Holden mówi jak jest, pali, pije i brzydko się wyraża, bo tak wygląda prawdziwe życie. „Dziś łatwo zapomnieć, jak radykalny wydawał się wówczas Buszujący w zbożu. A rewolucyjne było w nim wszystko – od użycia zwrotu >>fuck you<< po demonstrację postawy >>fuck you all<< wobec obowiązującego status quo” [s. 250].

Dlatego kiedy wreszcie Buszujący w zbożu został opublikowany, stał się głosem pokolenia. Był jak haust świeżego powietrza dla wszystkich młodych ludzi, którzy za cel obrali sobie coś więcej niż „dobrą pracę, domek z ogródkiem oraz dwojgiem i pół statystycznych dzieci, idealnie przyrządzone martini czy modne ciuchy” [s. 257]. Był pierwszym krokiem do rewolucji obyczajowej i Beat Generation. „Bitnicy, którzy szukali Ameryki, przemierzając autostopem jej niekończące się autostrady, czynili to z zaczytanym egzemplarzem Buszującego w zbożu wciśniętym w tylną kieszeń dżinsów” [s. 258].

Równocześnie, jak zwracają uwagę autorzy biografii, ta książka to coś więcej niż opowieść o zbuntowanym nastolatku. Holden, choć jest projekcją Salingera jeszcze z czasów szkolnych, jest obciążony jego powojenną traumą. Jej wyraźnym symbolem mają być siwe włosy na głowie bohatera – znak przedwczesnego postarzenia pod wpływem dramatycznych przeżyć. Gniew Holdena na obowiązujący system to też gniew Salingera na świat, który dopuścił do wojennego koszmaru, a spisanie tej historii miało dla autora wartość terapeutyczną. W końcu Buszującego pisał już na wojnie, a pierwsze rozdziały powieści były jego magicznym talizmanem, który miał go ocalić od śmierci. I ocalił.

Joyce Maynard
Ogromna popularność spadła na Salingera nagle – praktycznie z dnia na dzień znalazł się na ustach wszystkich. Dziennikarzy, wydawców, osobistości literackiego światka, ale przede wszystkim młodych czytelników, którzy zapragnęli go poznać, porozmawiać, zaprzyjaźnić się z nim, bo przecież „dopiero wtedy wiem, że mnie książka naprawdę zachwyciła, jeżeli po przeczytaniu myślę o jej autorze, że chciałbym z nim się przyjaźnić i móc po prostu telefonować do niego, ile razy przyjdzie mi ochota” [J.D. Salinger, Buszujący w zbożu, tłum. Maria Skibniewska, wyd. Iskry, Warszawa 2004, s. 22]. Joyce Maynard pisze o „poczuciu, że w końcu znalazł się ktoś, kto mnie poznał, docenił i zrozumiał jak nigdy dotąd” i dodaje: „Zakochałam się w tym głosie” [s. 431].

Można sobie wyobrazić, jak szczęśliwe musiały czuć się wszystkie dziewczęta, które zaszczycił listami słanymi przekornie ze swojej samotni. „Ilekroć otrzymywałam list od Salingera, tak naprawdę pisał do mnie, i tylko do mnie, Holden Caulfield. To Holden Caulfield mówił mi, jaka jestem cudowna, idealna, urocza i błyskotliwa. To był mój narkotyk” – pisze Maynard [s. 433]. Wszyscy oszaleli na punkcie Holdena, a żywy Holden był tu, w zasięgu ręki.

Salinger nie był na to przygotowany. Z czasem zrozumiał, że stał się więźniem swojego największego dzieła i pożałował, że kiedykolwiek powstało. Uciekł do Cornish, gdzie kupił dom i gdzie zaszył się na następne sześćdziesiąt lat.

Nieznośny, niedoskonały świat

Od tej pory stał się niezdobytą twierdzą, walcząc jak lew o swoją prywatność. Codziennie pisał, ale publikował coraz mniej, a jego utwory były coraz bardziej przesiąknięte filozofią Wschodu – indyjską Wedantą – i zarazem coraz bardziej oderwane od rzeczywistości. „Wojna zabiła go po raz pierwszy, wedanta po raz drugi” [s. 413]. W końcu, w roku 1965, po gwałtownym ataku krytyków na jego opowiadanie Hapworth 16, 1924, zamilkł zupełnie. Co nie znaczy, że przestał tworzyć – według jego rodziny i przyjaciół pisał stale i niezmordowanie, przez kilka-kilkanaście godzin dziennie, w specjalnie w tym celu zbudowanym bunkrze, aż do śmierci.

Claire – druga żona i matka jego dzieci.
W międzyczasie zdążył się ożenić i spłodzić dwójkę dzieci, zgodnie z tym, co nakazywała mu jego religia. Ale praca była zawsze najważniejsza, a bliscy przegrywali w konkurencji z powstałą na kartach jego utworów rodziną Glassów, pod każdym względem idealną. „W świecie mojego ojca musisz albo być ideałem, albo zostajesz wyklęty” – stwierdziła po latach Margaret.

I to, jak sugerują autorzy biografii, było głównym problemem Salingera. Nie potrafił żyć z ludźmi, bo nie mógł znieść tego, że nie są w stanie sprostać jego gigantycznym oczekiwaniom. Świat jego wymyślonych postaci dawał mu ukojenie, bo tam sam decydował o tym, kto jaki jest – to on pociągał za sznurki.

Problem wysokich wymagań dotyczył zresztą również jego samego. Z jednej strony – głowa pełna ideałów, pragnienie życia w zgodzie ze wszystkimi i kochania ich bezgranicznie, na wzór Chrystusa, z drugiej – zwykła ludzka niechęć i gniew. Z jednej strony – pragnienie unicestwienia samego siebie jako osoby, przeniesienia się w sferę czysto metafizyczną, z drugiej – brutalna rzeczywistość, która każe być tu i teraz. Z jednej – chęć stworzenia normalnej rodziny, z drugiej – brak predyspozycji do bycia mężem i ojcem. Z jednej – pragnienie powrotu do dzieciństwa, do czasu niewinności, z drugiej – konieczność grania swojej roli dorosłego. Z tego wszystkiego wyłania się obraz człowieka cierpiącego, nie pogodzonego ze sobą, wiecznie w rozerwaniu, „delikatnej, znerwicowanej inteligentnej istoty na skraju załamania nerwowego” [s. 299].

Żal mi ludzi, którzy zostali przez tę istotę skrzywdzeni. Żal mi Claire Douglas, która rzuciła wszystko, żeby żyć z Salingerem w domku pośród lasów i spędziła jedenaście trudnych lat czekając na rzadkie chwile, kiedy jej mąż wyjdzie ze swojego bunkra. Żal mi jego córki Margaret, która musiała odreagować dziecięcą samotność pisząc szokującą i okrutną wspomnieniową książkę. Żal mi Joyce Maynard i wszystkich potraktowanych w podobny sposób młodych dziewcząt – z początku ubóstwianych, a potem odtrącanych bez słowa wyjaśnienia. Żal mi wszystkich ofiar „znerwicowanej inteligentnej istoty”.

Ale najbardziej chyba jednak żal mi jej samej.

***
D. Shields, S. Salerno, Salinger, przeł. Hanna Baltyn-Karpińska, Malwina Zaremba-Skulimowska, wyd. PWN, Warszawa 2014.

***
Polecam też film, przy kręceniu którego powstała ta biografia. Jest w całości dostępny na YouTube.

Za pogłębienie fascynacji Buszującym w zbożu i jego autorem dziękuję Wydawnictwu PWN.

Zdjęcie okładki pierwszego wydania Buszującego w zbożu: Michael Mitchell / Little, Brown and Company (Wikimedia Commons). 
Zdjęcie okładki Salingera: Dom Wydawniczy PWN.
Pozostałe fotografie: D. Shields, S. Salerno, Salinger, wyd. PWN, Warszawa 2014.

środa, 11 lutego 2015

Notatki z literatury słowackiej (2)
– „Wiklinowe fotele”, Dominik Tatarka

Antoine de Saint-Exupéry napisał kiedyś, że „kochać to nie znaczy patrzeć na siebie nawzajem, lecz patrzeć razem w tym samym kierunku”. I tym zdaniem najkrócej można streścić Wiklinowe fotele Dominika Tatarki. Dwójka młodych ludzi, którzy ramię w ramię, bez słów, godzinami przesiadują w tytułowych fotelach, wpatrując się w dal. Nie trzeba im rozmów, nie trzeba dotyku, uścisków, pocałunków, które wręcz psują tę wyczuwalną, tajemniczą więź.

Jest jednak i tło. Skomplikowane. Końcówka lat 30. ubiegłego wieku, Hitler już połknął Czechosłowację a główny bohater Bartłomiej Slziczka jest Słowakiem i przyjechał właśnie na studia do Paryża. W pensjonacie, gdzie się zatrzymał, wszyscy traktują go jak osierocone dziecko, z zakłopotaniem spuszczają wzrok, z poczuciem winy ściskają mu dłoń, jakby to oni osobiście wydali jego kraj na pastwę dyktatora. Nie pomaga mu to odnaleźć się w nowej rzeczywistości, przeciwnie – wpędza go w kompleksy. Jest obcy, jest gorszy, jest z „ziemi niczyjej”.

Daniela, urocza guwernantka-idealistka, od razu wpada mu w oko, ale musi wejść w rolę pokornego cudzoziemca, nie ma odwagi zdecydowanie po nią sięgnąć. Wychodzi im to na dobre, bo z czasem rodzi się niezwykła więź. Dziewicza, naturalna, nieprawdopodobna wręcz w nastawionym na formy i wytworną mowę, efektownym i efekciarskim, rozmiłowanym w zmysłowych rozkoszach Paryżu.
Nie zabiegałem o względy Danieli, nie próbowałem wyznawać jej miłości, niepostrzeżenie skręcać z nią w ciemne zakątki parku, chwytać jej za rękę albo się z nią całować, a tym bardziej nie usiłowałem jej uwodzić, przynajmniej nie dążyłem do tego, by uczynić z niej swoją kochankę. W cichym porozumieniu siadywaliśmy najchętniej obok siebie na wiklinowych fotelach na tarasie kawiarni jak na brzegu rzeki (…). Na wszystkim i we wszystkim jest ona. Jest powietrzem, którym oddycham. Wchłaniam ją w siebie, kąpię się w niej jak korek w dobrym winie (s. 94).
Mając lat dwadzieścia i kipiąc hormonami trudno jest nie dopuszczać do siebie zmysłów, ale tutaj przeszkadzają – gdy tylko zbyt bezceremonialnie dochodzą do głosu, nić się urywa, splecione do tej pory dłonie rozłączają się zawstydzone, a bohaterowie tracą się z oczu, muszą na nowo się szukać, nawołując się przez ściany i przebijając się przez drzwi szaf. To więź czysta, idealna, pierwotna. Nie patrzeć na siebie – patrzeć przed siebie, razem.

Choć strach. Bo przerażające rzeczy rysują się na horyzoncie, wojenna groza jest coraz bliżej, już czuje się jej cuchnący oddech na karku, już ma się przedsmak nadciągającego koszmaru. „Byliśmy jak dzieci, które mają wejść do ciemnego lasu”. Wojna wtargnie w życie stanowczo i gwałtownie, zerwie wszystkie nici nieodwołalnie, ale póki co jest wciąż jeszcze gdzieś daleko, odsunięta przez wiklinowe fotele i wszystko, co symbolizują.

Nie jest łatwo nastroić się na melodię tej powieści. Jest pełna barokowych, paryskich zawijasów, pełna koronek i falban, wśród których ukrywa się sens, ale fotele, tytułowe fotele jaśnieją ponad wszystkim jak słońce. Stale rozdzielane przez historię i zestawiane z powrotem, ilekroć tylko połączy dwójkę ludzi szczera rozmowa i ta ponadczasowa więź. Surowe, naturalne i piękne w swojej prostocie.

Dominik Tatarka dotkliwie przekonał się, jak może boleć brak tej więzi. Był działaczem antykomunistycznym, jako jeden z niewielu Słowaków podpisał Kartę 77. Kara była okrutna – izolacja, zepchnięcie na margines, skazanie na zapomnienie. Przez wiele lat jego fotel uporczywie odsuwano gdzieś w kąt. Nie doczekał się wolności – zmarł w maju 1989, kilka miesięcy przed Aksamitną Rewolucją.

***
D. Tatarka, Wiklinowe fotele, wyd. Czytelnik, Warszawa 1965.

Fot. Wicker Paradise / Foter.com / CC BY

sobota, 7 lutego 2015

Notatki z literatury słowackiej (1)
– „Nylonowy księżyc”, Jaroslava Blažková

Tytułem wstępu: w minionym semestrze miałam przyjemność uczestniczyć w kursie literatury słowackiej po roku 1945 i przy tej okazji przeczytałam kilka bardzo ciekawych książek. Ponieważ literatura słowacka jest u nas wciąż zdecydowanie zbyt niszowa – sytuację zmieniają trochę najnowsze publikacje wydawnictwa Książkowe Klimaty, za co chwała mu! – postanowiłam zrobić co w mojej mocy, żeby Was do niej przekonać. W mini-cyklu „Notatki z literatury słowackiej” będę pisać o moich lekturach ze wspomnianego kursu, a na dobry początek wybrałam tę, która spodobała mi się najbardziej – Nylonowy księżyc Jaroslavy Blažkovej.

Kiedy zaczęłam czytać tę książkę, byłam zaskoczona. Tym, jak bardzo jest współczesna. Wcale nie czuć, że została napisana ponad pół wieku temu, i gdyby nie wzmianki dotyczące komunistycznych realiów gdzieś w tle, można by pomyśleć, że powstała całkiem niedawno.

Co o tym zadecydowało? Przede wszystkim temat – relacje damsko-męskie i przepaść międzypokoleniowa – ale również styl, lekkość, to, że tak bardzo różni się ten utwór od ciężkich i topornych powieścideł epoki stalinizmu. Blažková należała do pierwszej fali pisarzy, którzy porzucili schematyzm i skupili się na problemach jednostki, na osobistych uczuciach, poszukiwaniu własnej tożsamości. To było jak podmuch świeżego powietrza pośród zatęchłej, piwnicznej atmosfery komunistycznego państwa.

Oś powieści to miłosny łańcuszek, jaki i dziś bywa na porządku dziennym. Droga kocha Andrzeja i odrzuca dla niego zaloty statecznego doktora Peny, mimo że marzy o ślubie i dzieciach, a Andrzej nie jest rodzinnym typem. Ten, utalentowany architekt, poglądy na małżeństwo zmienia pod wpływem ponętnej rudowłosej Wandy, ale ich obiecujący z początku związek okazuje się powieleniem schematu z Drogą, tylko w odwrotnej konfiguracji – Wanda odchodzi, znudzona, a Andrzej cierpi. Z kolei Wandę zaczyna interesować pewien poseł, który jako jedyny oświadcza jej, że nie zamierza zabiegać o jej względy...

Chorobą młodego pokolenia – którego przedstawicielami są Wanda i lekko już podstarzały Andrzej – są problemy z zaangażowaniem. Chodzą na bankiety, spędzają razem beztrosko czas, bawią się, pracują, uwielbiają wyzwania, a stabilne związki ich nudzą. Wanda w głębi duszy jest jeszcze dzieckiem, miłość to dla niej sport, mężczyźni – odskocznia od monotonii życia, a kiedy tylko zaczynają dryfować w kierunku nudnej stabilizacji – umyka im. „Przypominała rusałki, porywające w tan napotkanych młodzieńców i zmuszające ich do tańczenia tak długo, dopóki nie wyzionęli ducha” (s. 44).

Droga to typ cierpiętnicy, po części budzi współczucie, a po części złość – że nie potrafi odciąć się na dobre od Andrzeja, że zamiast tego kręci mu się pod nogami i skamle jak bezdomny pies. (Taki pies zresztą pojawia się również w powieści – Andrzej musi się go pozbyć i w ramach zacieśniania więzi na początku romansu pomaga mu w tym właśnie Wanda, znamienne!). „To jej oddanie ciążyło jak dług, którego nie można spłacić” (s. 55). Droga spędza wieczory samotnie w wyziębionym mieszkaniu, a w odpędzaniu smutków pomaga jej podniszczony egzemplarz Davida Copperfielda. Przy pełnej życia, ognistej Wandzie sprawia wrażenie przedwcześnie postarzałej i zaniedbanej: „Cały pokój był zapuszczony i brzydki, Andrzej dziwił się, że dopiero teraz to zauważył. Droga też była taka zgaszona i skulona, jakby i ona była produktem ciężkich powojennych dni, kiedy nie było czasu na elegancję” (s. 55).

Problemy z komunikacją, niemożność znalezienia wspólnego języka to również problem Pasztinskiego i jego syna. Józef nie chce naśladować ojca, który wydaje mu się anachroniczny i groteskowy, wymyka się więc z domu, ucieka od nakazów i zakazów, wraz z kolegami słucha jazzu i ogląda się za dziewczynami w mini-spódniczkach. „Józefowi stanęła przed oczami jego [ojca] twarz z malującym się na niej wyrazem głębokiego przekonania o ciamajdowatości dzisiejszej młodzieży, i cicho, z zadowoleniem zaczął gwizdać melodię graną przez Duke'a Ellingtona” (s. 72).

Pasztinsky nie rozumie swojego dziecka. Czuje się bezradny i oszukany, bo nie tylko jego syn zdaje się być przeciwko niemu, ale i współpracownicy, znajomi, cały świat. Traci pracę. System wartości, który sobie wypracował, sztywne formuły, jakich od zawsze przestrzegał, zdają się nagle bezsensowne i śmieszne, a on, ogołocony z nich, czuje się jak „człowiek w piżamie stojący na środku placu. Ludzie taktowni udają, że nic nie zauważyli, grubianie się śmieją, dzieci pokazują go palcami” (s. 53). Nie potrafi bawić się i śmiać, jest chodzącym kłębkiem nerwów, uzależnił własne istnienie od uznania innych, sądził, że wykształcenie jest mu w stanie zagwarantować dożywotni szacunek, tymczasem okazuje się, że tak nie jest. W końcu rozważa nawet samobójstwo, mimo że śmierć go przeraża (podobnie jak wiele innych rzeczy).

Nylonowy księżyc to powieść o niezrozumieniu, odrzuceniu i samotności, którym towarzyszy fizycznie odczuwalny chłód (zimno jest w mieszkaniu Drogiej, zimno – w barze pełnym zrezygnowanych staruszków, mimo że kaloryfery grzeją na cały regulator). To też opowieść o maskach, które musimy stale zakładać, emocjach, które musimy tłumić, o prowizoryczności naszych uczuć, które są jak nylonowy księżyc zawieszony w oknie – sztuczna podróbka „najdoskonalszego ze wszystkich kształtów” (s. 134).

No, powiedzcie sami, czy to nie brzmi jak diagnoza również naszych czasów? Gorąco polecam Blažkovą, bo oprócz niesamowitej aktualności Nylonowy księżyc ma też tę zaletę, że po prostu fantastycznie się go czyta. Wspaniały owoc złotych lat sześćdziesiątych!

*** 
J. Blažková, Nylonowy księżyc, przeł. Cecylia Dmochowska, wyd. Czytelnik, Warszawa 1964.

Fotografia:
[1] ms. Tea / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] Nylonowy księżyc – okładka, zdjęcie własne
[3] Nylonový mesiac – okładka ze strony wydawnictwa Slovenský spisovateľ

wtorek, 3 lutego 2015

Duchy, orzechówka i piasek w nerkach, czyli wesołe jest życie hrabianki – „Ostatnia arystokratka”, Evžen Boček

Zanim przejdę do rzeczy, proponuję mały kwestionariusz – pomyślcie przez chwilę o książkach tak zabawnych, że przy ich lekturze śmialiście się na głos. Ile ich było? Pewnie niewiele, co? Ja swoje typy mogę policzyć na palcach jednej ręki: Dewiza Woosterów P.G. Wodehouse'a, Dumny Bądźżeś Ireny Douskovej i oczywiście Szwejk.

Dużo dziś się wydaje utworów tragicznych, wstrząsających, przygnębiających. Ale beztrosko zabawnych, tak po prostu, bez dumania i ironizowania, takich, przy których autentycznie nie można powstrzymać głośnego śmiechu, jest bardzo niewiele. Bawienie czytelnika to trudna sztuka, wydaje mi się wręcz, że trudniejsza niż wzruszanie i wstrząsanie – i na tym chyba polega problem.

Tych spragnionych literackiego śmiechu informuję jednak: na szczęście sztuka bawienia nie wymarła jeszcze zupełnie. Panie i Panowie, oświadczam wszem i wobec, że do mojej galerii Książek Najzabawniejszych – wspomnianej w 2/3 czeskiej trójcy – dołączyła kolejna perełka rodem z Czech – Ostatnia arystokratka Evžena Bočka!

Wszystko za sprawą nietypowej arystokratycznej rodzinki, która niespodziewanie odzyskuje rodowy zamek w Czechach i postanawia się do niego przenieść wraz ze swym kłopotliwym dobytkiem – dwunastoma urnami z prochami krewnych oraz przekorną kocicą Carycą. Zza oceanu. Choleryczny nauczyciel literatury Frank Kostka (vel hrabia Franciszek Antoni Kostka), zapatrzona w lady Di Vivien Kostka (vel hrabina Vivien Kostka) oraz narratorka i zarazem najbardziej tajemnicza postać całej książki, dziewiętnastoletnia Mary Kostka (vel hrabianka Maria Kostka) zapewniają salwy śmiechu już na samym początku akcji. Kiedy bowiem okazuje się, że przewiezienie ze Stanów skremowanego nieboszczyka kosztuje więcej niż bilet żywego pasażera – a nieboszczyków na stanie jest, przypominam, dwunastu – rodzinka postanawia przewieźć swych krewnych przez ocean... w torebkach po orzeszkach ziemnych.

Tak rozpoczyna się spektakularna seria pięknych katastrof. Szczególnie ciekawie robi się, gdy to małe grono oryginałów zasilają kolejne trzy indywidua, służba zamkowa – żywiący nieskrywaną nienawiść do turystów kasztelan Józef, wiecznie przyssana do butelki orzechówki kucharka pani Cicha oraz mój niekwestionowany ulubieniec, cierpiący na wszystkie możliwe choroby świata łącznie ze złamanym sercem (i w wolnych chwilach wyśpiewujący na ten temat absolutnie urocze piosenki) ogrodnik-pianista pan Spock (tak, od tego Spocka – jest do niego łudząco podobny!).

Humor Ostatniej arystokratki nie jest specjalnie wyrafinowany, to coś pomiędzy prześmiewczymi żartami szwejkowskimi a doskonałym angielskim humorem w stylu wspomnianego P.G. Wodehouse'a. Można się tu oczywiście doszukiwać zjadliwej satyry, tropić konteksty, wbijać tę powieść w różne formy, ale dla mnie to po prostu niewydumana, bawiąca do łez, rozkoszna opowiastka. Aż prowokująca do komicznych sytuacji sceneria, grupka przejaskrawionych i na swój niepowtarzalny sposób dziwacznych postaci – oto prosty przepis Evžena Bočka na czytelniczy hit.

Przepis powstały zresztą trochę od niechcenia. Opowieść o rodzinie Kostków nie powstała jako pisarski projekt, była jedynie rodzajem zabawy, sposobem na zapełnienie sobie wolnego czasu – „jak składanie modeli samolotów lub szydełkowanie”. Sceneria zamkowa jest nieprzypadkowa – sam Boček od ponad 20 lat jest kasztelanem na zamku w Miloticach na południu Moraw (ale zarzeka się, że w niczym nie przypomina powieściowego Józefa :)). Po kilku latach przepisywania, modyfikowania, wycinania i sklejania różnych wariantów opowieści wspomniał o niej wydawcy Martinowi Reinerowi. Entuzjastyczna recenzja partnerki Reinera przesądziła sprawę – Arystokratka wyszła drukiem.

Nie w całości co prawda. Byłaby bowiem ponad 500-stronicową cegłą, a ta objętość przeraziła autora. „Z wyjątkiem Biblii, Jiráska i Tołstoja nie przepadam za grubymi książkami” – przyznaje rozbrajająco, toteż ostatecznie opowieść podzielono na części. Druga – Arystokratka w ukropie – ma się ukazać jeszcze w tym roku, również w wydawnictwie Stara Szkoła. (Mam cichą nadzieję, że hrabianka Maria uchyli w niej rąbka tajemnicy na swój temat; przykro mi, że zataiła swoje odpowiedzi na kwestionariusz Prousta!).

W Czechach Ostatnia arystokratka była absolutnym hitem i nie wątpię, że tak samo będzie u nas. Zwłaszcza teraz, w porze wciąż jeszcze krótkich dni, szarugi i czekania na wiosnę, ta książka jest świetnym lekiem na rzeczywistość. Zafundujcie sobie odpoczynek od ciężkich lektur i dajcie się rozbawić! Czechom w tej kwestii można zaufać – w końcu to „śmiejące się bestie”.

***
E. Boček, Ostatnia arystokratka, przeł. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015.

***
Jak zdobyć Arystokratkę? Książka dostępna jest w sprzedaży na stronie wydawnictwa Stara Szkoła.


Źródła:
Rozmowa z Evženem Bočkiem na portalu iDNES.cz [http://kultura.idnes.cz/rozhovor-evzen-bocek-05l-/literatura.aspx?c=A140310_135421_literatura_ts]
Rozmowa z Evženem Bočkiem na portalu VašeLiteratura.cz [http://www.vaseliteratura.cz/rozhovory/47-clanky/2563-rozhovor-s-evzenem-bockem.html]

Fotografie:
[1] Internet Archive Book Images / Foter.com
[2],[3] Okładki ze stron wydawnictw Stara Szkoła i Druhé město