poniedziałek, 30 marca 2015

Królowa, muza, intrygantka – „Misia Sert”, Arthur Gold, Robert Fizdale + konkurs!

Polka, która władała Paryżem. Królowa belle époque i złotych lat 20. „Treserka fortepianów”, która poświęciła własny talent, by wspierać innych młodych artystów. Była dobrą duszą Baletów Rosyjskich Diagilewa, pozowała Renoirowi, przyjaźniła się z Proustem. Trzykrotnie zamężna, przeżyła trzy wielkie zawody miłosne i rozstała się z życiem mając przy boku dwie wierne przyjaciółki – Coco Chanel i morfinę.

W wydanej po raz pierwszy w 1980 roku biografii Arthura Golda i Roberta Fizdale'a jest przedstawiona z szacunkiem należnym królowej, ale i z cieniem łobuzerskiego uśmiechu. Ma w sobie tyle uroku, co okrucieństwa (o jej „pięknej i okrutnej twarzy” pisał Proust), tyle szlachetności, co potrzeby manipulowania ludźmi. W czym tkwił sekret jej hipnotyzującego czaru? Jak sprawiła, że z jej zdaniem liczył się cały Paryż?

Wiek niewinności

Wszystko zaczyna się w roku 1872. Życie Marii Zofii Olgi Zenajdy Godebskiej od pierwszych chwil naznaczone było intrygą, ale i tragedią. Podczas gdy jej matka, nosząc ją pod sercem, siedzi z dziećmi w Paryżu, ojciec – Cyprian Godebski, znany polski rzeźbiarz – nawiązuje w Rosji płomienny romans z siostrą swej teściowej. Anonimowy list, w którym „życzliwy” donosi o ekscesach Cypriana sprawia, że jego zrozpaczona małżonka mimo zaawansowanej ciąży i zimowej pory rusza w wyczerpującą podróż w głąb Rosji. Na miejsce dociera tylko po to, by wydać na świat Misię, po raz ostatni zobaczyć niewiernego męża i wyzionąć ducha.

Młodziutka Misia z pierwszym mężem, ok. 1899 r. [2]
Pierwsze i najszczęśliwsze lata swego życia Misia spędza wraz ze starszymi braćmi u babci, która w swoich salonach gości wiele wybitnych osobistości na czele z królową Belgii („przychodziła na kawę”). Dziewczynka uczy się tam dobrych manier, obserwuje świat artystów i arystokratów, w którym sama będzie się później obracać, i szybko rozwija swój talent muzyczny. Kiedy jednak jej ociec żeni się po raz drugi, a później trzeci, mała Misia zaczyna być przerzucana od domu do domu i od internatu do internatu niczym niechciane pisklę. Buntuje się, ucieka do Londynu, wraca, aż wreszcie szczęśliwie (wydawałoby się) przybija do małżeńskiego portu wraz z Tadeuszem Natansonem – człowiekiem, którego kocha.

Okładka La revue blanche – portret
Misi autorstwa Toulouse-Lautreca [3].
U jego boku spędza kilka pięknych lat. Kwitnie właśnie belle époque, a dzięki kontaktom męża – właściciela wpływowego czasopisma La revue blanche – Misia obraca się w towarzystwie najwybitniejszych artystów epoki – Renoira, Toulouse-Lautreca, Verlaine'a, Mallarmégo... Jest wdzięczną modelką dla malarzy i jedną z najpopularniejszych kobiet w Paryżu – jej urok osobisty sprawia, że dom Natansonów wiecznie wypełniają tłumy gości. Dni spędza wśród przyjaciół, na koncertach i spektaklach, lub w letniej posiadłości w Villeneuve. „Czas wypełniony był piknikami i przyjęciami, amatorskimi przedstawieniami teatralnymi, grami salonowymi, jazdą na rowerze, żeglowaniem po rzece oraz jedzeniem, muzyką, rozmowami i śmiechem” (s. 94). Czy można sobie wyobrazić piękniejsze życie?

Małżeńskie burze

Jak to jednak zwykle bywa, sielanka nie trwa długo. Umierają ukochani przyjaciele, Mallarmé i Toulouse-Lautrec, a spokojnemu do tej pory i harmonijnemu pożyciu małżeńskiemu Misi kres kładzie osobisty dramat. Dramat? Tak przynajmniej przedstawiają to Gold i Fizdale, z lojalności dla swej bohaterki trzymając się (choć nie bez oka puszczonego od czasu do czasu w stronę czytelnika) jej wersji zdarzeń. Ile było w tym tuszowania różnych spraw i usprawiedliwiania się z własnych grzeszków – nie sposób dociec, ale jeśli opowiedziane historie odpowiadają choć w połowie prawdzie, to Misia dostała naprawdę potworną szkołę życia.

Fotografia Misi, 1897-1899 [4].
Oto bowiem pierwszy mąż, Tadeusz Natanson – poczciwy i zapatrzony w nią jak w obrazek, ale mimo wszystko jeszcze chłopiec – błaga ją, by ratując go od finansowej katastrofy oddała się jego bogatemu wspólnikowi, Edwardsowi. Mimo że bogacz budzi w niej wstręt, Misia w końcu wpada w jego ramiona, w których ostatecznie całkiem nieźle się zadomawia. Jako pani Edwards zostaje obsypana brylantami, awansuje do rangi królowej zamożnej paryskiej socjety i nawet dostaje w prezencie własną łódź. Czy odtrącenie jej przez Natansona i „sprzedanie” jej Edwardsowi to tylko jej pokrętny punkt widzenia, zręczna historyjka zmyślona by zatuszować zdradę?

Wkrótce potem Misia zostaje postawiona w kolejnej nietypowej sytuacji. Edwards znajduje sobie kochankę, co samo w sobie nietypowe nie jest, ale z jego nową wybranką, piękną i wyuzdaną aktorką Geneviève Lantelme, łączy Misię dość tajemniczy związek. Lantelme – znana w całym Paryżu ze swej wątpliwej reputacji i romansów z osobami obojga płci – według wersji Misi zaproponowała, że oszczędzi jej małżeństwo, jeżeli pani Edwards zostanie jej kochanką. Do czego naprawdę doszło między nimi – nie wiadomo, ale oficjalnie Misia przyznała się do tylko jednej nocy spędzonej z kobietą, i tą kobietą nie była Lantelme.

Geneviève Lantelme, 1900 r. [5]
Zanim jeszcze drugie małżeństwo Misi runęło jak domek z kart, poznała ona podczas jednego z rejsów znanego malarza José Maríę Serta. Jak twierdzi, romans z tym hiszpańskim artystą nawiązała już po rozwodzie, szukając pociechy po odtrąceniu przez męża, ale ile w tym prawdy? Sert – choć nie od razu – został jej trzecim mężem.

Po długich latach ich wspólnego życia na scenę wkroczyła gruzińska księżniczka Rusadana Mdiwani, zwana Roussy, i Misia znalazła się w kolejnym nieprawdopodobnym układzie. Gdy urocza Roussy zaczęła władać sercem Serta, Misia przyjęła ciekawą strategię – postanowiła się z nią zaprzyjaźnić. Ostatecznie powstał miłosny trójkąt, który mimo wyrzutów sumienia Roussy i Serta oraz gorączkowych wysiłków Misi, by zapobiec katastrofie, zakończył się rozwodem. Brzmi to niewiarygodnie, ale para, która wyrządziła Misi tak wielką krzywdę, stanowiła zarazem dwójkę najważniejszych osób w jej życiu – o Sercie mówiła „mężczyzna mojego życia”, portret Roussy nosiła na sercu do końca swoich dni.

Pocieszycielka Chanel

Przez wszystkie te burze przeszła z pomocą Coco Chanel, z którą przez ponad trzydzieści ostatnich lat życia łączyła ją skomplikowana przyjaźń, przez autorów biografii opisywana jako „mieszanka miłości i nienawiści podszyta napięciem seksualnym” (s. 316). Karen Karbo pisze w swojej Księdze stylu Coco Chanel: „Francuzki znane są z tego, że nie potrzebują przyjaciółek. Kochają mężczyzn, a inne kobiety uważają za konkurentki, którym nie można ufać” (s. 128) i na poparcie swej tezy podaje kilka jaskrawych przykładów, jak podle potrafiły traktować się Misia i Coco. Rywalizowały ze sobą, prawiły sobie złośliwości, bywały względem siebie okrutne i zazdrosne, ale faktem jest, że to Chanel pomogła Misi przetrwać utratę Serta, to ona była przy niej w ostatnich chwilach życia i to za sprawą jej starannych zabiegów ułożona w trumnie królowa Paryża wydała się żałobnikom piękniejsza niż kiedykolwiek.

Coco Chanel i Misia na plaży ok. 1925 r. [6]
Ta ostatnia przysługa wbrew pozorom znaczyła bardzo wiele. Dzięki niej bowiem bliscy zapamiętali Misię z jej najlepszych czasów, kiedy jeszcze błyszczała w towarzystwie i jednym eleganckim machnięciem ręki decydowała o losach paryskich artystów, a nie tę półślepą, uzależnioną od morfiny, zaniedbaną i przerażoną, bez końca rozpamiętującą swoje utracone miłości – nie tę nieszczęśliwą istotę, którą się stała u schyłku życia. Zdaniem Golda i Fizdale'a starczą bezradność Misi, nie pozbawioną jednak właściwego jej uroku, najpiękniej opisała Colette:
Misia jest prawie niewidoma, lecz mimo to porusza się z ogromnym wdziękiem, ostrożnie podnosi przedmioty, czule ich dotyka, stara się ominąć stojące na jej drodze krzesła i pewnie przekręca kontakt, aby włączyć światło. Czasami pochyla się i spogląda na swoje śliczne stopy – wygląda wtedy, jakby stała na brzegu strumienia (…). U mnie w domu wydaje się zgadywać, gdzie są klamki, stara się wyczuć brzeg dywanu, wybiera najwygodniejsze krzesło i schodzi po schodach, których nie zna, kilka stopni przed nami. Ta szlachetna kokieteria jest bardziej poruszająca niż skargi i żale (s. 452).
Misia Sert pędzla Renoira [7].
Biografia Golda i Fizdale'a jest taka, jak sama Misia – lekka, bez zadęcia, nonszalancka i urokliwa, nieuporządkowana i niejednoznaczna. Naszpikowana anegdotami i ploteczkami z życia artystycznych sław. Mnóstwo w niej muzyki – zarówno w sferze tematycznej (o czym napisałam zdecydowanie za mało, biorąc pod uwagę jak bardzo na tej kwestii skupili się autorzy – w końcu zawodowi pianiści – wyznający wprost: „do świata Misi zaprowadziła nas muzyka”), jak i formalnej. Jej ton w cudowny sposób odpowiada nastrojom poszczególnych faz życia Misi – od barwnych opisów Paryża z czasów belle époque i beztroskiej atmosfery wiecznych wakacji po dramatyczne, poruszające relacje z ostatnich lat bohaterki.

I warto ją przeczytać – jeśli nie dla pikantnych historyjek, jeśli nie z zamiłowania do sztuki, zainteresowania samą Misią i jej towarzystwem, to choćby dla malowniczego sposobu, w jaki autorzy opisują tę legendarną królową Paryża, jej świat i piękne czasy, w których żyła.

***
A. Gold, R. Fizdale, Misia Sert, przeł. Katarzyna Kuś, Paweł Wolak, wyd. Muza SA, Warszawa 2014.

Zachęcam też do lektury tekstu Sylwii Zientek o Misi Sert pisanego w oparciu o inną biograficzną książkę, W stronę Misi z Godebskich Ewy K. Kossak.

Za rozkoszną podróż do Paryża czasów belle époque i przybliżenie postaci Misi z Godebskich dziękuję Darii i wydawnictwu Muza SA.

***

KSIĄŻKA DO WZIĘCIA!

Mam do oddania jeden egzemplarz Misi Sert. Żeby go wygrać, wystarczy krótko odpowiedzieć na pytanie, dlaczego chcesz przeczytać tę książkę i przesłać odpowiedź na adres mailowy lit.skarby.swiata.calego@gmail (tak tak, nawet sobie z tej okazji skrzynkę wreszcie założyłam, a co!).

Na odpowiedzi czekam do 7 kwietnia. Wygrywa najciekawsza, najbardziej niebanalna, intrygująca. Zwycięzcę poinformuję mailowo, ogłoszę to też tutaj. Zapraszam i życzę powodzenia :)

[Aktualizacja: 8.04.2015]

Książka wędruje do Magdaleny Basseville-Lipki – za bajkę. Bajkę tak urzekającą, że publikuję ją tu w całości:

Dawno, dawno temu. Będzie już ponad cztery lata, pewna M. (nie Misia) zamieszkała w Paryżu. Nie poznała żadnego malarza, ani pisarza, nawet żadnego z zasuszonych staruszków Akademii! Obserwowała kloszardów pijących szampana na Polach Elizejskich, wcinała ciasto malinowe posypane złotem kilkaset metrów od Giocondy. Na Montmartcie M. (nie Misia) nie spotkała van Gogha i Toulouse - Lautreca, tylko tabuny studentów,  malarzy z bożej łaski i najlepsze naleśniki na świecie, wypełnione konfiturą tak, by wybuchały w rękach i mazały konfiturą z czarnych porzeczek eleganckie płaszcze. M. (nie Misia) nauczyła się narzekać na korki, strajki komunikacji miejskiej i wieczny deszcz, jak każdy inny mieszkaniec Paryża i już nie dziwiła się, że można spędzić urodziny w kabarecie oglądając drag queen na szpilkach do nieba (I zazdroszcząc, że potrafią w nich nie tylko stać ale i zatańczyć!), przebrane za Złą Czarownicę ze "Śpiącej królewny".  Tak, postać Złej Czarownicy pojawiła się nieprzypadkowo, bo bajka zmierza do końca. Cztery lata - nie wieczność. M. (nie Misia) w Paryżu już nie mieszka i prawdopodobnie mieszkać już nigdy nie będzie. Powoli zapomina jak był brudny, niebezpieczny i zatłoczony. Znów jej w głowie tylko Gioconda, stuletnie antykwariaty i malinowe ciasto posypane złotem. I dlatego bardzo chętnie tam wróci. Choćby za pomocą tej książki. Bo M. (nie Misia) bywa czasem cholernie sentymentalna. 

Serdecznie gratuluję, a za wszystkie odpowiedzi dziękuję i zapraszam do udziału w kolejnym konkursie!

Cytat z Księgi stylu Coco Chanel: K. Karbo, Księga stylu Coco Chanel, przeł. Joanna Dziubińska, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014. Pozostałe cytaty: A. Gold, R. Fizdale, Misia Sert, przeł. Katarzyna Kuś, Paweł Wolak, wyd. Muza SA, Warszawa 2014.

Fotografie:
[1] Pierre-Auguste Renoir, 1903 / Wikimedia Commons
[2] A. Gold, R. Fizdale, Misia Sert, przeł. Katarzyna Kuś, Paweł Wolak, wyd. Muza SA, Warszawa 2014.
[3] Henri Toulouse-Lautrec / Wikimedia Commons
[4] Wikimedia Commons
[5] verbinia / Wikimedia Commons
[6] A. Gold, R. Fizdale, Misia Sert, przeł. Katarzyna Kuś, Paweł Wolak, wyd. Muza SA, Warszawa 2014.
[7] Pierre-Auguste Renoir, Misia Sert / Wikimedia Commons
[8] Okładka książki ze strony wydawnictwa Muza SA

sobota, 21 marca 2015

Bardzo gorzka czekolada – „Nietoperze”, Lena Kitsopoulou

Gorzko robi się od tej lektury i Sartre'owskie „Piekło to inni” tłucze się po głowie. Bo dużo tu cierpienia, a jego źródłem są przede wszystkim ludzie dookoła, to oni nie pozwalają oddychać. Zazdroszczą, wykorzystują, nienawidzą. „Mam wrażenie, że człowiek jest najmniej udanym tworem natury” [1] – mówi Lena Kitsopoulou i podpisuje się pod tym swoimi utworami.

Bukowski w spódnicy – tak o niej myślę. Bukowski – bo bez słodzenia, boleśnie, okrutnie, z całą tą cuchnącą ohydą rzeczywistości podsuniętą nam prosto pod nos. A że w spódnicy, to mamy też odmienną perspektywę, kobiecą. Perspektywę zniewolonej, poniżanej, wciskanej na siłę w różne formy (także poza Grecją, ale ponoć w Grecji szczególnie). Lolitki, gwałconej i boleśnie przywiązanej do swojego gwałciciela. Nieświadomie wchodzącej w rolę ofiary i powielającej ten schemat przez całe życie. I przekazującej tego wirusa następnemu pokoleniu.
Powiedziałam mu, że jego ojciec jest jednym śmiesznym skurwysynem, synem pewnego śmiesznego skurwysyna i śmiesznej kurwy, w którym zakochałam się do szaleństwa, właśnie dlatego, że urodziłam się z dwójki śmiesznych skurwysynów i wyrosłam na śmieszną kurwę, i kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, powiedziałam: „To jest on, on jest mężczyzną mojego życia”, powiedziałam to dlatego, że moje ciało i moja dusza, żeby istnieć, koniecznie potrzebowały tego śmiesznego kurewstwa, w którym wyrosłam (s. 108).
Mężczyźni w tych opowiadaniach są zboczeni albo żałośni. Gdy nie radzą sobie ze swoim pożądaniem, odreagowują agresją. „Byłem niepewnym siebie dupkiem” – przyznaje narrator jednego z opowiadań, a w parze z tą niepewnością idzie zwykle moralna słabość i podwójne standardy. Wujek Ilias z opowiadania Sakis – taki szanowany, taki mądry – to jedna z najbardziej odrażających kreatur, z jakimi spotkałam się w literaturze.

A wszystko na pierwszy rzut oka wydaje się tak piękne. Kto by nie chciał mieszkać w domku z czekolady, kto by nie chciał takiej słodkiej idylli? Tymczasem rozkoszny domek z bliska śmierdzi, a rzekoma czekolada okazuje się – po co nam eufemizmy? – gównem. To mocna metafora, ale tylko taka jest w stanie przebić skorupę samozadowolenia i obnażyć powszechną hipokryzję – bo o to przede wszystkim w prozie Kitsopoulou chodzi [2].

Nie daj sobie wmówić, że małżeństwo to najlepsze, co może cię spotkać – zdaje się mówić autorka (sama niezamężna) tym wszystkim małym dziewczynkom, które wciąż wychowywane są do roli potulnej żony. Szukaj miłości, ale nie gódź się na półśrodki, nie wpadaj w ramiona pierwszego faceta, jakiego podsunie ci matka, nie daj się wpędzić w plastikową klatkę „szczęśliwej rodziny”, bo chociaż taka jest ładna i kolorowa, to jednak wciąż klatka. Ta ostra krytyka przypomina mi Szklany klosz Sylvii Plath, tyle że Plath pisała o tym, co działo się ponad pół wieku temu, a Kitsopoulou pisze o tym, co dzieje się dzisiaj. Wciąż.
Parys był dla mnie dobrą partią, taką jak należy, trochę dupek, ale nie za bardzo, wystarczająco inteligentny, wystarczająco przystojny, w osiemdziesięciu procentach pasowaliśmy do siebie, przecież nie można mieć od razu wszystkiego, wszystkiego nie znajdziesz nigdy, musisz iść też czasem na ustępstwa (…). Wybrałam go na podstawie kryteriów, które inni wbili mi do głowy, na wzór tych nowoczesnych, plastikowych kryteriów (s. 150).
„Brudny realizm” tych opowiadań jest przełamany odrobiną surrealizmu, domieszką szaleństwa, jakby narrator zaczynał opowiadać na trzeźwo, ale kończył już na haju. Czasem odczarowującym zaklęciem jest śmiech, czasem – groteskowa śmierć, a w skrajnym przypadku dziecięcy mózg rozpryśnięty na pięknie zastawionym stole. Zakończenia to jedna z najmocniejszych stron doskonałej prozy Kitsopoulou – nie wiesz, czego się po niej spodziewać, boisz się, bo masz świadomość, że będzie okrutna, że cię nie oszczędzi. Tak jak nie oszczędziła swoich bohaterów.

***
L. Kitsopoulou, Nietoperze, przeł. Alicja Biaduń, wyd. Greckie Klimaty, Wrocław 2013.

Zachęcam też do zapoznania się z Greckimi Klimatami i do lektury obszernego tekstu o Lenie Kitsopoulou na stronie Wysokich Obcasów (link w źródłach!).

Za tę dawkę bardzo gorzkiej i bardzo dobrej greckiej prozy – i poszerzenie moich horyzontów czytelniczych! – dziękuję Oli i wydawnictwu Książkowe Klimaty.

Źródła:
[1] http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,96856,16058321,Lena_Kitsopoulou__Ludzie_plotkuja__ja_slucham.html
[2] http://www.wroclaw.pl/w-domu-z-czekolady-rozmowa-z-grecka-pisarka-lena-kitsopoulou

Fot. Spapax / Foter.com / CC BY-NC

środa, 18 marca 2015

Starannie i sterylnie o Nabokovie – „Ukryta historia Vladimira Nabokova”, Andrea Pitzer

Jeśli chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o Nabokovie, nie o Nabokovie-autorze ale o Nabokovie-człowieku, o tym, jak był postrzegany przez przyjaciół, jakie miał relacje z rodziną, jak żył i jak tworzył – to nie jest książka dla was.

Andrea Pitzer tak naprawdę nie napisała bowiem biografii. Głównym bohaterem Ukrytej historii Vladimira Nabokova uczyniła nie Nabokova, lecz politykę i historię XX wieku – oraz ich ślady w jego twórczości. On sam pozostaje niejako na uboczu, w cieniu; krótkie spodenki, siatka na motyle, tajemniczy uśmiech.

Siedmioletni Nabokov
z ukochanym ojcem.
Dla autorki ważne są właściwie tylko te elementy biografii Nabokova, które mają wagę polityczną i światopoglądową. Relacja z ojcem – tak, bo to właśnie on, wysoki urzędnik carskiej Rosji a zarazem gorliwy zwolennik demokracji, ukształtował poglądy młodego Vladimira, nauczył go otwartego myślenia i poszanowania dla odmienności. Brat Siergiej – tak, bo jego homoseksualna orientacja była dla pisarza pierwszą próbą tolerancji; reszta rodzeństwa nie zasłużyła już na tak wiele uwagi. Żona, Wiera, głównie dlatego, że była z pochodzenia Żydówką. Przyjaciel Edmund Wilson, bo mimo wzajemnej sympatii przez te wszystkie lata nie zgadzali się w kwestiach politycznych. I tak dalej.

Na próżno doszukiwać się tu jakichś soczystych opowieści z początków znajomości Vladimira i Wiery czy zza kulis ich małżeństwa (z wyjątkiem tej jednej historii o jego paryskiej kochance Irinie Guadanini, była to jednak afera na tyle głośna i znacząca, że wypadało o niej wspomnieć), obrazu relacji Nabokova z synem, ciekawych zwyczajów, dziwactw, przywar tego sławnego pisarza, wspomnień bliskich mu ludzi, listów. Czegoś bardziej osobistego. Nie jestem łowczynią bulwarowych kąsków i skandali, ale takie drobnostki też tworzą obraz opisywanej postaci, ożywiają ją i malują w ciepłych barwach. Tymczasem trudno pozbyć się wrażenia, że autorka poszła tak daleko w tym filtrowaniu świata przez politykę, że przestała postrzegać opisywane postaci jako ludzi z krwi i kości.

Sama literatura w oderwaniu od polityki też staje się tu niestety pobocznym tematem. Początek rozdziału o Lolicie, gdzie Pitzer odtwarza ze wspomnień studentów jedne z zajęć prowadzonych przez Nabokova – przypominających bardziej odgrywane według scenariusza ekscytujące spektakle niż nudne uczelniane wykłady – sprawił, że aż sobie sapnęłam z radości. „Literatura w wydaniu Nabokova była przygodą” – czytam dalej z rosnącą euforią, bo wreszcie będzie o literaturze, ale już po chwili radosne sapnięcie przeradza się w westchnienie zawodu, bo po tym krótkim, rozkosznym pasażu autorka wraca szybko do swoich ulubionych tematów. Ten piękny fragment jednak przywołuję:
Jeden ze słuchaczy wspominał, jak pewnego zimowego dnia pan profesor bez słowa wyjaśnienia starannie zaciemnił salę. Następnie zaczął zapalać światła, jedno po drugim, wykrzykując: „To jest Puszkin! To Gogol! To Czechow!”, na koniec zaś podszedł do okna, podniósł roletę i gdy światło dnia zalało pomieszczenie, zawołał: „A to jest Tołstoj!” (s. 228).
Oczywiście, jeżeli taki był zamysł autorki, jeżeli nie chciała pisać klasycznej biografii, w porządku. Dobrze, że naświetliła tę stronę biografii Nabokova, która bywa pomijana. W przeciwieństwie do większości krytyków nie mam też do niej pretensji o odważne interpretacje (czy też nadinterpretacje) jego twórczości. Bestialskie praktyki Humberta Humberta jako efekt skrzywienia psychicznego po krzywdzie, jaką wyrządziła mu historia? Brzmi wiarygodnie. (I, co ważne, nie chodzi tu o usprawiedliwianie – co zdaje się sugerować Marek Bieńczyk w swojej recenzji na łamach najnowszego numeru Książek i ostro krytykuje ten tok myślenia – ale o zrozumienie).

Doceniam też solidne opracowanie historyczne, choć trochę zaskakujące wydało mi się, że autorka tyle wysiłku włożyła w to by przekonać czytelnika, że komuniści nie byli szlachetnymi obrońcami uciemiężonego ludu, a bolszewicy mordowali ludzi. No cóż, może tylko w naszej części świata jest to tak oczywiste, za oceanem już niekoniecznie. Na tę odmienną perspektywę, która sprawia, że każdy chyba Polak, Czech czy Węgier będzie patrzył na niektóre „odkrywcze” fragmenty Ukrytej historii Vladimira Nabokova z lekkim pobłażaniem, zwraca uwagę również Bieńczyk.

Problem polega jednak na tym, że 90% czytelników sięgnie prawdopodobnie po tę książkę, spodziewając się czego innego. To rzecz napisana konsekwentnie, według zamysłu, poparta rzetelnymi badaniami i poszukiwaniami, staranna – ale i sterylna. Nie ma tu żywego Nabokova, jest tylko jego historyczny pomnik. I to trochę rozczarowuje.

***
A. Pitzer, Ukryta historia Vladimira Nabokova, wyd. Muza, Warszawa 2015.

Za podróż śladami Nabokova przez historię XX wieku dziękuję Darii i wydawnictwu Muza SA

Fotografie:
[1] Z okładki
[2] Źródło: A. Pitzer, Ukryta historia Vladimira Nabokova, wyd. Muza, Warszawa 2015.
[3] Okładka ze strony wydawnictwa Muza 

niedziela, 8 marca 2015

Pani Śmierć ma długie nogi – „Szmira”, Charles Bukowski

Szmira to list pisany znad grobu. „Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie”, mówi w nim Bukowski ustami Nicka Belane'a. Ale ta książka to coś więcej niż gorzka refleksja o życiu.

To także absurdalna do zawrotu głowy, zabawna i uszczypliwa historyjka „dedykowana złemu pisarstwu”. Jej lekkość i ironia poraża – pokażcie mi drugiego, który ciężko chory, u kresu życia był w stanie pisać z takim humorem i dystansem, pogrywać sobie ze śmiercią umieszczając ją w swojej powieści pod postacią pięknej kobiety i komplementując ją słodko: „To dopiero wyjątkowa kurwa”.

A pojawia się ona jako klientka głównego bohatera, detektywa Nicka Belane'a, zlecając mu odnalezienie Louisa-Ferdinanda Céline'a. Zacny ów literat postanowił bowiem wziąć „śmierć na kredyt” i panoszy się na ziemi już od 102 lat. W końcu „najlepsi umierają staro”.

To nie jedyny delikatnie mówiąc „dziwaczny” motyw Szmiry. Celując ostrzem ironii w popularne opowiadania kryminalne Bukowski tworzy postać detektywa w najmniejszym stopniu nie przypominającego żadnego znanego nam bohatera słynącego z rozwiązywania kryminalnych zagadek. Jego Belane to gruby, stary pierdoła, który jednak w momentach zagrożenia radzi sobie zaskakująco dobrze, na przykład z nieludzką siłą ciskając trzymaną w ręku kamerę w krocze stojącego mu na drodze oprycha, miażdżąc mu tym samym klejnoty, a następnie umykając z gracją gazeli (wszak powieściowi detektywi cudownym trafem zawsze wychodzą ze wszystkich opresji).

Generalnie jednak – woli się nie narażać. Ma to od małego:
Kiedy byłem w podstawówce, mieliśmy nauczycielkę, która zapytała: „Kim chcecie być, jak dorośniecie?”. Większość chłopaków twierdziła, że strażakami. Kretyni, przecież można się poparzyć (s. 51).
Na próżno też doszukiwać się u Belane'a wybitnych talentów, jeśli chodzi o umiejętność dedukcji. Jego repertuar działań ogranicza się właściwie do siedzenia w swoim biurze i liczenia na to, że nieoczekiwanie pojawi się ktoś lub coś, co pomoże mu rozwiązać sprawę (i – jakże zaskakujące – w końcu rzeczywiście się tak staje). Od czasu do czasu ewentualnie wpada do baru, żeby wdać się w bójkę z bandą wyrostków albo wybiera się na wyścigi konne, by przeputać resztkę skromnej zawartości swego portfela.

No i rzecz jasna pije na potęgę – bo jak inaczej wytrzymać na tym świecie? Na świecie, z którego nawet kosmici (tak tak, są tu i kosmici!) w końcu uciekają, bo „smog, morderstwa, zatrute powietrze, zatruta woda, zatruta żywność, nienawiść, beznadziejność, wszystko razem”?
Czasami martwiłem się o wątrobę, ale nigdy nie dawała mi się we znaki, nigdy nie mówiła: „Przestań, bo mnie wykończysz, a ja wykończę ciebie!”. Gdybyśmy mieli gadające wątroby, nie potrzebowalibyśmy klubów Anonimowych Alkoholików (s. 38).
Pije więc i snuje swoje niewesołe refleksje. „Oczy miałem błękitne, buty stare i nikt mnie nie kochał”. One też trochę bawią, ale to już śmiech przez łzy, bo na chwilę opada zasłona literackiej parodii i wyłania się prawdziwy Bukowski, ten rozczarowany, zmęczony, zrezygnowany.
Powinienem mieć wakacje. Oraz 5 kobiet. I wygrzebać sobie wosk z uszu. Zmienić olej w wozie. Zapomniałem, cholera, wysłać zeznania podatkowe. Od okularów, których używałem do czytania, odłamał się pałąk. Po mieszkaniu łaziły mrówki. Czas było udać się do dentysty na czyszczenie zębów. Miałem zdarte obcasy. Cierpiałem na bezsenność. Ubezpieczenie wozu mi wygasło. Za każdym razem zacinałem się przy goleniu. Nie śmiałem się od 6 lat (s. 163).
Wszyscy po prostu zbijaliśmy bąki, czekając na śmierć i zajmując się czymkolwiek, żeby wypełnić czas. Niektórzy z nas nie robili nic. Byliśmy jak warzywa. Ja również. Nie wiem, jakim byłem warzywem. Czułem się jak rzepa. Zapaliłem cygaro, zaciągnąłem się i udawałem, że wiem, co jest, kurwa, grane (s. 162).
Dlaczego nie mogłem być zwyczajnym gościem, który ogląda mecz baseballowy? I przejmuje się tylko tym, jaki będzie wynik? Dlaczego nie mogłem być kucharzem i z takim skupieniem smażyć jajecznicy, jakby nie obchodziło mnie nic więcej na świecie? Dlaczego nie mogłem być muchą wędrującą z zainteresowaniem po czyimś nadgarstku? Dlaczego nie mogłem być kogutem dziobiącym w kurniku ziarno? Dlaczego musiałem być tu? (s. 139).
Dystans dystansem, ale nikt nie jest wolny od strachu, nawet ci, którzy nie znoszą świata i uważają, że „życie niszczy człowieka, zdziera go jak podeszwę”. Dlatego sądzę, że ta literacka zabawa z piękną – i jakże miłą oraz pomocną – Panią Śmiercią w roli głównej oraz sprowadzenie umierania do dziwnego żartu (Czerwony Wróbel) to był jego sposób na oswojenie się z tym, co przyjdzie.

Zazdroszczę mu tego końca. To chyba najpiękniejszy sposób odchodzenia, jaki można sobie wymarzyć. Zachować twarz do ostatniej chwili i zostawić po sobie powieść tak doskonałą, tak niesamowicie zabawną, tak cudownie prześmiewczą, trzeźwą [sic!], ironiczną, w której Dante i Fante robią za tępych osiłków, Pani Śmierć przez trzydzieści lat ugania się za Célinem, a w tle kręci się typek o znamiennym nazwisku Al Ed Upek i przypominający szczeciniaste węże kosmici. Zazdroszczę – i kłaniam się w pas.
- Napij się jeszcze z nami – powiedziała Pani Śmierć. – Życie jest krótkie.
***
Ch. Bukowski, Szmira, przeł. Tomasz Mirkowicz, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2014.

Za ukazanie mi nowego – ale równie znakomitego! – oblicza Buka dziękuję pani Joannie i Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc.

Fotografie:
[1] Ben Oh / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] Okładka ze strony wydawnictwa Noir Sur Blanc
[3] gibridehome / Foter.com / CC BY-NC
[4] Thomas Hawk / Foter.com / CC BY-NC

czwartek, 5 marca 2015

Sztuka literackiej chemii
– „Przejrzystość rzeczy”, Vladimir Nabokov

Pisarstwo Nabokova to fenomen, o którym można chyba rozprawiać latami. Sztab literaturoznawców brał je pod lupę i rozkładał na czynniki pierwsze, i może poznali trochę ten niewiarygodny mechanizm, ale ja wolę po prostu podziwiać efekty. Zastanawiać się, jak to się dzieje, że jest taki konkretny, oschły wręcz, a zarazem tyle u niego poezji.

Co za niesamowite wyczucie słowa! Tam, gdzie inni błądzą jak pośród mokradeł, w pocie czoła szukają odpowiednich określeń, tam on ślizga się po papierze lekko jak mistrz jazdy figurowej. Tyle w tym lekkości. A zarazem i sztywnego planu, bo przecież od początku stało za tym solidne rusztowanie, budował od podstaw, pracowicie jak mrówka, bez jednego fałszywego tonu, bez jednej niepotrzebnej cegiełki. Pachnie paradoksem! A on jednak jakoś to godzi.

Kiedyś wyczytałam w jego wykładach o literaturze – i nie zgodziłam się, do dziś nie potrafię się z tym zgodzić – że największym błędem czytelnika jest utożsamić się z bohaterem. Dystans najwyraźniej obowiązuje też autora, bo Nabokov względem takiego Persona jest tak chłodny, jak ojciec wobec syna, który nie spełnił jego oczekiwań. Kpi sobie z niego, naśmiewa się z jego głupoty i nawet kiedy pisze „mój poczciwy Hugh” nie wyczuwa się w tym żadnego ciepła.

Cały świat przedstawiony jest dla niego jak stół doświadczalny, a on pochyla się nad nim marszcząc brwi. Choć jego proza zachwyca, nie ma on w sobie nic z wizjonera, z poety w uniesieniu, raczej jest jak badacz cierpliwie warzący swoje literackie mikstury. Jaki jest ich skład? Jak uzyskał takie a nie inne działanie, kolor, aromat? Oto zadanie dla czytelnika-odkrywcy, czytelnika-badacza, czytelnika-analityka.

Nie jestem na tyle biegła w dziedzinie literackiej chemii analitycznej, żeby rozgryzać te sekretne formuły. Pozostawiam to innym i z zachwytem czytam o tym co odkryli, o tych wszystkich warstwach i pokładach znaczeń, tak jak zachwycałam się tym, co sam Nabokov odnalazł w Ulissesie. To dzięki niemu zrozumiałam, na czym polega geniusz Joyce'a. I chylę czoła przed nimi obydwoma.

O co chodzi z „przejrzystością rzeczy” (czy też, zgodnie z nowszym tłumaczeniem Jolanty Kozak, „przezroczystymi przedmiotami”)? O to, że każdy obiekt materialny – czy to przedmiot, czy człowiek – jest mniej lub bardziej przezroczysty i można dostrzec przez niego jego historię.
Zarówno naturalną, jak i sztuczną materię pokrywa niby werniksem cienka warstwa aktualnej rzeczywistości i ten, kto pragnie pozostać w obecnym „teraz”, z naszym „teraz”, na wierzchu tego „teraz” za nic nie powinien naruszać błony otaczającej daną chwilę. W przeciwnym razie niedoświadczony cudotwórca ani się obejrzy, jak zamiast chodzić po wodzie znajdzie się w głębinie wśród zdumionych ryb (s. 17).
Cała powieść to nic innego jak badanie głębin, w których niczym zdumione ryby unoszą się wspomnienia Persona. Mamy tu motyw utraconego ojca, dziwną i zakończoną tragicznie, ale i absurdalnie historię miłosną, wreszcie – postać pisarza, który przypomina samego Nabokova, a gdzieś w tle pobrzmiewa wciąż wątek romansu z nieletnią rodem z Lolity.

Jak mówiłam – nie mnie rozszyfrowywać fabularne zawiłości, szukać rozwiązań podsuwanych przez podstępnego autora zagadek i omijać zastawione przez niego pułapki. Zdaję się na innych. A sama skupię się po prostu na przyjemności, jaka płynie z pochłaniania kolejnych zdań, z których niemal każde jest małym dziełem sztuki. Zobaczcie na przykład, jak u Nabokova wygląda akt podnoszenia się z leżaka w wykonaniu pewnej otyłej damy:
Mogła dźwignąć swoje oporne, korpulentne ciało jedynie przy wykonaniu małego, ale precyzyjnego skrętu: aby ten skręt wykonać, musiała najpierw w głębokim skupieniu zastanowić się, jak oszukać prawo ciążenia, potem czekać spokojnie, aż w niej coś zaskoczy i wtedy właściwy ruch następował jak cud kichnięcia. Leżała więc na leżaku nieruchomo i jakby przyczajona, a jej pierś i liliowe łuki czoła nad poczernionymi brwiami okrywał pot bohatera (s. 50).
Albo reakcja Armandy (a właściwie jej stopy) na komplement Persona:
- Wyglądasz jak pierwsza dziewczyna na księżycu – powiedział wskazując na jej buty; i gdyby nie obejmowały stóp tak ciasno, to poruszałaby palcami w butach, jak robi kobieta, kiedy jej obuwie staje się tematem pochlebnych uwag (uśmiechnięte palce imitują układ ust) (s. 69).
Albo... A zresztą, sami spróbujcie tej chemii!

***
V. Nabokov, Przejrzystość rzeczy, przeł. Ariadna Demkowska-Bohdziewicz, wyd. PIW, Warszawa 1982.

Fotografie:
[1] thefost / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] interrobang / Foter.com / CC BY-NC
[3] własna :)

niedziela, 1 marca 2015

Krótkie spięcia pod czarnym niebem
– „Cisza w Pradze”, Jaroslav Rudiš

Cisza w Pradze to kolejny dowód na to, że Jaroslav Rudiš nie należy do pisarzy, którzy koloryzują. Jego proza jest ostra jak brzytwa, bolesna, pulsująca jak rana, przeszywająco smutna. Jest jak kawa parzona przez Petra, jednego z bohaterów – „gorzka, ale prawdziwa”. Jednocześnie, w dzisiejszej niespokojnej atmosferze politycznej – mimo że powstała dobre kilka lat temu, w 2007 roku – wydaje się jakąś niepokojącą przepowiednią, powoli lecz konsekwentnie dążącą do realizacji. Ten proroczy głos wwierca się w głowę i nie daje o sobie zapomnieć.

Podobnie jak w innych książkach tego autora, realia społeczne i polityczne poznajemy za pośrednictwem jednostek. Te jednostki to piątka ludzi zamieszkałych w Pradze, piątka indywidualistów, inaczej patrzących na świat i czego innego od niego oczekujących – istna mozaika pragnień i obaw. Jest zbuntowana nastolatka z rozbitej rodziny (która bardzo przypomina mi Nancy z Końca punku w Helsinkach, mimo że czasy są zupełnie inne), zrezygnowany tramwajarz żyjący utraconą miłością (stanowiącą niemalże współczesną realizację historii Marzyciela i Nastieńki z Białych nocy Dostojewskiego!), imigrant ze Stanów, który martwi się o brata walczącego w Iraku i cierpi na dziwne ataki strachu, dyplomatka tęskniąca za studencką wolnością spod znaku wygodnych trampek i wieczorów przy winie w akademiku oraz podstarzały wdowiec, którego obsesją jest uciszyć to ogromne i hałaśliwe niczym wielki rój pszczół miasto.

To cholernie smutna książka, bo każdy jej bohater jest na swój sposób skrzywdzony i nieszczęśliwy. Żyją obok siebie, w tym milionowym mieście, mijają się, patrzą na siebie, idą dalej; jeśli już dochodzi między nimi do kontaktu, to jest on krótki ale gwałtowny, niczym spięcie – lądują razem w łóżku albo dają sobie po mordzie. „Miłość” wygląda tak:
Kiedy się odwrócił, stała w drzwiach. Była całkiem naga. Naga, młoda i piękna. Petr przez krótką chwilę pomyślał, że mógłby z nią być. Że chciałby z nią chodzić. Imprezować. Pieprzyć się. Choćby przez sto nocy. Po czym uświadomił sobie, że nawet nie wie, ile ona ma lat (s. 19).
Wytartą formułkę „i żyli długo i szczęśliwie” zastąpiło tutaj lakoniczne „kiedyś. jakoś. może”. Miłość nie ma prawa bytu, jest wyrafinowaną formą masochizmu, jest jak narkotyk – nie można się jej oprzeć, nawet jeśli się wie, że nic z tego nie wyjdzie... Małżeństwo? OK, ale z dość smutnych pobudek – bo już się nie chce dalej szukać. Bo jak nie teraz, to pewnie nigdy.

Szczególnym przypadkiem jest Vladimír, któremu jednak ubóstwianą żonę zabrała śmierć. Załamany, zamyka się we własnym świecie i swoją nienawiść skupia na dźwiękach – tych, którymi ludzie wokół niego odgradzają się od rzeczywistości, zagłuszają własne myśli, zatruwają się każdego dnia, wiecznie ze słuchawkami w uszach, wiecznie za szczelnym murem hałasu.
Po śmierci żony narzekał na nieustanne buczenie i walenie w głowie, na niekończące się dzwonienie w uszach i że czasem słyszy to, czego nie słyszy nikt inny. Głosy tego, co przychodzi i odchodzi. Głosy ludzi. Głosy miasta. Jęczącego miasta (…). Hałas jest wszystkiemu winien. Harmider. Wrzawa. Raban. Jazgot, w którym chowają się ludzie, bo sami siebie się boją. Jazgot, w który dobrowolnie uciekają. Jazgot, który ich porywa i niszczy, jednego po drugim, bez tego, żeby to sobie uświadomili. Epidemia jazgotu (s. 93).
Jego obsesja ciszy i donkiszotowska walka z „mafią huku” sprawia, że robi wrażenie obłąkanego, a jego życie to raczej wegetacja, ale z drugiej strony – towarzysząca bohaterom muzyka, synonim wolności, też jakoś nie kojarzy się jednoznacznie ze szczęściem. Może symbolizuje życie, przypominające szaleńczą jazdę na karuzeli, gdzie po chwilach przyjemności zawsze następuje nieprzyjemny zawrót głowy? Jak rozumieć pojawiające się tu stwierdzenie „wolność to możliwość izolacji”? Czy jest jakaś „słuszna” ścieżka, czy wszystkie prowadzą na manowce? Cisza jako wartość uświęcona, łącząca z absolutem, cudowna i straszna zarazem, czy muzyka jako jeden ze sposobów nawiązywania kontaktu, dzielenia się odczuciami?

Nic tu nie jest jasne i jednoznaczne, a w świecie Rudiša nie ma szczęśliwych zakończeń. Nie jest nim na pewno domek z ogródkiem, tak kuriozalny na tle szarej, zmęczonej falą turystów, „spoconej, śmierdzącej muzeum” i odrażającej Pragi – zupełnie innej niż ta, którą znamy z pocztówek, bajek i legend. Nie może nim być również ciasne, zagracone mieszkanko z poszarzałymi firankami i wytartą wersalką, mimo że na swój sposób nęci swojskością – bo czy ktoś przy zdrowych zmysłach mógłby marzyć o czymś takim? Ale nie jest nim też elegancki drogi apartament pełen drogich przedmiotów – Hana ucieka z niego gdzieś na Letną, ponad miasto, by tam popijać lurowatą kawę z plastikowego kubka, czytać Księgę niepokoju i wsłuchiwać się w siebie.

Ostatecznie niektórzy z bohaterów poznają wartość ciszy, męczeńska misja Vladimíra odnosi więc pewien skutek, ale nad Pragą – i nie tylko nad Pragą – gromadzą się wciąż czarne chmury. Spychamy je na margines świadomości, niczym Hana odwracamy wzrok od krwawych obrazów wojny na ekranach telewizorów, co jednak, jeżeli rzeczywiście żyjemy póki co jedynie w „szczęśliwej europejskiej minucie”? Co byśmy zrobili, gdybyśmy musieli teraz nagle wygrzebać się z ciepłych kokonów własnych potrzeb i zmartwień i stanąć oko w oko z czymś wielkim – jak wojna?
Ciekawe, co zrobi, jak ulice Pragi zaleją wąsaci mężczyźni z materiałami wybuchowymi wokół pasa? Na razie jest spokojna. Być może ta możliwość nigdy nie wpadła jej do głowy. Wojna jest daleko, skryta gdzieś na końcu świata, na końcu telewizyjnych wiadomości. Ale Vladimír słyszy, że jest blisko (s. 156).
***
J. Rudiš, Cisza w Pradze, przeł. Katarzyna Dudzic, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2014.

Za kolejne spotkanie z twórczością najciekawszego moim zdaniem współczesnego pisarza czeskiego dziękuję Oli oraz wydawnictwu Książkowe Klimaty.

Fotografie:
[1] uruque / Foter.com / CC BY-NC-SA
[2] Okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty
[3] D Simmonds / Foter.com / CC BY-ND
[4] pavelm / Foter.com / CC BY-NC-SA
[5] bananeman / Foter.com / CC BY-NC-SA