sobota, 25 kwietnia 2015

Niebiańska goryczka – „Godzina w niebie”, Miroslav Sehnal, Břetislav Uhlář

Czytanie Godziny w niebie jest jak jedzenie dziwacznej, złożonej z na pozór absurdalnie dobranych składników potrawy. Pozostając w czeskich klimatach – niech to będzie tradycyjna svíčková na smetaně, kawał wołowego mięska w śmietanowo-warzywnym sosie, z kupką bitej śmietany i plasterkiem kwaśno-gorzkiej cytryny tudzież pomarańczy.

Pierwszy, drugi, trzeci kęs – pycha, lekko słodki sos w połączeniu z wołowiną intryguje, a jak się jeszcze do tego zagryzie knedlikiem i zapije chłodnym piwkiem, to robi się już całkiem fajnie. I takie były też pierwsze strony Godziny, w której lekko oderwany od rzeczywistości rozwodnik zabiera nas ze sobą do swojego małego raju – miasteczka Oder na Morawach. Środek zimy, a bohater z podziwu godną determinacją brnie przez śniegi do wspomnianej mieściny, by na życzenie córki spędzić sylwestra z dawno utraconą rodziną. Lektura szybko wciąga i niewinny początek zapowiada typową, odrobinę tragikomiczną, ale zarazem sielską czeską historyjkę.

Anielskie motywy w opowieści bohatera są jak ta kupka białej śmietany, która nie do końca pasuje do ciężkiego mięsa i gęstego sosu. Nietypowy przybysz myli miejscowego czubka z biblijnym Azraelem, a lekko wulgarną postać miejscowej karczmarki ubiera natychmiast w anielską aureolę. Szybko przekonujemy się, jak bardzo jego sentymentalny sposób widzenia świata różni się od zdroworozsądkowego spojrzenia tubylców, i w tym momencie śmietankowa słodycz przełamana zostaje kwaśną pomarańczową rzeczywistością.

Niebiańska barmanka specjalizuje się bowiem w erotycznych bonusach, osobnik napotkany pośród zasp poświęcił życie polowaniu na gawrony, a zbiór miejscowych osobliwości zasilają jeszcze sprzedawca pieczarek poszukujący zawzięcie legendarnej Bursztynowej Komnaty i „prostacka czarownica” Jitusz, która jakimś tajemnym sposobem owinęła sobie wokół palca eleganckiego Lubosza. Całe to towarzystwo ma z niebem tak mało wspólnego, jak to tylko możliwe.

Kwaśny posmak utrzymuje się, gdy wraz z narratorem wkraczamy do domu jego byłej żony. O ile bowiem córka i zięć-prostak witają go z entuzjazmem, dawna ukochana – wyśniony ideał, jakim wciąż pozostaje dla biednego narratora jego dawna małżonka – zachowuje chłodną rezerwę, a syn wita gościa otwartą wrogością.

Przez całą, nie tak znowu długą, książeczkę autor buduje kolejne iluzje i je burzy. Wraz z narratorem szybko pozbywamy się anielskich złudzeń, ale to, co dostrzegamy w tym pierwszym momencie otrzeźwienia, jest tylko kolejnym złudzeniem. Prawda boli i kryje się za zaciągniętymi szczelnie zasłonami. Scena brutalnego seksu czy prawdziwa przyczyna obsesji łowcy gawronów sprawiają, że w końcówce historii czujemy już tylko pomarańczową gorycz. I więcej tu tragizmu niż komizmu, więcej beznadziejnego i smutnego marzenia niż bajkowego „dreams come true”.

Miroslav Sehnal i Břetislav Uhlář – autorzy :).
Naszpikowany erotycznymi smaczkami poemat Uhlářa wydaje się luźno związany z historyjką Sehnala, choć utrzymuje i podkreśla szary, gorzkawy nastrój końcówki opowieści. Pewien niespełniony Casanova zwierza się w nim ze swoich problemów z kobietami i wspomina dziadka – mistrza w sztuce śpiewu operowego i w sztuce uwodzenia. Obok sentymentalnych nut pojawiają się tu filuterne lubieżne żarciki, a nad wszystkim unosi się hrabalowski duch (i nie przekonacie mnie, że się mylę – „łono fiołkami pokryte”, motywy kolejowe i „młodszy samobójca” to dla mnie tropy aż nazbyt oczywiste!).

Polecam wszystkim, którzy mają ochotę na coś czeskiego z odrobiną przekory. A potem spróbujcie svíčkovej i dajcie znać, czy to była trafna analogia :).

Swoją drogą zastanawiam się, skąd u Czechów tak wielkie zamiłowanie do anielskich klimatów. Do Boga im nie po drodze, ale anioły stale gdzieś się w tle przewijają...

***
M. Sehnal, B. Uhlář, Godzina w niebie, tłum. Jan Stachowski, Krzysztof Lisowski, wyd. Afera, Wrocław 2015.

Za słodko-gorzką, przekornie czeską wizję świata dwóch panów z Ostrawy dziękuję pani Julii i wydawnictwu Afera.

Fotografie:
[1] Gwyrosydd / Foter.com / CC BY
[2], [3] www.wydawnictwoafera.pl

niedziela, 12 kwietnia 2015

Hej, palą ci się listy! czyli „Listonosz” Charlesa Bukowskiego

http://literackie-skarby.blogspot.com/
W swym powieściowym debiucie Bukowski opisuje kilkanaście lat doświadczeń z pracy na poczcie, a jego przygody w tej szacownej instytucji przypominają do złudzenia utyskiwania dzisiejszych niewolników korporacji.

Dwunastogodzinny dzień pracy o głodzie, monotonia powtarzanych czynności, tysiące informacji wbijanych na pamięć do głowy, absurdalne normy regulujące czas wykonywania każdej operacji i przełożeni-sadyści – oto przyjemności, jakich doświadczają śmiałkowie porywający się na pracę w urzędzie pocztowym.
Albo miękli, albo tyli, potwornie, zwłaszcza na tyłkach i brzuchach. Powodem był siedzący tryb pracy, te same ruchy i te same rozmowy. I tam właśnie tkwiłem, z zawrotami głowy, bólem w ramionach, karku, klatce piersiowej, całym ciele. Spałem cały dzień, wypoczywając przed pracą. W weekendy musiałem pić, żeby o niej zapomnieć (s. 211).
Ale to tylko jedna strona medalu, w dodatku strona, którą prezentuje nam gagatek w niczym nie przypominający wzorowego pracownika. Trudno traktować poważnie jego wstrząsającą wizję pracy w amerykańskiej poczcie, czytając zaraz potem, jak to popiół z cygara spadł mu na sortowane właśnie listy i cały jego wózek poszedł z dymem (swoją drogą opis tej sceny jest absolutnie doskonały, od początkowego „Hej, palą ci się listy!” poprzez jakże elokwentną reakcję „O kurwa!” aż po „Musiałem ratować pocztę Stanów Zjednoczonych, niezamówione przesyłki reklamowe czwartej klasy!”). Chinaski nie jest typem gotowym poprowadzić udręczony urzędniczy lud na barykady, a o Listonoszu nie sposób pisać jak o poważnej krytyce systemu; to po prostu ironiczna opowieść osadzona w takich a nie innych realiach.

Już w tej pierwszej powieści Bukowskiego ujawnia się jego niepowtarzalna bezpretensjonalność, to „on po prostu stuka na maszynie”, to „Może napiszę powieść – pomyślałem. A potem to zrobiłem”. Nie sili się na cokolwiek, nie udziwnia, nie dramatyzuje, ale ma przecież talent, bo pisze płynnie, lekko i dowcipnie, i czyta się go po prostu świetnie. Nawet kiedy funduje czytelnikowi wątpliwą przyjemność zagłębienia się w szczegóły jego fizjologii:
Potem poszedłem do łazienki i zwymiotowałem. Skończywszy, przytknąłem twarz do lustra. Na całej powierzchni skóry sterczały długie czarne włosy. Nagle musiałem usiąść i się wysrać. Zrobiłem porządną, piekącą kupę (s. 229).
Lubię to jego trzeźwe i beznamiętne spojrzenie na świat, to lapidarne „Fay była w ciąży” i narodziny jego córki wciśnięte gdzieś między ósmego a dziewiątego drinka. Są tu jednak i momenty, kiedy się z tej narracji wyłamuje, wtrącając okruszynę swojej smutnej poezji, bo to w końcu przede wszystkim cholernie smutny facet. (Nie potrafię się pozbyć wizji jego osoby z jednego z moich snów – tak, to już ten poziom obsesji, spotykam się z nim w snach! – wizji starego człowieka, który płacze).

Jest tu więc historia poczciwego listonosza G.G., który niczym wierny, stary koń został w końcu zamęczony przez urząd pocztowy, i historia zapitej na śmierć kochanki Chinaskiego, na której pogrzebie stawiły się tylko trzy osoby. I chociaż wydawałoby się, że dla Chinaskiego/Bukowskiego każdy człowiek jest złem koniecznym, to we fragmentach tych ukazuje zaskakująco współczującą twarz – twarz człowieka, który dosięgnął dna i dlatego wszystko rozumie. Dzięki tym prześwitom powstaje niepowtarzalna słodko-gorzka mieszanka – pierwszorzędny humor, ironia, groteska obok przejmującej nędzy życia (poczytajcie o innym, który tak świetnie potrafił te dwa żywioły łączyć – o Erskinie Caldwellu).

W tle przewijają się oczywiście kobiety. Nienasycone, okrutne, kapryśne, czasem nieznośne, ale to nie on je zostawia, one same przychodzą i odchodzą, jak koty. Zostaje sam, ze szklanką whisky w dłoni w ciepłą kalifornijską noc.

***
Ch. Bukowski, Listonosz, przeł. Marek Fedyszak, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2015.

Za przygody Henry'ego Chinaskiego w amerykańskiej poczcie dziękuję pani Joannie i Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc.

Inne książki Bukowskiego na Literackich skarbach:
Kobiety

Fot. Smithsonian Institution / Foter.com

środa, 8 kwietnia 2015

Współczesna bajka z magdalenką w tle
– „Kolekcjonerka perfum”, Kathleen Tessaro + konkurs!

Sięgnęłam po tę książkę, mając jeszcze wciąż w pamięci inną powieść Tessaro, Niewinność, która – choć wpadła mi w ręce zupełnie przypadkiem – zrobiła na mnie kilka lat temu ogromne wrażenie. Historia młodziutkiej aktoreczki Evie Garlick uderzyła mnie autentycznością i kazała zastanowić się nad samą sobą, ale mój zachwyt wynikał głównie z tego, że była to właściwa lektura we właściwym czasie – sama książka wybitna nie była. Dlatego biorąc do ręki Kolekcjonerkę perfum nie spodziewałam się fajerwerków.

I rzeczywiście ich nie było. Ale rozczarowana nie jestem. Dostałam dokładnie to, czego się spodziewałam – lekką współczesną bajkę, nieźle napisaną mieszankę powieści obyczajowej, romansu i historii detektywistycznej. Evie Garlick tej powieści nazywa się Grace Munroe, jest trochę bardziej dorosła, trochę mniej naiwna i zamiast szkoły aktorskiej ma rolę efektownej ozdoby przy boku swego męża. Podobnie jak bohaterka Niewinności marzy o lepszym życiu i podobnie jak tamta niczym współczesny Kopciuszek otrzymuje zaproszenie do nieznanego jej, ekscytującego świata. Tym razem jednak do świata tego nie wciąga jej narkotyzujący się rockman, ale tajemnicza francuska opiekunka (dobra wróżka) i przystojny, elegancki prawnik, nie pozbawiony przy tym – jak na Francuza przystało – pewnej dozy romantyczności i buńczucznej fantazji (inne czasy, inne standardy, inni książęta).

Autorka snuje historię na dwóch płaszczyznach czasowych, w końcówce lat 20. i w latach 50. Łączy je tajemnica z przeszłości i tutaj pojawia się wątek detektywistyczny, który niestety trochę kuleje – rozwiązanie zagadki zupełnie nie zaskakuje. Cała historia Grace, czyli ta bardziej współczesna, wydaje się schematyczna i dość płaska – zaniedbana przez męża młoda kobieta przyjeżdża do Paryża, miasta miłości i rozpusty, by wyjaśnić sprawę tajemniczego spadku, i przy okazji otrzymuje czarującego francuskiego przewodnika, który pomaga jej odnaleźć siebie, wyzwolić się z ograniczeń i zacząć postrzegać świat zmysłami. Wszystko zbudowane na stereotypie sztywnej i zasadniczej Anglii oraz wyzwolonej, fantazyjnej i lekko hedonistycznej Francji, ale niech będzie – w końcu autorka sama długo mieszkała w Londynie i na temat natury Brytyjczyków i Francuzów wie na pewno więcej niż ja.

Tym, co zdecydowanie ratuje Kolekcjonerkę w moich oczach, jest wątek Evy d'Orsay (fascynująca i zagadkowa postać!) oraz perfum. Podobał mi się proustowski motyw powrotu do przeszłości za pośrednictwem zapachów – doświadczenie, które zna chyba każdy z nas. Wystarczy jedna subtelna nuta by przenieść nas do jakiegoś momentu i miejsca z przeszłości, przy czym każdy ma swoją własną magdalenkę, dlatego tak bardzo pociąga mnie pomysł tworzenia perfum na zamówienie, dla konkretnej osoby. Wyobrażam sobie tę euforię Evy, gdy wciągała w nozdrza zapach burzy i wilgotnej wełny zamknięty we flakoniku specjalnie dla niej przez Valmonta (jak pięknie, że ten czarodziej zapachów nazywa się tak samo jak bohater Choderlosa de Laclosa!).

Kilka szczegółów, takich jak perfumy, historia brzydkiego kaczątka, które odmieniło swój los i motyw kolaboracji z Niemcami podczas okupacji Paryża, naprowadziło mnie na ścieżkę interpretacyjną Eva d'Orsay – Coco Chanel. Czy mogła to być postać w pewnym stopniu wzorowana na słynnej dyktatorce mody? Nigdzie nie znalazłam żadnych informacji na potwierdzenie swoich podejrzeń, ale myślę, że to ciekawy trop.

Tessaro w pięknym stylu przenosi nas do pełnego oszałamiających zapachów Paryża, do eleganckich hoteli, luksusowych kurortów, nieprzyzwoicie wystawnych apartamentów. Drogi alkohol leje się strumieniami, lśni cenna biżuteria, szeleszczą pachnące suknie dam i jedwabna pościel... Ellen Prentiss Campbell na łamach Fiction Writers Review pisze, że Kolekcjonerka perfum powinna być czytana „w łóżku, wśród poduszek, pod plażowym parasolem lub w wannie”, ale mimo że nie oddawałam się tej lekturze w tak luksusowych warunkach, sprawiła mi sporą przyjemność. Mogę więc z czystym sumieniem napisać, że najnowsza powieść Kathleen Tessaro to stylowe, urokliwe i odprężające czytadło.


***
K. Tessaro, Kolekcjonerka perfum, przeł. Elżbieta McIver, wyd. Muza SA, Warszawa 2014.

Za odprężającą współczesną bajkę w pachnącej paryskiej scenerii dziękuję Darii i wydawnictwu Muza SA.

***
KSIĄŻKA DO WZIĘCIA!

Jeden świeżutki i pachnący egzemplarz Kolekcjonerki perfum, ktoś reflektuje? Wystarczy odpowiedzieć na pytanie: Jaki jest twój ulubiony zapach i dlaczego? Przy czym bardziej niż ulubione perfumy interesują mnie odpowiedzi z życia, zapachy przywołujące wspomnienia, Wasze własne magdalenki. Odpowiedzi można wysyłać na adres lit.skarby.swiata.calego@gmail do 14 kwietnia. Zapraszam!

Fotografie:
[1] Philip Ed / Foter.com / CC BY-NC
[2] april-mo / Foter.com / CC BY-NC-SA
[3] Okładka książki ze strony wydawnictwa Muza

piątek, 3 kwietnia 2015

Bestia Praga, czyli o prozie Danieli Hodrovej

W komorze pewnego domu przy Cmentarzu Olszańskim w Pradze mieszka wraz z babcią i dziadkiem młoda Żydówka, Alicja Dawidowiczówna. Czeka na swego ukochanego, Pawła Santnera, który właśnie dziś ma przyjść się oświadczyć. Z tej okazji dziadek cierpliwie obiera cebule, z których babcia ugotuje odświętną zupę. Już niedługo, lada chwila przyjdzie, zapewnia babcia, a Alicja niecierpliwi się, jest w końcu młoda, pełna nadziei i oczekiwania, spragniona miłości. Dopiero wchodzi w życie.

A jeśli jednak nie? A jeśli Paweł Santner nigdy nie przyjdzie, ale mimo to Alicja będzie go wypatrywać w nieskończoność, bo jest już martwa i nic innego jej nie pozostaje? Co, jeśli i dziadek z babcią już od dawna nie żyją, lecz nie zniknęli zupełnie, a na wieki zamknięci są w swojej komorze, wraz z duchem zabitego w czasie rewolucji Niemca? Co, jeśli trafiliśmy do świata, w którym nie wiadomo, kto jest martwy a kto nie, bo umarli „żyją” wciąż gdzieś obok, i każdego dnia zaczynają wszystko od nowa, i na zawsze tkwią w tym więzieniu zaklętego czasu?

Cmentarz Olszański – miejsce, gdzie spotykają się żywi i umarli [2].
W prozie Danieli Hodrovej roi się od takich niespodzianek. Jeśli sięgniecie po jej twórczość, będzie to na pewno jedno z najbardziej zaskakujących doświadczeń czytelniczych w waszym życiu. Bo Hodrová nie zamierza spokojnie stać z boku, wprowadzając was w swoją historię. Będzie bezceremonialnie wkraczać do swojej opowieści, krążyć wśród bohaterów lub wcielać się w nich, machać do was spomiędzy linijek i wołać „tutaj jestem, to ja, Daniela Hodrová!”. Nie da wam zapomnieć o tym, że jej powieść to tylko powieść – iluzja rzeczywistości.

Zaskoczy was też jej świat, tak inny od światów, z którymi czytelnik spotyka się na co dzień. Świat plastyczny, tajemniczy, w którym martwi są wciąż na swój sposób żywi. Własne życie mają tu też przedmioty – autorka daje im głos, sprawia, że mają własne myśli i pragnienia, jak u Schulza (i jest tu nawet pewien ożywiony manekin, Kajn).
„Gdyby tak być kamiennym aniołem – wzdycha Alicja Davidoviczówna, kiedy przechodzi koło grobowca, w którym mieszka pan Turek – taki anioł nie ma wspomnień ani nadziei, tylko przemija i rozpada się, kamień jest martwy”. Melancholijny Anioł śmieje się z naiwności Alicji. Że niby on przemija i rozpada się? Że niby kamień jest całkiem martwy? Gdyby tylko Alicja domyślała się, jak wszystko w nim pracuje na przemianę, jak powoli się budzi, ach, niestety, bardzo powoli. Ale kiedyś nadejdzie dzień, być może jest już blisko, kiedy wszyscy cmentarni aniołowie, śniący swój kamienny cmentarny sen, ożyją, zejdą z nagrobków i opuszczą morową winnicę. W ten sam dzień ożyją też wszystkie manekiny krawieckie. Kiedyś wreszcie... (s. 116).
To też świat, którym rządzi cykliczność. Hodrová snuje swoją opowieść, zataczając koła w przestrzeni i czasie. Obsesyjnie wraca do pewnych motywów, jej tekst rozrasta się jak nowotworowa tkanka, rozgałęzia się i zmierza w nieoczekiwanym kierunku, ale zawsze wraca do korzeni, do pewnych stałych motywów.

Żyje już tylko na zdjęciu? [3]
Przerażająca powtarzalność dotyczy życia pośmiertnego, które jest ciągłym wracaniem do tych samych miejsc i najważniejszych momentów, ale również, w szerszym kontekście, historii. Niewidzialna klamra łączy stracenie Jana Husa, egzekucję 27 czeskich panów po bitwie na Białej Górze i samospalenie Jana Palacha. Tam, gdzie kiedyś twardo rządzili Habsburgowie, tam kilkaset lat później z butami wkroczyli Niemcy, a następnie na kilka dekad swą ciężką rękę położyli komuniści.

To wszystko wciąż powraca, historia czai się za każdym rogiem, w każdym ciemnym zaułku, w szczelinach starych murów. Praga Hodrovej nie jest złota, nie jest miastem dobrych królów i fascynujących alchemików, ani tym bardziej kolorową mekką turystów, ale miastem wrogim, mrocznym – bestią. Roi się tam od pokutujących umarłych, klątw, złych czarów. To miasto utrapienia, città dolente, jak w Boskiej komedii Dantego.

Nie sposób tam żyć, nie czując tego oddechu historii. Alicja Dawidowiczówna niejako sama wkroczyła do życia Hodrovej – pisarka jako dziecko mieszkała w domu, z którego okna młoda Żydówka rzuciła się, aby uniknąć transportu do obozu. Powieściowy pan Turek, Żyd ukrywający się w czasie wojny w jednym z grobowców na Cmentarzu Olszańskim, ponoć też istniał naprawdę. Nie mówiąc o czeskich działaczach odrodzeniowych, którzy w utworze Hodrovej nawet po śmierci nie ustają w dyskusjach i drżą, gdy czują nadciągające znów nad czeską ziemię czarne chmury.

Proza Hodrovej to fascynująca mieszanka czeskich i żydowskich legend, motywów biblijnych, zasłyszanych przez nią opowieści, własnych doświadczeń i przeżyć. A dzięki nieprawdopodobnej wyobraźni autorki i jej umiejętności budowania świata, który roi się od symboli, powstaje lektura naprawdę niezwykła. Zupełnie inna niż wszystkie.

***
Zachęcam też do przeczytania, co sądzą o twórczości Danieli Hodrovej Czechożydek i holka polka.

***
Cytat: D. Hodrová, Pod dwiema postaciami, przeł. Leszek Engelking, wyd. Fundacja Anima „Tygiel Kultury”, Łódź 2001. 
D. Hodrová, Město vidím, wyd. Euroslavica, Praga 1992.