niedziela, 30 sierpnia 2015

Knedlik kością w gardle – „Aleja Narodowa”, Jaroslav Rudiš

Národní třída jest trochę podobna do pozostałych książek Rudiša, a trochę inna. Bo choć pojawiają się w niej znów typowe dla niego motywy i przemyślenia, w żadnej innej powieści nie rozprawił się ze swoimi rodakami tak brutalnie.

Główny bohater, który chce, by nazywać go Vandamem, to taki typ, który wiecznie rwie się do bójki. Daleko mu jednak do tępego osiłka. Widzi dużo i wyczuwa drgania na pozór stabilnego gruntu pod naszymi stopami. Wie, że życie to walka, dzieje ludzkości – długa seria bitew i podbojów, pokój jest więc iluzją. I trzeba być przygotowanym, bo pewnego dnia świat znów stanie w ogniu.

Dzielny Vandam będzie wtedy bronił swojej ziemi, osiedla wznoszonego przez swego ojca, jak starożytni Rzymianie walczący w Lesie Teutoburskim, których czuje się duchowym spadkobiercą. Stanie odważnie do walki jak stanął w '89 na Alei Narodowej, zadając pierwszy cios. To jednak tylko słowa – i kiedy prawda o nim wychodzi na jaw, jego zbroja walecznego Rzymianina świeci już tylko syntetycznym blaskiem tandetnego wdzianka z balu przebierańców.

Analogowy jak jego wideo

Vandam to postać mimo wszystko trudna do oceny, podobnie jak większość bohaterów Rudiša. Ciąży na nim wspomnienie idealnego brata i wiecznie nieszczęśliwego ojca-samobójcy. Jest zagubiony, w fizycznej sile natomiast znajduje ukojenie. A prócz tego ma ten rys uroczej anachroniczności, jak Ole z Helsinek czy Petr z Ciszy w Pradze, odrzuca nowe technologie i do dziś uparcie ogląda filmy na wideo. „Jesteś martwy, jesteś analogowy” – mówi mu jego syn.

I tym samym jego historia staje się dla autora kolejnym pretekstem do krytycznego spojrzenia na naszą współczesną, pokomunistyczną rzeczywistość. Już to było, prawda? „Jeśli się nie zadłużysz, nie istniejesz”, „musisz kupować i dać się kupić”, masz być szczęśliwy, uśmiechnięty i beztroski. Bo kapitalizm jest wolnością i demokracją, nie doczekasz się nigdy niczego lepszego. A tymczasem dzieci są coraz grubsze, pół życia spędzają przed komputerem, a na pytanie o Białą Górę znajdują w telefonie odpowiednią stronę na Wikipedii. Po pięciu minutach nie pamiętają już nic.

Jaroslav Rudiš we Wrocławiu w trakcie Miesiąca Spotkań Autorskich, lipiec 2015.
Knedlikowy patriotyzm

Najważniejsza jest tu jednak czeskość, obecna już w samym tytule. Aleja Narodowa była miejscem, gdzie w trakcie Aksamitnej Rewolucji doszło do najbrutalniejszych starć policji z demonstrującą młodzieżą. „Wszyscy tam byliśmy” – mówią zgodnym chórem stali bywalcy Severki, ale jeśli nawet nie kłamią, to okazuje się, że przyszli tam za dziewczyną, która im imponowała (co bardzo przypomina mi Tchórzy) albo, co gorsza, stali po drugiej stronie barykady.

Rudiš kreśli niezwykle surowy obraz czeskiego patriotyzmu – fałszywego i komicznego, a zarazem graniczącego z nacjonalizmem, ksenofobicznego, zmierzającego w niebezpiecznym kierunku. Wymykające się raz po raz wrogie słowa pod adresem obcych są tu szybko (i bez przekonania) maskowane gorączkowymi zaklęciami: „Lubię ludzi. Kocham ludzi. Szanuję ludzi”, a gdy ktoś w ferworze zahajluje i krzyknie „Czechy dla Czechów!”, tłumaczy się czeskim humorem. Który przecież wszyscy na świecie tak kochają.

Aby uczynić ten obraz jeszcze bardziej karykaturalnym, autor odwołuje się do kulinarnych czeskich symboli, piwa i knedlo-vepřo-zelo (wraz ze „Stalingradem w żołądku”, który następuje zaraz potem). Czesi Rudiša to tchórzliwe typki, które myślą tylko o tym, żeby napchać sobie kałdun, a w knajpach równie gorliwie dyskutują o tym, czy lepszy jest budvar od pilznera i „czy w '38 powinniśmy się bronić”. Nie mają własnego zdania i zawsze we wszystkim są tylko letni: „Jesteśmy Europejczykami. Jesteśmy Antyeuropejczykami. Nie chodzimy do kościoła. Ale wierzymy w Jezuska. Zawsze jesteśmy tak pół na pół”.

Zdławieni czeskością

Znamienne, że ojciec Vandama kona w mękach właśnie z powodu knedlików i kapusty. To jeden z wielu symboli, jakich w tej książce wiele – obok wilka spotkanego nad ranem na ulicy, wiązu jako drzewa śmierci czy wizji walących się wież World Trade Center obrazujących również upadek człowieka. Bo tak jak ojciec dławi się w końcu własnymi wnętrznościami, zapchanymi czeskimi frykasami, tak czeski naród dławi się swoją tożsamością, kulturą, swoją pokracznie pojętą czeskością.

Ten dynamiczny monolog, w którym główny bohater przypadkiem obnaża wszystkie swoje narodowe przywary, to naprawdę gorzka wypowiedź Rudiša we współczesnej dyskusji o Czechach. A równocześnie niepokojące potwierdzenie krytycznych opinii Petry Hůlovej o jej rodakach oraz – choć w tym wypadku mam nadzieję że przesadzam – uwag Jiříego Menzla o groźbie odradzającego się faszyzmu. Naprawdę mocna rzecz.

***
J. Rudiš, Národní třída, wyd. Labyrint, Praga 2013.

W polskim tłumaczeniu Aleja Narodowa ukaże się w przyszłym roku.

Fotografie:
[1] Foter.com / CC BY
[2] Rafał Komorowski / Wikimedia Commons / CC BY-SA 4.0
[3] Okładka czeskiego wydania Alei Narodowej / rudis.cz 

czwartek, 27 sierpnia 2015

Czeski Literacki Sopot – relacja

Gdybym miała podsumować Literacki Sopot w dwóch zdaniach, napisałabym „Czesi wreszcie z dostępem do morza!” i „Szwejk jest be”. Bo to właśnie morze budziło największe emocje wśród czeskich gości, a Przygody dobrego wojaka Szwejka były książką, której najbardziej się dostało.
 
Czemu się dostało? Bo prostacki, bo rubaszny, bo spłyca nasze postrzeganie naszych południowych sąsiadów. Ale chociaż sama Szwejka ubóstwiam – to jest właśnie ten typ humoru, który bawi mnie do łez – nie gniewam się :). Bo było nie tylko jechanie po Szwejku, ale i mnóstwo ciekawych debat. Takich dowcipnych i na luzie, ale też poważniejszych, historyczno-politycznych. Było trochę literatury, trochę muzyki, trochę filmu... Dla każdego coś dobrego.

Czeski luz w publicznych toaletach 
 
Na początek coś lekkiego – debata na temat „Czemu kręcą nas Czesi?” z udziałem Mariusza Szczygła, Julii Różewicz i Kamy Margielskiej. Szybko okazało się, że przedstawiciele tych najbardziej „czeskich” wydawnictw dość mocno odbiegają od wizerunku, który staje nam przed oczyma na hasło „czechofil”. Szczygieł nie pije piwa, Kama Margielska nie znosi zadymionych knajp i Szwejka, a Julia Różewicz, jak się okazało, na filologię czeską trafiła przypadkiem – bo nie dostała się na angielską, a na rosyjskiej bała się cyrylicy :).

Ich miłość do Czechów nie stoi więc na pilznerze i Kreciku, ale za to wszyscy zgodnie orzekli, że kochają czeski luz, ciepłe podejście do człowieka w literaturze i fakt, że na wzór Hrabala wszyscy Czesi postanowili sobie, że życie jest piękne. Padło sporo żartów i anegdot na potwierdzenie tych słów – ponoć Polaka od Czecha odróżnić można na korytarzu już z daleka, po kroku (bo Polacy nie idą, a biegną), w Czechach na koncertach punkowych nie ma ochroniarzy (bo nie są potrzebni), a babcia klozetowa już na wejściu prostodusznie i bez obcinania się pyta, czy idziemy za małą czy za dużą potrzebą. Przy okazji pani Margielska zwierzyła się, że ma w Pradze swoją ulubioną publiczną toaletę, gdzie wszystko jest różowe :).

Jednym z poruszonych tematów była również literatura związana ze sportem – Mariusz Szczygieł mówił o reportażach sportowych Oty Pavla, które już wkrótce ukażą się nakładem Dowodów na istnienie, a Kama Margielska – o Wilimowskim Jergovicia, zaplanowanym na rok 2016 – i przy tej okazji pani z widowni przywołała Otę Filipa z jego Wniebowstąpieniem Lojzka Lapaczka ze Śląskiej Ostrawy. Doszłam do wniosku, że to wyraźny znak, by sobie wreszcie tę książkę (wspaniałą!) odświeżyć i opisać tu, bo mocno chodzi mi ostatnio po głowie.

Ci głupi Czesi według Petry Hůlovej 
 
Popołudniu tego samego dnia Petra Hůlová dzielnie opowiadała po polsku, jak zaczęła się jej fascynacja Mongolią i jak powstał Czas Czerwonych Gór. Przyznała, że choć tło jest mongolskie, problemy rodzinne bohaterów są w pewnym stopniu wzorowane na losach jej własnej rodziny. Prowadząca Magdalena Grzebałkowska zadała również wiele pytań na temat Plastikowego M3 – skąd taki pomysł na książkę (Hůlová chciała napisać powieść mocno przesiąkniętą seksem, bo ten temat wiele mówi o ludziach), gdzie autorka zasięgała informacji o życiu prostytutek (w burdelach, od samych prostytutek i od odwiedzających je facetów) i czy narratorka nie jest przypadkiem lustrem odbijającym całe czeskie społeczeństwo (nie :)).

Hůlová, jak już pewnie mieliście okazję przeczytać w sieci, mówiła też o czesko-polskich sympatiach i antypatiach. Zastanawiała się, czemu Polacy tak bardzo lubią Czechów, którzy wcale nie są otwarci i zabawni, ale ksenofobiczni, zawistni i celują raczej w czarnym humorze. Przyznała też, że nasze sympatie nie są odwzajemnione – dla Czechów Polacy są narodem cwaniaczków-handlarzy, a naszą kiełbasę i ser traktują jak synonim podłej jakości żywności. Co, jak sama uroczo stwierdziła, świadczy tylko o tym, jak są głupi, a ona osobiście Polskę bardzo lubi :).

Plany na przyszłość? Zwolnić z pisaniem, bo ponoć osiem książek przy 35 latach na karku to trochę przesada :). Choć w dzieciństwie Hůlová najbardziej chciała pracować na poczcie albo jako szewc (zapach skóry i pasty!), na razie sporo czasu poświęca swojej kawiarni Zenit (do której oficjalnie wszystkich zaprosiła, Praga, Krymská 24 :)).

Film jest jak budynek – Jiří Menzel i Petr Zelenka 
 
Wieczorem na Literackim Sopocie pojawili się giganci czeskiego kina – Jiří Menzel i Petr Zelenka. Zelenka z miejsca zaczął żartować na swój temat – że znajomi w Czechach mówią mu, że kultowy to on może być co najwyżej w takiej Polsce – na co Menzel stwierdził, że Czesi po prostu nie potrafią się poznać na tym, co poważne (i inteligentne – dodał po chwili :)). Menzel natomiast z kamienną twarzą sypał żartami przez całe spotkanie.

Ponieważ tematem spotkania był „Scenariusz jako gatunek literacki”, Menzel poświęcił kilka słów związkom literatury i filmu – doszedł do wniosku, że zrywanie tych więzów jest jednym z głównych powodów współczesnego upadku sztuki filmowej. Obydwaj zaproszeni reżyserzy ubolewali nad tym, że filmy robione są dziś na szybko i pod pewien wzór (punkty za „europejskość”), scenarzyści, zniechęceni tymi wszystkimi latami w cieniu reżyserów, zaczynają kręcić własne filmy, a reżyserowie w swoim zadufaniu sami piszą sobie scenariusze. Tymczasem, jak stwierdził Menzel, film jest trochę jak budynek – potrzebuje dobrego projektanta i dobrego budowniczego. Naprawdę dobre dzieła filmowe są efektem twórczego sporu między reżyserem a scenarzystą.

Oczywiście ten „spór”, rozumiany pozytywnie, nie ma nic wspólnego z nie prowadzącymi do niczego przepychankami i kompletną samowolką niektórych reżyserów. Zelenka był jednym z tych pomiatanych scenarzystów, którzy stracili cierpliwość i postanowili sami wziąć się za reżyserię. Przyznaje jednak, że ta decyzja bardzo nie spodobała się jego ojcu (też scenarzyście), który uważał, że praca reżysera nie jest już pracą twórczą, lecz organizacyjną. Menzel potwierdził :).

Od lewej: Petr Zelenka, tłumaczka Anna Wanik, Jiří Menzel
oraz prowadzący Zdzisław Pietrasik.
Różowo nie jest też na linii reżyser-producent. Menzel przywołał długą drogę do powstania Obsługiwałem angielskiego króla, w której nie zabrakło i rękoczynów – jednego z producentów zdarzyło mu się nawet zdzielić rózgą na festiwalu filmowym w Karlovych Varach :). Przy okazji opowiedział również trochę o współpracy z Hrabalem (albo raczej „panem Hrabalem”, jak o nim przez cały czas mówił, tak jak i Hrabal zwykł pisać o innych) – przyznał, że wspomina ją bardzo miło i naprawdę brakowało mu Hrabala przy kręceniu Angielskiego króla. Na pytanie, czy pisarz nie chciał sam zająć się robieniem filmów, Menzel odpowiedział stanowczo, że nie i że nie chciał nawet patrzeć na kręcenie filmowych scen :).

Koniec był dosyć gorzki – zapytany o tematy na filmy Zelenka odrzekł, że okres komunizmu przestał już być ciekawy, dużo bardziej interesujący jest wymykający się obecnie spod kontroli kapitalizm. Dzisiejsze czasy przypominają pod tym względem lata 80. – 80% ludzi żyje w systemie, w który nie wierzy i któremu nie ufa. I choć to smutne, staje się pretekstem i tłem dla dobrych filmów. Zmęczenie kapitalizmem wiąże się natomiast z jeszcze jednym niepokojącym zjawiskiem, na jakie zwrócił uwagę Menzel – młodym ludziom coraz bardziej kuszące wydają się w takich warunkach komunizm czy faszyzm. I choćby z tego powodu warto mimo wszystko wracać w swoich dziełach do historii – by zapobiec powtarzaniu starych błędów.

Związek Radziecki wiecznie żywy – debata „Sowieci w Pradze”
 
Debata „Sowieci w Pradze” o inwazji na Czechosłowację w roku 1968 była połączona z premierą książki Inwazja na Czechosłowację 1968. Perspektywa rosyjska pod redakcją Josefa Pazderki, przetłumaczonej i opatrzonej niezbędnymi dla polskiego czytelnika przypisami przez Aleksandra Kaczorowskiego, który poprowadził dyskusję. Oprócz Pazderki w debacie wzięli udział Petr Blažek, czeski historyk specjalizujący się m.in. w tematyce relacji polsko-czeskich, oraz Nikita Petrow, rosyjski historyk działający w stowarzyszeniu „Memoriał” badającym zbrodnie stalinowskie.
Josef Pazderka przyznał, że przy tworzeniu książki bardziej niż historyczne fakty interesowały go emocje związane z inwazją. Liczy na to, że jego dzieło zaciekawi również polskich czytelników – wszak sami mamy za sobą długą historię walk o wolność, można więc w tym wypadku mówić o pewnym braterstwie doświadczeń.

Prócz tego książka może wydać się interesująca ze względu na współczesny kontekst – mowa oczywiście o wojnie na Ukrainie. Jak zgodnie stwierdzili uczestnicy debaty, stosowana dziś przez Rosję taktyka to powrót do metod stosowanych za czasów reżimu totalitarnego. Jak stwierdził Nikita Petrow: „Historia powtarza się, gdy lekcje nie zostaną dobrze odrobione”, tak więc najwyraźniej lekcja z roku 1968 nie została przez Rosjan dobrze odrobiona. Większość ludzi ulega rządowej propagandzie, ci zaś, którzy mają własne zdanie na temat minionych wydarzeń, boją się mówić. Wnioski są więc podobne jak z dyskusji Władimira Sorokina, Borisa Reitschustera i Janusza Leona Wiśniewskiego w ramach Big Book Festivalu – Związek Radziecki nigdy nie został skutecznie uśmiercony i obecnie ożywa w nowej, przerażającej formie.

Mowa była również o roli służb specjalnych w zainicjowaniu inwazji, o reakcjach na wydarzenia roku '68 w innych krajach (czy choćby w samej Rosji, gdzie na Placu Czerwonym zebrała się grupka protestujących), o tym na ile Praska Wiosna była inspiracją dla późniejszej pieriestrojki oraz o stanowisku zajętym przez poszczególne państwa już po roku 1989 (jak zauważył Petr Blažek, Polska zachowała się w tej sytuacji wzorcowo – jako pierwsza przeprosiła za udział w inwazji).

Na saunę z ręcznikiem w urnie – Jaroslav Rudiš 
 
Kolejną odskocznią od trudnych, ciężkich rozmów było spotkanie z Jaroslavem Rudišem, który, choć w swoich książkach rysuje niezbyt wesołą wizję współczesności, na spotkaniu stworzył cudowną atmosferę i sypał zabawnymi anegdotkami jak z rękawa. Na wstępie podkreślił, jak wielką radość zarówno jemu jak i jego kolegom z zespołu Kafka Band sprawiło polskie morze (bo w końcu „w Czechach to tylko morze piwa, co też nie jest ostatecznie takie złe”) – po godzinach radosnego pluskania w ciężkiej depresji opuszczali Sopot (choć może po części nie była to depresja, a kac :)).

W kontekście Ciszy w Pradze Rudiš mówił o micie Pragi magicznej, za którą wszyscy tęsknią, a której niestety dziś już nie sposób odnaleźć, o wybujałym konsumpcjonizmie który przyszedł po przemianach ustrojowych i o muzyce (z którą, jak twierdzi, trochę przesadził – miało tam być więcej ciszy). Prowadzący Paweł Goźliński nawiązał do aktów terroru, które pojawiają się zarówno w Ciszy w Pradze jak i Końcu punku w Helsinkach i chciał wiedzieć, czy rzeczywiście sympatia autora leży trochę po stronie tych „terrorystów”. Odpowiedź brzmiała „tak” – Vladimír na przykład, który prowadzi swoją donkiszotowską walkę z hałasem, jest według Rudiša najsympatyczniejszą z wszystkich postaci w książce. Jako jedyny potrafi słuchać miasta, jako jedyny widzi jak ono umiera.

Zdradził też, że bohater Alei Narodowej, która wyjdzie po polsku w przyszłym roku, odbiega od typu dominującego w jego poprzednich powieściach – jest bardziej aktywny, niekoniecznie jednak w dobrym tego słowa znaczeniu, bo objawia się to u niego agresją. Potwierdzam, chociaż dostrzegam w nim również podobieństwa do innych rudišowskich ofiar losu („knedlik-macho”, jak ich nazwał sam autor :)).

Ciężko mi wybrać najciekawsze wątki z tego spotkania, bo wszystkie były na równi fascynujące. Anegdota o przyjacielu Milanie, którego żona kochała go tak bardzo, że na 50. urodziny kupiła w prezencie grób, a na 60. – urnę (której obdarowany używa dziś jako torby na ręczniki, chodząc do sauny). Zamiłowanie Rudiša do kolei i pociągów, co widać w Aloisie Neblu, i skargi kolejarzy z przygranicznej stacyjki, którzy nie mogą się teraz odpędzić od literackich turystów na tropie Nebla. Pociąg nazwany na cześć bohatera „Alois Nebel” i marzenia Rudiša o piwie pod taką nazwą. Przepyszny „filozoficzny bigos” Jaromíra 99 i przesiadywanie z nim w žižkovskiej knajpie „U vystřelenýho oka” (o której mówili też Julia Różewicz i Mariusz Szczygieł w trakcie debaty; muszę się tam wybrać przy kolejnej wizycie w Pradze!), gapiąc się na pociągi. No i powstająca właśnie powieść, zainspirowana historyjkami zasłyszanymi w saunie. Bo ponoć jak się ludzie razem wypocą, to powstają najciekawsze rozmowy o życiu i świecie.

Sama odważyłam się zadać pytanie o Hrabala. Choć inspiracje Mistrzem w twórczości Rudiša są dla mnie oczywiste (od motywów w ich książkach poprzez budowanie obrazów aż po filozofię tworzenia – korci mnie nawet, żeby skrobnąć na ten temat jakiś dłuższy tekst), postanowiłam o nie zapytać. I oczywiście potwierdził, że twórczość Hrabala jest dla niego bardzo ważna, podobnie jak innych czeskich klasyków – Jaroslava Haška i Franza Kafki. Paweł Goźliński zapytał przy tej okazji, czy te klasyczne dzieła są wciąż przez Czechów znane i czytane, na co Rudiš odparł, że nie. Zaskakująco mało osób w Czechach czytało na przykład Szwejka i wydaje się, że już lepiej tę książkę znają choćby Polacy czy Niemcy.

Na koniec w odpowiedzi na jedno z pytań autor podzielił się swoimi fascynacjami, jeśli chodzi o polską literaturę. Gorąco chwalił Stasiuka i jego Opowieści galicyjskie (ponoć Stasiuk wraz z Hrabalem mieli bardzo duży wpływ na to jak wygląda świat Aloisa Nebla), wymienił również chętnie czytanych w Czechach Olgę Tokarczuk oraz Pawła Huelle. Mowa była m.in. o powieści Mercedes-Benz, czyli książce-hołdzie dla Bohumila Hrabala, bardzo jego zdaniem pięknej, pod czym oczywiście się podpisuję. Jakie towarzyszyły mi wrażenia przy jej lekturze, możecie przeczytać tutaj.

Prezydent jak hemoroidy – debata „Nieznani czescy mistrzowie” 
 
Dyskusja pod tytułem „Nieznani czescy mistrzowie – kogo jeszcze nie znamy?” dość luźno skupiła się na temacie przewodnim. Było – znowu – o Szwejku (tym razem pastwił się nad nim pan dyrektor Czeskiego Centrum w Warszawie, Petr Janyška :)), o tym jak Szwejk zniekształcił nam obraz Hrabala, o tym jak Szwejka zniekształcił przekład Hulki-Laskowskiego, o infantylnych rysunkach Josefa Lady...

Na szczęście dyskutanci w końcu zeszli z biednego Szwejka :). I zgodzili się, że choć w przekładzie polskim ukazała się większość istotnych czeskich utworów, są jeszcze pewne luki – zwłaszcza, jak zauważył Andrzej S. Jagodziński, jeśli chodzi o tragiczny, zdominowany przez szaleństwo i rozpacz nurt czeskiej literatury. Leszek Engelking zwrócił uwagę na fakt, że dotychczas po polsku nie ukazało się jedno z najważniejszych dzieł w historii czeskiej literatury, barokowy Labyrint světa a ráj srdce Jana Amosa Komenskiego. Tłumacz ubolewał też nad faktem, że niemal bez echa przeszło u nas Zapomniane światło Jakuba Demla, książka przez wszystkich dyskutantów uznana za wybitną (a równocześnie bardzo trudna – sama czytałam ją trzy razy, a mimo to wciąż jeszcze do mnie nie przemówiła).

Jako swoje typy czeskich mistrzów Petr Janyška wymienił Petra Krála i Libora Martinka, którzy jego zdaniem zasługują na uwagę ze względu na bogate doświadczenie z licznych podróży; tu Radka Denemarková wtrąciła, że ta światowość autorów jeszcze nic nie znaczy – wszak są ludzie którzy całe życie spędzili zamknięci w swojej kuchni, a widzą więcej. Ona sama stwierdziła, że w przekładzie czeskim chciałaby zobaczyć m.in. utwory Theodora Fontane. Według Engelkinga na przekład polski zasługują (oprócz Komenskiego) przede wszystkim Milada Součková (której postać gra istotną rolę w powieściach Danieli Hodrovej) oraz Jiří Kratochvil (znany u nas w Polsce jedynie z powieści Leż, bestio! wydanej przez Oficynę Wydawniczą ATUT). Jagodziński natomiast wymienił całą plejadę nazwisk (w ramach przygotowań do debaty sporządził sobie listę), a wśród nich: Jiří Gruša (którego jedno opowiadanie znalazło się w tomie Opowiadacze. Nie tylko Hrabal), Karol Sidon (czeski rabin i dysydent, którego można było w tym roku posłuchać we Wrocławiu w ramach Miesiąca Spotkań Autorskich), Viktor Fischl czy Libuše Moniková.

Ta ostatnia pisarka tworzyła po niemiecku, stąd brak zainteresowania ze strony czeskich tłumaczy. Przy tej okazji wywiązała się mała dyskusja na temat niemieckojęzycznej gałęzi czeskiej kultury. Denemarková zwróciła uwagę na to, że choć przykładowo Kafka jest dziś bardzo popularny (i ochoczo wykorzystywany w celach marketingowych), to Czesi przez długie lata odrzucali literaturę niemieckojęzyczną jako „nie swoją”, a co do Kafki – wystarczyłoby, żeby żył kilkanaście lat później, a – nawet gdyby ocalał od zagłady w obozie koncentracyjnym – prawdopodobnie zostałby z Czech wypędzony.

Ponieważ debata połączona była z premierą książki Rozmowy z Tomášem Garriguem Masarykiem Karla Čapka, poświęcono również kilka słów tej publikacji, historii jej polskich przekładów oraz samemu Masarykowi. Jeśli chodzi o tłumaczenia, sytuacja rzeczywiście jest ciekawa. Zupełnie niezależnie od siebie tę samą książkę tłumaczyli dwaj wybitni tłumacze, obydwaj już nieżyjący – Andrzej Czcibor-Piotrowski i Piotr Godlewski. Choć widywali się, często ze sobą rozmawiali, dzielili się uwagami na temat swoich prac – nigdy nie uświadomili sobie nawzajem, że tłumaczą jedno i to samo dzieło. Przekład, który ukazał się obecnie nakładem Książkowych Klimatów to ten Andrzeja Czcibora-Piotrowskiego, natomiast Rozmowy w wersji Piotra Godlewskiego zostały opublikowane w zeszłym roku przez Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego. To rzeczywiście zastanawiające, że po osiemdziesięciu latach od powstania dzieło Čapka nagle pojawia się u nas, i to w dwóch różnych przekładach rok po roku. „Coś się dzieje w Polsce” – skomentował to Petr Janyška.

Sam Masaryk to według wszystkich uczestników dyskusji człowiek-fenomen. „Mickiewicz i Piłsudski w jednym”, jak to określił Kaczorowski. Janyška mówił o niezwykłej tolerancji i taktownym podejściu do Kościoła tego wielkiego męża stanu, Denemarková – o tym, że miłość narodu zaskarbił sobie nie tylko swoimi poglądami ale również tym, że stosował je w życiu codziennym, co nie jest wcale częste u polityków. Zwrócono również uwagę na to, że bez Masaryka nie byłoby Havla – już u Masaryka pojawia się koncepcja „polityki apolitycznej”, to on zapoczątkował tradycję prezydenta-myśliciela. Zadane w tym kontekście pytanie z publiczności o Miloša Zemana trochę zbiło z tropu dyskutantów, ale, jak to określiła Denemarková, z prezydentem Zemanem jest jak z hemoroidami – nie jest to przyjemne, ale trzeba jakoś z tym żyć.

Z lotu jaskółki – Radka Denemarková 
 
Od lewej: prowadząca Dagny Kurdwanowska,
Radka Denemarková oraz tłumaczka.
W czasie własnego spotkania Radka Denemarková mówiła o Pieniądzach od Hitlera i powodach, dla których zdecydowała się napisać tak kontrowersyjną książkę. Tematem tabu nie są dziś seks i obyczajowość, a pewne okresy i zajścia w historii, o których trzeba jednak pisać, by nie pogrążać się w stereotypach. To próba wyrwania Czechów z utartego sposobu myślenia, postrzegania siebie jako ofiary, ale również zacierania pewnych prawd historycznych – na przykład tego, że Niemcy stanowili kiedyś integralną część czeskiego społeczeństwa, żyjąc ramię w ramię z rodowitymi Czechami. Sama autorka dowiedziała się o tym dopiero od swojej nauczycielki niemieckiego; w świadomości czeskich dzieci bowiem Niemcy przyszli do Czech dopiero wraz z Hitlerem.

Równocześnie zdaniem autorki ta książka nie jest tylko opowieścią o Niemcach sudeckich, ma wydźwięk bardziej uniwersalny. Podobnie sytuacje zdarzają się bowiem na całym świecie – zawsze znajdą się ludzie, którzy chcą dojść do władzy i bez trudu zarażają innych wirusem nienawiści. Jako przykład wymieniła Pol Pota i sytuację w Kambodży.

Pisarka mówiła również o pojawiających się w jej powieści symbolach, na które sama nie zwróciłam uwagi – na przykład czaszka, którą bawi się w pierwszej scenie mały Denis, jest nawiązaniem do Hamleta i symbolem ludzkiej egzystencji. To właśnie dzieci bowiem zadają najbardziej podstawowe filozoficzne pytania – nie zdając sobie jeszcze sprawy, że nie sposób znaleźć na nie odpowiedzi.

Co ciekawe, Pieniądze od Hitlera – przetłumaczone dotychczas już na 17 języków – są zupełnie inaczej odbierane w różnych krajach. Na Węgrzech określane były ponoć jako „existenciální detektivka” (egzystencjalna powieść detektywistyczna), a w Stanach Zjednoczonych – gdzie czeskie doświadczenia historyczne stanowią pewną egzotykę – po prostu jako thriller.

Denemarková mówiła również o innych swoich książkach – między innymi o eksperymentalnym Koboldzie, napisanej po śmierci ojca sztuce Spací vady (której zabawny, bardzo ironiczny fragment nawet nam przeczytała) oraz o powstającej obecnie powieści, pisanej z perspektywy jaskółki (czyż to nie brzmi intrygująco?). Zdradziła też, czym są dla niej przekłady – odpoczynkiem między własnymi książkami, którego po skończeniu każdej powieści bardzo potrzebuje. Nie przeczy jednak, że praca tłumacza jest ciężka i wciąż niestety niedoceniona.

Od Karty 77 do uchodźców z Syrii – debata „O etyce w polityce” 
 
O debacie „O etyce w polityce. Karta 77 i Solidarność” już tylko krótko. Zgromadzeni goście – Aleksander Kaczorowski, czeski dyplomata Michael Žantovský oraz senator Józef Pinior – rozmawiali między innymi o nieustannym napięciu między etyką i polityką oraz o dwojakiej naturze polityki, która pozwala zmieniać świat za pomocą władzy, nie może jednak stać się samą pogonią za władzą. Zgodnie z tematem przewodnim mowa była również o Karcie 77, która w przeciwieństwie do działań Solidarności z początku lat 80. była projektem czysto etycznym.

Od lewej: prowadzący Jacek Żakowski, tłumaczka,
Michael Žantovský, Józef Pinior, Aleksander Kaczorowski.
Padło stwierdzenie, że etyczne postępowanie zawsze się opłaca – mimo bowiem, że w danym momencie może się wydawać nierozsądne, przynosi korzyści w dłuższej perspektywie. Na poparcie tej tezy przypomniano niektóre z decyzji Václava Havla, jak choćby przeprosiny Niemców sudeckich, które, choć wówczas przez niektórych silnie krytykowane, zaowocowały dziś dużo lepszymi stosunkami czesko-niemieckimi. Meandrująca dyskusja zakończyła się na temacie uchodźców z Syrii, która to kwestia, jak stwierdził senator Pinior, obnażyła poważne problemy polskiego społeczeństwa (w tym i polskiego Kościoła, który robi zaskakująco mało, by bronić uchodźców). Dyskusja była miejscami bardzo ciekawa, ale moim zdaniem trochę jednak zbyt odbiegła od tytułowej Karty 77.

***
I jeśli chodzi o relacje ze spotkań, to już wszystko. Nie mogłam niestety uczestniczyć w spotkaniu z Janem Novákiem, bo kiedy trwało, pędziłam już zapchanym do granic możliwości pociągiem w kierunku Warszawy. Miałam za to okazję posłuchać chwilę Nováka dzień wcześniej, po projekcji jego filmu Obywatel Havel podtacza, kiedy to ciekawie opowiadał o kulisach realizacji dokumentu.
Ale, ale! Oprócz spotkań były oczywiście targi. I choć nie planowałam żadnych zakupów, na stoisku Czułego Barbarzyńcy na przykład były takie okazje, że grzechem by było się nie skusić... I uzbierała się taka oto kupka:

Na szczycie leży sobie zapowiedź Rybiej krwi Jiříego Hajíčka.
Last but not least – ludzie. Miałam wreszcie okazję pogadać z ludźmi z wydawnictw, z którymi na co dzień tylko mailuję, i poznać na żywo kilku blogerów – Owieczkę z Wełniastego Podejścia do Literatury (wreszcie się udało, znalazłyśmy się!), Mateusza z Rozkminek Pana Dziejaszka, Dominikę / Dofi i Dominikę z Book jeden wie. Spędziłam cztery miłe dni i uwierzyłam, że nawet nad morzem może być ciekawie! A Jaroslav Rudiš powiedział mi, że pięknie mówię po czesku :). Rozkoszna wisienka na torcie. Świetny festiwal.

Fotografie:
[1] Ze strony Czeskiego Centrum w Warszawie / warsaw.czechcentres.cz
[6] Okładka Rozmów ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl
Reszta – zdjęcia własne (wiem, że kijowe, ale może kiedyś wreszcie dorobię się aparatu?)  

środa, 19 sierpnia 2015

Kopniak w głowę dla niemieckiej panienki
– „Pieniądze od Hitlera”, Radka Denemarková

Gdyby podobna książka powstała w Polsce, pewnie zostałaby okrzyknięta ohydną i antypolską, a nadgorliwi obrońcy honoru ojczyzny zmieszaliby jej autorkę z błotem. Denemarková pokazuje bowiem, że jej rodacy, poczciwi Czesi, niekiedy nie różnili się tak bardzo od „strasznych” nazistów. Tyle tylko, że zamiast brukać sobie ręce czyjąś krwią, woleli zostawić ofiarę w szopie i zagłodzić.

Pieniądze od Hitlera są bowiem historią Gity – czeskiej Niemki, niemieckiej Czeszki, a poza tym Żydówki – która przechodzi przez piekło obozu koncentracyjnego, ale jej gehenna nie kończy się wraz z wojną. Płynąca w jej żyłach niemiecko-czesko-żydowska mieszanka staje się jarzmem, które musi nosić przez całe życie. Osierocona i doprowadzona przez Niemców do skrajnego wycieńczenia, wraca do swojego dawnego domu i jako Niemka zostaje tam ciężko pobita, uwięziona i niemal zagłodzona. Przez dawnych pracowników i przyjaciół jej ojca, którzy kiedyś mówili jej „panienko” i wykuwali dla niej podkowy na szczęście.

Denemarková mówi, że napisała tę powieść, by wywlec czeskie szkielety ukryte od tylu lat w szafie. „Czechy są od stóp do głów chore, a co jest jeszcze gorsze, nie chcą się leczyć” [1] – twierdzi pisarka. I zafundowała Czechom wyjątkowo gorzką wizję. Pokazała ludzkie bestie, które pod pretekstem powojennego wymierzania sprawiedliwości znęcają się nad dawnymi zwierzchnikami i bezceremonialnie przejmują ich majątki. Czy są dużo lepsi od nazistów? Pod pewnymi względami wydają się nawet gorsi, bo nie mają nawet odwagi strzelić nieszczęśnikowi w głowę, tylko wolą zamknąć go w szopie – tak jak zamiata się pod dywan niepotrzebny pyłek – i poczekać aż zdechnie.

Podobny wyrzut w stosunku do rodaków Czechów pojawił się już kiedyś w Tchórzach Škvoreckiego, gdzie czescy „waleczni rewolucjoniści” okrutnie masakrują niemieckich jeńców, ale wersja Denemarkovej jest o tyle bardziej wstrząsająca, że ofiarą nie jest żołnierz. Tylko – postawmy sprawę jasno – dziecko. Dziecko, które wraca w dobrej wierze, mając nadzieję w rodzinnym domu wskrzesić pamięć ukochanych rodziców, a dostaje zamiast tego kopniaka w głowę.

Nie tylko historia jest jednak siłą tej powieści. Autorka zadbała o głębię psychologiczną i dzięki temu postać Gity jest złożona, trudna do oceny. Nie jest jedynie zaszczutą, budzącą litość ofiarą – nosi na plecach bagaż bolesnych doświadczeń, który nawet świętego wpędziłby w szaleństwo, ale w jej przypadku stają się one źródłem jakiejś mrocznej siły, przemieniają ją w płomienną wojowniczkę. Żal, tęsknota, poczucie niezawinionej winy, ale również chłód, kierowany nieraz przeciw najbliższym, gniew, żądza zemsty i pragnienie zadawania bólu – to wszystko się tu splata. Współczułam Gicie, ale potrafiłam się też wczuć w role jej córki czy wnuczek, od wielu lat bezskutecznie dobijających się do jej drzwi, odrzuconych i niekochanych. Na próżno – zawsze miała wrażenie, że i tak nie zrozumieją, więc po co dopuszczać je do swoich wspomnień i przeżyć?

Radka Denemarková
Jedynym jej powiernikiem u schyłku życia staje się mężczyzna, który – o czym nigdy się nie dowiedziała – jako dziecko bawił się czaszką jej ukochanego i przez lata wypatrywanego brata. To tylko jeden z wielu makabrycznych paradosków pojawiających się w tej książce. Inny – to tytułowe „pieniądze od Hitlera”, fakt, że publikacja wspomnień Gity mogłaby zostać dofinansowana ze środków niemieckiego rządu, co budzi jej gorzki śmiech. Ale w końcu również historia zna takie paradoksy; wręcz się od nich roi.

We wstępie do tego tekstu napisałam, że w Polsce taka książka wywołałaby burzliwe reakcje. Jaki był jej odbiór w Czechach – dokładnie nie wiem, dzięki Mariuszowi Szczygłowi i jego Zrób sobie raj możemy się jednak dowiedzieć, co sądzili czescy widzowie na temat sztuki teatralnej na motywach Pieniędzy od Hitlera. Świętego oburzenia nie było, nie w tym narodzie. Ale było zniesmaczenie, rozczarowanie, „bo nie było miło”. Nie wiem, ile w tym moralnego dyskomfortu, a ile zwykłej niechęci do rzeczy trudnych, wstrząsających i bolesnych. Ale jakaś nauczka zawsze zostaje. I dlatego książka Denemarkovej jest bardzo ważna – im więcej takich historii i im więcej osób, którzy czytać je będą nie z myślą „Co za straszni ludzie”, ale z myślą „Obym się nigdy kimś takim nie stał”, tym większa szansa, że kiedyś lepiej zdamy historyczny egzamin. Jeśli, nie daj Boże, będziemy musieli go zdawać.

***
R. Denemarková, Pieniądze od Hitlera, tłum. Olga Czernikow, Tomasz Timingeriu, wyd. Atut, Wrocław 2008.

Radka Denemarková będzie gościem tegorocznego festiwalu Literacki Sopot, który zaczyna się już w ten czwartek! Spotkanie z autorką odbędzie się w sobotę 22 sierpnia o godz. 17. Prócz tego weźmie ona również udział w debacie „Nieznani czescy mistrzowie – kogo jeszcze nie znamy?” w sobotę o godz. 13.

[Aktualizacja, 15.03.2017]
Zarzucono mi, że w tym tekście stanowczo powtarzam nieprawdziwe sądy i przyczyniam się do rozpowszechniania stereotypów na temat Czechów. Dorzucam więc małe sprostowanie, zwłaszcza w odniesieniu do ostatniego akapitu: Czesi nie są jednak aż takim „nie tym narodem”, jak sugeruję. Radka Denemarková przyznawała na spotkaniach autorskich, że otrzymywała nieprzyjemne maile i zarzucano jej, że „zaprzedała się Niemcom”, także więc wśród Czechów zdarzają się ostre reakcje na twórczość autorów, którzy odważą się postawić zarzuty własnym rodakom. Za pomoc w wyjaśnieniu sprawy dziękuję panu Mariuszowi Suroszowi.

Przypis:
M. Szczygieł, Zrób sobie raj, Wołowiec 2010, s. 209-210.

Fotografie:
[1] Motyw z okładki kanadyjskiego wydania książki, Money from Hitler (wyd. Three O'Clock Press, Toronto 2009) ze strony wydawnictwa, www.threeoclockpress.com.
[2] Okładka czeskiego wydania książki (wyd. Host, Brno 2006) ze strony wydawnictwa, nakladatelstvi.hostbrno.cz.
[3] Literaturhaus / Wikimedia Commons.
[4] Okładka polskiego wydania książki ze strony wydawnictwa Atut, www.atut.ig.pl.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Miałem zły dzień. Tydzień. Miesiąc. Rok. Życie.

 Henry Charles Bukowski (16.08.1920 - 9.03.1994)

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Myślałam, że się nie zrozumiemy i prawdę mówiąc trochę mnie przerażał. Potem pojawiła się okazja zrecenzowania Kobiet, które – czy to za sprawą samej książki, czy wątpliwej jakości audiobooka – bardziej zniesmaczyły niż zachwyciły. Ale zarazem – zaintrygowały. Co tam się kryje za tą zapijaczoną gębą? Co jest za niespecjalnie atrakcyjną fasadą bezpardonowego babiarza?

I zaczęłam drążyć. Spróbowałam poezji, bo jeśli już się obnażać, to tylko w liryce. Strzał w dziesiątkę. „Kołysz się ze mną, smutne życie” – mówił do mnie tym razem cicho znad butelki wina i ognika papierosa tlącego się w kalifornijskim zmierzchu. Zrozumiałam, że cierpiał i że przez całe życie szukał tylko sposobów, by ten ból zagłuszyć. Tęsknił za czymś, co nieosiągalne, pragnął być zwierzęciem albo liściem powiewającym na wietrze, ale się nie dało, więc z rezygnacją pogrążał się w pijaństwie i rozpuście. Od tej pory to był mój Bukowski.

W prawdziwy zachwyt wprawiła mnie jednak przeczytana rok później Najpiękniejsza dziewczyna w mieście. Tak bardzo, bardzo bolała i tak bardzo zachwycała! Nie bez zdziwienia uświadomiłam sobie, że choć Bukowski robił coś dokładnie odwrotnego niż Mistrz Hrabal – podczas gdy Mistrz znieczula i osładza rzeczywistość, on jątrzy rany i pokazuje, w jak wielkim bagnie wszyscy tkwimy – uwielbiam jego pisarstwo. Właśnie za to, że nie zwodzi, nie wciska ściemy, że wszystko jest super albo może być super, nie cacka się. Bezceremonialnie pakuje nam szpilki pod paznokcie.

Po Listonoszu, Faktotum i Szmirze przekonałam się też, jak bardzo potrafi być zabawny. Jakim świadomym jest twórcą, jaki niezwykły posiada dar obserwacji i iskrzący pisarski talent, mimo że na pierwszy rzut oka jego proza sprawia wrażenie bezładnej i pozbawionej sensu pisaniny. I jak wielką ma klasę, co udowadnia przede wszystkim pisana nad grobem Szmira. Prawdziwe mistrzostwo.

Wiele jeszcze przede mną. Na lekturę czeka między innymi książka, o której wielu mówi „najlepsza” – Z szynką raz! Nie mogę się już tych spotkań doczekać i wiem, że nawet gdy już przeczytam wszystko od deski do deski, będę wracać. Bo to, trochę paradoksalnie, taka odtrutka na rzeczywistość. Ten humor, dystans i przekonanie, że świat jest bez sensu. Więc po co się spinać?

W dniu Twoich 95. urodzin – dziękuję, Hank!


Fotografie:
[1] Marco Raaphorst / Foter.com / CC BY
[2] Thomas Hawk / Foter.com / CC BY-NC 

sobota, 15 sierpnia 2015

Koronkowe i kwieciste sadomaso
– „Zwierzenia Fanny Hill”, John Cleland

Rebecca Night w tytułowej roli w serialu BBC Fanny Hill  na podstawie powieści Clelanda (reż. James Hawes, 2007).
Wydane w 1748 roku Zwierzenia Fanny Hill (w oryginale: Memoirs of a Woman of Pleasure, szerzej później znane po prostu jako Fanny Hill), u nas także pod tytułem Pamiętniki Fanny Hill, są pierwszą w historii literatury brytyjskiej powieścią pornograficzną. Nosiłam się z zamiarem ich przeczytania od dawna, ale bezpośrednim impulsem było Plastikowe M3. Zainspirowana tym kreatywnym i jakże nowoczesnym sposobem pisania o seksie postanowiłam sprawdzić, jak się świntuszyło prawie 300 lat temu.

Oczywiście fabule nie należy w tym wypadku poświęcać wiele uwagi. Jest ona w końcu tylko pretekstem do prezentowania scen kolejnych zbliżeń, których opisy stanowią jakieś 80% całej książki. W krótkich przejściach pomiędzy nimi narratorka, tytułowa Fanny Hill, lakonicznie opisuje, co było dalej i jak trafiła do łóżka kolejnego amanta. Zamknę więc całą historię w jednym zdaniu – w wieku lat piętnastu śliczna Fanny zostaje sierotą i za sprawą pewnej znajomej damy trafia do Londynu, gdzie kończy jako kurtyzana.

Opisy miłosnych aktów wynagradzają jednak niedostatki fabuły. Gdy tylko lody zostaną przełamane (co, jak się można domyślić, nie trwa z reguły zbyt długo) i ochocza parka przystępuje do dzieła, Cleland zamienia się w czarodzieja słów – nie szczędzi anatomicznych szczegółów, sypie jak z rękawa błyskotliwymi porównaniami, a wszystko to spowija koronkami pięknego, kwiecistego stylu.

Nie jest przy tym wulgarny – i wszystkie głosy twierdzące inaczej (a w internecie jest ich niemało) uważam za czyste nieporozumienie. Pewna plotka zresztą głosi, że Fanny Hill była owocem zakładu – autor postanowił udowodnić, że można pisać o profesji kurtyzany w sposób pozbawiony wulgarności. I rzeczywiście, najmocniejsze słowo w tej książce – padające zresztą, jeśli dobrze pamiętam, tylko raz – to „dziwka”. Fanny nie należy do wstydliwych, ale jak na damę przystało unika prostackich, ordynarnych określeń, które zastępuje całym szeregiem zmyślnych eufemizmów, obrazowych metafor i sympatycznych porównań. Przykłady? Będą wkrótce, w osobnym tekście, na który ta barwna metaforyka zasługuje.

Z drugiej strony – choć Cleland wraz ze swoją Fanny raz po raz zaskakuje jakąś efektowną wizją, nadużywa też pewnych ulubionych określeń, przez co mimo porównań i metafor z czasem opisy zbliżeń stają się trochę monotonne. Gdy „słodkie soki” po raz pierwszy „gaszą miłosny pożar”, na twarzy czujemy przypływ gorąca, ale przy trzeciej czy czwartej pożarniczej interwencji zamiast rumieńca jest już tłumione ziewnięcie. Na ostatnich kartach powieści przed znudzeniem ratują nas już głównie nietypowe pozycje i okoliczności, w jakich dochodzi do zbliżenia, mam więc wrażenie, że ilość odbytych przez bohaterów stosunków z lekka przerosła autorską inwencję językową.

Choć książka Clelanda może sprawiać wrażenie zbioru błahych, lubieżnych historyjek do rozbudzania zmysłów, z perypetii Fanny wyłaniają się również pewne refleksje. Choćby myśl, rozwinięta później pięknie przez D.H. Lawrence'a w Kochanku Lady Chatterley – że w łóżku nie ma podziałów klasowych. Głupkowaty parobek odpowiednio hojnie obdarzony przez naturę jest tu większą personą niż bajecznie bogaty i wszechstronnie wykształcony dżentelmen.
Nawet jeśli rzeczywiście stałam ponad nim w hierarchii społecznej, to czy jego zdolność sprawiania mi wyrafinowanych rozkoszy nie podnosiła jego rangi i nie czyniła go bardziej odpowiednim… dla mnie? Każdemu jego przyjemność – niech ci, co chcą, nadal karmią się i zachwycają dziełami malarstwa, rzeźby i muzyki. Dla mnie, w tym szalonym wieku, z moim apetytem na rozkosz, który był jednym z najsilniejszych moich instynktów, właśnie talent do sprawiania przyjemności, którym natura obdarzyła przystojnego mężczyznę, czynił zeń człowieka prawdziwie wartościowego (s. 101).
Mimo że nie wybrała sobie swojego losu, Fanny mimo wszystko czuje się panią sytuacji. Szybko odnajduje się w swoim położeniu, nie zrzuca odpowiedzialności za nie na mężczyzn i ich chuć, przeciwnie – świadomie ją wykorzystuje dla własnej przyjemności. Nie sprawia wrażenia udręczonej swoim zawodem, chętnie i z zaciekawieniem poddaje się seksualnym eksperymentom i nawet w odrażającym akcie sadomasochistycznym jest w stanie odnaleźć swoją dawkę rozkoszy. Realizuje więc model kurtyzany, jaki wymarzyła sobie Zofia Nałkowska – spędza w ten sposób kilka upojnych lat, przechodzi swoją fazę eksperymentów i „wyszumienia się”, by skończyć (uwaga, spoilery!) jako przykładna małżonka.

Okładka wydania z 1910 r.
Na wizję Nałkowskiej się krzywiłam, ale takie a nie inne zakończenie tej historii akurat nie wydaje mi się dziwne czy nie na miejscu. Co prawda Fanny trochę zbyt nagle przypomina sobie o swojej miłości życia, Karolu, i po kilkudziesięciu stronach jej radosnych łóżkowych harców zapewnienia, że przez cały ten czas ani na chwilę nie przestała myśleć o swoim lubym nie brzmią zbyt wiarygodnie, ale cała koncepcja nie jest niedorzeczna. To, że lubiła seks i bez większej przykrości oddawała się swojej nieczystej profesji nie oznacza, że po ponownym połączeniu się z ukochanym nie mogła zrozumieć, że jej zabawy były pozbawione smaku, a prawdziwą satysfakcję przynosi jedynie stosunek uświęcony miłością.

Inna sprawa, że w gruncie rzeczy chodziło pewnie przede wszystkim o to, by złagodzić odrobinę przekaz dzieła – w końcu był wiek XVIII i od początku było jasne, że nie obejdzie się bez skandalu. Moralizatorskie zakończenie niestety nie wystarczyło. Cleland napisał Fanny Hill w trakcie pobytu w więzieniu, z którego wyszedł w marcu 1748, już w listopadzie zaś z powodu tej szokującej publikacji z powrotem trafił za kratki. Towarzyszył mu jego wydawca, a wszystkie egzemplarze kontrowersyjnego dzieła pospiesznie usunięto z księgarni. Na szczęście dzięki pirackim i nielegalnie rozprowadzanym wersjom przetrwało i możemy je po dziś dzień czytać – myślę, że nie bez rumieńca, nawet mimo upływu czasu.

***
J. Cleland, Zwierzenia Fanny Hill, tłum. Łukasz Tabaka, wyd. Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006.

Fotografie:
[1] Fotos z filmu / www.berkeley-lobato.com/word/?p=103
[2], [3] Ilustracje autorstwa Édouarda-Henriego Avrila do wydania Pamiętników Fanny Hill z 1908 roku. Fot. Wikimedia Commons
[4 ] Chick Bowen / Wikimedia Commons

czwartek, 13 sierpnia 2015

Z kamerą wśród raszpli – „Plastikowe M3, czyli czeska pornografia”, Petra Hůlová

Myślałam, że Plastikowe M3 to tylko zabawny i kreatywny językowo monolog pewnej praskiej prostytutki. Myślałam, że dostarczy mi kilku godzin niespecjalnie wymagającej rozrywki. Myślałam, że polski podtytuł to czysty marketing, bo z pornografią ta książeczka nie ma nic wspólnego. Myślałam, myślałam, myślałam – a potem zaczęłam czytać i wszystko to się rozwiało.

Owszem, opisy zachowań swojego wtykacza i całe to dokumentalne „Z kamerą wśród raszpli” bawią aż do łez. Wtykacz, ten wesoły spryciarz, ma wiele wcieleń – zachowuje się jak pan w tweedowej marynarce albo mówca przed wykładem, pufcia sobie, mlaska i uśmiecha się dobrodusznie, cieszy się z wolnego weekendu lub syczy jak rozzłoszczony kocur. Ma swoje własne życie, podobnie zresztą jak raszpla, która bywa ciekawska, czasem pali głupa, a czasem jest jej bardzo smutno, bo znów nie doszło do upragnionego wsuwania.

Bohaterka tej książki jest jednak nie tylko dowcipna, ale i inteligentna, ciekawa świata i niebanalna jak moja ukochana Shatzy Shell. Tak jak Shatzy niezmordowanie dopisywała kolejne odcinki swojego westernu, tak narratorka Plastikowego M3 (jaka szkoda, że nie poznajemy jej z imienia lub chociaż z jakiejś uroczej ksywki!) tworzy w myślach stale nowe odsłony swojego programu telewizyjnego, w którym bierze pod lupę zjawiska dobrze nam znane z życia codziennego, ale dziwnym trafem pozostające wciąż na marginesie zainteresowań. Rozbiera świat na czynniki pierwsze, prześwietla z góry na dół nas i nasze dziwne nawyki, udziela praktycznych rad wiecznie niezadowolonym żonom czy pozbawionym sukcesów przedsiębiorcom.

To kobieta o nieposkromionej wyobraźni, która w swoich wizjach rozpędza się niczym nakręcany bączek. Kiedy wydaje się już, że dociera do granic swojej inwencji, przesadza je zręcznie wraz z granicami przyzwoitości i dobrego smaku i pędzi dalej, wlokąc za sobą zdezorientowanego czytelnika, któremu już gały wyszły na wierzch i tchu nie jest w stanie złapać od tego szaleńczego pędu. Sama zresztą do końca nad tym nie panuje, „nie jestem w stanie sama za sobą nadążyć i im bardziej usiłuję postawić w głowie kropkę, tym bardziej wszystko się rozkręca” – przyznaje. Chwilami jest to porywające, a chwilami przechodzi w niezrozumiały bełkot, jakbyśmy w tym wariackim zwiedzaniu umysłu narratorki trafili na jakiś wyjątkowo zabałaganiony pokój.

Z czasem robi się coraz poważniej – okazuje się, że ta mentalna siostra Shatzy Shell jest nie tylko rozgadaną trzpiotką, sprytną mądralą z głową pełną odkrywczych teorii na temat świata, ale również kobietą z misją. Walczy z dwugłowym smokiem – bezdusznym digiświatem i pedofilią, której tamten sprzyja. A walczy zawzięcie, „jak Jerzy na tym swoim koniku”.

Bój przeciwko wrogowi numer 1 to zarazem bój o zachowanie człowieczeństwa w całkowicie niemal zautomatyzowanym świecie, o tę odrobinę ludzkiego ciepła (czyli walka podobna do tej, którą toczył – z nieco mniejszą werwą – hrabalowski Haňťa). Dlatego nasza narratorka wprowadza do relacji z klientami element zaufania, nutę osobistą, takie ciepłe „czuj się jak u siebie”, stara się być z lekka pieszczotliwa, żeby klient nie miał wrażenia, że kocha się z zaprogramowaną na dawanie przyjemności zabawką. „Przychodzą przecież do plastikowego M3 po odrobinę człowieczeństwa, a nie po to, żeby ktoś puścił im jakiś digizapis, nie chcą czuć się jak pies badacza Arktyki, któremu ktoś rzucił zamarzniętą rybę” (s. 66).

Ze stryjkotatulami, czyli wielbicielami ciasnych trzynastek (i młodszych), bohaterka bojuje jeszcze zacieklej. „Młodość – to o nią walczę. Bo żeby jak koszulkę w pralce niesprawiedliwie skurczyć ją dziewczynkom do końca szkoły podstawowej, a potem pływaj sobie, dziewczyno, w nasieniu, za to powinno się strzelać”. W przeciwieństwie jednak do lamentujących nad losem demoralizowanych dziewczątek matron, ona działa – oddaje w ofierze swoje ciało. Wierzy, że zaspokajając wyuzdane fantazje mężczyzn odciąga je od dzieci i niewinnych nastolatek. I to nadaje głębszy sens jej pracy, która – biorąc pod uwagę nieposkromiony seksualny apetyt „maratończyków” i bolesne ciosy towarzyszące niekiedy miłosnym zapasom – nie jest lekkim kawałkiem chleba (w dodatku nie jakiegoś wymyślnego z daktylami, tylko zwykłego czarnego razowca). Niech was nie zwiedzie lekki ton – zdaje się mówić narratorka i dodaje z przekonaniem: „Zasługuję na medal za odwagę”.

A „pornografia” w podtytule też nie jest nie na miejscu. Bo choć więkość recenzentów skupia się na humorze i językowej fantazji narratorki, na tej jej uroczej paplaninie, pojawiają się tu również fragmenty – i będę się przy tym upierać – czysto pornograficzne. W dodatku autorka dość okrutnie bawi się podnieceniem, które wywołuje swoimi wizjami – namiętny seks w pozornie pozbawionym erotycznego potencjału zaciszu pewnego archiwum sąsiaduje tu z opisanym w najmniejszych szczegółach gwałtem na małej dziewczynce, sceną niczym wyjętą z tych najbardziej brudnych opowiadań Bukowskiego (przypomnijcie sobie Antychrysta).

To dla mnie naprawdę zaskakująca książka, bo choć po lekturze Czasu Czerwonych Gór powinnam być przygotowana na to, że Hůlová nie będzie unikać mocnych scen, czegoś podobnego się nie spodziewałam. Pod każdym względem zaskoczyła mnie jednak na plus – językową inwencją, fantazją i oryginalnością w stylu Shatzy Shell oraz odwagą i kontrowersyjnością. Bo lubię, jak książka burzy we mnie krew. Na różne sposoby.

***
P. Hůlová, Plastikowe M3, czyli czeska pornografia, tłum. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2013.

Petra Hůlová jest jednym z gości festiwalu Literacki Sopot, który w tym roku poświęcony jest literaturze czeskiej. Spotkanie z nią odbędzie się w czwartek 20 sierpnia o godz. 17 i poprowadzi je Magdalena Grzebałkowska.

Fotografie:
[1] Michael Sissons / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] Okładka książki ze strony wydawnictwa Afera (http://www.wydawnictwoafera.pl/) 

środa, 12 sierpnia 2015

Bawimy się!

Jak wszyscy wiecie, nie jestem zbyt szybka. Wiecznie sto tysięcy planów, sto tysięcy książek do przeczytania, sto tysięcy pomysłów na teksty, ale z niczym nie nadążam. Mam więc nadzieję, że tych, którzy byli tak mili i w ciągu ostatnich miesięcy zaprosili mnie do swoich blogowych zabaw, nie rozgniewa ani nie zdziwi fakt, że odpowiadam dopiero teraz, hurtowo. Ale odpowiadam, bo choć klasyczny ze mnie powolniak, doceniam gest i chętnie podejmuję umysłową gimnastykę, którą wymuszają zwykle tego typu zabawy.

Zacznę od zaproszenia od Kolorowej Kratki. Spore to dla mnie wyzwanie, bo trochę jestem anachroniczna i nie do końca rozumiem, o co chodzi w tych wszystkich tagach, ale spróbujmy, co mi szkodzi. Jeśli dobrze rozumuję – do disneyowskich postaci dopasować mam przykłady z literatury.

1. Roszpunka, czyli bohater, który jest optymistą, ma wielkie marzenie.
Lucjan ze Straconych złudzeń. Choć to marzenie okazuje się jego zgubą.

2. Bella, czyli bohater, który lubi czytać.
Holden Caulfield z Buszującego w zbożu. Wiem, że nie z tego jest akurat najbardziej znany, potomni zapamiętają go zapewne jako „tego chłopaka, który zamówił prostytutkę”, ale naprawdę lubił czytać. I mówił tak: „Dopiero wtedy wiem, że mnie książka naprawdę zachwyciła, jeżeli po przeczytaniu myślę o jej autorze, że chciałbym z nim się przyjaźnić i móc po prostu telefonować do niego, ile razy przyjdzie mi ochota”. A ja chciałabym się przyjaźnić z Holdenem Caulfieldem.

3. Merida, czyli bohater, który posługuje się łukiem.
Zuzanna Pevensie z Opowieści z Narnii. Bo lubię Narnię.

4. Ariel, czyli bohater z czerwonymi/rudymi włosami.
Sierva Maria z O miłości i innych demonach, mojej ulubionej książki Márqueza.

Rip van Winkle – facet, który dosłownie
przespał swoje życie. Mój typ
Śpiącej Królewny.
5. Tiana, czyli bohater, który lubi gotować.
Mam problem! Może Babette z Uczty Babette Karen Blixen?

6. Elsa, czyli bohater z magiczną mocą.
Surmena z Bogiń z Žítkovej Tučkovej. I wszystkie inne boginie.

7. Anna, czyli bohater, który ma zaginione rodzeństwo.
Nie pamiętam takiego, więc proponuję inne nietypowe rodzeństwo – Emmę z powieści Emma i ja Elizabeth Flock. Przeczytajcie, a dowiecie się, czemu nietypowe.

8. Kopciuszek, czyli bohater, który jest pomiatany przez innych.
Jan Dzieciątko z Obsługiwałem angielskiego króla. I niestety te szykany popchnęły go w niezdrowym kierunku.

9. Aurora, czyli bohater, który lubi spać.
Tak do końca to od tej Aurory nie zależało, więc rzucę na podobnej zasadzie – Rip van Winkle z opowiadania Washingtona Irvinga. W końcu przespał całe 20 lat!

10. Mulan, czyli bohater, który oszukuje wszystkich wokół.
Milady de Winter z Trzech muszkieterów Dumasa ojca.

Na drugi ogień pójdą pytania od Oli z Kajeciku Czytelnika:

1. Twoja ulubiona seria lub trylogia? (pytanie nr 7 brzmi podobnie – „Ulubiona seria książkowa I dlaczego?” – więc odpowiadam też tu)

Myślę i myślę, i wychodzi na to, że od dawna już nie czytam seriami. Gdybym miała coś koniecznie wymyślić, to podałabym pewnie którąś z serii czytanych jeszcze jako nastolatka – Anię Shirley albo Jeżycjadę. Dlaczego? Bo dzięki nim dorastanie było choć trochę łatwiejsze :).

2. Czy masz jakieś czytelnicze nawyki?

Chyba nic specjalnego. Muszę mieć przede wszystkim dwie rzeczy – ciszę i ołówek. Bez zaznaczania fragmentów czytanie nie ma dla mnie sensu.

Jedyna, która mnie pokonała.
3. Czy przerwałaś jakąś książkę w połowie i dlaczego?

Tak, kilka razy zdarzyło mi się, że książka była świetna, ale wymagająca skupienia i czasu, a ja akurat byłam mocno zajęta albo po prostu musiałam ją już zwrócić do biblioteki. Zawsze robiłam to w wielkich bólach. Tak miałam m.in. z Boską komedią, Pragą magiczną Rippelino czy Muzeum porzuconych sekretów Oksany Zabużko. Z książek, które porzuciłam bo mi się nie podobały pamiętam tylko jedną, i nie dotrwałam w tym wypadku do połowy, tylko do jakiejś dwudziestej strony. To było Nostromo Conrada. Nie wiem czemu, po prostu mi Conrad nie podchodzi i tyle.

4. Najgorsza książka, którą czytałaś?

Nie pamiętam. Raczej dobieram sobie książki z namysłem, rzeczy, które pachną gniotem omijam szerokim łukiem, a jeśli już zdarzy mi się trafić na jakiś zbuk, to szybko wyrzucam go z pamięci :).

5. Jaka jest twoja ulubiona szkolna lektura?

Z tych, których nie omawialiśmy, ale czytałam na własną rękę – Sklepy cynamonowe Schulza. A z tych przerabianych – Granica Nałkowskiej albo Przedwiośnie Żeromskiego.

6. Kto jest twoim ulubionym bohaterem i dlaczego?

Powtórzę się – Holden Caulfield. Dlaczego – tu wyjaśnienie :).

8. Czy była książka, której zakończenie ktoś Ci zdradził?

Nie przypominam sobie, ale nie płakałabym z tego powodu – nie przejmuję się spoilerami. Pamiętam natomiast, jak ja pewnego razu beztrosko zdradziłam komuś pewien istotny szczegół fabularny, i do dziś pamiętam wyraz twarzy tej osoby. Od tej pory się pilnuję.

9. Czy lubisz czytać na świeżym powietrzu i gdzie najczęściej czytasz?

Lubię, nawet bardzo. Gdybym miała ogród, czytałabym w ogrodzie, gdybym miała balkon, czytałabym na balkonie, a tak... zostaje mi park :).

10. Jakbyś miała możliwość udać się w miejsce z książki, by je zwiedzić. Jakie to by było miejsce?

Browar w Nymburku, ale nie ten obecny, bo ten widziałam, ale taki, jakim był w latach 20. ubiegłego wieku, kiedy pałętał się tam mały Hrabal.

11. Top 10 ulubionych książek?

Taka piękna żałoba Hrabala, Do latarni morskiej Woolf, Upojenie Mansfield, Buszujący w zbożu Salingera, Gargantua i Pantagruel Rabelais'go, City Baricco, Sklepy cynamonowe Schulza, Prawiek i inne czasy Tokarczuk, Śmierć pięknych saren Pavla, Białe noce Dostojewskiego. (A jakby się tam na wcisk jeszcze jedna zmieściła, to Najpiękniejsza dziewczyna w mieście Bukowskiego).

Kolejny etap to pytania od Pyzy Wędrowniczki, które zafundowały mi najcięższą mózgową gimnastykę.

1. Czy pamiętacie taki moment przy czytaniu książki, że przepełniała Was ochota, by wysłać autorowi niemiły anonim za rozwiązanie jakiegoś wątku albo zwrot w fabule?

Czułam coś podobnego czytając Burzliwe lato Jeanne Bourin, kontynuację Sekretów kobiet złotnika. Niemiły anonim to może nie (zwłaszcza że autorka już nie żyje), ale mocno mnie rozczarowała. Już w samej końcówce tak pokierowała bohaterami, że przekreśliła całą tę piękną i porywającą wizję miłości, którą konsekwentnie budowała w Kobietach złotnika. I mój mały świat legł w gruzach!

2. Czy zdarzyło się Wam, że ktoś zdradził Wam zakończenie albo istotny moment w fabule książki, która niesamowicie Was wciągnęła? Jaka była Wasza reakcja?

Patrz odpowiedź na pyt. 8 u Oli z Kajeciku :). Nie, na szczęście element zaskoczenia nie jest dla mnie tak ważny (no chyba że w grę wchodzi kryminał, ale tych z reguły nie czytam).

Vivien Leigh jako Scarlett O'Hara. 1939 r.
3. Czy była w Waszym czytelniczym doświadczeniu taka sytuacja, że któryś z bohaterów książki tak Was denerwował, że porzuciliście powieść bez kończenia jej?

Nie, aż tak to nigdy. Ale jest jedna bohaterka, która doprowadzała mnie do szewskiej pasji – Scarlett O'Hara. Nie zmienia to faktu, że Przeminęło z wiatrem uważam za doskonałą powieść.

4. Macie szansę poprosić autora (każdego, nawet nieżyjącego) o dopisanie kontynuacji jednej powieści. Kogo i o kontynuację jakiej powieści byście poprosili?

Gdybym miała taką możliwość, to przywróciłabym do życia Gogola i kazałabym mu skończyć Martwe dusze. Uwielbiam tę książkę i bardzo chciałabym się dowiedzieć, co dalej z Cziczikowem.

5. Czy są tacy bohaterowie w dwóch różnych powieściach, co do których uważacie, że byliby dla siebie stworzeni, gdyby tylko zamieszkiwali jedno książkowe uniwersum?

Stworzeni dla siebie – nie wiem, ale chodzi mi po głowie taki eksperyment – skonfrontować Chinaskiego z którymś z zachwyconych szaleńców Hrabala. Ciekawa jestem, jak długo wytrzymałby hrabalowski poczciwiec, bo że nie miałby w tym starciu większych szans – to oczywiste. Ohyda życia zawsze się przebije, co zresztą widać w ostatnich utworach Hrabala i w jego smutnym końcu.

Owieczka z Wełniastego Podejścia do Literatury postanowiła zmusić mnie do gdybania i wykorzystała w tym celu pewną figlarną wróżkę. Oto co mnie spotkało:

1. Budzisz się rano. W fotelu pod oknem siedzi znudzona czekaniem, aż się łaskawie obudzisz wróżka, która oferuje Ci jedną niezwykłą moc. Ty wybierasz jaką.

Zdecydowanie niewidzialność. Bo mogłabym wreszcie zacząć być wśród ludzi i słuchać ich bez tej kuli u nogi w postaci mojego nieporadnego jestestwa i tłukącego się po głowie pytania „Co oni pomyślą?”. Podsłuchiwałabym, obserwowałabym, kolekcjonowałabym opowieści, a potem zebrałabym je we własnej książce. Byłoby pięknie!

2. Budzisz się kolejnego dnia. Noc już co prawda się skończyła, ale wróżka nadal tkwi w fotelu. Tym razem przenosi Cię na jeden dzień do świata dowolnej powieści. Gdzie zatem spędzisz ten dzień?

Na pewno pierwszą myślą byłby hrabalowski Nymburk, ale gdyby okazało się na przykład, że wróżka jest już zmęczona tym całym czechofilstwem i buntowniczo odmawia przeniesienia mnie do świata Hrabala, to wybrałabym tę nadmorską wioskę w Kornwalii uwiecznioną przez Virginię Woolf w Do latarni morskiej. Chciałabym spędzić ten jeden dzień z cudowną panią Ramsay, jej rodziną i przyjaciółmi.

3. Trzeciego dnia fotel nadal okupuje wróżka. Jest złośliwa, dlatego nie tłumacząc Ci zupełnie nic, przemienia Cię w zwierzę, o którym pomyślałaś/eś. W czyjej skórze spędzisz ten dzień i jak to wykorzystasz?

To ja wybieram leniwca. I przez cały dzień nie robię nic. Chciałabym mieć jego luz i dystans przynajmniej na te kilka godzin!

4. Dzień czwarty – fochy wróżce przeszły i daje Ci wybór. Możesz wybrać się na kawę z dowolnie wybranym pisarzem. Z kim spędzisz dzień?

Ponieważ straszna ze mnie boidupka i nie należę do osób, które swoim urokiem raz dwa przełamują towarzyskie lody, wybieram Etgara Kereta. Bo jest tak przemiłym i przyjaznym człowiekiem, że nie wymaga żadnego przełamywania lodów. Jestem pewna, że spędzilibyśmy razem cudowny dzień!

5. Piątego dnia budzisz się, a fotel jest pusty. Wróżka zniknęła. Na fotelu został tylko kłębek wełny. Odczuwasz ulgę, czy żal, że już jej nie ma?

Żal, wielki żal! Niewidzialność, dzień z panią Ramsay a potem z Keretem, dwadzieścia cztery słodkie, bezczynne godziny w skórze leniwca – po rękach bym ją całowała! Niech wpadnie jeszcze kiedyś :).

I wreszcie pytania od Żabki z Kącika literackiego:

1. Cudem przeżyłaś katastrofę samolotu i wylądowałaś sama na bezludnej wyspie. Masz tylko kuferek pełen książek, bo pakując się na wakacje nie potrzebowałaś nic innego. Jak je wykorzystasz, żeby przetrwać?

Wypadałoby pewnie wymyślić coś praktycznego, na przykład ułożyć z nich na plaży wielki napis „Help” albo (o zgrozo!) rozpalić przynajmniej jakieś wielkie ognisko, ale znając mnie uznałabym, że i tak to nie ma sensu i prędzej czy później zginę marnie, więc wykorzystałabym je po prostu do uprzyjemnienia sobie ostatnich chwil życia. Mam nadzieję, że jeśli taka chwila kiedyś nadejdzie, to będę mieć ze sobą W poszukiwaniu straconego czasu Prousta.

2. Dalej tkwisz na bezludnej wyspie. Którą postać z książki chciałabyś widzieć u swojego boku?

Znów będę monotematyczna, ale Holdena Caulfielda. Razem odpoczęlibyśmy od ludzi i jestem pewna że zagadalibyśmy się tak, że zapomnielibyśmy o naszej pożałowania godnej sytuacji.

Love!
3. Zamiast Twojego ulubionego bohatera literackiego pojawia się pisarz. A nawet dwóch: Kerouac i Bukowski. I mówią Ci, że musisz wybrać tylko jednego z nich. Kogo byś wybrała i dlaczego?

Bukowskiego, bo go kocham. A Kerouaca tylko lubię.

4. Znudziło Ci się siedzenie i słuchanie jakiegoś Kerouaca, tudzież innego Bukowskiego. Postanawiasz zwiedzić wyspę, która (jak się okazuje) wcale nie jest taka bezludna. W tropikalnym lesie znajdujesz domek z książki. Zatrzymujesz się, żeby poczytać, ale historia tak Cię wciąga, że nie możesz się oderwać, aby pójść dalej. Z domku wychodzi Baba Jaga. Co robisz? Uciekasz szybko i daleko, czy zostajesz, żeby skończyć czytać opowieść?

Zostaję i spokojnie sobie czytam. W końcu i tak już jestem półżywa na tej wyspie, więc co może się mi stać? W najgorszym wypadku utuczy mnie i zje. A do tego czasu naczytam się w tym domku za wszystkie czasy!

5. Okazuje się, że Baba Jaga to teraz miła, starsza kobieta. Jaś i Małgosia dali jej w kość, dlatego chce dla Ciebie zrobić coś miłego, żeby „odkupić winy”. Może Cię przenieść z tej wyspy do miasta/kraju Twojego ulubionego pisarza. Jakie miejsca chciałabyś koniecznie zobaczyć?

Dobrze więc, że nie uciekłam :). Pędzę w takim razie do Kornwalii Virginii Woolf albo do Drohobycza Schulza. W jakieś urocze, spokojne, słoneczne miejsce, bo słońca i spokoju nigdy dosyć! Nawet po pobycie na bezludnej wyspie.

Aż się rozmarzyłam! Tu Bukowski, tam Kerouac, tu Kornwalia, tam Nymburk, tu Keret, tam Holden Caulfield... I jeszcze ten leniwiec. Naprawdę nie wiem, co najlepsze!

Dziękuję Wam wszystkim za te słodkie chwile, które spędziłam wymyślając odpowiedzi na Wasze pytania. I polecam się na przyszłość, bo to nie tylko trening dla mózgu i wyobraźni, ale i literacki balsam na duszę.

Fotografie:
[1] dixieroadrush / Foter.com / CC BY-NC-SA
[2] chlononymus / Foter.com / CC BY
[3] Ilustracja N. C. Wyetha / freeparking :-| / Foter.com / CC BY
[4] ciekawy-kajecik-czytelnika.blogspot.com   
[5] Andy Field (Field Office) / Foter.com / CC BY-NC-SA
[6] pierogipruskie.blogspot.com
[7] Kadr z filmu Przeminęło z wiatrem (reż. Victor Fleming) z roku 1939 / Wikimedia Commons
[8] www.owcazksiazka.pl
[9] jbeau / Foter.com / CC BY-NC-SA
[10] kacik-literacki.blogspot.com
[11] - 404 Not Found - / Foter.com / CC BY-NC-ND