środa, 28 października 2015

Niewinność o smaku kradzionych jabłek – „Siekiera”, Ludvík Vaculík

W życiu chłopca musi w końcu nastąpić taki moment, kiedy ojciec przestaje być herosem. Niegdyś – silny, mądry i sprawiedliwy, z czasem okazuje się człowiekiem z krwi i kości, z wątpliwościami, słabościami i całą masą życiowych błędów dźwiganych na pokrzywionych plecach. W przypadku ojca narratora i głównego bohatera Siekiery Ludvíka Vaculíka najcięższym z tych błędów była naiwna wiara w komunizm – ustrój, który miał raz na zawsze zabrać bogatym i nakarmić biednych.

Kto jest jednak bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem – wiadomo przecież, że ogromna część czeskiego społeczeństwa po wojnie uwierzyła komunistom. Ze swojego pięknego proletariackiego snu budziła się potem w bólach, a w latach 60. społeczne niezadowolenie i rozczarowanie osiągnęło swoje apogeum. Zaczęto stawiać sobie odważne pytania: co zostało z tego wspaniałego socjalizmu, w który wierzyli nasi rodzice? I czy da się jeszcze coś z niego ocalić? Takie pytania stawia również Siekiera, opublikowana w roku 1966, na fali politycznych przemian.

Czas prostytutek

Powieść Vaculíka nie tylko zresztą pyta, ale i krytykuje. I to jak mądrze, jak trafnie! Ironizuje, ukazuje absurdy obowiązującego ustroju, proponuje obrazowe analogie i porównania – i mogę śmiało napisać, że nigdy wcześniej nie czytałam książki, która w tak prostych słowach obnażałaby słabości komunistycznego systemu. Nie dziwię się teraz, że to właśnie Vaculíkowi powierzono napisanie słynnego manifestu Dwa tysiące słów (o czym wspominam tu).

Weźmy choćby scenę, w której narrator rozmawia ze swoim bratem kierowcą o Dvořáku i Smetanie. Brat, nie bacząc na czeskie świętości, stwierdza otwarcie, że nie lubi ich muzyki. Masz do tego prawo – mówi mu narrator. Ale przecież nie zakazałbyś im z tego powodu komponować, ani nie kazałbyś im komponować według wymyślonych przez siebie zasad. Oczywiście że nie – odpowiada brat. Przecież to byłby absurd. I o to właśnie chodzi. Albo ten doskonały dialog:
– Tu już nawet nie chodzi o pomoc – powiedziałem. – Chodzi o to, żeby chociaż krzyknąć! (…) 
– Dobrze, dobrze. Twoja poczciwa dusza sobie krzyknie, ale gazeta zniknie, a my razem z nią – odpowiedział szef dobrodusznie i automatycznie. 
Pomocniczka redakcyjna słabym głosikiem zauważyła: 
– I właśnie tak powoli zmieniamy się w prostytutki… 
Szef w geście wyczerpania podniósł ręce, nie chciało mu się powtarzać w kółko tych samych słów, ale cóż mu pozostało: 
– Jeśli damy się wyrzucić, przyjdą tu jeszcze większe prostytutki. Więc komu to pomoże. 
Po tych wyuczonych słowach zabrzmiała zabawna kwestia Sławka: 
– Racja. W naszych rękach leży decyzja, na jak wielkie kurwy ten mały naród może sobie pozwolić (s. 75).
W państwie komunistycznym prawda staje się na wpół płynna, łatwa do kształtowania niczym plastelina. Jeśli umiesz się nią posługiwać jak należy – masz szansę utrzymać się na powierzchni. „Z prawdą trzeba umieć się obchodzić. Ty nie umiesz” – mówi wezwanemu na dywanik narratorowi dyrektor gazety, potwierdzając ostateczny upadek komunistycznych ideałów. Nikt już w nie nie wierzy, płomienny socjalizm zamienił się w zmyślną grę, liczy się już nie zapał, a twarz pokerzysty. „Obchodzić się z prawdą” – to znaczy po prostu obchodzić ją, bez mrugnięcia okiem.

Ludvík Vaculík w 2010 roku.
Idee ścinane jak drzewa

Nie miałaby jednak powieść Vaculíka tak silnego wydźwięku, gdyby nie wątki osobiste, zaczerpnięte zresztą ponoć po części z autobiografii pisarza. Wracamy do postaci ojca – ojca-herosa, ojca-boga, tajemniczego, imponującego, wszechwiedzącego. Symbolizującego magiczny czas dzieciństwa, bliskość z naturą, nocne złodziejskie wyprawy po jabłka, smakujące tak wspaniale owocem zakazanym. Czas jednak płynie i przydaje ojcu siwych włosów, synowi zaś otwiera na wszystko oczy. I coraz wyraźniejszy staje się kontrast – ojciec-mędrzec i ojciec oszukany, wzorzec i autorytet kontra człowiek bezradny i zwiedziony na manowce, mocarz kontra łysy staruszek w brudnej szpitalnej piżamie.

Bardzo niewiele zostaje z tego niegdysiejszego mędrca i siłacza. Przegrał nie tylko ideowo, ale i moralnie. Niespodziewanie za to z jego cienia wychodzi matka – nieuczona, prosta wiejska kobiecina, która ze stoickim spokojem przyjmuje wszelkie polityczne zmiany, a gdy widzi, że w imię „ideałów” jej mąż odmawia pomocy krewnym, mówi po prostu (ale z jaką mocą!): „No tato! Ja to widzę, ty nie jesteś dobry”.

Siła matki to również siła natury, krępowanej i ograniczanej przez nowy wspaniały komunistyczny świat. Vaculík wykorzystuje przyrodę do metaforycznego opisu oddziaływania systemu na ludzi – nowe myśli i idee są u niego niczym drzewa, które obcina się jeszcze zanim zdążą wyrosnąć.

Natura, drzewa, ścinanie – i tym sposobem dochodzimy do tytułowej siekiery. Można to rozumieć w taki właśnie sposób – siekiera czyli system, który podcina gałęzie, nie pozwala wzrastać i rozwijać się. Ale dla mnie siekiera jest również symbolem pewnej sceny z dzieciństwa, kiedy narrator wraz z ojcem wybierają się na ryzykowną wyprawę, by ukraść trochę drewna z powalonego drzewa. W końcówce powieści bohater powtarza tę akcję wraz z bratem, symbolicznie powracając w ten sposób do czasów kradzieży i społecznej nierówności, które, paradoksalnie nieco, są również czasami niewinności.

Raj utracony

Znajomość historycznego kontekstu na pewno trochę pomaga przy tej lekturze, ale Siekiera nie jest tylko książką o Czechach i ich rozczarowaniu komunizmem. Zmiana perspektywy, jaką przynosi dorastanie, krytyczne spojrzenie na własnych rodziców, poszukiwania własnej ścieżki to przecież kwestie uniwersalne, dotyczące nas wszystkich. Również fragmenty opisujące narodziny nowego, sterylnego i zunifikowanego świata wydają mi się jakoś niepokojąco aktualne:
We wszystkich kierunkach jest to samo, to samo pieczywo, te same organizacje, a w pokoju hotelowym leci z kranu obrzydliwa dezynfekowana woda. Wszędzie tak samo zdrowo i nigdzie na bagnach nie straszy (s. 164).
Vaculík bez fałszywej skromności mówił o Siekierze, że jest intensywna i celna, realistyczna i fantastyczna zarazem, i że mógł taką książkę napisać tylko raz. Oczywiście nie powstrzyma mnie to przed zapoznaniem się z resztą jego twórczości, ale generalnie – wszystko się zgadza. I choć nie jest to lektura najłatwiejsza, wciąga w pradawny, pachnący jabłkami i drewnem utracony świat trochę jak z powieści Myśliwskiego. Niepokoi, zmusza do rozmyślań i czaruje melancholią.
Tu, w świecie wymarłego narodu, jest już wyłącznie legendą to, że gdzieś mieliśmy domek pod lipami, w którym jedni byli ojcem i matką, a drudzy ich dziećmi, a koło naszej furtki chodzili na pole czy na dworzec ludzie i rozmawiali z nami, podczas gdy nieopodal w lasach płynęły potoczki, a ptaki śpiewały (s. 233).
***
L. Vaculík, Siekiera, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015.

Za przybliżenie polskim czytelnikom – i mnie osobiście – postaci jednego z najwybitniejszych czeskich pisarzy XX wieku i jego słynnego dzieła dziękuję panu Mirkowi i wydawnictwu Stara Szkoła.

Książkę kupić można na stronie wydawnictwa. I będą to dobrze zainwestowane pieniądze!

Fotografie:
[1] lennox mcdough / Foter.com / CC BY-ND
[2] Mercy / Wikimedia Commons
[3] Okładka polskiego wydania książki / materiały wydawnictwa  

poniedziałek, 26 października 2015

Festiwal Conrada 2015, dzień 5., 6. i 7. – relacja

Piątek zdominowany został przez Petra Šabacha. Cóż to za absorbujący gość! Hospoda, piwko, papieros, záchod, grzebień – sporo czasu i energii wymagało samo zaciągnięcie go na salę. Spośród wszystkich gości festiwalu był on jednak chyba najbardziej barwnym, a swoją prostotą i bezpośredniością wprowadził element ożywienia w ten poważny conradowski świat.

Na pytania (zwłaszcza te „mądre”) odpowiadał anegdotami. Gdy Szymon Kloska i Tomasz Pindel zapytali o to, czy Podróże konika morskiego są współczesnym traktatem o kryzysie męskości, opowiedział jak to oznajmił żonie, że odchodzi na zawsze, a ona kazała mu wziąć po drodze śmieci. Zapytany o przyjaźń damsko-męską odpowiedział, że przyjaźni się z żoną, ale dopiero od 10 lat (a są już razem 40). Mówił o swoich wizytach u wnuków w Stanach i o tym, jak uchodził tam za wschodnioeuropejskiego buraka, przekonywał, że do pisania nie jest potrzebne wykształcenie, twierdził, że każde dziecko powinno zatrzymywać się na wieku lat czterech i dalej nie rosnąć – a on miał to szczęście, że jest właśnie takim dzieckiem.

Było i o polityce. Gdy przed spotkaniem zapytał mnie na kogo będę głosować i odparłam, że ciągle nie wiem, zacytował Rolling Stonesów – że to jak wybór między rakiem a dżumą. Powtórzył to potem na spotkaniu i oznajmił, że osobiście najbliżej mu do anarchistów. Nie przeszkodziło mu to rozpocząć kariery politycznej i wygrać w lokalnych wyborach – jakież to haškowskie!

Pytań od publiczności nie było, bo czasu brakło (a pęcherz niestety też ma skończoną objętość). Za to książki podpisał, ale nie omieszkał zażyczyć sobie do tego kufelka zimnego piwka. Przybycie wyczekiwanego trunku (na moich rękach) zostało przywitane radosnymi okrzykami :).

Lec czy Lem?

W sobotę spędziłam w Pałacu prawie cały dzień. Po dyżurze w Strefie Blogera przyszedł czas na spotkanie Cel: Lec na temat Stanisława Jerzego Leca, dyskusję Codzienność w literaturze, spotkanie z Gonçalo M. Tavaresem i, na końcu, wyczekiwaną rozmowę z Jonathanem Franzenem.

O Lecu dyskutowali Lidia Kośka, Leonard Neuger oraz Michał Paweł Markowski – dyrektor artystyczny Festiwalu Conrada. Spotkanie poprowadziła Roma Sendyka. Dziś nazwisko Leca kojarzą niemal wszyscy (nie mówiąc o jego aforyzmach, które na dobre weszły już do naszego języka), ale nie zawsze tak było – jak wspomina Lidia Kośka, gdy pisała pracę doktorską o Lecu i mówiła komuś o tym, standardowym pytaniem było: „O Lemie?”. Dziś już wiemy, że był jakiś Lec. Ale co wiemy o nim samym?

Kośka zwróciła uwagę na jego mało znaną poezję. Markowski nie zgodził się – stwierdził, że wiersze Leca są raczej wtórne, za to prawdziwa odkrywczość i geniusz objawia się w aforyzmach. I podkreślił, że należy je czytać w tradycji żydowskiej, co zasugerował sam Lec, gdy na pytanie „Jak długo lęgną się myśli w pana głowie?” odpowiedział: „Sześć tysięcy lat”. Prowadząca Roma Sendyka skłonna za to była korzenie aforystyki Leca umieścić aż w dobie Hipokratesa – czasach, gdy aforyzm był lekiem zarówno dla duszy, jak i ciała.

Rozmówcy zastanawiali się nad samą postacią Leca – czy był musilowskim człowiekiem bez właściwości? Błaznem? Facecjonistą? Habsburżujem? Podkreślono też wieloznaczność jego aforyzmów, które zawsze mają dwa znaczenia – przenośne i dosłowne. Sęk w tym, by rozróżnić, które z nich jest nadbudowane, a które wtórne. Na pytanie, czy sam Lec to wiedział, profesor Markowski odpowiedział dowcipnie: „Najlepsi pisarze najczęściej nie wiedzą, co piszą”.

Ostrzyhom, tłuste dorsze i Facebook

O codzienności w literaturze rozmawiali natomiast Michał Olszewski i Piotr Siemion, a spotkanie poprowadziła redaktorka naczelna „Dwutygodnika”, Zofia Król. Obydwaj panowie byli zgodni, że nie postrzegają codzienności jako coś negatywnego. W końcu niewiele więcej jest nam dane, a dobry pisarz nawet z nudnej na pozór codzienności jest w stanie ulepić Wielką Literaturę – najlepszym tego przykładem jest Bruno Schulz. Jako inni mistrzowie pisania o codzienności zostali wymienieni między innymi Hanna Krall (chodzi zwłaszcza o jej teksty z lat 70.), Karl Ove Knausgaard (który odsłania swą codzienność w najbardziej intymnym aspekcie), Jonathan Franzen i Ian McEwan.

„Trzeba żyć tak, by nawet podróż do Ostrzyhomia była wielką wyprawą” – napisał kiedyś Sandor Marai, jak przypomniał Michał Olszewski. Sęk w tym, by znaleźć sobie sposoby na ubarwienie tej monotonnej rzeczywistości – wypracowanie metody w stylu „ławicy tłustych dorszy” Olszewskiego. Tylko to i sny daje nam możliwość ucieczki od rzeczywistości – stwierdził Siemion.

Zofia Król poruszyła również kwestię Facebooka jako wielkiej platformy do zapisu swojej codzienności. Obydwaj pisarze, mimo że nie używają Facebooka w tej roli, przyznali z lekkim wstydem, że mają z nim problem – Olszewski stwierdził wprost, że jest od niego uzależniony i zaczyna go to przerastać, Siemion zaś skomentował: „Siedzę na tym Facebooku, ale sam nie wiem po co” :). Nie tylko ja więc mam problem, który wyznawałam w swoim Rachunku sumienia.

Na końcu spotkania wypłynęła jeszcze kwestia Kronosa. Czy rozmówcy czytali, co o nim sądzą, jak się ma do Dzienników? Najpiękniejszym podsumowaniem tej części rozmowy będzie porównanie wymyślone przez Piotra Siemiona. Za dawnych czasów na koloniach stałym elementem wieczornego programu było sprawdzanie czystości stóp uczestników. Ci sprytniejsi myli tylko jedną nogę i tylko tę wystawiali spod kołdry do kontroli. Zdaniem Siemiona Kronos to właśnie taka brudna noga kolonisty, schowana przez długie lata gdzieś pod kołdrą, podczas gdy Dzienniki – to ta czysta, na pokaz.

Głód pisania

Chwilę później miejsce dyskutantów zajął portugalski pisarz, niedoszły piłkarz i niedoszły matematyk, Gonçalo M. Tavares. Spotkanie rozpoczął on od płomiennego przemówienia o tym, czym jest (lub raczej: powinno być) pisanie. Na początek przywołał anegdotę o Picassie, który zażądał za swój obraz od pewnego człowieka niebagatelnej sumy; gdy ten oburzył się, że artysta życzy sobie tyle pieniędzy za pięć minut pracy, malarz odparł, że nie jest to zapłata za pięć minut pracy, lecz za 45 lat jego życia plus pięć minut.

Tak jest też z pisaniem – jest ono naturalnym przedłużeniem naszego życia, pochodną naszych doświadczeń, ale również lektur, dlatego tak ważne jest dla aspirującego pisarza czytanie. Zacząć pisać bez znajomości całej klasyki literatury to jak rozpocząć mecz piłkarski od drugiej połowy – przekonywał Tavares. Pisarz zwracał też uwagę na to, że nasze życie jest krótkie, musimy więc dobierać lektury z rozwagą. Na czytanie wątpliwej jakości książek mogą sobie pozwolić tylko nieśmiertelni, bo tylko oni mają na to czas.

Tavares podkreślał, że los pisarza to ciężki kawałek chleba. Wstaje on bowiem rano, widzi promienie słońca wpadające przez okno, podchodzi, widzi na zewnątrz piękny dzień, rozmawiających ludzi, bawiące się dzieci, i chciałby wyjść do tego pięknego świata. Ale nie może. Musi zamknąć okno, zasiąść przy biurku i wziąć się do pracy. Samotność, konieczność pracowania wciąż nad tymi samymi fragmentami tekstów, nieustanne skracanie – najtrudniejsza i najważniejsza zarazem praca pisarska. Oto rzeczywistość pisarza.

A i później, gdy już dzieło jest gotowe, nie jest wcale tak łatwo. Publikacja – to duży krok. Powinniśmy decydować się na niego tylko wtedy, gdy jesteśmy pewni, że niezależnie od tego co powiedzą na temat naszej książki inni, nie przestaniemy dalej tworzyć. Dlatego też zdaniem Tavaresa dobrze się stało, że Kafka nie opublikował wielu ze swoich utworów – to było świadome działanie, wiedział bowiem, że jest słaby psychicznie i może nie znieść krytyki.

Ogromnie podobało mi się to, co Tavares mówił o potrzebie pisania – że powinniśmy pisać tylko wtedy, gdy naprawdę tę potrzebę mamy (przypomina mi to słynne So You Want to be a Writer Bukowskiego), a ta potrzeba jest niemal fizyczna – jak głód. Gdy jesteśmy głodni, nie zastanawiamy się, czy jeść czy nie, ale robimy to natychmiast, gdy tylko stanie przed nami półmisek z jedzeniem. Podobnie powinno być z pisaniem – bez ociągania, bez wątpliwości, po prostu muszę.

W odpowiedzi na pytanie o to, czy czyta współczesnych pisarzy, Tavares opowiedział kolejną zachwycającą angedotą-ciekawostką. Niegdyś wozy cygańskie jadąc jeden za drugim komunikowały się w nietypowy sposób – wybierając pewną drogę na rozdrożu jadący z przodu wóz wyrzucał na wybranej drodze jabłko, aby ten z tyłu wiedział, dokąd jechać. „Dzisiejsze jabłka są inne niż kiedyś, ale też ich próbuję” – stwierdził pisarz, odpowiadając tym samym na pytanie twierdząco. Równocześnie jednak przyznał, że uwielbia klasyków za ich mocne, biblijne słowa, których sam stara się używać, przez co jego proza może się wydawać trochę anachroniczna.

Pod koniec tematyka spotkania zeszła na kwestie filozoficzne, na imperatyw kategoryczny Kanta i nasze moralne dylematy. Co byś zrobił, gdybyś musiał wybierać między jednym życiem a drugim? Co, gdybyś był maszynistą i mógł wjechać na jeden tor – na którym jest ważny dla ciebie człowiek, na przykład twoja matka – lub na drugi, na którym jest pięciu innych ludzi? Albo pięćdziesięciu? Albo pięciuset? Dlaczego najbardziej kategoryczne spośród przykazań, „Nie zabijaj”, jest równocześnie przykazaniem, od którego jest najwięcej wyjątków? Z takimi oto zagadnieniami w głowie zostawił nas Gonçalo M. Tavares.

Internet nie taki zły

I wreszcie przyszedł czas na Franzena. O rozczarowaniu i smutku, jaki wywołało we mnie to spotkanie, pisałam już tu. Od początku do końca, może z wyjątkiem kilku momentów, było to spotkanie trochę „na opak”. Na pytanie o współczesne technologie Franzen – słynący przecież z ich krytyki – odpowiedział, że nie widzi w nich nic złego, a gdy prowadzący Grzegorz Jankowicz próbował podejść go inaczej, pytając „A jakie problemy dla ciebie osobiście jako pisarza stwarzają te technologie?”, odparł, że żadnych, a nawet mu pomagają – nie musi już wiedzieć wszystkiego, skoro ma całą wiedzę świata w swoim smartfonie.

Brzmi to jak czysta ironia, i zwrócił mu na to uwagę Jankowicz, ale Franzen upierał się, że wcale nie ironizuje. Przekorna była też jego odpowiedź na pytanie o to, dlaczego tak często porusza temat rodziny – „A czy o rodzinie nie pisze się już od wieków?”. Tyle tylko, że on stara się wniknąć głębiej – uważa, że gdy tylko spróbujemy wniknąć w głowy poszczególnych członków rodziny, odkryjemy za na pozór nudną rodzinną fasadą naprawdę fascynujące rzeczy.

Znajomo zabrzmiała natomiast wreszcie krytyka strachu przed samotnością, tak typowego dla naszych czasów. Nie da się zbliżyć do Prousta czy Kafki, nie czytając w samotności ich dzieł. Dlaczego przeraża cię wizja zamknięcia komputera czy wyłączenia telefonu i pogrążenia się w lekturze? Jeśli musisz wciąż sprawdzać telefon i dowartościowywać się tym, co dostajesz na niego od znajomych – masz poważny problem. To wszystko brzmiało już jak „stary dobry” Franzen.

Gdy przychodziło do mówienia o twórczości, rozmowa kręciła się niemal wyłącznie wokół Korekt. Franzen wspominał jak poczuł się, gdy Norman Mailer przeczytał tę powieść i stwierdził że to „bardzo dobrze napisany sitcom”. Zdradził kilka szczegółów, jeśli chodzi o znaczenie kompozycji (na przykład – pogłębiająca się anarchia na Litwie, gdzie przebywa Chip, i postępująca demencja Alfreda, upadek potężnego niegdyś ojca, to sytuacje lustrzane; nie wpadłam na to). Mówił o obawie, że ktoś rozpozna w książkowych postaciach członków jego rodziny. Bo trochę podobieństw jest – jego matka była bardzo podobna do Enid, jego ojciec miał demencję jak Alfred, jego brat lubił grilla jak Gary (uśmieszek)... Odkrył za to, że jego czytelnicy mają podobne doświadczenia – wielu mówiło o Enid, że „Jest zupełnie jak moja matka”. „A, więc ty też!” – odpowiada wtedy ze zrozumieniem.

Mimo wszystko jednak w powieściach te powiązania są mocno zawoalowane, natomiast Franzen zupełnie nie krępuje się pisać o sobie, gdy posługuje się esejem. Skąd ten mocno konfesyjny ton w eseistyce? – pytał Jankowicz. „Może dlatego, że jestem niezbyt odważnym ekshibicjonistą… Ale nie, to nie pasuje do mnie” – zastanawiał się pisarz. W końcu uznał, że chodzi mu o więź z czytelnikiem, o płaszczyznę porozumienia. Tylko gdy się naprawdę otworzysz, możesz przekonać się, że ktoś dzieli twoje myśli i doświadczenia.

Były więc momenty, kiedy byłam w stanie uwierzyć, że to „ten Franzen”. Ale naprawdę chciałabym go kiedyś jeszcze posłuchać, gdy nie będzie akurat wyczerpany kilkutygodniową trasą objazdową promującą jego najnowszą książkę i podpisywaniem książek na Targach. Zmęczenie było widać w każdym jego słowie – miał problem ze skupieniem się na pytaniu, z trudem formułował myśli… Pewnie doszło i zniechęcenie. Ale może kiedyś jeszcze się uda.

Marlboro zamiast słońca

Niedziela! Czyli ostatni dzień festiwalowego szaleństwa. Dla mnie intensywna przede wszystkim dlatego, że przez większość dnia pomagałam przy Kursie Kreatywnego Pisania. Później – biegiem na Szczygła, a następnie kolejny sprint do domu, kiecka, buty i na galę!

Spotkanie Mariusza Szczygła z blogerami polegało na tym, że on mówił, a oni zadawali pytania pomocnicze. Mowa była między innymi o nagradzanym i kontrowersyjnym zarazem reportażu Śliczny i posłuszny, wspomnienie którego do dziś ponoć wywołuje u autora przykre emocje. „Czy żałował pan kiedyś, że go pan napisał?” „Tak, żałowałem” – odpowiedział. Od tak trudnego tematu przeszliśmy płynnie do osławionego talk show Na każdy temat („Którego wy pewnie nie pamiętacie… Pamiętacie? To chyba z wczesnego dzieciństwa!”), a następnie do „niepoprawnych politycznie” porównań Szczygła („Dobry tekst musi być zakończony puentą, tak jak seks powinien być zakończony orgazmem”) oraz kwestii „czy więcej, to lepiej”. Reporter bardzo chwalił bowiem dyscyplinę czytelniczą Bernadetty Darskiej, na której blogu codziennie ukazuje się nowa recenzja, obecna natomiast na spotkaniu autorka bloga Książki na ostro zaprotestowała przeciw podejściu „im szybciej, tym lepiej” i zwróciła uwagę na szaleńcze wyścigi czytelnicze w książkowej blogosferze, za którymi idą marnej jakości recenzje (w duchu przyklaskiwałam każdemu słowu).

Szczygieł podzielił się też z uczestnikami swoją własną wizją blogowania – na zasadzie „gdybym był blogerem, zrobiłbym to tak...”. Przede wszystkim – pisać o własnych odczuciach, nawiązywać do własnego życia, tworząc coś w rodzaju reportaży o czytaniu książki. Nie zaszkodziłaby też odrobina inteligentnej zabawy typu „Gdybym miał wyrzucić z tej książki wszystkie zdania i zostawić tylko pięć, byłyby to:”. Osobiście podoba mi się pomysł numer 1 i być może w tym kierunku będę zmierzać (w praktyce to będzie powrót, bo na początku blogowania moje teksty były dużo bardziej osobiste).

Na koniec była Aleksijewicz, Singer i… piosenka Fantasy zespołu Earth Wind & Fire, której melodia prześladuje Szczygła od dzieciństwa, zaś tekst polskiej wersji, napisany przez Jacka Cygana (Autostradą do słońca), ponoć odegrał ogromną rolę dla kształtowania się twórczości reportera :). Ten suspens, zmierzanie ku słońcu, które ostatecznie okazuje się tylko neonem reklamującą papierosy Marlboro… Wszystko tam jest :).

Pisanie to walka

I już tylko gala! Gala, na której, nie ukrywam, przede wszystkim interesował mnie wykład Jonathana Franzena, bo na temat nominowanych do Nagrody Conrada nie wiedziałam nic i żadnej z tych książek nie czytałam. A Franzen na wstępie przeprosił za swój głos, osłabiony po tylu tygodniach jeżdżenia i promowania swojej książki, i wyraził radość, że może być w Krakowie na festiwalu imienia jednego z jego ulubionych pisarzy.

Osią wykładu pisarza było kilka podstawowych pytań, które musi sobie zadać młody pisarz.

Pierwsze – to pytanie o wpływy. Jego samego w wieku lat 21 inspirowała twórczość m.in. C.S. Lewisa i P.G. Wodehouse'a (już wiem, skąd u niego ten cudowny humor!). Potem przyszedł czas na Kafkę i jego Proces – powieść, która otworzyła mu oczy na to, co literatura potrafi i wzbudziła chęć samodzielnego pisania. Franzen podkreślił, że nie chodzi o to, aby być rzemieślnikiem naśladującym innego rzemieślnika, który naśladował kogoś jeszcze innego, ale aby stać się częścią dynamicznej artystycznej społeczności, czerpiąc z niej do woli i przetwarzając wszystko po swojemu.

Drugie – pytanie o porę dnia, w której pracujesz. Bo będą o to pytać tysiące razy, bo to chyba najczęściej zadawane pytanie, gdy rozmówca nie wie, o co zapytać.

Trzecie – pytanie o to, czy bohaterowie przejmują czasem nad tobą kontrolę. Nie ma takiej opcji – bohaterowie według słów Nabokova powinni być jak galernicy, należy słuchać ich głosów, ale w gruncie rzeczy odzwierciedlają nas i to my o nich decydujemy.

Czwarte – pytanie o autobiograficzność twórczości. Jeśli ktoś odpowiada „nie”, jest to podejrzane. Sam Franzen też jednak najczęściej wybiera „nie”, bo statystycznie jest tego naprawdę niewiele – przez te wszystkie lata publikacji spisane sceny wzięte z jego życia zajmują w sumie może ze 20 stron. Jakieś jednak są – to oczywiste. Ojciec sikający na łóżko w trakcie ćwiczeń rehabilitacyjnych to coś, co zaczerpnął z własnych wspomnień. Podobnie – scena, gdy Chip jest z ojcem w szpitalu. Nie dziwi mnie więc, że z takim uczuciem był w stanie odmalować tragedię pogrążającego się w demencji Alfreda, o czym z zachwytem pisałam w tekście na temat Korekt.

Końcówka wykładu była piękna i mocna. Literatura to przede wszystkim ogromny wysiłek – stwierdził Franzen. To wielka osobista walka, próba poradzenia sobie z rzeczywistością, jeśli zaś pisze się łatwo – powstaje z pewnością coś, czego nie warto czytać. Trud pisania pogłębia się z każdą kolejną książką, za każdym razem trzeba sięgnąć głębiej, nie można się już cofnąć. Przy każdym nowym dziele stajesz się więc nowym, innym człowiekiem. I te pisarskie krew, pot i łzy, ta wizja rozgrzebywania własnego wnętrza i wywlekania stamtąd cennych kamieni była kropką nad i całego wystąpienia. Nie powiedział, że jest to warte zachodu, ale nie powiedział również, że nie jest, dopowiem więc sobie to, co mi w sercu gra. I niech tak zostanie.

niedziela, 25 października 2015

Jonathan Franzen i stracone złudzenia

Prawie dokładnie rok temu, w ostatnich dniach przed zeszłorocznym Conradem, napisałam trochę infantylny tekst o tym, jak to jeszcze niedawno postrzegałam pisarzy jako niedostępnych nadludzi i jaką radością jest dla mnie przekonać się, że to jednak istoty z krwi i kości. Dzisiaj wieczorem, po spotkaniu z Jonathanem Franzenem, doszłam do wniosku, że jednak wciąż jest we mnie sporo tej naiwnej dziewczynki, podchodzącej do tworzenia literatury niemal jak do sztuki magicznej. Bo gdyby tak nie było – pewnie dzisiejsze spotkanie nie rozczarowałoby mnie tak straszliwie. Pewnie tak jak inni śmiałabym się z ironicznych uwag Franzena, z jego przekornych odpowiedzi, z jego dowcipów, i ta zmiana wizji świata, fakt, że to zupełnie inny człowiek niż ten, który napisał Korekty, wzbudziłaby u mnie najwyżej zdziwiony uśmieszek. A tak – wierzcie lub nie – wracając do domu, łykałam łzy.

To nie będzie profesjonalna, rzeczowa relacja ze spotkania – nie potrafię o tym pisać na chłodno. Widocznie tak to już musi być, że każdy mój tekst na temat Franzena jest silnie naznaczony emocjami. A może nie tylko na temat Franzena. Może nigdy nie będę pisać profesjonalnie o książkach, bo bardziej czytam sercem niż głową. I naprawdę chodzi mi o literaturę – jako sposób wyrażania myśli i tworzenia więzi – a nie o całą otoczkę. O to, o czym mówił na poprzednim spotkaniu Tavares – pisanie tylko wtedy, kiedy naprawdę ma się potrzebę coś powiedzieć. Kiedy jedynym sposobem, żeby pozbyć się irytacji i agresji, jest sięgnąć po pióro i zacząć w ten sposób porządkować świat.

Z takiej potrzeby powstały Korekty. A dziś już tej potrzeby nie ma. Mam jeszcze resztki nadziei – że był naprawdę zmęczony, że wizja hotelowego pokoju i ciepłego łóżka, jego słonecznej kalifornijskiej dziewczyny i sporej grupki przyjaciół, całego tego spokojnego i wygodnego życia, że to wszystko trochę zmieniło jego perspektywę i że to po prostu nie był dobry moment. Chwytam się tej myśli, która przemknęła tylko w rozmowie: „Czasem przychodzi mi do głowy, że powinienem to wszystko spalić, ten swój wspaniały dom i wspaniałe życie… Może miałbym z tego kolejną książkę”, ale zaraz potem dodaje: „…ale nie jestem takim typem człowieka”, i złudzenia ostatecznie się rozwiewają.

Bo zakończył spotkanie wyznaniem, że nie napisałby już teraz czegoś takiego. Bo nie chciałby, nie zdobyłby się na takie poświęcenie, a poza tym ci wszyscy bohaterowie za bardzo go już dziś bawią. Cisza zapadła w sali po tym stwierdzeniu. A potem dowcipne podsumowanie Grzegorza Jankowicza i brawa, ale choć klaskałam ze wszystkimi, było mi smutno i źle.

Na pewno wielu z Was uzna moje podejście za głupie. Co za anachroniczne i fanatyczne spojrzenie na pisarza! Jak można – w dobie, gdy wszystko jest biznesem, nawet literatura – wymagać od niego, by bronił swoich słów do ostatniej kropli krwi i by górnolotnie opiewał przewagę czystego i prawdziwego pisarstwa nad dostatnim życiem? Sęk w tym, że ja wciąż naiwnie wierzę w Wielką Literaturę, taką z głębi trzewi, którą Korekty bez wątpienia są, i dlatego tak strasznie było mi słuchać, jak ich autor mówi o nich – o książce, którą niektórzy nazywają jego opus magnum – tak jak dziś. Czy wszystkie idee z czasem psują się i zaczynają zalatywać jak stary ser? Czy ten twórczy gniew musi się z czasem ulotnić, ustępując miejsca zdystansowanemu uśmieszkowi? To czy jest w ogóle sens pisać książki?

Jakże inne było zakończenie tego festiwalowego dnia niż wieczór czwartkowy, z Hanną Krall. Tamten mnie uskrzydlił, umocnił wiarę w literaturę, ten – rozczarował i przygnębił, sprawił, że poczułam się jak małe dziecko, któremu ktoś brutalnie wyjawił, że Świętego Mikołaja nie ma. Nie ma tego Jonathana Franzena, który napisał Korekty. Nie istnieje, bekso, i pogódź się z tym.

piątek, 23 października 2015

Festiwal Conrada 2015, dzień 3. i 4. – relacja

Środa była luźna. Było snucie się po Pałacu, witanie się, pozdrawianie, miłe rozmowy. Wymiany uśmiechów, wymiany spostrzeżeń, przyjemność z samego bycia tu. Dopiero wieczorem przyszedł czas na zasłuchanie.

Gościem spotkania o 20 był Robert Coover. I choć nazwa wydarzenia, Postmodernizm nie jest tym, co myślisz, mogła sugerować poważne naukowe dywagacje, w rzeczywistości skupiono się na niezwykłej twórczości i nawykach pisarskich bohatera wieczoru. A określenie „postmodernistyczny” padło bodajże tylko raz.

Robert Coover
Jak zrodził się styl Coovera? W pewnym momencie po prostu zrezygnował z tradycyjnego sposobu opowiadania, uznał bowiem, że mu nie służy. Zaczął się bawić słowem i eksperymentować, owocem zaś tych eksperymentów są takie utwory jak Impreza u Gerarda – istne kompendium różnych rodzajów narracji. Jak przyznaje Coover, takie pisanie jest dla niego nie tylko wyzwaniem, ale przede wszystkim świetną zabawą.

Ciekawą wizytówką twórczości tego amerykańskiego pisarza – której to twórczości, przyznaję, zupełnie jeszcze nie znam – był przywołany przez prowadzącą fragment z recenzji jego książki, określający dzieło Coovera jako połączenie prozy Agaty Christie (pod wpływem halucynogenów), filmów braci Marx, dialogów Becketta, dekoracji Dalego, pomysłów Pynchona i programu markiza de Sade. Autor uznał, że to bardzo miło z jej strony, że cytuje akurat tę recenzję, gdzie indziej bowiem pisali: „To książka szaleńca”.

Brzmi intrygująco? Z pewnością. A mowa była jeszcze o najlepszej porze na pisanie (noc – bo w ciszy umysł pracuje na najwyższych obrotach), o tym, jakie znaczenie ma miejsce, gdzie tworzymy (jak się okazuje, duże – to właśnie pobyt w Wenecji przyczynił się do powstania Pinokia w Wenecji) oraz o tym, jakie możliwości literackie daje chętnie wykorzystywany przez Coovera motyw hucznej imprezy. Kilka słów autor poświęcił również warsztatom pisania (które jego zdaniem nie mają większego sensu, bo zabijają kreatywność) oraz zdradził, jak radził sobie z organizacją swoich książek w czasach, gdy nie było jeszcze komputerów (stosował ponoć zmyślny system karteczek).

I choć spotkanie, a konkretnie sposób jego prowadzenia, trochę mnie rozczarowało – pytania Agnieszki Taborskiej były od siebie zupełnie oderwane, a każde z nich prowadząca poprzedzała długim i zawiłym wstępem, przez co często gubiłam wątek – czuję się zachęcona do zgłębienia twórczości Coovera. To z pewnością proza nie dla każdego, chciałabym się jednak z nią zmierzyć.

Dr Jakub Chwalba, warsztaty Prawo autorskie kontra bloger – jak wygrać tę walkę?
Tegoroczna edycja Festiwalu Conrada jest pierwszą, w ramach której organizatorzy postanowili więcej uwagi poświęcić blogerom. Stąd też uruchomiona na festiwalu Strefa Blogera, stąd również dwa specjalne wydarzenia dedykowane blogerom – warsztaty dotyczące praw autorskich oraz dyskusja z Mariuszem Szczygłem na temat Czy pisarze czytają blogi? Drugie z nich zaplanowano na niedzielę, pierwsze zaś odbyło się w festiwalowy czwartek w sali na dachu Międzynarodowego Centrum Kultury. Poprowadził je dr Jakub Chwalba z Katedry Prawa Własności Intelektualnej na Wydziale Prawa i Administracji UJ.

W ramach wstępu prowadzący wyjaśnił, jakie wytwory objęte są prawem autorskim i dlaczego nie zalicza się do nich choćby trasa maratonu lub kształt znicza (wszak nie należy popadać w absurdy). Dowiedzieliśmy się m.in. jakie zdjęcia powszechnie znanych osób można zamieszczać na swojej stronie bez obaw, że ktoś wytoczy nam proces oraz dlaczego akcja „Wklej wiewióra” mogła być dla jej inicjatorów źródłem poważnych problemów. I choć spodziewałam się raczej większej ilości praktycznych przykładów związanych z wykorzystaniem różnych materiałów na blogu, wykład Jakuba Chwalby był rzetelnym wprowadzeniem do zagadnień związanych z prawem autorskim.

Ukoronowaniem dnia było wyczekiwane przez wielu spotkanie z udziałem Hanny Krall, Mariusza Szczygła i Wojciecha Tochmana. Już na godzinę przed jego rozpoczęciem w korytarzu Pałacu pod Baranami zaczęły się tworzyć niespokojne grupki, a pół godziny później, zaraz po zakończeniu spotkania z Kamelem Daoudem, wszystkie trzy sale, w których można było śledzić zaplanowaną na wieczór dyskusję, szczelnie się wypełniły. Takiego tłumu jeszcze w Pałacu nie widziałam – okupowany był nie tylko korytarz, ale i niemal cała podłoga w centrum festiwalowym. Wszędzie, gdzie tylko dochodził dźwięk z głośników, gęsto było od ludzi. Widząc to naprawdę trudno uwierzyć w tak słabe wyniki czytelnictwa w Polsce...
Cała trójka podpisuje książki...
Serce rośnie, ale oczywiście tak duża frekwencja oznacza też spore niewygody. „Witamy w tropikach” – dowcipnie przywitał publiczność Mariusz Szczygieł wkrótce po wejściu do dusznej i nieprzygotowanej na takie oblężenie sali balowej Pałacu pod Baranami. Nic więc dziwnego, że gdy otwierając spotkanie dyrektor programowy festiwalu Grzegorz Jankowicz zapewnił, że w przyszłym roku spotkamy się już w większych, przestronnych salach, zgromadzeni miłośnicy literatury zareagowali gromkimi brawami.

Przez całe spotkanie Krall, Szczygieł i Tochman rozkosznie się przekomarzali. Jakie były pierwsze spotkania tych dwóch reporterów z legendą polskiego reportażu? „Niech się pan tak nie mizdrzy” – usłyszał Tochman, „Pan pisze tak jak ja pisałam 25 lat temu, tak się nie pisze” – usłyszał Szczygieł. „Powiedzieć to słowo?” – spytała Szczygła rozbrajająco Hanna Krall, zanim zacytowała wypowiedź pewnego chłopca, który grabił u niej liście („Gdybym był Żydem w tamtych czasach… O kurwa!”). I sypała jak z rękawa cudownymi anegdotami, na czele z tą o Leszku Kołakowskim i spotkaniu z pewnym góralem.

A było to tak. Krall i Kołakowski bawili akurat w Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie spędzali czas głównie na spacerach po lesie (żeby „te dziewczynki nasze koszmarne”, czyli córka Krall i córka Kołakowskiego, mogły się wyszaleć). I pewnego razu podszedł do nich stary góral, elegancki, ubrany w tradycyjny góralski strój. „Czy mogę o coś spytać?” – odezwał się do Kołakowskiego, a gdy ten się zgodził, zapytał z powagą: „Czy jest Bóg?”. „Nie wiem, ale ta pani ma najświeższe informacje” – odpowiedział wymijająco filozof wskazując na towarzyszkę, ale góral nawet na nią nie spojrzał, tylko odparł smutno: „Więc pan nie wierzy” i odszedł. Kto to był? – zastanawiali się. „Pewnie Pan Bóg” – doszła w końcu do wniosku pisarka…

...a tu bohaterka wieczoru.
I było z uśmiechem, było wesoło, choć pojawiały się i tematy tragiczne. A gdy jedna z uczestniczek spotkania, nauczycielka akademicka, wyznała, że czyta swoim nieczytającym i przyklejonym do smartfonów studentom teksty Hanny Krall, a ci nagle odrywają wzrok od telefonów, zamykają laptopy i zaczynają słuchać, na następne zajęcia zaś przychodzą z jej książką, zrobiło się pięknie. I „warto było przyjść” – powiedziała pani Krall.

Czy rzeczywiście, jak przewiduje pisarka, za kilkadziesiąt lat nikt już nie będzie czytał, zostaną nam tylko obrazki? Nie wiem. Ale takie spotkania jak to pozwalają wierzyć, że jednak nie.

Cudownie jest brać znowu udział w Conradzie. Nie chciałabym być teraz nigdzie indziej na świecie.

środa, 21 października 2015

Festiwal Conrada 2015, dzień 1. i 2. – relacja

Czy to niezwykła intuicja, czy też tajemnicze znaki na niebie i ziemi – niezależnie od tego, co podpowiedziało organizatorom tegorocznego Festiwalu Conrada, by zaprosić do Polski Swietłanę Aleksijewicz, faktem jest, że na otwarciu tej edycji festiwalu mieliśmy prawdziwą bombę – spotkanie ze świeżo upieczoną Noblistką. Po ogłoszeniu werdyktu zainteresowanie gwałtownie wzrosło i szybko stało się jasne, że bez wejściówek i ogromnej sali się nie obejdzie. Dlatego też ostatecznie wydarzenie odbyło się w miejscu gwarantującym przestrzeń, jakiej wymagało – w Auditorium Maximum. Sala była niemal całkowicie wypełniona, pisarki słuchało więc ponad tysiąc osób.

A o czym mówiła? O miłości. O potrzebie życia powoli, ze smakiem. O poszukiwaniu szczęścia w skomercjalizowanym świecie. Oraz o tym, jak udaje jej się znajdować klucz do ludzi – jak to robi, że nawet agresywnie nastawiony moskiewski taksówkarz już po kilku minutach zwierza jej się, że zostawiła go żona. To siła spokoju – twierdzi pisarka – i współczucie, i chęć zrozumienia. Bo trzeba ludzi kochać, mimo że czasem jest to takie trudne.

Nie jest łatwe również obcowanie z całym tym cierpieniem, o którym nieraz mówią rozmówcy. I Aleksijewicz przyznaje, że po takich książkach jak Wojna nie ma w sobie nic z kobiety czy Ostatni świadkowie psychika pisarza jest w strzępach. Nie sposób patrzeć na chore dzieci, nie można znieść widoku rozjechanych zwierząt. Wszystko to sprawia ból. I jest to ciężar, którego właściwie żaden człowiek nie jest w stanie unieść – ale trzeba próbować. 

 Po krótkim wstępie rozmowa zeszła na Rosję i tematy polityczne – wszak tytuł spotkania brzmiał Rosja nie ma w sobie nic z kobiety. Pisarka wyraziła żal wobec rosyjskiego narodu, przyzwyczajonego do bólu i strachu, czczącego okrutnych przywódców na równi ze świętymi, pozbawionego własnego zdania, zwodzonego wciąż przez propagandę. I niebezpiecznie zmierzającego w stronę nacjonalizmu, co swymi manipulacjami zręcznie podsyca Putin.

Zapytana o przyszłość Białorusi pisarka nie widzi szans na drastyczne zmiany. Łukaszenka drażni się z Putinem, prowokuje go, ale pozostaje jego marionetką, bo jest zależny od rosyjskiej ropy i gazu. I choć zarzeka się, że nie pozwoli na budowę wyrzutni rakietowych na ziemiach białoruskich, w gruncie rzeczy już tylko się targuje. A rakiety na Białorusi to pierwszy krok do ataku na Europę. „Mamy dziś więcej niż trzeba powodów, aby popaść w rozpacz” – mówiła autorka. Tym większej mocy nabiera powtarzane przez nią motto: Idź i pilnuj w sobie człowieka; bo wbrew pozorom wcale nie jest to łatwe.

Spotkanie z Wiesławem Myśliwskim, na którym również frekwencja dopisała (mnie samej pozostał już tylko zimny skrawek podłogi na korytarzu), w większym już stopniu skupiło się na samej literaturze, na jej tworzeniu i inspiracjach. Myśliwski zaczął od skrytykowania pisarzy-celebrytów i pochwały anachroniczności – z dumą oświadczył, że nie ma internetu, a pisze wyłącznie ołówkiem zaostrzonym przy pomocy żyletki. Jak długo więc ma zapas ołówków i żyletek – o co zadbał pewien rozkochany w jego twórczości dziennikarz – może pisać.

Główny wniosek ze spotkania był taki, że Myśliwski to niezwykle przekorny człowiek :). Każdą uwagę prowadzącego zbywał, każde stwierdzenie – podważał, a na pytania o swoją twórczość odpowiadał w stylu „Nie wiem, przecież nie czytam swoich książek” lub „Czego pan ode mnie chce? Żebym analizował swoje utwory? To pan powinien to robić!”. Oczywiście wszystko w lekkim i dowcipnym tonie, toteż ostatecznie rozmowa wzbudziła u publiczności dużą wesołość. Kiedy zrezygnowany Jerzy Franczak rzucił w końcu: „To o czym porozmawiamy?”, pisarz odparł niewinnie „O czym pan chce” (salwy śmiechu z widowni), po czym dodał: „Ale ja panu będę tak odpowiadał”.

Mowa była także o nurcie chłopskim, tak silnym w całym dorobku pisarskim Myśliwskiego. Autor wypowiadał się o kulturze chłopskiej z dużym szacunkiem – jego zdaniem źródłem literatury jest przede wszystkim słowo mówione, nie pisane, mowa chłopska ma natomiast niezwykłą moc („chłopi mówili mało, ale każde ich słowo było jak dzwon”) i jest bardziej bogata, niż nam się wydaje. Pisarz nawołuje również do zgłębiania historii chłopstwa, która po roku '89 została niemal całkowicie zapomniana.

Myśliwski uchylił również rąbka tajemnicy, jeśli chodzi o jego sposób pisania. Przede wszystkim – nie stawia swojemu pisarstwu żadnych zadań. Właściwie siadając do kartki nie jest nawet pewien, o czym będzie pisał. I nie chce wiedzieć, zgodnie ze stwierdzeniem „Piszę, bo nie wiem”. Wszystko zależy od pierwszego zdania – to ono musi mieć odpowiednią potencję, by uruchomić całą opowieść i by poszły za nim zdania kolejne. Nie wszystko przychodzi od razu, a praca pisarza jest żmudna, wymaga dużo samotności i skupienia; nawet siedzenie nad pustą kartką jest jednak potrzebne, bo pomaga wejść w świat, który krąży gdzieś wokół nas. Sam akt tworzenia przypomina w takim wypadku „przygotowaną improwizację”.

Z widowni padło pytanie o literackie inspiracje autora. Podał trzy nazwiska: Kafka (ale tylko jeden jedyny utwór – opowiadanie Budowanie muru chińskiego; powieści zdaniem Myśliwskiego Kafka pisać nie potrafił), Dostojewski (i Idiota) oraz Proust („Przeczytałem cały cykl dwukrotnie!”). Jeśli zaś chodzi o inspiracje płynące z życia – dowiedzieliśmy się, że literatura nigdy nie rodzi się z pięknych pomysłów, zawsze z banału i pospolitości.

Wisienką na torcie było kilka szczegółów z biografii Myśliwskiego. Jak choćby to, że był dobry z matematyki, że zamiast na polonistykę wybierał się pierwotnie na budowę okrętów (ale go nie przyjęli; co by było, gdyby? „Może byłbym lepszym budowniczym okrętów niż budowniczym powieści” – zastanawiał się) i że jako student dorabiał sobie, przerabiając ubrania syna swej gospodyni, wielkiego eleganta. Sztuki krawieckiej nauczył się od wuja – i tak wyjaśniła się tajemnica niezwykłej znajomości terminologii krawieckiej.

Dzień drugi dla mnie oznaczał przede wszystkim spotkanie z Varujanem Vosganianem i Olgą Tokarczuk. W tym pierwszym nie uczestniczyłam co prawda w całości, bo dyżurowałam w Strefie Blogera (przy okazji – serdeczne pozdrowienia dla pani Anny z Biblioteki Podgórskiej!), ale kilka myśli sobie spisałam.

Vosganian, autor głośnej Księgi szeptów (o której będę wkrótce u siebie pisać), mówił o tym, że literatura (i kultura w ogóle) może być doskonałą bronią. Daje możliwość nadawania imion, nazywania cierpiących, ukazania losów ludzi i szacunku do niej. Taką rolę spełnia również Księga szeptów. Pisząc ją, Vosganian korzystał zarówno z osobistych doświadczeń, jak i wspomnień przodków, a do tego wszystkiego posłużył się perspektywą dziecka – dziecka, które potrafi jeszcze być wiernym, nie wie co to grzech, a więc i nie wie czym jest przebaczenie, nie stara się niczego ukryć. Łącząc dziecięce spojrzenie ze starczą mądrością i pamięcią, autor dokonał swego rodzaju zderzenia światów. Dwoma biegunami powieściowego świata są także radosna codzienność, niepowtarzalne smaki i zapachy, oraz tragiczna historia i towarzysząca jej groza.

Pisarz odniósł się także do stwierdzenia padającego z ust niektórych komentatorów: Po co uznanie ludobójstwa, po co po tylu latach się tym zajmować? Odpowiedział na to pytanie obrazowo, rysując wizję dwóch światów, na jakie rozszczepiła się społeczność ormiańska po dokonanej rzezi – ocalonego i umarłego. Niczym w micie o Persefonie. „Być może w 1958 roku w świecie umarłych urodziło się dziecko o moim imieniu” – stwierdził Vosganian, podkreślając tym samym równoległość i współistnienie tych dwóch rzeczywistości. Jego zdaniem połączenie ich jest możliwe tylko dzięki międzynarodowej solidarności i oficjalnemu uznaniu tragedii.

Księga szeptów nie jest książką o nienawiści – podkreślił natomiast autor. I do tej nienawiści nie nawołuje, nigdy nic nie jest bowiem czarno-białe – choć Ormianie wiele wycierpieli za sprawą Turków, to właśnie turecka rodzina ocaliła dziadka autora, gdy ten chorował na tyfus. Chodzi tylko o to, by pamiętać – bo pamięć i literatura to najlepsza obrona. „Nie mieliśmy murów, nie mieliśmy armii, ale mieliśmy pamięć”.

Smacznym przerywnikiem między dyskusjami o literaturze (choć, jak na Festiwal Conrada przystało, również mocno osadzonym w literackich klimatach) było spotkanie z cyklu Literatura na widelcu. W restauracji Pod Nosem u stóp Wawelu zaserwowano nam literackie potrawy zaproponowane przez Bogusława Deptułę, autora książki Literatura od kuchni, który w trakcie tej literacko-kulinarnej godzinki opowiadał o tym, dlaczego na naszych talerzach znalazło się właśnie to, co się znalazło i jaka jest historia podanych frykasów. I nawet zejście na temat martwych ciał moczonych w chemikaliach i wieszanych w kapucyńskich kryptach (ot, oryginalny sposób pochówku) nie zdołało osłabić mojego apetytu.

Na stół powędrował makaron tagliatelle z kurzą wątróbką – inspiracja Lampartem (czy też, w nowym przekładzie, Gepardem) Giuseppego Tomasiego di Lampedusy. I choć na hasło „wątróbka” padł na mnie blady strach, wszystko było tak przyrządzone, że smakowało naprawdę dobrze. Deser natomiast – nietypowo przyrządzony omlet ze śliwkami – zaczerpnięty został ze znanej tylko garstce czytelników książki Straszykoń w różanych sidłach austriackiego autora Fritza von Herzmanovsky'ego-Orlando. Był to wyjątkowo przyjemny sposób oddania hołdu zarówno literaturze, jak i jedzeniu (którego waga, co podkreślił Deptuła, jest ogromna; sam Proust uważał, że świat rekonstruowany bez uwzględnienia jedzenia po prostu nie istnieje).

Później – z powrotem do Pałacu, na Hoomana Majda. Irański pisarz mieszkający w USA, pozostający jednak w bliskim kontakcie z ojczyzną, opowiadał przede wszystkim o Iranie – kraju fascynującym i bardzo nowoczesnym, a zarazem nieludzko dławionym rządami autorytarnymi.

Zapytany o wrażenia pozytywne z pobytów w ojczyźnie Majd odpowiedział, że podoba mu się przede wszystkim siła młodości, którą tam czuć. Nadzieję budzi fakt, że młodzi ludzie, choć nie wierzą w system i nie akceptują go, pozostają w granicach swego kraju, nie próbują uciec przy pierwszej okazji, zależy im bowiem na tym, by coś u siebie zmienić. Zjawisk przygnębiających jest natomiast dużo więcej – zakazy, nieustanna inwigilacja, blokowanie stron w internecie i zastępy policji „pilnujące moralności”… Musi się to zmienić, trudno jednak przewidzieć, jak wyglądałaby irańska demokracja, nawet gdyby udało się ją wprowadzić. Na pewno różniłaby się od tej amerykańskiej czy zachodnioeuropejskiej, wszystko bowiem zależy od kręgu kulturowego.

Fakt, że Iran nie może się poszczycić żadnymi spektakularnymi dokonaniami, a najbardziej słynie w świecie z publicznych egzekucji, jest oczywiście dla jego mieszkańców powodem do wstydu. Ważne jednak, że jest wola zmian – nie drogą rewolucji, a stopniowych reform. I oby ta tendencja się nie zmieniła.

Na koniec Majd powiedział kilka słów na temat swoich powiązań z Polską. Trzy hasła: Greenpoint (zamieszkała przez wielu Polaków część nowojorskiego Brooklynu, gdzie przez pewien czas pisarz również mieszkał), Kapuściński (którego książki bardzo lubi) i wódka. A konkretnie żubrówka, którą uwielbia :).

Wreszcie – wyczekiwane spotkanie z Olgą Tokarczuk, na którym, jak się należało spodziewać, również pojawiły się tłumy. Punktem wyjścia dla dyskusji stała się sienkiewiczowska Trylogia – zdaniem pisarki była ona ważna przede wszystkim jako pewien wzór postrzegania historii w tamtych czasach. Każde pokolenie powinno stworzyć własny tego typu projekt, aby definiować historię na nowo, po swojemu, i próbą takiego działania są również Księgi Jakubowe.

Pisarka zdradziła, że temat rebelii, przewijający się w mniejszym lub większym stopniu w każdej jej książce, towarzyszył jej od samych początków tworzenia (jej pierwszy opublikowany utwór dotyczył buntu psów). Ważny jest on natomiast dlatego, że przesuwa punkty widzenia i oczywistości, pokazuje, że można spojrzeć na świat inaczej.

Na pytanie, czy projektuje sobie swojego czytelnika, autorka odpowiedziała, że nie – zwykle tworzy w uniesieniu, nie myśląc za wiele o tym, do kogo trafią te słowa. Mimo to jednak dostaje później sporo głosów świadczących o tym, że są ludzie o podobnym sposobie myślenia i widzenia rzeczywistości, chcąc nie chcąc więc, do nich kieruje swoje słowa.

Mówiąc o Księgach Jakubowych pisarka zwracała uwagę na aktualność, jakiej nabrał dziś ten utwór (jest to wszak „książka o asymilacji”) i podkreślała powiązania ruchu frankistów z zachodnioeuropejskim oświeceniem. Zapytana o swojego Boga odparła, że Go nie ma. A w odpowiedzi na pytanie o brakujących światach, które oprócz świata Jakuba Franka zasługują jeszcze na uzupełnienie w naszej świadomości, poleciła sięgnąć do historii. To ona jest prawdziwą skarbnicą pisarskich pomysłów i to do niej powinni sięgnąć polscy autorzy, zamiast skupiać się na popularnych gatunkach typu kryminały.

Dla tych zaś, którzy ciekawi są, co pisarze robią ze swoimi literackimi statuetkami – Olga Tokarczuk trzyma je na parapecie w swoim domu na wsi. Najnowszej Nike jeszcze tam nie ma, ale wkrótce dołączy :).

Temat burzy, jaka rozpętała się ostatnio wokół pisarki w związku z jej wypowiedzią w telewizji, pojawił się dopiero na końcu, przy okazji pytań od publiczności. Tokarczuk przyznała, że po roku promowania książki ten nagły atak ją zaskoczył, ostatecznie wyszła jednak na tym dobrze, w ciągu ostatnich dni bowiem otrzymała tyle wyrazów solidarności i wsparcia od ludzi z całej Polski, że nie spodziewała się, że jest to możliwe. Zapytana o czytelników odparła, że ich zdanie jest dla niej bardzo ważne – często zdarza się bowiem, że zwykły czytelnik wprawnym okiem wychwyci więcej, niż wszyscy krytycy (albo nawet sam autor, nieświadom ukrytych w swym dziele treści).

W ten sposób zakończył się dzień drugi Festiwalu. Ciąg dalszy nastąpi, bądźcie czujni!

Zdjęcia – moje, jak widać.

niedziela, 18 października 2015

Co na Conradzie?

Już tylko kilka godzin dzieli nas od konferencji prasowej inaugurującej tegoroczny Festiwal Conrada. Jak zwykle program jest bogaty i trudno odnaleźć się w gąszczu festiwalowych wydarzeń. Przygotowałam więc swój subiektywny wybór najciekawszych spotkań. Gdzie macie szansę na mnie wpaść?

Poniedziałek, 19.10, godz. 17:00, Auditorium Maximum 
Rosja nie ma w sobie nic z kobiety. Spotkanie ze Swietłaną Aleksijewicz

Zachęty, jak sądzę, nie potrzeba. Noblistka. Znakomita reporterka, obdarzona ogromną wrażliwością i piórem o niezwykłej sile rażenia (o czym pisałam w tekście na temat Wojna nie ma w sobie nic z kobiety). A za tym wszystkim, za odwagą i niezłomnymi poglądami – przemiła kobieta, o czym przekonałam się w czerwcu, na Big Book Festival. Podczas conradowskiego spotkania będzie mówić o Rosji, która nie ma w sobie nic z kobiety.

Wejściówek już nie ma, rozeszły się w mgnieniu oka. Ale jeśli tylko nic mi nie przeszkodzi i dotrę, przeczytacie u mnie relację.

Poniedziałek, 19.10, godz. 20:00, Pałac pod Baranami 
Obłaskawianie świata. Spotkanie z Wiesławem Myśliwskim

Jego Traktat o łuskaniu fasoli był dla mnie kilka lat temu objawieniem. Później był Nagi sad, o którym dyskutowaliśmy w Klubie Czytelniczym Ani (już cztery lata temu; ale ten czas leci!). Myśliwski tworzy prozę dla koneserów, trudną, ale piękną. Nieśpieszną, refleksyjną. Chętnie go dla odmiany posłucham. Bardzo jestem ciekawa, jakie robi wrażenie na żywo, na spotkaniu.





Wtorek, 20.10, godz. 16:00, Pałac pod Baranami 
Konwój wygnańców. Spotkanie z Varujanem Vosganianem

Jego Księga szeptów to opowieść o narodzie ormiańskim – jego zwyczajach, życiu codziennym, rzadkich okresach spokoju oraz częstych okresach cierpienia. W kwietniu tego roku fragmenty tej książki czytane były w wielu różnych miejscach równocześnie dla upamiętnienia rzezi Ormian w okresie I wojny światowej. Też słuchałam tych fragmentów. A obecnie czytam całą Księgę szeptów. Spotkanie będzie najlepszym uzupełnieniem tej – nie ukrywam, trudnej – lektury.

Wtorek, 20.10, godz. 20:30, Pałac pod Baranami 
Brakujące światy. Spotkanie z Olgą Tokarczuk

Choć niewiele o niej piszę i pewnie na podstawie moich tekstów tutaj trudno to stwierdzić, Olga Tokarczuk jest moją ulubioną polską pisarką. I pozostaje w ścisłej czołówce ulubionych pisarek w ogóle (razem z Virginią Woolf i Katherine Mansfield). Zaczynałam, trochę nietypowo, od Lalki i perły, ale pierwszym prawdziwym zachwytem była Anna In w grobowcach świata, osiem lat temu. A później przyszedł czas na Prawiek – i wpadłam po uszy. Magia i nauka, wnikliwość badacza i subtelność poetki, cudowne zadziwienie światem – to wszystko tak pięknie się u niej splata. I cieszę się, że będę mogła znów, podobnie jak rok temu, stanąć przed nią i wybełkotać, że uwielbiam jej książki.

Środa, 21.10, godz. 17:00, Międzynarodowe Centrum Kultury 
Prawo autorskie kontra bloger – jak wygrać tę walkę? Warsztaty prowadzone przez Jakuba Chwalbę

Dla kolegów i koleżanek „po fachu”. Nazwa spotkania mówi chyba sama za siebie.

Piątek, 23.10. godz. 17:00, Pałac pod Baranami 
Opowiadacz, co nie chce przynudzać. Spotkanie z Petrem Šabachem

Czeski akcent na Conradzie. Znając Šabacha na pewno będzie wesoło, na pewno znów się rozgada i ciężko go będzie zatrzymać. Tak było na spotkaniu w Księgarni pod Globusem dwa lata temu. I było piwo :).

Sobota, 24.10, godz. 20:00, Pałac pod Baranami 
Korekta świata. Spotkanie z Jonathanem Franzenem

Jak już wiecie, Franzen jest moim nowym mistrzem – Korekty po prostu rzuciły mnie na kolana. Sukcesywnie pochłaniać będę kolejne jego powieści, na czele z Wolnością, a w sobotę wybiorę się na spotkanie, żeby zobaczyć mistrza na żywo i przekonać się, czy mówi tak pięknie, jak pisze.

Niedziela, 25.10, godz. 16:30, Pałac pod Baranami (Centrum Festiwalowe) 
Czy pisarze czytają blogi? (mniej formalne) Spotkanie z Mariuszem Szczygłem

No właśnie, czy czytają? W branży literackiej nie mówi się o nas za dobrze, i choć podobno coś się w tej materii powoli zmienia, blogerzy raczej nie uchodzą za grupę, z której zdaniem należałoby się liczyć. Niejeden z nas publikując kolejny tekst ma pewnie poczucie, że śle swoje słowa gdzieś w zimną pustkę wirtualnego świata, gdzie sobie dryfują bez celu, nie wzbudzając niczyjego zainteresowania. A może jest inaczej? Warto posłuchać, co ma na ten temat do powiedzenia Mariusz Szczygieł.


Niedziela, 25.10, godz. 20:00, Centrum Kongresowe ICE 
Gala Nagrody Conrada połączona z wykładem Jonathana Franzena „Jak pisać”

Wisienka na torcie. Od Franzena każdą radę na temat pisania przyjmę w ciemno. Choć podejrzewam, że mogą być drastyczne, biorąc pod uwagę jego własne rzekome pisarskie praktyki.

A Nagroda Conrada to wyróżnienie dla najlepszego polskiego debiutu, które przyznane zostanie w tym roku po raz pierwszy. To Wy, internauci, decydujecie, kto je otrzyma. Głosować można na stronie Festiwalu.

***
Oczywiście to nie wszystko, w programie jest jeszcze mnóstwo innych interesujących spotkań, warsztatów, wystaw oraz debat. Jest i pasmo filmowe. Wszystkie szczegóły znajdziecie na stronie.

A dla blogerów i blogerek mam jeszcze jedną ważną informację. W tym roku organizatorzy postanowili poświęcić nam trochę więcej uwagi, stąd dedykowane nam wydarzenia (warsztaty na temat praw autorskich i spotkanie z Mariuszem Szczygłem) oraz Strefa Blogera, która mieścić się będzie w Pałacu pod Baranami, w festiwalowej księgarnio-kawiarni, i działać będzie od poniedziałku do piątku w godzinach 16:00 – 18:00, a w weekend 12:00 – 14:00. A dyżurować będę tam ja, więc jeśli ktoś chciałby się zapoznać i pogadać – tym bardziej zapraszam! Szczegóły również na stronie.

Podobnie jak w zeszłym roku, oczekujcie tutaj wyczerpujących relacji. Jeśli tylko fizycznie podołam, będą się ukazywać na bieżąco. To będzie pracowity tydzień! Ale nie wątpię, że również cudowny. Do zobaczenia!

Fotografie:
Swietłana Aleksijewicz [Peter Groth / Wikimedia Commons]
Wiesław Myśliwski [Mariusz Kubik / Wikimedia Commons]
Varujan Vosganian [Ramona Dogaru / Wikimedia Commons]
Olga Tokarczuk [Európa Pont / Foter.com / CC BY]
Petr Šabach [Michal Maňas / Wikimedia Commons] 
Jonathan Franzen [David Shankbone / Wikimedia Commons]
Mariusz Szczygieł [Ave Maria Mõistlik / Wikimedia Commons]

niedziela, 11 października 2015

Wszystkie „szczęśliwe” rodziny… – „Korekty”, Jonathan Franzen

W swoich Korektach Jonathan Franzen stworzył mikroświat – rodzinę Lambertów – który posłużył mu do ukazania makroświata – współczesnego amerykańskiego społeczeństwa, a nawet całej cywilizacji Zachodu. W tym „zwyczajnym”, pozornie harmonijnym stadle odbijają się wszystkie problemy naszej stechnologizowanej rzeczywistości.

Punkt wyjścia – przeciętna amerykańska rodzina. Alfred, inżynier, despota, facet wychowany twardą męską ręką w krainie o surowym klimacie i mało żyznych ziemiach, szorstko obchodzący się z żoną i dziećmi. Enid, kura domowa, przyzwyczajona do ciężkiej pracy córka właścicielki pensjonatu, która za mąż wyszła w pogoni za dobrobytem i stabilizacją. Oraz dziatwa: Gary – finansista, oddany mąż, ojciec i alkoholik, Chip – przymierający głodem intelektualista, kontestator współczesnej kapitalistycznej rzeczywistości, Denise – kobieta sukcesu, szefowa kuchni ekskluzywnej restauracji.

Każdemu już na wstępie przypinamy łatkę. A potem, przez prawie 600 stron tej imponującej powieści, cierpliwie te łatki zdrapujemy… Franzen pozwala nam bowiem spojrzeć na świat kolejno z perspektywy każdego z członków rodziny i szybko okazuje się, że Alfred nie jest tylko despotycznym staruszkiem na złość żonie sikającym do puszek po kawie, Chip – erotomanem i efekciarzem, a Denise – silną kobietą, za jaką uważa ją świat.

Szybko też pozbywamy się wrażenia, że będziemy mieć do czynienia z prostą satyrą. Choć bowiem pierwsze kilkadziesiąt stron Korekt to prawdziwa plejada inteligentnych dowcipów, z czasem śmiech zamiera, a pojawiają się łzy. Za puszkami pełnymi moczu kryje się bowiem tragedia starzejącego się człowieka, pokorna połowica dławi się pragnieniem odrobiny czułości, szczęśliwy na pozór najstarszy syn jest ustawicznie tyranizowany przez żonę i synów, zaś pod maską silnej kobiety kryje się zagubiona dziewczynka, w poszukiwaniu spełnienia wskakująca do łóżka żony szefa. A Chip? Chip jest wciąż zagubionym małym chłopcem. Który na obronę swoich blizn po samookaleczeniach, tak żałosnych w zestawieniu z bohaterskimi pamiątkami Gitanasa z komunistycznego więzienia, ma tylko jedno, ale jakże wymowne zdanie: „To po prostu inny rodzaj więzienia”.

Korekty

Niesamowity jest wysiłek pisarski, jaki Franzen włożył w to, aby czytelnik mógł wejść w skórę każdego z bohaterów i zrozumieć go. Nawet ci z początku najbardziej odstręczający zaczynają w końcu budzić współczucie, a starzec-tyran opętany manią samodyscypliny i wiecznie obrażony na świat za to, że nie odpowiada jego standardom, okazuje się najbardziej tragiczną postacią tej książki. Owszem, skazuje swojego małego chłopca na siedzenie przy stole tak długo, aż zje cały obiad, ale gdy zmęczony karą syn zasypia nad niedojedzoną wątróbką, własnoręcznie zanosi go do łóżka, ubiera w piżamę i otula. Owszem, jest człowiekiem purytańskich obyczajów i nienawidzi wypełnionych miłosnymi jękami moteli, ale kiedy w brutalny sposób zostaje uświadomiony, że jeden z jego podwładnych rozdziewiczył jego córkę (oczywiście za jej zgodą), jest na tyle dyskretny i wyrozumiały, by nie wspomnieć o tym słowem i nie zmienić ani trochę nastawienia do występnego dziecka. Owszem, sprawia wrażenie człowieka o kamiennej twarzy i kamiennym sercu, ale przecież rozpromienia się na widok słoneczników odbitych w szybie, myląc je z bawiącymi się na ulicy dziećmi. I czy wiedząc to wszystko, można nadal czuć do niego tylko niechęć?

To pozornie prosty zabieg – oddać głos każdemu członkowi rodziny i ukazać łączące ich więzi oraz problemy z kilku różnych perspektyw. Łatwo można jednak popaść w banał, czego Franzen mistrzowsko unika, tworząc opowieść cudownie polifoniczną, z umiarem przeplatając scenki z życia rodziny (także te z przeszłości) z prawdziwymi historiami jej poszczególnych członków i rzucając w ten sposób nowe światło na opisywane wydarzenia. Nawet najbardziej dziwaczne zachowania bohaterów okazują się skutkiem jakiegoś małego dramatu, jakiegoś dziecięcego poczucia niespełnienia, próbą zrekompensowania sobie czegoś, poprawienia.

I tu dochodzimy do niezwykle ważnego – co podkreśla już tytuł – motywu. Korekty. Korekty czyli poprawki, które każde z dzieci próbuje nanieść na własne życie, aby uniknąć losu swoich rodziców (z kuriozalnym zazwyczaj efektem, bo popadając w przeciwną skrajność). Ale to nie jedyne znaczenie. Korekty – jako termin z dziedziny finansów, oznaczający zmianę kierunku kursów – nawiązują do przemian ekonomicznych w Stanach Zjednoczonych w późnych latach 90. oraz stają się pretekstem do dyskusji o uczciwości (zasadniczy i honorowy Alfred stanowczo odmawia wykorzystania posiadanych informacji do wzbogacenia się poprzez zakup akcji, co ma mu za złe spragniona luksusu Enid). Poza tym jest jeszcze Corecktall, innowacyjny lek, który pozwala manipulować ludzką osobowością. Znamienne, że właśnie Alfred nie zakwalifikował się do udziału we wstępnych badaniach tego cudownego środka – przedstawiciel starego, uczciwego i lekko nieporadnego świata, który nie poddaje się współczesnemu reżimowi technologii.

Pogoń za Superżyciem

To nie jedyny przykład, kiedy sytuacja z życia rodziny Lambertów staje się ilustracją pewnych większych społecznych przemian lub nawet zagadnień egzystencjalnych (obraz siedzącego za karę przy stole Chipa przechodzi w refleksję nad pewną częścią nas, która pozostaje przy stole przez całe życie). Jeden z synów Gary'ego pasjonuje się szpiegowaniem – w ramach rozwijania zainteresowań postanawia zamontować w kuchni kamerę, co popiera jego bezkrytyczna matka, potępia zaś stanowczo ojciec, walczący jak lew o pozostałą odrobinę prywatności (a w rzeczywistości – o możliwość korzystania niezauważenie z dobrze wyposażonego barku). Czyż to nie subtelne nawiązanie do inwigilacji, której obiektem w dzisiejszych czasach staliśmy się wszyscy, a której podstawowym narzędziem jest internet?

Również „tyrania »fajności«”, której poddawany jest bezustannie mały Jonah, jeszcze z książką pod pachą, jeszcze nie do końca skażony światem gier komputerowych i elektronicznych gadżetów, odnosi się również do pewnej tendencji społecznej – „pogoni za Superżyciem”. Najlepszy dom, najlepszy samochód, głód nowych wrażeń, pragnienie bycia tym najlepszym, superbohaterem. „Tymczasem smutna prawda była taka, że nie każdy mógł być niezwykły, nie każdy mógł być Supergościem, bo kto wówczas pozostałby zwyczajnym człowiekiem? Kto odwaliłby niedocenioną robotę bycia stosunkowo niesuper?” (s. 203).

Te ciemne „elfie” oczy Jonaha, dźwięczny głosik, delikatność i zamiłowanie do literatury bardzo przypominają mi Hanno – najmłodszą latorośl rodu Buddenbrooków z powieści Tomasza Manna. Tak jak mały Hanno okazywał zamiłowanie do muzyki i nie był specjalnie zainteresowany pragmatycznymi, kupieckimi wartościami wpajanymi mu przez ojca i dziadka, tak Jonah, chodząca łagodność, jest solidarny z ojcem, ku niechęci matki zaczytuje się w „szerzących chrześcijańską propagandę” Opowieściach z Narnii i mimo uskutecznianej bezustannie przez rodzicielkę kampanii przeciwko Enid, lubi odwiedzać dziadków w St. Jude. Trudno jednak tak naprawdę ocenić, co jest tu dobre a co złe – ani pozbawiona refleksji, ekstrawertyczna i stechnologizowana nowoczesność ani skostniała, moralnie bezkompromisowa i boleśnie powściągliwa anachroniczność nie wydają się do końca właściwą ścieżką.

Gdy ciało zawodzi

Franzen na okładce magazynu „Time”.
„Great American Novelist”, zaiste!
Mimo takiego bogactwa tematów (oczywiście wszystkich nie poruszyłam – ta 600-stronicowa cegła oferuje nieprzebrane skarby!) dla mnie Korekty są jednak przede wszystkim książką o starości. Franzen ukazuje ogromną tragedię człowieka opętanego manią samokontroli, który u kresu życia nie jest już nawet w stanie kontrolować własnego ciała. Autor robi to z humorem – prezentuje wizję gadających odchodów, bezczelnie rozpełzających się po pościeli i domagających się swych praw na podstawie Deklaracji Niepodległości, a także w rozbrajająco zabawny sposób opisuje codzienną walkę chorego na Parkinsona Alfreda, któremu tak wielką trudność sprawia choćby siadanie na kanapie czy jedzenie kanapek. Ten żartobliwy ton na zasadzie kontrastu sprawia jednak, że prawda staje się jeszcze bardziej smutna, tak jak w opowieściach Hrabala o sztucznych szczękach spadających z hukiem na podłogę przy nieudolnych próbach ich ukradkowego wyjęcia przed obiadem.

Franzen prowadzi nas przez wszystkie stadia tego smutnego procesu – od fekalnych halucynacji i śmiesznego płaszcza przeciwdeszczowego, który Alfred jest zmuszony nosić w miejscach publicznych by ukryć ewentualną awarię osobistego systemu hydraulicznego, aż po stan, w którym szpitalne sale do złudzenia przypominają więzienie, gruba czarnoskóra rehabilitantka przeistacza się w podstępną więzienną strażniczkę, a największym pragnieniem staje się ucieczka przez okno, w którym jakimś cudem nie ma krat.

I najgorsze jest to, że nikt nie rozumie. Dzieci patrzą z pobłażaniem i w duchu mówią do siebie: „Kiedy to się stało, że rodzice zmienili się w dwójkę dzieci, które chodzą wcześnie spać i wołają z góry o pomoc?”. Nawet żona, ta pozorna ofiara, ta wiecznie przecież oddana i pokorna kobieta nie próbuje choćby pojąć tej tragedii. „Zachowywał się niewłaściwie, próbując powiesić się w nocy na prześcieradle, usiłując wyskoczyć przez okno i pociąć nadgarstek widelcem” – myśli sobie. I tylko tyle.

Na wzór XIX-wiecznych realistów

Franzen rysuje tę rozległą panoramę z podziwu godnym rozmachem. Nawiązując do XIX-wiecznej tradycji powieści realistycznej, nie szczędzi nam szczegółów i wyliczeń. To gęsta, drobiazgowa proza, którą czyta się jednak z ogromną przyjemnością. Zwłaszcza że raz po raz autor częstuje nas efektowną, zupełnie niespodziewaną metaforą („włosy koloru oleju silnikowego”, „niebo wbijające widelce błyskawic w sałatę drzew na horyzoncie”). Oceńcie sami, czy te opisy nie mają w sobie czegoś z malowniczości prozy Prousta:
Odkrył wilgotne zacieki na wewnętrznej ścianie werandy, krynolinę zaschniętych mydlin na drzwiczkach zmywarki do naczyń, alarmujące dudnienie w dmuchawie systemu grzewczego, koleiny w asfalcie pokrywającym drogę dojazdową, gniazdo termitów w składzie drewna na opał, konar dębu wiszący damoklesowo nad oknem w mansardzie, grube na palec pęknięcia w fundamentach, podniszczone murki w ogrodzie, grzywacze łuszczącej się farby na framugach, ogromne, rozzuchwalone pająki w piwnicy, dywan wyschniętych na wiór szkieletów stonóg i świerszczy, nieznajomy zapach grzybów i wyziewów jelitowych. Wszędzie, gdzie zaglądał, panoszyły się upadek i entropia (s. 179).

Alfred widział podkłady nadające się bardziej na ściółkę niż do wbijania w nie gwoździ, przytwierdzenia szyn z główkami zmienionymi w narośle z rdzy i metalowym rdzeniem uwięzionym w panierce korozji niczym krewetka w kruszonce, balast tak wypłukany, że podpory dosłownie wisiały pod torami, zamiast je stabilizować, dźwigary łuszczące się i popękane jak niemieckie ciasto czekoladowe, z ciemnymi strużynami i różnokształtnymi kawałkami kruszonki (s. 253).
A jest tego naprawdę więcej. Zachwyćcie się sposobem pisania Franzena, zadziwcie się jego elokwencją, płaczcie nad bohaterami. Smakujcie każde słowo, nie spieszcie się. Poczujcie, że macie do czynienia z literackim geniuszem. Bo tak właśnie jest.

***
J. Franzen, Korekty, tłum. Joanna Grabarek, Arkadiusz Nakoniecznik, wyd. Sonia Draga, Katowice 2015.

***
Na koniec wieści – tenże literacki geniusz już wkrótce odwiedzi Kraków. Będzie gościem Festiwalu Conrada, na którym w sobotę 24 października weźmie udział w spotkaniu „Korekty świata”, a w niedzielę 25 października opowie o tym, jak pisać. Ja na pewno przyjdę (i będę chłonąć absolutnie każde jego słowo)! A Wy?

Fotografie:
[1] Felix atsoram / freeimages.com
[2] Okładka amerykańskiego wydania Korekt / Willinger / FPG / Wikimedia Commons
[3] What is in us / Foter.com / CC BY-NC-ND
[4] Wolf Gang / Foter.com / CC BY-SA
[5] Okładka polskiego wydania Korekt, wydane II, wydawnictwo Sonia Draga 2015 

piątek, 2 października 2015

Rachunek sumienia

To będzie chyba jak do tej pory najbardziej osobisty tekst na tym blogu. Z reguły wolę zasłaniać się książkami, i teraz też od książki wyjdę, ale tym razem mam potrzebę dodania czegoś bardziej od siebie.

Jak pewnie niektórzy z Was wiedzą, za trzy tygodnie Jonathan Franzen przyjeżdża do Polski. Natychmiast, gdy się o tym dowiedziałam, postanowiłam wreszcie przeczytać Korekty, które chodziły za mną od dawna. I chociaż spodziewałam się lektury z wyższej półki, to co dostałam i tak mnie zaskoczyło. Gęsta, pełnokrwista, aż skrząca się dowcipem i elokwencją proza. Mocno ironiczna, a zarazem ciepła i współczująca. Mimo ciężkiego tematu, niesamowicie lekka. Absolutnie doskonała.

Ilekroć zdarzy mi się tak bardzo zachwycić jakąś książką, obsesja szybko przenosi się na osobę autora. I przypomniałam sobie pewien numer „Książek. Magazynu do czytania”, którego gwiazdą był właśnie Franzen – jego wizerunek zdobił okładkę, poza tym był też wywiad i esej. Niestety nie znalazłam tego numeru w moim krakowskim mieszkaniu, treść wywiadu wyszperałam jednak w internecie i dzięki temu mogłam go przeczytać raz jeszcze.

Pamiętam, że zaraz po tej publikacji dyskutowałyśmy trochę na jej temat z Magdą z bloga Magda siedzi między książkami. Już wtedy broniłam myśli wyrażonych przez Franzena, dzisiaj jednak, po dwóch latach, broniłabym ich jeszcze bardziej stanowczo. Bo nikt tak świetnie nie zdiagnozował choroby, na którą sama cierpię, i która od tamtego czasu niestety jeszcze się pogłębiła – uzależnienie od technologii i równocześnie głęboką do niej niechęć.

Zdaniem Franzena współczesna literatura zmierza ku upadkowi, bo brakuje nam skupienia. Internet dostarczył tak wielu bodźców rozpraszających, że nie potrafimy spędzić kilku godzin w oderwaniu od wirtualnej rzeczywistości. Mrówczą pracę XIX-wiecznych ludzi pióra zastąpiło impulsywne, niedbałe i jałowe pisanie oraz przymus medialności. Nie jesteś w internecie – mała szansa, że się wybijesz. Franzen mówi tak: „Do wytworzenia się indywidualnego stylu, świeżej refleksji potrzebna jest samotność. Jeżeli nie możesz wytrzymać jednego dnia bez sprawdzenia, ile osób zajrzało na twoją stronę, jakie masz szanse na stanie się oryginalnym? Czeka cię miejsce w masie ludzi skrojonych według tego samego szablonu, powtarzalnych i przewidywalnych” i „Jednak w moim odczuciu najlepsze powieści amerykańskie tego okresu zostały napisane przez osoby, które nienawidzą portali i blogów. To ludzie, którzy ciężko pracują, żeby stworzyć sobie prywatną przestrzeń. Którzy wiedzą, kiedy powiedzieć technologii »nie«. Pytanie, czy uda im się przetrwać”.

I choć kwestia skupienia i ciężkiej pracy jest szczególnie ważna w przypadku pisarzy, nie dotyczy to przecież tylko literatów. Pod wpływem tego tekstu zrobiłam własny rachunek sumienia. I nie wypadłam zbyt korzystnie. Zostawiam na boku bloga, bo w tym punkcie akurat nie jestem tak krytyczna jak Franzen. Osobiście uważam, że blogowanie to jedna z lepszych rzeczy, jakie mi się w życiu przytrafiły, i prawdopodobnie nie porzucę Literackich skarbów nigdy. Ale są inne problemy. Obowiązkowa codzienna wizyta na Facebooku i kontrola, ile osób polubiło, a zarazem wstręt do wszelkich form autopromocji. Godziny scrollowania i przeglądania bezwartościowego śmiecia. A potem – złość na samą siebie, ile w tym czasie mogłabym przeczytać.

Nawet mój sposób czytania się zmienił. Zachłanny, łapczywy, pośpieszny, bez dłuższej refleksji, byle zaliczyć kolejną, tę, którą inni już czytali. A kiedyś z namaszczeniem brałam do ręki w bibliotece pożółkły tom i zagłębiałam się w nim z rozkoszą na długie tygodnie. Upajałam się szarym zapachem antykwarycznych egzemplarzy, gładziłam każdą stronę z czułością. Nie obchodziło mnie, co się dzieje gdzieś na zewnątrz, kto co wydał nowego i kto co o tym napisał. Byłam gdzieś w powieściowym świecie, zamknięta w nim niczym w hermetycznej banieczce. A potem przychodziły kolejne długie dni rozmyślań, trawienia, interpretowania. Bo myśli muszą mieć czas, żeby dojrzeć.

Jonathan Franzen
Franzen mi o tym wszystkim przypomniał. Nie tylko krytycznymi uwagami o internecie, ale i tym, że jego twórczość ma w sobie ten pierwiastek skupienia, cierpliwości i rozwagi, który tak lubiłam w swoim dawnym czytaniu. Pisze całkowicie w zgodzie z zasadami, które głosi. Nieśpiesznie, drobiazgowo, ostrożnie dobierając każde słowo. Tak, jak pisało się w czasach Manna, Flauberta i Dickensa, kiedy w skupieniu i pocie czoła powstawały jeszcze Wielkie Powieści. Takich Korekt nie da się połknąć w tydzień – i dobrze. Mają być spijane małymi łyczkami, z uwagą, w ciszy i skupieniu.

To oczywiście nie koniec – o Korektach napiszę jeszcze osobny tekst. Ale przy okazji tej lektury postanowiłam podzielić się swoją osobistą refleksją. Nie wiem, czy jestem z tym jedyna, czy wszyscy inni doskonale odnajdują się w tym nowym świecie i nie mają problemów z konsekwentnym trzymaniem się swojej ścieżki. Czasem odnoszę wrażenie, że tak. Ale mam silną wolę coś zmienić, wrócić do tego „nieśpiesznego szwendania się wzdłuż linijek jak brzegiem morza, wsłuchując się w cichy przybój mowy” (jak pisał Ajvaz) i „brania pięknych zdań do buzi i ssania jak cukierek”, długo, aż rozpłyną się w ciele niczym alkohol (jak pisał Hrabal). Bo brakuje mi tego.

Źródła:
[1] Dimitris Kritsotakis / freeimages.com
[2] Quinn deEskimo / Foter.com / CC BY-NC