poniedziałek, 30 listopada 2015

Utopione w spermie carpe diem
– „Wspomnienia bitniczki”, Diane di Prima

Diane di Prima powiedziała o tej książce: „Wszystko jest prawdziwe, tylko seks wymyślony”. Parafrazując jej słowa napiszę: Wszystko jest tu ciekawe, tylko seks nudny jak flaki z olejem.

Może już o niej słyszeliście. Diane di Prima to ewenement – kobieta w sercu na wskroś męskiego świata bitników. Nie zdegradowana do służącej i niańki, nie cierpliwa kapłanka domowego ogniska, pomagająca odzyskać siły pomiędzy kolejnymi szalonymi eskapadami (jak przedstawiciele Beat Generation zwykli przedstawicielki płci pięknej postrzegać) lecz partnerka, towarzyszka, równoprawna wspólniczka.

We Wspomnieniach bitniczki opisuje swoje nastoletnie lata, kiedy to namiętnie czyta i podejmuje pierwsze próby pisarskie, a równocześnie żyje jak kloszardka, zarabia na chleb pozowaniem do rozbieranych zdjęć i – eufemizmy wydają się zbędne, gdy mowa o takiej książce – pierdoli się z kim popadnie. A ponieważ wydawcą Wspomnień… był Maurice Girodias, słynny miłośnik literackiej obsceny, a dzieło di Primy niemal z założenia miało być powieścią pornograficzną, seks staje się tematem numer jeden.

Autorka zadziwia tu przede wszystkim dwiema rzeczami – drobiazgowością i fantazją jeśli chodzi o wymyślanie różnych seksualnych pozycji. To drugie skutecznie stymulował Girodias – kolejne wersje powieści opatrywał komentarzem „Więcej seksu!”, a ponieważ biednemu dziewczęciu doświadczenia nie starczało, musiało zacząć zmyślać. „Więc wymyślałam różne konfiguracje ciał i dziwne ludzkie kombinacje, upychałam je we wspomnienia i odsyłałam z powrotem. Czasem wychodziłam z pokoju i wołałam kogoś, żeby wszystko sprawdzić: »Kładź się – mówiłam. – Chcę się przekonać, czy to jest możliwe«. Więc domownicy kładli się w ubraniach i sprawdzaliśmy wszystko z przyjazną obojętnością – czy dany wygibas w ogóle jest możliwy” – wspomina dziewczę w posłowiu powstałym dwadzieścia lat po wydaniu książki.

Na nic jednak mnożenie partnerów i seksualnych konfiguracji, na nic wszystkie orgie i szczegółowe opisy lizania, gryzienia i ssania, kiedy wciąż brakuje ognia! Prostota i dosadność opisu miały ponoć szokować, i kto wie, może w latach 60., gdy powieść ta po raz pierwszy ujrzała światło dzienne, rzeczywiście szokowały. Dla dzisiejszego czytelnika jednak sceny erotyczne w wydaniu di Primy są nudne, suche i przypominają smutny instruktaż dla onanistów. Sporadycznie autorka miesza do swoich łóżkowych rewelacji sferę sacrum, co jest po prostu śmieszne, a kiedy indziej przekracza tabu z takim impetem, że aż się robi niedobrze (przyznaję – może nawet z cieniem podziwu – że jeszcze żaden autor nie przyprawił mnie o mdłości w tak wielkim stopniu jak di Prima swoją sceną kazirodczą). Kreatywnością językową autorka również nie grzeszy – kurczowo trzyma się swoich ulubionych „cip” i „kutasów” – i tysiące razy miałam ochotę wysłać ją na lekcję erotycznego słowotwórstwa do głównej bohaterki Plastikowego M3.

Ale, ale! Odłóżmy na chwilę na bok seks; choć przypisuje się mu w tej powieści niezwykle istotną rolę, to co dla mnie najważniejsze leży mimo wszystko gdzieś poza nim. Historia dziewczyny, która żyje po swojemu, na nic nie narzeka, korzysta z okazji. Chwyta dzień. Cieszy się z nocy przespanej spokojnie w parku albo kawałka drewna na opał w chłodny jesienny wieczór. Czyta. Pod wpływem pierwszego wersu Skowytu rzuca w diabły gotujący się gulasz i pędzi nad rzekę, by schłodzić rozgorączkowaną głowę.
Czułam, że Allen jest tylko – nie mogło być inaczej – awangardą czegoś większego. Poprzedza tych wszystkich ludzi, którzy – jak ja – ukrywali się i przemykali, pisząc o swoim świecie dla małej grupy przyjaciół, którzy – nawet oni! – uważali, że nie da się tego wydać (…). Czułam, że ci ludzie wystąpią teraz naprzód i powiedzą, co mają do powiedzenia. Niewielu ich usłyszy, ale oni usłyszą siebie nawzajem. Niedługo poznam moich braci i siostry (s. 136).
To się udziela. Ta wolność, beztroska, braterstwo – koloryt tamtych czasów, odświeżający klimat epoki rodzącego się beatu. Ludzie, którzy przychodzą i odchodzą, czarny jazz w klubach, dyskusje do rana na abstrakcyjne tematy. Jakby jutra nie było, jakby nie trzeba było się martwić, co nazajutrz włożyć do garnka, jakby świat miał się skończyć tej nocy. Nie potrafiłabym tak żyć, ale ta barwna wizja zawsze mnie w pewien sposób pociągała.
Przychodziły do nas także lesby, które były hydraulikami albo drukarzami; młodzi jazzmani; smutny czeski sztauer oraz przeróżni miłośnicy Pounda, których poznawałyśmy w księgarniach. Jedliśmy, rozmawialiśmy i planowaliśmy niestworzone rzeczy, jak na przykład połączenie wszystkich sztuk manifestem napisanym po chińsku. Każdy lekko się nawalał, po czym szliśmy do Central Parku albo na nabrzeże, popatrzeć na rzekę (s. 118).
U di Primy bitnicy nie są buntownikami, kontestatorami. To po prostu młodzi ludzie, którzy chcą żyć po swojemu, mają swój zaklęty krąg bratnich dusz, szukają odrobiny ludzkiego ciepła. Tworzą, bawią się, żyją z dnia na dzień, nie myślą o śmierci.
Żartowaliśmy, paplaliśmy jak najęci. W pewnym momencie zatrzymała nas trumna – prosta ponura trumna, oparta o ścianę czynszówki. To ona popędziła nas do domu, do ciepła i miłości. Jeśli w ogóle trzeba było nas popędzać (s. 20).
I da się to wszystko dostrzec pod warstwą wulgarnej golizny. Jest utopione w spermie, zagrzebane w brudnej pościeli, ale jest. To co kiedyś szokowało dziś już nie przekonuje, ale ta siła młodości, ogień, który trawił świętych szaleńców w prozie Kerouaca – wciąż budzi fascynację. Dlatego też tak silnie odczułam nostalgię zakończenia, tego symbolicznego pożegnania bohaterki z dotychczasowym życiem.
Moje życie nigdy nie było piękniejsze i łatwiejsze, pełniejsze dobrej miłości i prawdziwej wolności, niż tamtego dnia. Wiedziałam jednak, że żegnam się z takim życiem. Kiedy Ivan odszedł , leżałam długo sama, wpatrując się w schody przeciwpożarowe i gwiazdy za oknem (s. 144).
***
D. di Prima, Wspomnienia bitniczki, tłum. Jędrzej Polak, wyd. Officyna, Łódź 2013.

Za osobliwą podróż do czasów rodzącej się kontrkultury dziękuję wydawnictwu Officyna.

Fotografie:
[1] Zdjęcie z okładki amerykańskiego wydania książki, Memoirs of a beatnik, wyd. Penguin Books, 1998. Źródło: openlibrary.org
[2] Okładka książki ze strony wydawnictwa Officyna / www.officyna.com.pl

piątek, 27 listopada 2015

Mała Wielka Historia – „Niecierpliwość serca”, Stefan Zweig

Takie mamy teraz czasy, że opowiedzieć dobrą historię to już za mało. Trzeba udziwnić, zaskoczyć, wstrząsnąć, nafaszerować eksperymentami i fabularnymi niespodziankami, wciągnąć w pisarską grę. Kiedy więc sięgnie się po taką powieść jak Niecierpliwość serca, to jakby z hałaśliwej ulicy wejść nagle w jakąś zaciszną bramę, do przytulnego mieszkania, gdzie jedynym dźwiękiem jest tykanie starego zegara. Po prostu usiądź i słuchaj.

Bo Zweig potrafi opowiadać. Ależ potrafi! Niby nic, niby wchodzi sobie zwyczajnie pewien pisarz do pewnej wiedeńskiej restauracji, spotyka tam pewnego wojskowego, weterana I wojny światowej, nie mają jeszcze okazji się poznać… Ale już ruszyły tryby opowieści, już posępny oficer pobudził pisarską wyobraźnię, i ani się obejrzymy, a wciągnięci zostajemy w fabularny wir, i otwierają się kolejne szkatułki, jedna w drugiej, i niecierpliwymi palcami wybieramy z nich kolejną wtajemniczającą historię, rozplątujemy nić intrygi.

Choć od pisarza wszystko się zaczyna, nie pisarz jest głównym bohaterem powieści, lecz spotkany w restauracji oficer, Antoni Hofmiller. Opowiada on historię ze swojej młodości, kiedy to nieumiejętnie okazywanym współczuciem rozpalił uczucie pewnej bardzo bogatej, kalekiej półsieroty. Z czasem obydwoje grzęzną w sidłach chorego związku. Dziewczyna – rozpieszczona, chwiejna emocjonalnie, przyzwyczajona do otrzymywania zawsze tego, czego pragnie, czy jest to nowa książka, czy nowy narzeczony. Wojak – przejęty szczerą litością, lecz nie żywiący do kaleki żadnych miłosnych uczuć, prędzej skory zbałamucić jej ponętną kuzynkę.

To wyjątkowo dopracowana psychologicznie, kontrowersyjna historia. Taka, o której można dyskutować godzinami, kłócąc się, kto bardziej zawinił. Bo zawinili wszyscy, i nawet kryształowy doktor Condor, co to ożenił się z niewidomą kobietą, której nie potrafił wyleczyć, skalał swe ręce manipulatorstwem. Wypieranie się związku z chorą dziewczyną w obawie przed kpinami kolegów jest karygodne, ale narzucanie naiwnemu młodziakowi małżeństwa, które z czasem przerodziłoby się w wypełnioną zdradami i awanturami farsę – również.

Choć przez większość powieści akcja toczy się leniwie, zakończenia nie powstydziłby się najlepszy film akcji. Cóż za emocje! Szaleńcza ucieczka, pośpieszne telegramy, niespokojne sny, i początek wielkiej wojny – zabójstwo księcia Ferdynanda, właśnie teraz, jakby mało było osobistych tragedii. Wielka historia obok małej historii, która przecież dla każdego z uczestników wydarzeń znaczy teraz więcej niż wszystkie wojny świata. Koniec epoki, koniec niewinności.

Jeśli też jesteście czasem zmęczeni literackimi eksperymentami, jeśli szukacie po prostu Opowieści, takiej przez duże O, takiej wzruszającej, oczyszczającej, co to się w nią wchodzi, by zapomnieć o świecie – poczytajcie Zweiga. Niecierpliwość serca będzie w sam raz na długi zimowy wieczór.

***
S. Zweig, Niecierpliwość serca, tłum. Zofia Petersowa, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1998.

Za książkę dziękuję Marcinowi z Tylko burak nie czyta, który uznał, że czytam za mało literatury niemieckojęzycznej. I postanowił zmienić ten stan rzeczy, prezentując mi tę właśnie powieść. Chwała mu za to! 

Fotografia: Ilustracja Guillaume'a Sorela do publikacji Ostatnie dni Stefana Zweiga Laurenta Seksika. Źródło: bd75011 le blog de Manuel F. Picaud / Foter.com / CC BY-NC-SA

środa, 18 listopada 2015

Poezja, głód i krew – „Księga szeptów”, Varujan Vosganian


O wielu rzeczach nie wolno mi było mówić, ale przede wszystkim surowo zabroniono mi opowiadać w przedszkolu lub nieznajomym o tym, że u nas w domu rozmawia się czasem szeptem. „Co tam szepczesz?” – pytałem. „Czytam” – odpowiadał dziadek Garabet. „Jak to czytasz? A gdzie masz książkę?”. „Niepotrzebna mi. Znam ją na pamięć”. „Dobrze, a jak się nazywa ta książka? Kto ją napisał?”. „Być może ty, pewnego dnia”. I oto robię to teraz. I właśnie tak ją nazywam: Księga szeptów.
Jak zacząć? Jak ubrać w słowa taktownie, ale zdecydowanie? Jak wyłamać się z chóru zachwyconych głosów, zakwestionować prawo do piedestału, na który wszyscy wynoszą? Napiszę wprost, by już na wstępie zrzucić ten ciężar – Księga szeptów to nie jest moim zdaniem dobra książka.

Oczywiście, jej siłą jest sam temat Ormian. Zaniedbany, zepchnięty na margines, słabo zgłębiony. Wszyscy coś słyszeli, niektórzy jeszcze z licealnej lektury Przedwiośnia jak przez mgłę kojarzą wzmianki o jakiejś masakrze w Baku, ale tak naprawdę nie wiemy nic. Dobrze, że Varujan Vosganian – opierając się na zachowanych zapiskach swojego dziadka Garabeta i na strzępkach własnych dziecięcych wspomnień – postanowił napisać taką rzecz. Rzecz poświęconą swojemu narodowi, temu wszystkiemu, przez co naród ten musiał przejść i co odebrało mu głos. A ponieważ zrobił to z perspektywy niejako wewnętrznej, Ormianina, z jego słów płynie ta sama mądrość, spokój i pokora, jakie charakteryzują bohaterów jego opowieści. Tak, zdecydowanie dobrze, że ta książka powstała, i że jest dostępna również polskim czytelnikom.
Ofiary ludobójstwa Ormian w roku 1915. Zdjęcie zaczerpnięte z publikacji Ambassador Morgenthau's Story (1918) – jednej z pierwszych relacji na temat rzezi Ormian, spisanej przez Henry'ego Morgenthau, ambasadora Stanów Zjednoczonych w Konstantynopolu.
Poza tym nie brak w Księdze pięknych momentów. Autor potrafi pisać plastycznie i sugestywnie, zręcznie dobiera środki i osiąga zamierzony efekt. Fragmenty o magicznym świecie jego dzieciństwa czarują i wprawiają w marzycielski nastrój, opisy okrucieństw dokonywanych na Ormianach – wstrząsają. Rozdział o marszu śmierci czy opis rzezi niewiniątek w Deir-ez Zor, te wszystkie dzieci zjadane żywcem przez ptaki na pustyni, trupy z obgryzionymi przez zagłodzoną rodzinę policzkami i psy rozszarpujące brzuchy zmarłych to przykłady mistrzowskiego malowania obrazów słowem.

Ale kiedy indziej Księga szeptów jest przeraźliwie wręcz nudna. Męczyłam się, zasypiałam nad nią, załamywałam ręce. Brnęłam przez nią przez kilka długich tygodni. Zmuszałam się do niej. Nie ze względu na ciężar emocjonalny, ale zwyczajnie dlatego, że czytało mi się ją źle. Dzieło Vosganiana to taki twór z pogranicza różnych gatunków – reportażu, literatury wspomnieniowej, historycznej, powieści. Niestety, twór pokraczny, niekiedy przytłaczający, raptownie przechodzący od prozy poetyckiej do suchych faktów. Momentami miałam z tą lekturą problem podobny co z opisywaną niedawno autobiografią Márqueza – za dużo szczegółów.
Ormiańska matka przy zwłokach piątki swoich dzieci.
Jeśli chodzi o tłumaczenie, redakcję i korektę, na uwagę zasługuje na pewno świetne opracowanie merytoryczne i zamieszczony na końcu słowniczek pojęć. Widać, że tłumaczka włożyła wiele wysiłku w to, by jak najlepiej oddać realia opowiedzianego świata, i doceniam to. Ale od strony formalnej było kilka usterek – zabłąkane przecinki, powtórzenia, niekiedy jakieś niezgrabne sformułowanie lub zagmatwane zdanie, które wymagało dłuższej chwili zastanowienia („Najpierw więc handlował bronią z Rosją carską podczas wojny, a następnie z białymi Rosjanami przeciwko bolszewikom, sprzedawał broń, po klęsce białych Rosjan, bolszewickiej Rosji”).

Obracam swój egzemplarz w rękach, patrzę na dedykację „For Anna, all my heart”, i mam do Vosganiana żal. Żal tym większy, że oczekiwałam bezwarunkowego zachwytu. Żal jak wobec kogoś bardzo bliskiego, kto nas zawiódł. Bo to jest taka opowieść, która mogłaby poruszyć ziemię. A obawiam się, że niektórych czytelników po prostu uśpi, nim zdąży wstrząsnąć ich światem.

Ormianka pochylająca się nad martwym dzieckiem na polu w okolicach Aleppo.

***
V. Vosganian, Księga szeptów, tłum. Joanna Kornaś-Warwas, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty.

Fotografie:
[1] Motyw z okładki polskiego wydania Księgi szeptów / strona wydawnictwa Książkowe Klimaty
[2] Henry Morgenthau / Wikimedia Commons
[3] Maria Jacobsen / Wikimedia Commons
[4] American Committee for Relief in the Near East / Wikimedia Commons