czwartek, 24 grudnia 2015

Święta à la Bukowski


W tym roku trochę inaczej :)
W Boże Narodzenie była u mnie Betty. Upiekła indyka i piliśmy razem. Betty zawsze lubiła wielkie choinki. Moja miała pewnie ponad dwa metry wysokości i z metr średnicy, była obwieszona światełkami, żarówkami, lametą i rozmaitym badziewiem. Piliśmy z dwóch butelek whiskey, kochaliśmy się, zjedliśmy indyka i znowu piliśmy. Gwóźdź w stojaku poluzował się, a sam stojak był zbyt mały, by utrzymać choinkę w pionie. Stale ją prostowałem. Betty wyciągnęła się na łóżku, spita do nieprzytomności. Ja, w szortach, popijałem na podłodze, a potem ułożyłem się obok łóżka. Zamknąłem oczy. Nagle coś mnie zbudziło. Otworzyłem oczy w samą porę, by spostrzec, że wielkie drzewko, obwieszone gorącymi lampkami, powoli przechyla się w moją stronę, a szpiczasta gwiazda opada niczym sztylet. Nie bardzo wiedziałem, co się dzieje. Miałem wrażenie, że nastąpił koniec świata. Nie mogłem się ruszyć. Drzewko obejmowało mnie swoimi ramionami, a ja leżałem pod nim. Żarówki były rozgrzane do czerwoności. 
- Och, OCH, JEZU CHRYSTE, LITOŚCI! BOŻE, POMÓŻ MI! JEZU! JEZU! POMOCY! 
Żarówki parzyły mnie. Potoczyłem się w lewo, nie zdołałem się wydostać, więc potoczyłem się w prawo. 
- AUA! 
Wreszcie uwolniłem się spod choinki. Betty stała nade mną.
Charles Bukowski, Listonosz

***
Życzę Wam, by nie atakowały Was Wasze choinki. By niezależnie od tego, czy spędzicie Boże Narodzenie tak jak Hank, czy w bardziej tradycyjny sposób, było pięknie. Życzę Wam książek, uśmiechu i czekolady. Wesołych Świąt!

Fot. Gustavo Bueso Padgett / freeimages.com

piątek, 18 grudnia 2015

Cierpienia muzy po przejściach – „Narzeczona Schulza”, Agata Tuszyńska

Narzeczona, Muza, dziewczyna ze zdjęcia. Zagadkowe spojrzenie, tajemniczy uśmiech i inicjał J. który pozostał po niej w opracowaniach. Na jej życzenie, jakby do końca pragnęła pozostać w cieniu, zniknąć. Juna, którą Agata Tuszyńska wyciągnęła z cienia. Mityczna Juna, posągowa Juna, w którą Agata Tuszyńska tchnęła życie. Pięknie i z powodzeniem.

To on ją wybrał. Wyłuskał ją z tłumu na ulicy, poprosił – przez przyjaciela, bo twarzą w twarz się nie ośmielił – o możliwość namalowania jej portretu. Piękna, postawna, elegancka młoda kobieta, silna – tę siłę, której jemu tak bardzo brakowało, musiał w niej wyczuć.

A ona, według wizji Tuszyńskiej, od razu dostrzegła w nim geniusza. Taki śmiały w sztuce, tak nieśmiały w życiu. „Bezbronny jak skrzypce bez futerału” (s. 41), „jak ze szkła. W każdej chwili narażony na stłuczenie” (s. 104). Chciała go chronić, chciała, jak w wizji Rilkego, stać na straży jego twórczej samotności. Nie wiedziała jednak, na co się porywa – i przez kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt następnych lat, nawet kiedy jego już dawno nie ma, miota się między miłosnym oddaniem a nienawiścią.

Zwyczajnie po kobiecemu nie potrafi zrozumieć i usprawiedliwić jego seksualnych obsesji. Głowę rozgorączkowaną wizjami jego rozpustnych wizyt w burdelu chłodzi myślami o jego artystycznym geniuszu, o jego wielkości. Próbuje zrozumieć, czyta książki o masochizmie, szuka genezy jego choroby, dopasowuje zasłyszane opowieści – kolejne fragmenty układanki. Ale to na nic – to zbyt trudne dla tej, która kocha i najzwyczajniej w świecie chce mieć go na wyłączność. Sztukę, tę Sztukę, z którą wiecznie ją zdradzał, tę by mu wybaczyła, ale tamtego – nie potrafiła.

Jeden z rysunków Schulza z roku 1934.
Nie widzę w stworzonej przez Tuszyńską postaci nadmiernej egzaltacji, nie dostrzegam w tej wizji kiczu jak niektórzy krytycy. Widzę szczerość i prostotę uczuć młodej dziewczyny, jaką Szelińska w momencie związania się z Schulzem była. Nawet mimo całej swojej pomnikowości i powagi musiała przecież przeżywać ekscytację nową znajomością i nowym uczuciem, musiała wstydzić się, szaleć z zazdrości, przeżywać chwile dziecinnej wściekłości, doświadczać emocjonalnej huśtawki jak każda zakochana kobieta. Marzyć o małżeństwie i normalnym domu. Pensjonarka? Może i tak. Ale przecież każda kobieta w głębi duszy jest trochę pensjonarką.

Równie dobrze autorka oddała uczucia starzejącej się, samotnej kobiety, więdnącej muzy, „muzy po przejściach”. Straciwszy wszystko wskutek wojny – rodziców, dom i (o czym dowiedziała się dopiero kilka lat później) Bruna – Juna na krótki czas przeniosła się do Warszawy, a następnie do kuzynki do Gdańska. Została dyrektorką uniwersyteckiej biblioteki. „Zawsze była zapięta na ostatni guzik, także psychicznie. Oszczędna w słowach, zdystansowana” (s. 270). Zamknęła się na świat i na ludzi, zapracowała sobie na opinię surowej i niedostępnej.

A w głębi duszy wspominała i przeżywała, wypominała sobie, że nie zrobiła więcej, by go uratować. Tylko wzmianki o nim były jeszcze w stanie ją ożywić, tylko misją przypomnienia o nim światu jeszcze żyła. Trudna to była misja w ustroju, który uznawał tylko sztukę utylitarną, ale znalazła sprzymierzeńca – Jerzego Ficowskiego, poetę, który w następnych latach stał się jednym z największych znawców życiorysu i twórczości Schulza. Także dzięki jej świadectwom.

Za tę pomoc zapłaciła swoją cenę – otrzymała dostęp do korespondencji dawnego narzeczonego, która nie tylko potwierdziła akty jego niewierności, ale i ujawniła, że zasadność ich planowanego małżeństwa była sprawą szeroko dyskutowaną w gronie jego przyjaciół. Z listów od jego przyjaciółek dowiedziała się, że „drobnomieszczański” związek z nią byłby zagrożeniem dla jego sztuki, że byłaby mu ciężarem, on sam zaś pisał, że „ucieczka w małżeństwo” była dla niego jednym ze sposobów obrony przed samotnością. I bolało – choć minęło tyle lat i nie miało to już znaczenia. Czytała o jego przelotnym związku z Nałkowską, o jego rozmyślaniach, czy nie „oddać się rozpuście”, i płakała nad tymi starymi listami, stara, samotna kobieta, niepotrzebna muza.

Lektura Narzeczonej Schulza to prawdziwa przyjemność. Jest tylko jedno niebezpieczeństwo – w stworzony przez Tuszyńską świat Juny wchodzi się tak głęboko, że traci się poczucie rzeczywistości, a granica między faktami a dopowiedzeniami zaciera się. I oto niepostrzeżenie możemy przyjąć jako pewnik coś, co wcale pewnikiem nie jest, a z kolei prawda wyda nam się zbyt niesamowita, by w nią uwierzyć. Tylko czy to wada czy zaleta?

***
A. Tuszyńska, Narzeczona Schulza. Apokryf, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

Za książkę o tajemniczej muzie pisarza, który jest jednym z moim Mistrzów dziękuję pani Annie Zemanek i Wydawnictwu Literackiemu.

Fotografie:
[1] Zdjęcie własne / Tuszyńska A., Narzeczona Schulza, Kraków 2015.
[2] Mo Morgan1 / Foter.com / CC BY-NC
[3] Wydawnictwo Literackie

wtorek, 15 grudnia 2015

Wyniki konkursu urodzinowego

Na początek chciałam wszystkim bardzo podziękować za udział w losowaniu. Przy okazji zgłoszeń otrzymałam od Was mailowo ogrom miłych słów, których zupełnie się nie spodziewałam, dziękuję!

Drugim powodem do uśmiechu był fakt, że największym wzięciem wśród zaproponowanych przeze mnie nagród cieszył się… Hrabal! Chyba naprawdę zrobiłam Żałobie dobrą reklamę, bo ponad połowa z Was wybrała właśnie tę książkę. Radość!

Do rzeczy, bo i tak większość z Was prawdopodobnie od razu przeleciała wzrokiem moje dyrdymałki i przeszła do wyników :). Ślepy los tudzież widoczna na zdjęciu ręka przeznaczenia (nie moja, nie chciałam brać na siebie tej odpowiedzialności!) zadecydował, że nagrody otrzymują:

Najpiękniejsza dziewczyna w mieście, Charles Bukowski – Joanna Kupka
Anna In w grobowcach świata, Olga Tokarczuk – Marek Błaszkiewicz 
Taka piękna żałoba, Bohumil Hrabal – Sylwana Matuszewska 
Siedem dobrych lat, Etgar Keret – Lolanta czyta 
Czas Czerwonych Gór, Petra Hůlová – Ania P
Fanny Hill, John Cleland – Tirindeth M
Wspomnienia bitniczki, Diane di Prima – Mateusz Cioch 
Bajka o Raszku, Ota Pavel – Agnieszka Wisniewska

Gratuluję! Skontaktuję się z Wami mailowo w sprawie adresów do wysyłki. Książki postaram się wysłać do końca tego tygodnia, przy odrobinie szczęścia dotrą jako (przed)świąteczny prezent :).

sobota, 12 grudnia 2015

Lament Sinobrodego – „Ekożona”, Michal Viewegh

Jest sporo rzeczy, które mnie drażnią w pisarstwie Michala Viewegha. Ale jedna przemawia zdecydowanie za tym, żeby go czytać – dystans do samego siebie. W Ekożonie po raz kolejny pokazał, że potrafi otwarcie z siebie kpić.

To nie tajemnica, że niemal każdy z głównych męskich bohaterów książek Viewegha ma w sobie coś z niego samego. Swoje własne doświadczenia pisarz przetwarza na literaturę z pomysłem i humorem, zawsze nasuwając pytanie: gdzie kończy się rzeczywistość, a zaczyna fikcja? Podobieństwa i analogie zachęcają do śmiałych hipotez, ale sam autor nie potwierdza ani nie zaprzecza, wymyka się, krzyczy „Hola, nie tak szybko!”, śmieje się czytelnikowi w twarz. Mówi, jak w końcówce Wychowania dziewcząt w Czechach: „Nie możesz tej literatury traktować tak serio”. Śmiało wykorzystuje przy tym zainteresowanie swoją osobą – bo przecież, o czym pisał z takim zachwytem Mariusz Szczygieł w Lásce nebeskiej, w Czechach Viewegh nie jest zwykłym pisarzem. Jest celebrytą, stałym rezydentem plotkarskich gazet i portali, a każda informacja o jego życiu prywatnym jest na wagę złota.

Nie inaczej jest w przypadku Ekożony. Mojmir, główny bohater książki, to najpoczytniejszy czeski pisarz – jak Viewegh, ma piękną młodą żonę – jak Viewegh, i jest ojcem jej dwóch uroczych córeczek – jak Viewegh (nawet imiona córek się zgadzają). Osią powieści są jego problemy małżeńskie – w kilka lat po ślubie z potulnego Kopciuszka jego ukochana Hedvika przeistacza się w feministyczną aktywistkę, założycielkę Centrum Matki oraz entuzjastkę zdrowego żywienia, jogi i feng shui, zaniedbując zupełnie potrzeby męża. Z plotek i wywiadów wiemy, że również Viewegh cierpiał z powodu podobnej sytuacji.

W tym samym wywiadzie Viewegh zaprzecza jednak, jakoby Ekożona była opowieścią o jego małżeństwie. Elementem, który odróżnia sytuację powieściowej pary od autora i jego żony jest przede wszystkim postać douli – duchowej opiekunki Hedviki, która wprowadza się do domu Mojmira i jego spodziewającej się dziecka małżonki, by pozostać tam przez następne siedem lat. To czysta fikcja, w co nietrudno uwierzyć – wszak chyba nawet święty nie wytrzymałby aż siedmiu lat pod jednym dachem z obcą kobietą, której nie znosi i która nie znosi jego, a do tego jest prawdopodobnie lesbijką i żywi do jego żony coś więcej niż czysto matczyne uczucia. Doula wprowadzona zostaje do powieści przede wszystkim w jednym celu – by ukazać Mojmira w komicznym, karykaturalnym świetle, jako tępego troglodytę, szowinistę, tyrana, Sinobrodego tłumiącego wszystkie naturalne odruchy i potrzeby ambitnej Hedviki. Równocześnie swoim sposobem opowiadania i widzenia świata narratorka ośmiesza samą siebie, efekt humorystyczny zostaje więc podwojony.

Ostrzem ironii Viewegh dźga tu praktycznie każdego – zarówno żałośnie żebrzącego uwagi męża, spragnionego ekskluzywnych kolacji na plaży u boku wystrojonej, wypachnionej i wpatrzonej w niego jak w obrazek żony (czyli swoje wykrzywione alter ego), jak i sabotującą każdy jego ruch doulę z głową pełną natchnionych bredni o wilczych kobiecych instynktach oraz głupiutką Hedvikę i całe stadko jej wojujących przyjaciółek, które w feministycznym amoku upierają się nawet, by sikać na stojąco. Nawiasem mówiąc, podobno Veronika Vieweghová czytając tę książkę śmiała się, co też jest oznaką sporego dystansu do własnej osoby – niejedna przewrażliwiona żona po czymś takim natychmiast wniosłaby pozew o rozwód, nawet mimo słodkiej dedykacji i nawet biorąc pod uwagę, że tylko częściowo stanowiła inspirację dla powieściowej Hedviki, osóbki tak mdłej, naiwnej i łatwej do zmanipulowania jak to tylko możliwe.

Czuję zresztą, że przez tę wszechobecną ironię lektura Ekożony nie tylko dla żony Viewegha może być rodzajem próby. Z pewnością znajdzie się wiele osób (i w większości przypadków będą to kobiety), które kpiny autora wezmą do siebie i zareagują oburzeniem. Bo można tę powieść postrzegać jako zwykłą, humorystyczną opowiastkę, spojrzenie z przymrużeniem oka na dzisiejsze relacje damsko-męskie, a można również dostrzec w niej zjadliwą satyrę na współczesną kobiecą emancypację, fascynację ekologią, Dalekim Wschodem, życiem w zgodzie z naturą i wszystkim co alternatywne.

Sięgając głębiej trafiamy również na wspomnianą kwestię autobiografizmu. Czy pod tą grubą warstwą humoru rzeczywiście kryje się niechęć i tłumiona złość odtrąconego męża, spragnionego niewolnicy czekającej cierpliwie z półmiskiem ciepłych kotletów? Czy z Michalem Vieweghiem było podobnie jak z Mojmirem, który pewnego dnia w akcie bezsilności pomyślał „Muszę coś z tym zrobić”, a następnie „Już wiem. Napiszę o tym książkę”? Sama Veronika przyznaje, że Ekożona była dla jej męża sposobem na odreagowanie i wyrzucenie z siebie żalów i pretensji... „Pozornie humorystyczna powieść”, czyż tak?

Te dociekania dodają na pewno lekturze smaku, ale są bezowocne, bo pomijając te drobne wyłomy autor jak zwykle świetnie się maskuje. Skupmy się więc przede wszystkim na humorze – bo niezależnie od tego, czy jest jakieś drugie dno, Ekożona jest bezdyskusyjnie zabawna. Sposób, w jaki Viewegh ustami Mojmira komentuje otaczającą go rzeczywistość, jego cięty dowcip, bezlitosny sarkazm i błyskotliwa metaforyka sprawiają, że ta lektura to świetna rozrywka. Proponuję przenieść się do świata spersonifikowanych pomidorów, tańców brzucha w wykonaniu ciężarnych alias „ruchów wielorybów ugrzęzłych na mieliźnie” oraz zjadanej bez zastanowienia „czekolady energii twórczej” – i po prostu dobrze się bawić.

***
A na koniec – polski smaczek. Wraz z całą resztą kobiecego świata przeciwko biednemu Mojmirowi spiskuje sama Olga Tokarczuk:
Bierze z szafki nocnej jej MaMy Kalendarz i otwiera go za pomocą szkarłatnej zakładki. Pierwsze co widzi, to motto tygodnia autorstwa Olgi Tokarczuk: „zdałam sobie sprawę, że zawsze lepsze będzie to, co jest w ruchu, niż to, co w spoczynku; że szlachetniejsza będzie zmiana niż stałość; że znieruchomiałe musi ulec rozpadowi, degeneracji i obrócić się w perzynę, ruchome zaś – będzie trwało nawet wiecznie”.
Apostoł rozumu Mojmir, który dwa lata temu w Bolonii postawił swojej polskiej koleżance dwie absurdalnie drogie szesnastoletnie whisky, irracjonalnie odbiera to jako ordynarną niewdzięczność. Bezsilnie przegląda kalendarz. Ma wrażenie, że spiskują przeciwko niemu wszystkie kobiety świata (s. 142-143).
Biedak :)

***
M. Viewegh, Ekożona, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015.

Za to, że odważył się zaryzykować i mimo mojego chłodnego stosunku do Michala Viewegha postanowił wysłać mi egzemplarz recenzencki Ekożony – dziękuję panu Mirkowi z wydawnictwa Stara Szkoła :) Książkę można kupić m.in. na stronie wydawnictwa. Dostępny w sprzedaży przed Świętami jest również pakiecik Ekożona + Ostatnia arystokratka z autografami autorów – polecam!

Tych, którzy rozumieją trochę czeski, odsyłam jeszcze raz do wspomnianego fragmentu wywiadu z autorem Ekożony i jego małżonką. Zobaczcie też, jak w Show Jana Krause Veronika Vieweghová opowiada o pracy douli, Centrum Matki, wychowywaniu dzieci w domu i życiu ze sławnym pisarzem :)

Fotografie:
[1] Jonas Tana / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] Okładka czeskiego wydania Ekożony, wyd. Druhé město / www.biomanzelka.cz
[3] Okładka polskiego wydania, wyd. Stara Szkoła

czwartek, 10 grudnia 2015

Piąte urodziny!

W grudniu 2010 wszystko się zaczęło. Zapatrzyłam się na dziewczyny z „Archipelagu”, pomyślałam „fajne to jest” i założyłam bloga. I kręci się od tej pory i kręci, i piszą mi się te Literackie skarby, i mija właśnie pięć lat… Zapraszam więc dziś na wirtualny tort i odrobinę wspominek!

Pierwszy post był o opowiadaniach czeskich pisarzy i przepowiedziałam sobie nim swoją przyszłość – dwa lata później wylądowałam na bohemistyce. Skończyłam ją (licencjat) pół roku temu, przeczytałam masę czeskich książek, na które inaczej pewnie nie zwróciłabym uwagi, spełniłam moje wielkie marzenie – czytam po czesku.

W międzyczasie blog miał swoje wzloty i upadki, bywało, że brakowało mi czasu, ale przez te pięć lat nie było takiego miesiąca, w którym nie opublikowałabym tutaj nic. I jeśli tylko zdrowie pozwoli, nie będzie takiego miesiąca. Bo to dla mnie coś więcej niż hobby, i choćbym miała sobie kompletnie zreorganizować życie, zrobię tak, żeby dla tego miejsca zawsze znaleźć czas.

***
Rocznica to zawsze dobry czas na podsumowanie, a więc – w ciągu tych pięciu lat Literackich skarbów:
   napisałam 271 postów, w tym 223 recenzje,
   zostawiliście u mnie 2597 komentarzy,
   odwiedziliście mnie ponad 250 000 razy,
   a ja 127127434 razy pomyślałam, że blogowanie jest wspaniałe i nigdy mi się nie znudzi!

***
Oczywiście blog dostarcza radości na różne sposoby. Jednym z nich są teksty z wyszukiwarek. Niestety notorycznie gubię pliki, w których nie bieżąco spisuję te perełki, ale tym razem jeden się uchował i oto co m.in. w nim znalazłam:

miłosne wiersze od piotrka dla marty – znalazł? 
czeskie laski na calego – aż strach się bać... 
w jezycjadzie wszyscy maja dzieci – nie no, chyba kilku bezdzietnych by się znalazło :) 
daniel dehnal lala – przynajmniej tytuł się zgadza :)
sennik wyciągac wnetrzności z pyska ryby – brrr!
mysle ze mirek ja posuwal zastanawiam sie czy powiedziec zonie blog – no to rzeczywiście dylemat... 
jak być oślepiająco piekna w jeden dzien – żebym to ja wiedziała :)

***
Ponieważ w ciągu tych pięciu lat otrzymałam od Was całe mnóstwo ciepłych słów, które zmotywowały mnie do tworzenia bloga, chciałabym się odwdzięczyć. Wyjątkowo więc w tym roku przygotowałam urodzinowy KONKURS.

Nagród (książkowych rzecz jasna) jest osiem i są różne. Niektóre z nich to książki bardzo dla mnie ważne, inne mniej, o niektórych pisałam na Literackich skarbach, inne czytałam jeszcze w czasach przedblogowych. Odsyłam do moich opinii, być może będą dla Was wskazówką, o którą z nagród warto powalczyć. A do wygrania:


Najpiękniejsza dziewczyna w mieście, Charles Bukowski 

Pierwsza książka Buka, która mnie naprawdę zachwyciła. Bolesna jak diabli, a zarazem genialna. Pisałam o niej tu.


Anna In w grobowcach świata, Olga Tokarczuk 

Pierwsza książka Tokarczuk, która mnie naprawdę zachwyciła. Trochę zbyt w cieniu innych, dlatego jest tu zamiast ulubionego Prawieku. Czytana jeszcze przed blogiem, więc recenzji nie ma, ale uwierzcie mi – warto! W dodatku przepiękne nowe wydanie.


Taka piękna żałoba, Bohumil Hrabal 

Tej nie muszę przedstawiać, bo pojawiała się u mnie już tysiąc razy. To moja książka życia. Od niej zaczęła się moja miłość do Hrabala, ona zaraziła mnie jego życiową filozofią, pod jej wpływem pojechałam do Nymburka. Najwięcej pisałam o niej tu.


Siedem dobrych lat, Etgar Keret 

Osobista, ciepła, mądra, absolutnie urocza książka. O siedmiu latach bycia ojcem, ale również mężem, synem, bratem. Dużo o życiu w Izraelu, i trochę o Polsce. Moja recenzja tutaj.


Czas Czerwonych Gór, Petra Hůlová 

To nie jest ciepła opowiastka na dobranoc, to proza dosadna, brutalna, lepka, i przy tym wszystkim wciągająca jak bagno. Hůlovą tylko małymi łyczkami. Więcej tutaj.


Fanny Hill, John Cleland 

Rozkoszna w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Pierwsza brytyjska powieść pornograficzna (XVIII wiek!). Szerzej rozwodziłam się nad nią tu.


Wspomnienia bitniczki, Diane di Prima 

Też o seksie, choć już nie tak ładnie. Warto jednak ze względu na klimat tamtej epoki – czasów rodzącej się Beat Generation. Mój słodko-gorzki tekst na jej temat znajdziecie tu.


Bajka o Raszku, Ota Pavel 

Czyli urocza bajka o najwybitniejszym czeskim skoczku narciarskim. Świeżutka recenzja tutaj.






A zasady są takie: piszcie mi na lit.skarby.swiata.calego@gmail.com, którą książkę chcecie. Jeśli chętnych będzie więcej niż jedna osoba, zrobię losowanie. Każdy uczestnik może wybrać maksymalnie trzy książki. Zgłoszenia przesyłać można do poniedziałku, 14 grudnia, do północy. Zwycięzców ogłoszę tutaj oraz powiadomię ich mailowo. Wysyłka nagród oczywiście na mój koszt, ale nie wysyłam książek za granicę.

[Aktualizacja: 15.12.2015]
Wyniki losowania znajdziecie tutaj.

***
Pięknego dnia!

Fotografia tortu: Pink Sherbet Photography / Wikimedia Commons
Fotografie nagród: własne :)

piątek, 4 grudnia 2015

Kopciuszek frunący jak albatros – „Bajka o Raszku”, Ota Pavel

Książki Oty Pavla to zastrzyk dobrej energii, pigułka szczęścia, płynne słońce, które przyjemnie grzeje od środka. Tak jest ze Śmiercią pięknych saren i tak jest z Bajką o Raszku – rozkosznej opowiastce z przesłaniem „Możesz wszystko, jeśli tylko naprawdę się postarasz”.

Jiří Raška był wybitnym czeskim skoczkiem narciarskim. Ota Pavel – wybitnym czeskim pisarzem. Ale również komentatorem sportowym, który w swoich reportażach chętnie pisał o wartościach moralnych, jakie niesie sport. Bajka o Raszku to jeszcze jeden taki reportaż, tym razem jednak w niecodziennej formie bajki – malowniczej opowiastki z morałem.

Bajkowy Raszek to syn szewca, człowieka honorowego i z wartościami, który popadł w ruinę, bo nie chciał robić butów dla niemieckich żołnierzy. Po jego przedwczesnej śmierci mały Jerzyk musi szybko dorosnąć, by zająć się matką i rodzeństwem. Wkrótce rozpoczyna pracę w fabryce, ale cały czas myśli tylko nartach – prostych, zrobionych z desek beczki na śledzie. Szusuje na nich pośród drzew i po raz pierwszy próbuje skakać. Chce latać niczym albatros i dąży do tego z dziką konsekwencją, nie zważając na to, że śmieją się z niego wrony. Przyjdzie czas, gdy nie będą się śmiać.

Raszek w tej powiastce to Kopciuszek, który wszystko osiąga własną ciężką pracą. Ma duchową przewodniczkę, serdeczną przyjaciółkę rodziny, Annę Praweczkową, która nie tylko zachęca go do rozwijania swojej pasji, ale i ostro karci, gdy chłopak zaczyna popadać w pychę. To z jej jesionu Raszek robi sobie narty, które wynoszą go na sam szczyt, to narzuconej przez nią dyscyplinie zawdzięcza swój sukces. I choć nie przychodzi mu to łatwo, choć jest zmęczony, w duchu wymyśla poczciwej patronce, ma ochotę dać sobie spokój i pójść na piwo, zaciska zęby i nadal trenuje.

Jiří Raška w roku 2008.
Z czasem staje się niepokonany, lecz daleko mu do mitycznego herosa – pozostaje człowiekiem, z wątpliwościami i obawami. Peszą go krzykliwi zawodnicy, czuje się niepewnie, stając wśród nich, pamięta jednak zawsze o zasadach fair play. Skromność, pokora i odwaga, których nauczyła go Anna Praweczkowa, pomagają mu udźwignąć presję i pofrunąć niczym ptak. Wrony już się nie śmieją.

Jak to w bajkach, nie brak tu elementów zupełnie fantastycznych – jak choćby konkurs skoków narciarskich na Sprawiedliwej Górze, w którym obok zawodowych skoczków udział biorą staruszki, kalecy i psy, a zwycięzców wybierają maszyny Oyko i Poyko. Szewc Raszka gada z chmurami i zatrzymuje trzęsące się z zimna uszy dzieci szewskimi szczypcami. Motywy te tworzą uroczy bajkowy klimat, potęgowany jeszcze przez dziecinny język Pavla: „ponieważ on osiągnie najwięcej, osiągnie tyle, co pan król albo Karel Gott”, „nie było wprost końca całusom i cmoknięciom podobnym do tych, które wydają karpie, zajadając w stawie pokruszoną bułkę”. W tej pozornie infantylnej narracji kryje się jednak wiele życiowej mądrości: „I tak się cisnęli, że ścisnęli Jonasza na fontannie, rzeźbę świętego Floriana, świętego Jana Nepomuckiego i panienki Marii. Z ludzi nie zginął nikt, ludzie wytrzymają więcej niż kamienne rzeźby” (s. 64).

Bajka o Raszku ma swoje tajemnice. Choć wydaje się bardzo prosta, Pavel nie wykłada kawy na ławę. Obok klasycznej historii Raszka zakończonej happy endem mamy również wspomnianą Annę Praweczkową, która w ostatnich scenach, odziana w falbaniastą sukienkę, pachnąca Chanel nr 5 i tańcząca przed lustrem do muzyki Sinatry śpiewającego I love Paris jawi nam się jako postać niezwykle smutna. Czy tak bardzo zachęca Raszka do realizowania jego marzeń, bo sama żyje własnym wielkim niespełnionym snem? Czemu żyje samotnie w swoim bajkowym domku, co ją spotkało w przeszłości? Z pewnością miałaby wiele do opowiedzenia, woli jednak zagadkowo milczeć.

Bajka o Raszku to propozycja zarówno dla dzieci, jak i dorosłych – podobnie jak Mały Książę Antoine'a de Saint-Exupéry'ego pod płaszczykiem prostej historii kryje głębsze myśli, ogromne pokłady życiowej mądrości i smutne tajemnice. Życie nie przypomina bajki, o czym Ota Pavel dobrze wiedział, ale mimo to konsekwentnie budował swoją zmitologizowaną wersję świata, w którym zawsze świeci słońce, a jeśli tylko odpowiednio mocno chcesz, możesz pofrunąć jak albatros. I chwała mu za to.
Schodził powoli w dolinę i rozmyślał o życiu, ale nie mógł nic wyrozmyślać, bo życiem trzeba żyć, a czasami nie powinno się o nim zbyt dużo rozmyślać, bo inaczej życie byłoby smutne (s. 68).
Ot co.

***
O. Pavel, Bajka o Raszku, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Pan Slawista – numer specjalny, Poznań 2009.


Fotografie:
[1] Zdjęcie własne
[2] Stenyk / Wikimedia Commons
[3] Grzegorz Jagosz / LubimyCzytać.pl