czwartek, 25 lutego 2016

Trupy w piwnicy umysłu – „Mama umiera w sobotę”, Rafał Niemczyk

Mama umiera w sobotę zdecydowanie nie jest typowym debiutem. Zaskakuje na każdym kroku i zupełnie odbiega od tego, czego spodziewamy się sięgając po dzieło debiutanta. To nie jest pisanie w stylu debiutanta. To jest pisanie w stylu klasyka.

I to nie tylko wtedy, gdy mamy do czynienia ze świadomą archaizacją, jak w cudownym opowiadaniu Przypadek brzydala. Po prostu jest w tym jakieś ostentacyjne odejście od efekciarskich sztuczek i powrót do dawnej, wydawałoby się że przebrzmiałej już, sztuki pisarskiej.

Od razu uprzedzam – to nie jest łatwa książka. Czyta się ją jakby we śnie, pojawiają się zagadkowe obrazy i symbole, i trudno się w tej rzeczywistości odnaleźć. Przyjemność nie polega tutaj jednak na znajdowaniu, lecz na szukaniu, na dociekaniu, na mnożeniu interpretacji. To zdecydowanie rzecz do wielokrotnego czytania, i mam wrażenie, że z każdą kolejną lekturą odkrywa przed czytelnikiem coś nowego.

Niektóre z opowiadań, te osadzone w znanych nam realiach, budzą w nas niepokój, bo wskazują nasze własne ludzkie przywary. Tytułowy i zarazem otwierający zbiór utwór to historia życiowego oportunisty, nieudacznika, który stale wmawia sobie, że świat się na niego uwziął. Gdy zaś umiera jego matka, jest w stanie myśleć tylko o tym, że umarła nie w porę, bo w sobotę – i czy zdąży wybrać z banku jej pieniądze, zanim dotrze do nich informacja o jej zgonie.

Kolejny utwór, Trup w piwnicy, wyraźnie spod znaku Kafki, opowiada z kolei o mężczyźnie, którego spokój ducha zostaje zburzony przez urzędowe zawiadomienie, że w jego piwnicy znajduje się trup. W obydwu tych opowiadaniach zostaje groteskowo ukazana nasza ludzka skłonność do samousprawiedliwień i zrzucania z siebie odpowiedzialności, wyszukiwania sobie kozłów ofiarnych, a tymczasem to właśnie do nas odnoszą się słowa bohatera: „W piwnicy ich umysłów zalega nie jeden trup, a setki!” (s. 28).

Niewątpliwą siłą opowiadań „z naszego podwórka” są też sugestywne opisy tej tak dobrze nam znanej rzeczywistości. Osiedlowe scenki opisywane przez Rafała, choć nie ma ich za wiele, są naprawdę jak żywe.
W uchylonych drzwiach sklepu spożywczego dyskutuje o czymś bardzo ważnym trójka sąsiadów, którzy z daleka sprawiają wrażenie gwiazd niemego kina. Ich występy, oparte na mimice i żywiołowych gestach, podziwiają upchnięte we framugach okien kobiety w podomkach. Na pulchnych twarzach gospodyń ciekawość miesza się z podejrzliwością, toteż wycofać je ze stanowisk obserwacyjnych jest w stanie wyłącznie garnek z kipiącą zupą (s. 49).
Z każdym kolejnym utworem coraz bardziej odrywamy się jednak od znanych nam realiów, przenosimy się w krainę sennych marzeń, a właściwie koszmarów. Im dalej, tym straszniej. W opowiadaniu Ściana jeszcze pozostajemy na znajomym gruncie, śledząc losy nieszczęśliwej, a zarazem – na przekór Tołstojowi – zupełnie przeciętnej rodziny, ale drapieżna rzeczywistość, jakiś tajemniczy inny świat, „drugie miasto” jak u Ajvaza, sięga tu swymi mackami pod postacią siejącej grozy Ściany.

Od Kobiety i mężczyzny z szafy aż po wieńczącą zbiór Stodołę pogrążamy się już na dobre w opresyjnym, nierzeczywistym świecie. Po drodze jest jeszcze mój ulubiony chyba Przypadek brzydala, czyli groza w najlepszym, klasycznym wydaniu, à la Edgar Allan Poe, oraz wspaniała archaizująca stylizacja, dzięki której lektura tego tekstu jest prawdziwą przyjemnością.

Ilustracje dodatkowo budują klimat!
Autor z dużą wprawą buduje mroczny nastrój, posługując się zagadkami i niedopowiedzeniami. Wystarczy mu zaledwie kilka kluczowych elementów – nekrologi, kot z wyłamaną łapą, drapieżny kruk. Zdecydowanie mocną stroną tej prozy jest jej obrazowość:
Ostentacyjny brak młodości rodziców dostrzegałem wtedy aż nazbyt ostro, w groteskowym powiększeniu, jakby błoniaste owadzie skrzydła pod szkłem mikroskopowym. Bolesna starość odciśnięta na twarzach, bruzdy na dłoniach, wyschnięta skóra i rybie oczy, w których nie dałoby się odszukać ani krzty optymizmu. Podejrzewam, że byli starzy już w chwili moich narodzin (s. 164).
Nie chodzi jednak tylko o obrazy, nastrój i grozę. Autor tworzy bardzo różnorodnych bohaterów i dzięki empatii zawsze świetnie wciela się w rolę opisywanej postaci – czy mamy do czynienia z garbusem-zazdrośnikiem, czy z żoną indyjskiego bogacza, czy z dzieckiem. Ukazując ich losy, ich przeżycia i uczucia, wyrywa nas z marazmu, trąca uśpione w nas struny. Skłania do tego, byśmy wyszli na szczyt wzgórza i zobaczyli więcej, lub nawet mieli odwagę wzbić się w powietrze, jak główny bohater opowiadania Stodoła. Byle tylko wyrwać się z metaforycznego zawieszenia. Nawet mimo że „bunt w zawieszeniu nie istnieje, podobnie jak nie istnieje bunt ścinanych drzew ani bunt zarzynanych zwierząt” (s. 201).

***
R. Niemczyk, Mama umiera w sobotę, ilustracje: Kasia Michałkiewicz-Hansen, wyd. Afera, Wrocław 2015.

Pewnie większość z Was wie, ale dla tych, którzy nie wiedzą – autor tego zbioru opowiadań, Rafał, razem z Dorotką, znaną też jako Superchrupka, prowadzą literackiego bloga Experyment. Zajrzyjcie, jest świetny!

I jeszcze jedna informacja. Mama umiera w sobotę otwiera w Aferze nową serię, w której prezentowani będą polscy debiutanci – Nowe Polskie. I już na wstępie duży sukces, bo książka otrzymała nagrodę Promotorzy Debiutów Instytutu Książki i Fundacji Tygodnika Powszechnego. Jak najbardziej zasłużyła :).

Fotografie:
[1] howzey / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] zdjęcie własne
[3] Okładka książki ze strony wydawnictwa Afera (www.wydawnictwoafera.pl)

niedziela, 21 lutego 2016

Spotkanie z Aleksandrem Kaczorowskim – 19.02.2016

Jak jest obecnie postrzegany Bohumil Hrabal? Czy dzisiejsi młodzi czytelnicy widzą go już tylko jako obciachowego dziadka od ckliwych historyjek? Takim właśnie pytaniem Szymon Kloska otworzył piątkowe spotkanie z Aleksandrem Kaczorowskim.

Autor nie odpowiedział wprost. Zaczął za to mówić o początkach swojej własnej fascynacji Hrabalem, przez co poczułam się, jak gdyby czytał w moich myślach – był to bowiem właśnie temat, który najbardziej mniej interesował.

Był wtedy studentem socjologii, to była końcówka lat 80. Pamięta dokładnie moment, gdy jechał kolejką WDK czytając pewien tekst krytyczny o Hrabalu i postanowił dowiedzieć się, co to za pisarz. Sięgnął więc po Przerwy w przekładzie Piotra Godlewskiego, później po opublikowane w „Literaturze na świecie” fragmenty Obsługiwałem angielskiego króla w tłumaczeniu Franciszka Bielaszewskiego, i… już wiedział, że jedyne co chce w życiu robić to czytać i przekładać Hrabala. Był tylko jeden problem – nie znał czeskiego.

Potrwało jednak jeszcze kilka lat, nim się go nauczył. Znudził się socjologią, wyjechał na pewien czas za granicę, w końcu jednak wrócił i postanowił skupić się na tym, co najbardziej go interesuje. Po rozpoczęciu studiów slawistycznych bardzo szybko zabrał się do tłumaczenia, bowiem – z uśmiechem zacytował Hrabala – „w wieku 20 lat każdy jest genialny” i „otacza go szczelny dzwon nieświadomości”. Tą pierwszą książką, po którą sięgnął jako tłumacz – głównie dlatego, że sam bardzo chciał ją przeczytać – były Kličky na kapesníku, czyli wywiad-rzeka Drybling Hidegkutiego. (Naprawdę nie dziwię się, że właśnie ta – z każdym kolejnym powrotem, a ostatnio tych powrotów jest sporo, coraz bardziej mnie zachwyca; jaka to wspaniała kopalnia wiedzy o Hrabalu!).

Wydanie tej książki okazało się jednak problematyczne, w tym czasie bowiem Hrabal był już uważany za pisarza przebrzmiałego. Paradoksalnie powrócił po swojej śmierci – tajemniczy upadek z okna praskiego szpitala na nowo ożywił uśpione zainteresowanie czeskim pisarzem. W przywróceniu Hrabala do świadomości polskich czytelników pomogli wówczas również nasi rodzimi twórcy, Andrzej Stasiuk i Paweł Huelle, którzy przysłużyli mu się swoimi entuzjastycznymi tekstami (w przypadku drugiego z autorów hołd dla Hrabala rozrósł się do rozmiarów książki i tak powstał Mercedes-Benz).

Ponieważ głównym powodem spotkania było oczywiście wydanie Słodkiej apokalipsy, prowadzący spytał, czym właściwie różni się ta publikacja od wydanej kilkanaście lat temu Gry w życie. Autor odparł, że Gra była pisana niedługo po śmierci Hrabala i miała być rodzajem pożegnania, ta historia wymagała jednak dopracowania i pogłębienia, chciał w większym stopniu wpisać pisarza i jego losy w czeski kontekst historyczny i polityczny. Skupił się przy tym na swoim ulubionym okresie życia Hrabala – latach 50., czyli właściwym momencie jego pisarskich narodzin.

Kloska pociągnął temat, pytając o periodyzację twórczości Hrabala, wyraźnie widoczną w Słodkiej apokalipsie. Kaczorowski potwierdził, że rzeczywiście można bez problemu wyróżnić pewne etapy w rozwoju pisarskim tego autora, i dodał, że świetnie dostosowali się do tego jego polscy tłumacze – każdy z nich skupił się na jednej fazie lub jednym nurcie w dorobku twórczym Hrabala. Andrzej Czcibor-Piotrowski przełożył utwory, w których pisarz powracał do swojego dzieciństwa, czyli trylogię nymburską i Lekcje tańca dla starszych i zaawansowanych, Piotr Godlewski stał się specjalistą od tych „zakazanych” tekstów, jak Zbyt głośna samotność czy Wesela w domu, a z kolei Józef Waczków skupił się na najwcześniejszych dziełach autora, z lat 40. i początku 50., czyli czasów jego fascynacji surrealizmem.

Kaczorowski podkreślił też, że Hrabal miał wiele różnych pisarskich twarzy. Potrafił pisać zarówno subtelnie, jak i wulgarnie (co widać choćby w dwóch wersjach jego opowieści z dzieciństwa – łagodnej Takiej pięknej żałobie i mniej już cenzuralnym Miasteczku, w którym czas się zatrzymał), ale w każdym rejestrze radzi sobie doskonale. Do tego ma niesamowitą zdolność utożsamiania się z bohaterami swoich powieści, a także adaptowania na swoje potrzeby ulubionych utworów innych pisarzy – i tak w Żałobie czuć bardzo silny wpływ Babla i Schulza, a z kolei Czuły barbarzyńca to, cytując Piotra Bratkowskiego, „książka Jacka Kerouaca napisana przez Bohumila Hrabala”.

Istotny jest również fakt, że Hrabal zawsze trochę balansował na pograniczu poezji i prozy. Zaczynał jako poeta i za poetę zawsze się uważał, ale gdy Jiří Kolář orzekł, że powinien skupić się na prozie, poszedł za jego radą. To były lata 50., sprowadził się właśnie na Libeń, do dawnej kuźni przy ulicy Na Grobli, a jego dom stał się miejscem spotkań lokalnych artystów, dziwaków, Cyganów i prostytutek. Obserwacji i doświadczeń nie brakowało, zaczął więc przetwarzać je na swoje opowiadania o pabitelach, w których zasadniczą rolę grały dialogi, ponieważ to one były najmniej zafałszowane – a w czasach głębokiego stalinizmu wszystko co autentyczne było na wagę złota. Szybko stał się autorem chętnie czytanym i rozpoznawanym.


W latach 70., kiedy powstały m.in. Postrzyżyny, Hrabal zaczyna w swoich utworach wracać do przeszłości. Trylogia Městečko u vody to nostalgiczne wspomnienie utraconego świata Europy Środkowej – i w tym sensie bardzo blisko jej do Sklepów cynamonowych Schulza. Ostatnie natomiast teksty Hrabala to już przykład całkowitego odrzucenia form literackich, a zarazem nagromadzenie tajemnic, różne warianty tych samych historii, duże pole do interpretacji i nasuwające się pytanie „Ilu było Hrabalów?”.

Zdaniem Kaczorowskiego twórczość tego pisarza to przykład niesamowitego pisarskiego rozwoju – nigdy się nie uwsteczniał, stale wymyślał dla siebie nowe formy wyrazu, a w każdej z nich był genialny.

Kim jest właściwie Hrabal dla autora Słodkiej apokalipsy? „Kimś między Janem Pawłem II a Mistrzem Yodą. Mistrzem duchowym!”. Bo silnie inspirował się filozofią Wschodu, a choć nie wierzył w Boga osobowego, pierwiastek duchowy i etyka są silnie obecne w jego prozie. Do tego stopnia, że – jak wspomina Kaczorowski – na pewnej dyskusji w Ołomuńcu Andrzej Stasiuk upierał się, ku zaskoczeniu rozmówców, że Hrabal był pisarzem religijnym, i to w dodatku katolickim. To dobra intuicja, ponieważ cała jego twórczość jest, posługując się tytułem jednego z utworów, rodzajem Schizofrenicznej ewangelii, Dobrej Nowiny. Mnie natomiast przyszedł w tym momencie do głowy Jakub Deml, ksiądz katolicki, którego dzieła (m.in. Zapomniane światło wydane po polsku przez Czarne) również były dla Hrabala ważnym źródłem inspiracji. Wyraźnie widać to choćby w niektórych opowiadaniach z tomu Święto przebiśniegu.

Co za tym idzie – Hrabal reprezentuje w swoich opowiadaniach ciepłe spojrzenie na rzeczywistość, inaczej niż na przykład Hašek, którego proza przesiąknięta jest szyderstwem i nienawiścią do świata. W utworach Hrabala właściwie nie ma złych ludzi, zgodnie bowiem ze słynnym powiedzeniem stryja Pepina – „Ten świat jest piękny do obłędu. Nie, żeby taki był, ale ja go takim widzę” – jeśli nie chce czegoś widzieć, nie widzi tego. Pepin tworzy sobie zupełnie nowy świat, do którego ucieka przed szarą rzeczywistością, i podobnie czyni Hrabal w swojej twórczości. Nie odcina się jednak całkowicie od tego co złe i brutalne – autor Słodkiej apokalipsy przypomina tu motyw worka z odciętymi uszami niemieckich żołnierzy, który pojawia się w Weselach w domu (i który zgodnie z tym mechanizmem sama musiałam chyba wyrzucić ze świadomości, bo zupełnie go nie pamiętam!).

Na koniec poruszona została kwestia kobiet Hrabala, zdaniem Kaczorowskiego – najbardziej zafałszowany temat jego twórczości. Choć bowiem pisarz bardzo swobodnie i otwarcie wykorzystywał w swoich dziełach wątki z własnej biografii, w przypadku relacji z kobietami świetnie się kamuflował. A ponieważ w przeciwieństwie do kochanek Havla jego wybranki były bardzo dyskretne, temat do dziś pozostaje osnuty tajemnicą.

Na własną rękę można oczywiście doszukiwać się aluzji w jego utworach. Kaczorowski podzielił się między innymi swoimi spostrzeżeniami po lekturze późnych tekstów Hrabala, gdzie pojawia się postać Violi Fischerovej, z którą pisarz miał niegdyś romans. Czy w tych wzmiankach można się doszukiwać zazdrości i żalu (Fischerová wyemigrowała i poślubiła innego czeskiego pisarza, Karla Michala)? Prawdopodobnie w twórczości Hrabala, zwłaszcza tej późnej, jest jeszcze wiele kontekstów, które dopiero czekają na odkrycie...


***
Spotkanie odbyło się 19.02.2016 w Bibliotece Jagiellońskiej.

Jako uzupełnienie polecam jeszcze krótki (w przeciwieństwie do mojej relacji) acz treściwy wywiad Łukasza Grzesiczaka z Aleksandrem Kaczorowskim, poświęcony Słodkiej apokalipsie oraz postrzeganiu Hrabala przez współczesnych czytelników.

środa, 17 lutego 2016

Krwiożercze muflony i goły Pigmej, czyli powrót arystokratki
– „Arystokratka w ukropie”, Evžen Boček

Znikający papier toaletowy to jeden z wielu problemów, z jakimi zmierzyć się muszą hrabiostwo Kostkowie...
Po pierwszych kilkunastu stronach tej lektury doszłam do zaskakującego wniosku: druga część przygód arystokratki jest jeszcze zabawniejsza od pierwszej. A może to po prostu lekka zmiana tonu, może to, że Boček w kolejnym tomie cyklu nabiera uszczypliwości, jakby z każdą kolejną stroną czuł się pewniej i odważniej. Dzięki temu pomimo pewnej monotonii tej opowieści – sceneria niespecjalnie się zmienia, zestaw bohaterów również, kluczowych zwrotów akcji brak – dostarcza ona wciąż rozrywki na wysokim poziomie.

A może to fakt, że w drugiej części cyklu wszystkim bohaterom zaczynają puszczać nerwy? I wynika z tego wiele dramatycznych, ale w gruncie rzeczy zabawnych epizodów? Autor podejmuje temat podjęty pod koniec Ostatniej arystokratki – w ramach walki o przetrwanie Kostkowie przyjmują na zamek tłum nieznośnych turystów. Nienasycone muflony nie przestają kraść z łazienki papieru toaletowego nawet gdy zostaje przymocowany łańcuchem, a w dodatku regularnie zapychają toalety i zadają mnóstwo absurdalnych pytań. W takich warunkach trudno o spokój ducha. Skutek? Jeden z odwiedzających w swoim wpisie w księdze gości zastanawia się, czy przypadkiem w zamku nie wybuchła epidemia zespołu Tourette'a, a Milada musi wprowadzić wśród personelu kary pieniężne za każde brzydkie słowo.

Evžen Boček
Największą metamorfozę przechodzi sama narratorka, która z potulnego i dosyć nijakiego dziewczątka przeistacza się we „wściekłą jędzę z pianą na pysku”, jak to zgrabnie określił Józef. Ale czy można jej się dziwić? Chory ze skąpstwa ojciec ani myśli zatrudnić przewodników, więc dziewczyna od rana do nocy na zmianę oprowadza turystów lub przesiaduje na pierdzącym koniu w prowizorycznej koronie zrobionej z części kosiarki. I jeszcze matka ubzdurała sobie, że wyda ją za księcia Williama...

Reszta bohaterów z grubsza rzecz biorąc pozostaje sobą. Józef nieustannie się wyzłośliwia (tragiczną czeszczyznę Vivien Kostki komentuje wysuwając przypuszczenie, że hrabinie udało się niechcący odnowić język prasłowiański, zaś pałający nagłą miłością do prozaku, obejmujący drzewa i rozmawiający z ogniem pan Spock jest jego zdaniem „wiernym odwzorowaniem stanu cywilizacji zachodniej”), Deniska poszukuje mocnych wrażeń (tym razem przechadzając się po katakumbach w średniowiecznej zbroi), pani Cicha systematycznie poszerza słownik hrabianki Marii o nowe wulgaryzmy, i tylko – ku mojemu rozczarowaniu – pan Spock trochę przycichł, już nie układa swoich rozpaczliwych piosenek, już tylko błogo się uśmiecha, a wszystko przez ten prozak.

Na deser Boček serwuje nam księcia Schwarzenberga, który mówi po czesku prawie tak źle, jak hrabina Vivien. I też nie przebiera w słowach…

Na marginesie tych wszystkich zmagań z muflonami dzieje się nie mniej ciekawie – psy aportują granatami, zmumifikowany Pigmej odsłania przyrodzenie a z kominka w sali dla zwiedzających wypada kukła pokojówki (która wedle jednej z koncepcji miała mieć twarz Hitlera). Powieść wieńczy spektakularny nalot wycieczek szkolnych, które sprawiają, że wszelkie żywe stworzenia łącznie z Józefem kryją się w stajni. Po tych niemalże apokaliptycznych wydarzeniach spodziewam się, że w kolejnej części Kostkowie wreszcie dorobią się przewodników. I może hrabiance Marii wreszcie uda się spotkać z Maksem?


***
E. Boček, Arystokratka w ukropie, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2016.

Za rozkosznie uszczypliwy i rozbrajająco niecenzuralny powrót do zamku Kostka dziękuję panu Mirkowi i wydawnictwu Stara Szkoła.

Fotografie:
[1] m01229 / Foter.com / CC BY
[2] Fotografia autora ze strony wydawnictwa Druhé město
[3] Okładka polskiego wydania książki ze strony wydawnictwa Stara Szkoła (stara-szkola.com)

piątek, 12 lutego 2016

Nie pytaj, komu bije dzwon – „Ścieżki Północy”, Richard Flanagan

Wojna o której pisze Flanagan wygląda trochę inaczej niż ta, którą znamy z Europy. Zamiast na wpół zburzonych miast jest duszna dżungla, zamiast bezpośredniego starcia – niewolnicza praca, zamiast oderwanych kończyn i broczących tętniczą krwią ran – ropiejące wrzody. Ale tak naprawdę chodzi o tę samą wojnę. Tę samą, którą człowiek toczy od wieków.

Flanagan opowiada historię jeńców australijskich, którzy w latach 1942-43 brali udział w budowie Kolei Birmańskiej, zwanej, nie bez powodu, Koleją Śmierci. Ten obłąkańczy projekt, który miał być potwierdzeniem potęgi japońskiego Ducha, pochłonął tysiące ludzkich istnień i przez autora zostaje wprost porównany do budowy piramid egipskich czy Petersburga. „Liczbę ofiar szacuje się na 100-200 tysięcy. To więcej niż w Hiroszimie. Więcej niż słów w mojej książce” – mówi pisarz w jednym z wywiadów. Wśród żołnierzy zmuszonych do niewolniczej pracy przy budowie kolei był również jego ojciec.

Autor opisuje warunki panujące w obozie jenieckim w sposób brutalny i pozbawiony skrępowania. Nie brak tu szokujących obrazów ropiejących wrzodów, wystających odbytów i ciemnoczerwonego ludzkiego mięsa. Mimo tych okrutnych realiów jeńcy starają się jednak zachować odrobinę godności, wspominają swoje rodziny, śpiewają, żartują, cieszą się jak dzieci z małych, symbolicznych aktów niesubordynacji – jak wtedy, gdy pewnego ranka śpiący Middleton dostaje wzwodu. (Trochę jak w Towarzystwie opieki nad zwierzętami, gdzie seksualność była pewnym manifestem siły życia na przekór wyniszczającym ciało warunkom życia w getcie).
Był to zatem iście cudowny widok – nie można było go nie zauważyć i się nim nie zachwycać – który zaczynał się podnosić na ich oczach. Kochany Middleton, powiedział Gallipoli von Kessler. Jest jedną nogą w grobie, a stoi mu jak bambus w lesie, kurwa (s. 213).
Australijscy i holenderscy jeńcy pracujący przy budowie
Kolei Śmierci. Wszyscy chorują na beri-beri. Rok 1943.
Na przykładzie właśnie Middletona – mocarza, który utraciwszy wiarę we własną siłę zaczyna więdnąć w oczach – autor pokazuje, jak ważna dla przetrwania jest siła ducha. Źródłem tej siły jest m.in. solidarność, dlatego podkreślone też zostaje znaczenie odpowiedzialności więźniów za siebie nawzajem: „Albowiem odwaga, ocalenie, miłość – to wszystko nie żyło tylko w jednym żołnierzu, lecz w nich wszystkich, a kiedy umierało, umierał każdy z nich” („Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie” – aż chciałoby się dodać…). Dlatego tak tragiczna – i traumatyczna niemal dla wszystkich uczestników zdarzeń – jest historia „Brudasa” Gardinera, który wskutek niesprawiedliwej decyzji dowództwa obozu zostaje brutalnie pobity, a mimo to nikt ze współwięźniów (z wyjątkiem Dorriga) nie ma odwagi zaprotestować.

Oczywiście ten duch, który pozwala jeńcom jakoś przetrwać kolejne dni w obozie, nie ma nic wspólnego z Duchem, o którym mówią bezustannie Japończycy. Wychowani w obsesyjnym posłuszeństwie cesarzowi, znieczuleni na ludzką krzywdę, mordujący ze słowami swoich rodzimych poetów na ustach, są jak zaprogramowane maszyny. Budowana kosztem wielu ludzkich istnień kolej ma być ich „ścieżką północy, która pomoże zanieść piękno i mądrość poezji Bashō w szeroki świat” (s. 140). Niektórzy w ostatnich chwilach życia mają przebłyski zwątpienia, jak Nakamura pytający sam siebie: „A co, jeżeli to wszystko było jedynie kamuflażem dla najgorszego zła?”. Inni nawet stojąc na szubienicy trwają w swoim szaleństwie i oznajmiają dumnie, że umierają za Japonię.

Upada jednak ich wizja świata, a Kolej Śmierci, symbol wyższości nad Zachodem, w końcu zarasta trawą razem z masowymi grobami jej niewolników. Każda idea, w imię której poświęca się ludzkie jednostki, okazuje się wydmuszką i musi kiedyś upaść – zdaje się sugerować autor. W tym sensie opowieść Flanagana ma wymiar uniwersalny – czym bowiem różni się ta obsesja podporządkowania wszystkiego abstrakcyjnemu Duchowi i realnemu cesarzowi od, dajmy na to, nazizmu?
W końcu pozostał tylko upał, deszczowe chmury, owady, ptaki, zwierzęta i roślinność, a one nic nie wiedziały i nic je to wszystko nie obchodziło. Człowiek to tylko jedna z wielu form istnienia, wszystkie formy chcą istnieć, a najwyższą formą życia jest wolność, dzięki której człowiek może być człowiekiem, chmura chmurą, a bambus bambusem (…). Linia pękła, tak jak pękają w końcu wszystkie linie; wszystko poszło na marne i nic z niej nie zostało (s. 323).
Richard Flanagan
Nie znaczy to oczywiście, że tego typu ideologie nie będą się rodzić wciąż na nowo – lub odradzać. Autor sugeruje również, że ludzie będą ginąć pod cudzymi butami i pięściami aż do skończenia świata, bowiem „przemoc jest wieczną, ogromną i jedyną prawdą, większą niż jakikolwiek bóg”. Walka z tym stanem rzeczy wydaje się nie mieć sensu, to donkichotowska walka z wiatrakami, ale mimo to warto ją podejmować – i trzeba to robić.

Powieściowe losy bohaterów Flanagana nie kończą się wraz z wojną i powrotem do domu. Śledzimy je również w kolejnych latach. Ani oprawcy, ani ofiary nie są jednak w stanie wrócić do dawnego życia. Japońscy oficerowie nadzorujący budowę kolei muszą ukrywać swoją tożsamość, niektórzy zostają schwytani i straceni, jak Waran, innym udaje się wykręcić i zająć wysokie stanowiska – jak siejącemu grozę pułkownikowi Kocie. Ich ofiary już do śmierci muszą zmagać się z wojenną traumą, z pozostałymi po niewoli urazami. Po tak dramatycznych przeżyciach wszystko wydaje im się już pozbawione smaku i sensu, a sytuację dodatkowo pogarsza poczucie wstydu.
W dodatku to wcale nie były opowieści bohaterów. Nie chodziło przecież o walki na Kokoda ani o loty lancasterami nad doliną Ruhry. Nie chodziło o zatopienie Tirpitza, o zdobycie Colditz ani o Tobruk. A o co? O to, że byli niewolnikami rasy żółtej (s. 349).
Flanagan zachwyca swoim piórem. Kreśli obrazowe portrety postaci, posługując się niebywałymi metaforami i porównaniami, potrafi zarówno bawić, jak i wstrząsać, choć dotyczy to przede wszystkim opisów wojny – historia miłosnego trójkąta Dorrigo-Amy-Keith zalatuje już banałem (i tu jednak znalazły się fragmenty, które mnie urzekły; na przykład porównanie stosunków małżeńskich do edwardiańskich mebli z końskiego włosia – „były pozapadane i wygodne, jeśli człowiek siadał w miękkich, wysiedzianych miejscach i unikał twardych”).

Największą zaletą tej prozy jest jednak jej niesamowita sugestywność. Ron Charles, krytyk „The Washington Post”, w swojej opinii o Ścieżkach Północy przywołał Drogę McCarthy'ego. I rzeczywiście, to jest ten sam typ pisania – zarówno McCarthy jak i Flanagan operują piórem na tyle sprawnie, że emocje i odczucia bohaterów udzielają się czytelnikowi, zostaje on niemal wciągnięty w powieściowy świat. Na moment przestaje być sobą i wraz z innymi jeńcami leży na spleśniałej pryczy, obawiając się, że zrobi pod siebie zanim dobiegnie do latryny. I choć może nie brzmi to tak zachęcająco jak bym chciała – naprawdę, przeżyjcie to.

***
R. Flanagan, Ścieżki Północy, tłum. Maciej Świerkocki, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015 (prebook).

Za ten przerażający, a zarazem zachwycający obraz budowy Kolei Śmierci dziękuję pani Marcie Bartosik i Wydawnictwu Literackiemu.

Przy okazji polecam wspomniany wywiad z Richardem Flanaganem. Nie tylko przywołuje w nim historię swojego ojca, ale również opowiada o tym jak w ramach prac nad książką rozmawiał z żyjącymi jeszcze japońskimi oficerami, którzy nadzorowali niegdyś budowę kolei, jakie zrobili na nim wrażenie i jak na jego relację zareagował ojciec.

A plan na najbliższe dni – dwa filmy o budowie Kolei Birmańskiej. Most na rzece Kwai z 1957 roku, który oglądałam dotychczas tylko we fragmentach, i Droga do zapomnienia, obraz sprzed trzech lat z Colinem Firthem i Nicole Kidman w rolach głównych. I choć obydwie to ekranizacje książek, wypadałoby więc najpierw zapoznać się z pierwowzorami literackimi, wyjątkowo zrobię wyjątek, bo temat budowy Kolei Śmierci bardzo mnie zainteresował. A swoją drogą, ciekawe, czy ktoś podejmie się zekranizowania powieści Flanagana?

Fotografie:
[1] Motyw z okładki polskiego wydania Ścieżek Północy / zdjęcie własne
[2] Autor nieznany, dar A. Mackinnona dla Australian War Memorial / Wikimedia Commons
[3] Colin Macdougall / wydawnictwoliterackie.pl
[4] wydawnictwoliterackie.pl

piątek, 5 lutego 2016

Perwersyjna rozkosz rozbiórki i zniszczenia
– „Hrabal. Słodka apokalipsa”, Aleksander Kaczorowski

W pobliżu wyburzonego już domu przy ulicy Na Grobli, gdzie w latach 50. i 60. mieszkał Bohumil Hrabal, powstał pamiątkowy mural.

Bez fałszywej skromności – o życiu Bohumila Hrabala wiem już tyle, że ciężko mnie czymkolwiek zaskoczyć. Nie spodziewałam się więc po Słodkiej apokalipsie żadnych rewolucji, zwłaszcza że byłam nastawiona na częściową powtórkę z czytanej kilka lat temu Gry w życie tego samego autora. A jednak Aleksander Kaczorowski zgotował mi kilka niespodzianek.

Przede wszystkim – pewne powszechnie znane fakty z życia Hrabala zinterpretował w zupełnie dla mnie nowy sposób. Może to odkrywcze podejście reprezentował już w Grze – trudno mi stwierdzić, bo nie mam tej książki na własność, a prawdę mówiąc w czasie jej lektury wszystkie inne wrażenia przesłoniła mi wściekłość na autora, że odbiera mi taki obraz ukochanego pisarza, jaki sobie sama stworzyłam. Spoglądam więc na Apokalipsę świeżym, chłodnym już okiem i widzę sporo ciekawych pomysłów.

Hrabal wraz ze stryjem Pepinem, rok 1950.
Na przykład ten, że już pierwsze doświadczenia z dzieciństwa – niechęć do stryja Bohuslava i intelektualistów gromadzących się w jego willi w Obřanach – mogły później pchnąć Hrabala w kierunku „proletariatu”, ludzi niewykształconych, prostodusznych i spontanicznych, jak stryj Pepin, Haňťa (wykształcony „mimo woli”) czy zaludniający karty jego opowiadań pabitele. Albo ten, że cytowane w książce serwilistyczne artykuły publikowane przez Hrabala w „Przeglądzie Nymburskim” w latach 1938-39 mogły być wstępem do późniejszych ustępliwych wystąpień pisarza wobec władz komunistycznych.

Kaczorowski analizuje proces kształtowania się Hrabala jako artysty, wymienia ważnych dla niego pisarzy i filozofów, ale nie poprzestaje na stwierdzeniu, że wywarli na niego duży wpływ, lecz opisuje, w jaki sposób wpływ ten się objawiał – Schopenhauer wpoił mu przekonanie o boskiej roli artysty, Klíma nauczył go dystansu do rzeczywistości (wszystko jest fikcją, naprawdę istniejemy tylko my i nasze uczucia)... W końcu zaraz po wojnie, dzięki nauce i doświadczeniom, z nieco oderwanego od rzeczywistości poety zrodził się genialny prozaik – Hrabal, jakiego znamy. Przestał szukać inspiracji gdzieś w chmurach, znalazł ją obok, na swojej Libni, wśród „Cyganów, aktorów, pijaków, uprzejmych kobiet”, w czasach „łagodnej, melancholijnej apokalipsy”.

Lata 70., kiedy w swoich utworach zaczyna wracać do przeszłości, do dzieciństwa w browarze w Nymburku i do lat spędzonych w towarzystwie czułego barbarzyńcy Vladimírka oraz w pakowalni makulatury, to kolejny, nowy etap jego twórczości. To wtedy powstają Postrzyżyny, Taka piękna żałoba, Miasteczko, w którym czas się zatrzymał, Zbyt głośna samotność i Czuły barbarzyńca. Do opowiadań Hrabala wkrada się nostalgia i głęboki smutek, które są jednak źródłem tajemniczej przyjemności, jak w tym fragmencie o rozbiórce starej Libni:
Lecz ja jestem szczęśliwy, że przy tym jestem, że to widzę, że mogę stanąć w samym sercu tego pobojowiska, o które nikt nie dba, i czerpać perwersyjną rozkosz z tej chwili słodkiej apokalipsy, z zagłady starej Libni, ponieważ zawdzięczam jej wspomnienia i klucz do piękna, którym żyłem i będę żyć tak długo, aż i mnie przykryje czas, jak ten żydowski cmentarz i dach warsztatu, na którym pisałem w słońcu te swoje teksty (s. 208).

Nie podobała mi się w Słodkiej apokalipsie chaotyczność niektórych fragmentów i poszatkowany charakter opowieści – brak powiązań między kolejnymi scenkami i anegdotami, jakby autor koniecznie chciał je wszystkie przedstawić, ale nie do końca potrafił nad nimi zapanować. Ogromnie za to podoba mi się lista lektur zamieszczona na końcu. Są tu książki Hrabala (wydane po polsku) i publikacje na jego temat, a poza tym literatura ogólna, rozmowy, eseje, artykuły… Plan na najbliższe 10 lat – przeczytać wszystkie pozycje z tego zestawienia, albo przynajmniej te, do których uda mi się dotrzeć. Na pewno nie będę się nudzić!

Na koniec Kaczorowski ostatecznie rozprawia się z mitem upadku podczas karmienia gołębi. Cytuje wypowiedź profesora Dungla, ordynatora kliniki ortopedycznej Na Bulovce – dwa lata temu przyznał on, że gołębie były wersją „roboczą” (a poza tym, jego zdaniem, bardzo głupią), przyjętą przez policjantów, by szybko zamknąć całą sprawę.


Ale to już tylko oficjalne potwierdzenie. Tego co każdy, kto czytał utwory Hrabala, zarówno te ostatnie – pełne rozgoryczenia i nienawiści do świata – jak i te z lat wcześniejszych – gdzie motyw samobójstwa i upadku z piątego piętra powtarza się jak refren – i bez tych wyjaśnień wiedział. To było długie, długie życie, a pozornie niewyczerpane zapasy zachwytu skończyły się, gdy odeszła rodzina i przyjaciele. Cieszę się jednak, że dziadek Tomáš nie zastrzelił młodziutkiej matki Hrabala, gdy ta oświadczyła rodzicom, że będzie miała nieślubne dziecko, a babcia Kateřina uratowała sytuację, wołając, że zupa na stole. Bo jaki byłby świat bez niego i jego recepty na rzeczywistość? Mój na pewno zupełnie inny.

***
A. Kaczorowski, Hrabal. Słodka apokalipsa, wyd. Czarne, Wołowiec 2016.


Fotografie:
[1] Radek Bednařík / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2],[3] Fotografie pochodzące z książki / zdjęcie własne
[4] Okładka książki ze strony wydawnictwa Czarne

wtorek, 2 lutego 2016

Getto (przewrotnie) na wesoło
– „Towarzystwo opieki nad zwierzętami”, Jiří Robert Pick

Żydowski chłopiec z gwiazdą Dawida, Radom, 1940.

Wydaje się, że humor i holokaust nie mogą iść w parze. Byli jednak tacy, którym udało się pożenić te dwie tak odległe sfery; najbardziej wyrazisty przykład, jaki przychodzi mi tu do głowy, to Życie jest piękne – film Roberta Benigniego opowiadający historię uwięzionego w obozie koncentracyjnym Żyda Guido, który usiłuje oswoić swojego kilkuletniego synka z obozową rzeczywistością wmawiając mu, że wszystko jest tylko grą.

Książka Jiřiego Roberta Picka Towarzystwo opieki nad zwierzętami wydana po czesku po raz pierwszy w roku 1969 przenosi nas co prawda nie do obozu koncentracyjnego, lecz do żydowskiego getta, a jej główny bohater Toni jest już stosunkowo dużym chłopcem, ma bowiem lat czternaście. Autor jednak stosuje podobny zabieg jak Benigni w swoim oscarowym dziele – łagodzi okrutne wojenne realia poprzez śmiech.

Rozbawienie budzą przede wszystkim towarzysze małego Toniego ze szpitalnej sali, gdzie chłopiec przebywa lecząc się z gruźlicy. Wiecznie lamentujący pan Abeles, pan Brisch – Żyd z Berlina, który uwielbia śpiewać czeskie piosenki ludowe, kłótliwy pan Glaser (i synowie), właściciel sklepu kolonialnego pan Löwy, snobistyczny pan profesor Steinbach, wiecznie pogrążony w modlitwie pan Adamson – ich nieustanne przekomarzania, dąsy i komiczne uwagi dostarczają naprawdę mnóstwa śmiechu. I przenoszą nas w dawne czasy, kiedy jeszcze przy ulicach miast roiło się od żydowskich sklepików, a w drzwiach raz po raz pojawiały się kędzierzawe głowy właścicieli.
Pan Glaser (i synowie) nie lubił bowiem Hitlera i pana Brischa. Nie było w tym nic dziwnego. Pan Glaser (i synowie) nikogo nie lubił.
Ale pan Brisch również nie lubił Hitlera. – Hitler – powiedział – jest dla mnie szaden święty, tylko agent imperializmu.
Pan Brisch był w partii komunistycznej i przy każdej okazji to przypominał.
Toni jednak i tak miał do niego więcej sympatii niż do innych panów. Nie sądził wprawdzie, że Hitler jest agentem, bo jak na agenta Hitler zbyt głośno krzyczał (…). Całkowicie jednak zgadzał się z nim, że pan Glaser (i synowie) jest zadufanym w sobie kapitalistą, i powinien być usunięty jako klasa (s. 14).
- Ale panu nie podobać się manualna praca, w tym widać klasowe spojszenie.
- Proszę pana, jakie klasowe spojrzenie? – powiedział pan Glaser (i synowie). – Wszyscyśmy tacy sami gruźlicy.
- Jest wielki klasowa rósznica taksze między gruślicy – powiedział pan Brisch – na przykład między pan a ja. Ja dostać gruślicy jako proletariacki skrzypek za Weimarska Republik, a pan ją dostać dopiero za Hitler jako Szyd. Poniewasz nosić worki i się spocić, a spocić się, poniewasz być rozpuszczona kapitalist (s. 17).
- Żydzi – zauważył pan Kohn – są strasznym narodem. Wcale się nie dziwię Hitlerowi. Przeciwnie, dziwiłbym się, gdyby ich zostawił w spokoju. Musiałby na głowę upaść. Niech pan zabierze tę książkę, co mi posłał pan Löwy. Czy poważny kupiec może sobie wziąć pięć tygodni urlopu i latać balonem?
- Ale Hitler – powiedział Toni – przecież nie lubi też innych narodów, nie tylko Żydów. (…)
- Hitler – zaznaczył pan Kohn – nie lubi tych narodów, ponieważ są jeszcze gorsze niż Żydzi.
- A pan myśli, że Niemcy są lepsi? – zapytał Toni.
- Niemcy są w ogóle najgorszym narodem – pouczył go pan Kohn – zaraz po Węgrach (s. 24).
Rodzina Glaserów (choć raczej nie krewnych kłótliwego pana Glasera, towarzysza Toniego ze szpitalnej sali), rok 1938.
Matka wraz z trójką młodszych dzieci zginęła w obozie zagłady w Bełżcu, ojciec – w Auschwitz.
Wojnę przeżył tylko najstarszy syn, Willie Glaser (stojący z tyłu po lewej).   

Humor w książce Picka bywa jednak czarny i wisielczy, niezwykle gorzki. Scena z ratlerkiem esesmana, Fifinką, choć zabawna, jest również na swój sposób wstrząsająca. Na swojej stronie tłumaczka książki, pani prof. Zofia Tarajło-Lipowska, zwraca uwagę, że motyw ten przypomina historię polowania na sarny w Śmierci pięknych saren Oty Pavla – i tu i tu bohaterowie zabijają niewinne zwierzę, by najeść się przed wyjazdem do obozu koncentracyjnego i zwiększyć swoje szanse na przeżycie. Jest jednak różnica między potrawką z sarny, zwierzęcia łownego, a potrawką z psa (zwłaszcza jeśli jego zabicie ma po części charakter złośliwej igraszki – wszak to pupil sturmbannführera SS). Opowieść Picka pozostaje więc zdecydowanie bardziej drastyczna w wymowie.
Protestowano też na inne sposoby. Na przykład, jak mówił pan Löwy, niejaki pan Karl Weiss z Wiednia, w proteście przeciw małym porcjom jedzenia dla starszych ludzi, zdecydował się na głodówkę. W ciągu tygodnia jednak umarł. Skoro jednak w tym tygodniu zmarło w getcie z głodu jeszcze sto sześćdziesiąt innych osób, które głodówki nie prowadziły, więc nikt tego nie zauważył (s. 86).
Jest również coś upiornego w tej trosce Toniego o zwierzęta, przewyższającej momentami, ma się wrażenie, troskę o ludzi. Owszem, chłopiec martwi się o swoich przyjaciół, owszem, cierpi po ich stracie, ale w pewien pozbawiony większych emocji, nieco znudzony wręcz sposób, podczas gdy zwierzęta, jak choćby podarowana mu przez Ledeckiego mysz Helga, budzą w nim więcej entuzjazmu. Na zwierzęce cierpienie i śmierć jest jeszcze wrażliwy, na ludzkie już mniej – w getcie jest to przecież na porządku dziennym. A może to rodzaj ucieczki od rzeczywistości? Może to taka mała misja Toniego – ocalić Helgę, to kruche zwierzęce jestestwo, w małym i skazanym na zagładę żydowskim światku?

Podtytuł nie kłamie – jest to „humorystyczna opowieść z getta”. Ale jest to też historia zmagań się z obozową rzeczywistością, walki o zachowanie resztek wolności osobistej i człowieczeństwa, również poprzez troskę o własne ciało, które hitlerowcy tak pragną unicestwić. Dotyczy to przede wszystkim kręgu Erny, mamy Lizy i reszty starszych przyjaciół Toniego, którzy tak chętnie oddają się rozpuście, szukając tej odrobiny ludzkiego ciepła. Sam chłopiec wchodzi w ten świat w końcówce powieści i trzeba przyznać, że kontrast obecny w tej scenie jest naprawdę poruszający. Trochę jak w Pociągach pod specjalnym nadzorem – niech grzmią dokoła nas wystrzały, niech wojna przetacza się nam nad głowami, ale my zostajemy na łóżku (tudzież na kanapie zawiadowcy) i robimy swoje. Kochamy się na przekór wszystkiemu.

***
J.R. Pick, Towarzystwo opieki nad zwierzętami. Humorystyczna – jeśli to możliwe – opowieść z getta w Terezinie, tłum. Zofia Tarajło-Lipowska, wyd. Lech i Czech, Katowice 2015.

 
Za tę mieszankę śmiechu i łez z gettem w tle dziękuję pani prof. Zofii Tarajło-Lipowskiej i wydawnictwu Lech i Czech. Zainteresowanym polecam również wizytę na blogu tłumaczki, gdzie pojawiają się m.in. informacje i ciekawostki o książce J.R. Picka.

I jeszcze coś na koniec – jak zauważa w posłowiu pani profesor, Towarzystwo opieki nad zwierzętami jest przykładem utworu wpisującego się w silny nurt w literaturze czeskiej, który opowiada o świecie z perspektywy dziecka. Tłumaczka wymienia przy tej okazji powieść Było nas pięciu Karla Poláčka, ja natomiast dorzucę jeszcze kapitalną książeczkę Dumny Bądźżeś Ireny Douskovej – epoka normalizacji oczyma ośmioletniej Helenki – i przypominam się przy tej okazji ze swoją recenzją.


Fotografie:
[1] Bundesarchiv, Wisniewski / Wikimedia Commons / CC-BY-SA 3.0
[2] Willie Glaser, Alexander Mayer / Wikimedia Commons / CC-BY-SA 3.0
[3] Okładka polskiego wydania książki / bohemistyka.bloog.pl