piątek, 11 marca 2016

...a jednak jest źle – „Nie jest źle”, Jan Novák

Choć głównym tematem powieści Nováka wydaje się brawurowa ucieczka grupki młodych Czechów z komunistycznego państwa do Berlina Zachodniego, Nie jest źle to coś więcej niż dobra powieść sensacyjna. To także gorzka lekcja historii i bolesny zapis upadku młodzieńczych ideałów. 

Trudno uwierzyć, że bracia Radek i Pepa Mašínowie i opowieść o ich przedarciu się na Zachód przez trzydziestotysięczną niemiecko-radziecką obławę nie są jedynie wytworem wyobraźni autora. A jednak – to historia z życia wzięta, spisana na podstawie wspomnień samych braci i dostarczonych przez nich materiałów.

Novák uzupełnia jednak te informacje zmyślonymi dialogami i przemyśleniami bohaterów, jest to więc dzieło z pogranicza fikcji i literatury faktu. Sam autor w przedmowie nazywa je „powieścią prawdziwą” i wyjaśnia ten termin tak: „To gatunek literacki oparty na paradoksie: z jednej strony w największej możliwej mierze uwzględnia fakty, z drugiej zaś pozwala autorowi uzupełniać je w sposób dowolny”.

Radka i Pepę poznajemy już na pierwszych stronach książki, jako młodych chłopaków, którzy wraz z kolegą Milanem Paumerem kradną taksówkę i napadają na posterunek w Chlumcu. To początki ich walki z reżimem komunistycznym, walki nierównej, bo cóż mogą zdziałać dwaj chłopcy i grupka ich młodych przyjaciół w starciu z żelazną pięścią Stalina, z komunistyczną władzą i StB?

Ppłk Josef Mašín, ojciec braci Mašínów.
Ale to nie są zwykli chłopcy. By to wyjaśnić, Novák przytacza historię ich rodziny. Pisze o dokonaniach ojca, podpułkownika Josefa Mašína, „cukiernika”, członka grupy Trzej Królowie, jednego z największych bohaterów czeskiego podziemia w walce z nazistowskimi Niemcami. Schwytanego, przez długie miesiące katowanego i wreszcie zamordowanego przez Gestapo.
Postawa życiowa Josefa Mašína seniora niewątpliwie uformowała charakter jego synów, albowiem wychowywał ich mężczyzna, którego nie złamało Gestapo i któremu nikt nie dorównywał pod względem odwagi i wrodzonego autorytetu. Czyżby mieli bohaterstwo we krwi? (s. 25)
Pisze również o matce, Zdenie Mašínovej, pierwszej kobiecie, która ukończyła geodezję na praskiej politechnice. W trakcie wojny Zdena też przetrzymywana była w niemieckich więzieniach, znosiła jednak upokorzenia po męsku, odwagi i hartu ducha nauczona przez męża.

I pisze o babci Emmie, matce matki, postaci niezwykłej, barwnej, silnej, choć kontrowersyjnej, zawsze twardo obstającej przy swoim, a względem swoich dzieci – zaborczej i władczej. „Tygrysicy” i „stugłowym smoku”. By rozdzielić syna i niemiłą jej kobietę Emma nie brzydzi się nawet tak nieczystymi metodami jak donosy i prywatni detektywi, a młodziutką Zdenę wyrywającą się na potańcówkę zatrzymuje w domu, rzucając się na nią z pazurami. Ale Novák pokazuje też inne jej oblicze – na przykład we wzruszającym rozdziale Emma płacze, w którym stara kobieta siedzi na ulicy na stercie swoich rzeczy, bo drzwi mieszkania wnuczki są zamknięte.
Emma opada na krzesło i obejmuje węzełek, w którym ma spódnice, to jej jedyna pociecha, jest sama, nie ma się gdzie podziać, nie ma kluczy, więc nie może wejść, ma osiemdziesiąt lat, pochowała męża, straciła dwoje dzieci, teraz już tylko pragnie umrzeć, siedzi na Letnej na ulicy i po raz pierwszy od dawna płacze (s. 629).
Mašínowie to rodzina silnych, nieustępliwych osobowości. To rodzina bohaterów. Nic więc dziwnego, że już jako trzynasto- i jedenastoletni chłopcy Radek i Pepa niszczą zegary na deskach sterowniczych niemieckich meserszmitów przewożonych pociągiem towarowym przez Podiebrady. Nie próżnują; szybko przejmują schedę po ojcu, który w tym czasie już leży gdzieś w zbiorowej mogile. I mimo że wkrótce wojna się kończy, już szykują się do następnej.
Mašínowie byli za młodzi, żeby walczyć na wojnie, która właśnie się skończyła, ale następnej okazji na pewno nie zmarnują, to oczywiste, że zostaną żołnierzami, przecież są synami „cukiernika”, żadnemu nie przyjdzie do głowy, żeby zostać architektem, wynalazcą czy dyplomatą (s. 133).
Rodzina Mašínów w roku 1943. Od lewej: Nenda, Pepa, babcia Emma, Radek i matka, Zdena.
Po przewrocie lutowym zakładają małą grupę oporu. Dwa razy napadają na posterunki, podpalają stogi siana, planują wysadzić w powietrze pociąg z uranem. Główny cel jest jednak jeden – uciec na Zachód, do mitycznej Ameryki, i pomóc jej rozprawić się z komunistyczną zarazą. W końcu wyruszają w drogę, a jest ich pięciu – Mašínowie, Václav Švéda, Milan Paumer i Zbyněk Janata.

Bez większych problemów przekraczają granicę z NRD. Gorąco robi się dopiero w Uckro – ze strzelaniny na tamtejszym dworcu wszyscy uciekinierzy wychodzą cało, ale w zamieszaniu Janata odłącza się od grupy i zostaje schwytany. Rozpoczyna się prawdziwa obława, „polowanie na zające”, Tchechenkrieg – bo to nie jest już akcja policyjna, to regularna wojna. Na czwórkę wygłodniałych i osłabionych Czechów ruszają kolumny samochodów, tysiące policjantów i żołnierzy.
Na początku października 1953 roku Amerykanie rejestrują w NRD stan podwyższonej aktywności wojskowej, jednostki wywiadowcze meldują o występowaniu działań tego typu na terenach położonych na południe od Berlina, kolumny ciężarówek wojskowych, wojskowe pociągi i tysiące osób, wszystko wali w okolice miasta Uckro, również Armia Radziecka kieruje w te rejony swoje czołgi, co się tam, Chryste Panie, dzieje? (s. 382)
W waldowskim lesie zostają otoczeni, a mimo to – kolejny cud, naprawdę ktoś musiał nad nimi czuwać! – znów udaje im się przedrzeć. Švéda nie może jednak iść już z nimi dalej, dostał w rękę, wykrwawia się, nie chcą go zostawiać, ale nie mają wyboru. W końcu docierają do Berlina Zachodniego we trójkę, dokonali tego, żyją. Tylko co dalej?
Radek (Ray) Mašín jako żołnierz
amerykańskiej armii (ok. 1954 r.).

***
Choć trójka uciekinierów wychodzi z obławy cało i przedostaje się na Zachód, Nie jest źle ostatecznie okazuje się przerażająco smutną historią. Bracia Mašínowie gnają przed siebie co tchu, strzelają do każdego, kto stanie im na drodze, marzną i głodują, ryzykują życiem i narażają na niebezpieczeństwo swoich pozostałych w kraju bliskich i rodzinę, ponieważ wierzą, że kilka miesięcy później wrócą tam wraz z amerykańską armią. Nie przyjmują do wiadomości, że Ameryka może nie zrobić nic, by ukrócić to, co dzieje się za żelazną kurtyną.

A jednak – po wszystkim co przeżyli, po zwierzęcym głodzie, strachu i zwątpieniu, choć na Zachodzie traktowani są jak bohaterzy, szybko uświadamiają sobie, że nic nie jest tak, jak im się wydawało. Zaciągają się do amerykańskiej armii, jadą z misją do Korei, ale o wyzwalaniu ojczyzny mogą zapomnieć. Spędzają kolejne lata na obczyźnie, próbują ułożyć sobie życie, robią mniej lub bardziej udane interesy, żenią się i rozwodzą – i mogą jedynie myślami być przy tych, których zostawili. Kiedy pod koniec lat 80. mury wreszcie runą, większość ich bliskich od dawna już leży w odległym zakątku cmentarza przeznaczonym dla wrogów ludu, zamęczona w więzieniach lub stracona.

W tym kontekście Nie jest źle jest tytułem przewrotnym. To rodzaj mantry, którą powtarzają sobie uciekinierzy za każdym razem, gdy uda im się wyjść z opresji, znaleźć dobrą kryjówkę, zdobyć coś do jedzenia. Mówią sobie: „Nie jest źle”, bo sądzą, że stale zbliżają się do swojego celu, do świetlanej przyszłości w wolnej ojczyźnie. Ale tak naprawdę jest źle, ponieważ na końcu drogi wcale nie znajdą tego, do czego dążyli. Jest źle – tylko jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy.

***
Pepa (Joe) Mašín jako żołnierz
amerykańskiej armii (ok. 1954 r.).
Sama historia, choć niezwykła, nie wystarczyłaby jednak, by stworzyć dzieło wybitne – a do takich Nie jest źle na pewno należy. Opowieść Nováka przeraża, wzrusza, bawi, a niekiedy wręcz zapiera dech w piersiach. Czy to przenosi nas do gestapowskiego więzienia, czy do celi śmierci, czy do lasu obstawionego przez tysiące uzbrojonych policjantów – z niezwykłą siłą odczuwamy grozę położenia, w jakim znaleźli się bohaterowie.

Walka z okupantem, ucieczki, pościgi – to wszystko czyta się z wypiekami na twarzy, ale zachwyca też pisarska wprawa i wyczucie, z jakimi Novák przestawia się na perspektywę poszczególnych członków wydarzeń, jak dostosowuje narracje, mówi ich głosem. I to nie są tylko głosy rodziny Mašínów i ich przyjaciół, ale też choćby gestapowskiego dręczyciela Oskara Fleischera czy samego Józefa Stalina. Przypomina to trochę te scenki z udziałem księdza Tity, Klementa Gottwalda i Alexandra Dubčeka w Zdarzyło się pierwszego września Pavla Rankova. Novák mocno ironizuje, przypisując gestapowskiemu katowi myśli, które brzmią prawie jak okrutna parodia słów Václava Havla o prawdzie i miłości: „Fleischer lubi te domysły, to napięcie, uwielbia ten moment, kiedy w końcu z człowieka wyłazi prawda, prawda zawsze w końcu zwycięża”.

W tej relacji, mimo całego tragizmu wydarzeń, nie brak i odrobiny dowcipu, ale kiedy trzeba Novák uderza w najczulsze struny, aż człowieka przechodzą ciarki. Jak w tej scenie, gdy uciekinierzy kryją się w waldowskim lesie, są otoczeni, Švéda się wykrwawia, a wszyscy wyobrażają sobie, co teraz robią ich bliscy. I ten ni to wiersz, ni to przepowiednia:
Fsdejte se, nyc se fam nee stane. Fsdejte se.
Wracaj do domu, królik w brytfannie jeszcze nie ostygł.
Wracaj do domu, wszystko jest wybaczone.
Wracaj do domu, wykonamy plan.
Wracaj do domu, szubienica
jest świeżo pomalowana
na czarno (s. 429).
Zbyněk Janata i Václav Švéda, dwaj schwytani członkowie grupy uciekinierów. Obydwaj zostali straceni w 1955 r.
***
Mašínowie są dziś w Czechach postaciami kontrowersyjnymi. Po upadku komunizmu nie doczekali się w ojczyźnie państwowych odznaczeń, a syn księgowego zastrzelonego przez nich w 1952 podczas napadu na samochód wiozący wypłaty do zakładu metalurgicznego w Kovolisach nazywa ich wprost mordercami.

Jan Novák dostrzega w nich jednak bohaterów, którymi niewątpliwie byli. Jako jedni z niewielu odważyli się rzucić wyzwanie komunistycznemu reżimowi, a wymykając się 27 tysiącom policjantów i żołnierzy dokonali rzeczy zuchwałej i nieprawdopodobnej. Oczywiście bez ogromnego szczęścia lub opieki Opatrzności – czy też, jak sami mówili, „stachanowskiej roboty ich anioła stróża” – nie byłoby to możliwe. Ale nie byłoby też możliwe bez ich nadludzkiej wręcz determinacji i odwagi. Jak stwierdził po latach pewien gajowy, świadek Tchechenkrieg:
To całe wojsko miało ich tutaj w garści, i co, ci chłopcy im się wymknęli, właśnie tak, po północy ruszyli prosto na te ciężarówki i automaty, i reflektory i przebili się przez to wszystko, byli tacy zdeterminowani, musieli mieć powód, nikomu innemu by się to nie udało, ale oni mieli w sobie tę iskrę, więcej człowiekowi nie trzeba (s. 695).
***
J. Novák, Nie jest źle. Bracia Mašínowie. Największa sensacja z czasów zimnej wojny, tłum. Dorota Dobrew, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

Za tę niezwykle wciągającą, chwytającą za serce, uświadamiającą i cudowną na tysiące innych sposobów lekturę dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty.

Fotografie:
[1] Motyw z okładki polskiego wydania Nie jest źle, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.
[2] Don.Rumata / Wikimedia Commons
[3] Fotografia pochodząca z polskiego wydania Nie jest źle / zdjęcie własne.
[4], [5] Don.Rumata / Wikimedia Commons
[6] ABS / Wikimedia Commons
[7] Okładka polskiego wydania Nie jest źle.