poniedziałek, 30 maja 2016

Góry, pisanie i striptiz – „Jak tata przemierzał Afrykę”, Ota Pavel


Jak tata przemierzał Afrykę nie jest książką tak niezapomnianą, jak Śmierć pięknych saren, ale porusza nowe, świeże tematy. Pavel zachwyca się tu pięknem Czech, pisze o urokach wspinaczki wysokogórskiej i… zdradza swoje pisarskie rytuały.

Szczerze – moje odczucia towarzyszące tej lekturze zmieniały się trochę jak krajobraz czeskich gór, ustawiczne wznoszenie się i opadanie, jak wędrówka po Karkonoszach, tych „bochenkach pachnącego domowego chleba”.

Ota Pavel
Otwierający zbiór tekst Pisanie to moja praca z miejsca podbił moje serce osobistym tonem, zakulisowym życiem pisarza i uroczym obrazem relacji z żoną, Wierą. Ale już tytułowy utwór, drugi na liście, mimo egzotycznej scenerii i wielu zwrotów akcji lekko mnie przytłoczył i znudził. (A może właśnie ta egzotyka i dynamiczna akcja były problemem? Wszak właśnie za rodzime czeskie krajobrazy i leniwy rytm opowieści cenimy prozę Pavla…).

I podobnie w dalszej części. Po cudownym Biegu przez Pragę – gdzie w lekko dowcipny, ale podszyty smutkiem sposób autor opisuje upadek ideałów komunistycznych ojca – jest nijaki Plecak z jeleniej skóry, po którym z kolei uśmiech na twarz przywraca urocze Nagie piękno, czyli wspomnienie z wizyty w klubie ze striptizem. I dalej jeszcze kilka wzlotów i upadków, teksty mdłe i niezapadające w pamięć przeplatały się z rozkosznymi impresjami, pochwałami wygłaszanymi na cześć piękna południowych Czech, prostego życia wśród przyrody, niezwykłych ludzi.

O swoich ukochanych rejonach ojczystego kraju Pavel pisze z autentyczną miłością. Miasto, w którym ze względów praktycznych musi mieszkać, porównuje do żony, z którą żyje na co dzień, natomiast „do południowych Czech jeździ tak, jak się jeździ do kochanki” (s. 98). I to nie jest przypadkowe porównanie, bowiem bliskość z naturą ma dla niego wymiar niemal erotyczny, jak u Hrabala w Wariacji na temat pięknej panny:
Zagrzebuję się w siano, bawię się jego łodyżkami i listkami jak ustami kochanki. Całuję je, śmieję się i zapadam coraz głębiej jak w kobiece łono (s. 101).
Tym, co najbardziej urzeka w prozie Pavla, jest prostota, i tutaj widać to choćby w sposobie pisania o relacjach międzyludzkich. „Ale gdy umarła Rużena, to tak, jakby słońce ostygło” – i nie potrzeba już więcej słów, aby uzmysłowić ogrom rozpaczy bohatera po stracie żony. „Musiałem go czasami zobaczyć i posłuchać, tak jak potrzebuję powietrza, wody i słońca” – i od razu jest jasne, jak silna więź łączyła dwójkę przyjaciół.

Zdjęcie z czechosłowackiej wyprawy na Hindukusz w 1965, w której wziął udział również Vilém Heckel,
wybitny fotograf i przyjaciel Oty Pavla.
Dla bohaterów Pavla życie jest nieustannym cudem – jak dla rybaków, którzy „raczej ryb nie jedzą, a łowią je dlatego, że to takie piękne”. Dla takich ludzi wszystko jest świętością – góry, potok, narty, na których zjeżdżają ze stoku.
Raz przyjechaliśmy na nartach na pasterkę, zatrzymaliśmy się przed samym ołtarzem; mszę odprawiał proboszcz Prokeš i strasznie się wściekał. Nie chcieliśmy zrobić nic złego, tylko uważaliśmy, że narty to święta rzecz, dlatego należy na nich jeździć właśnie do kościoła (s. 105).
Pojawiają się tu również postaci w stylu świętych szaleńców Kerouaca i czułych barbarzyńców Hrabala. Na przykład Vilém Heckel – fotograf-alpinista, który zapomina o świecie, gdy widzi szansę na dobre ujęcie, który gotów jest zaryzykować życiem, byle tylko przywieźć z wyprawy jedną zapierającą dech fotografię. I w górach zginął, lecz nie w trakcie wspinaczki, a w obozie – podczas lawiny spowodowanej trzęsieniem ziemi w Peru. To ważna postać dla historii czeskiej fotografii, dla Pavla jednak – przede wszystkim przyjaciel, dlatego pisarz funduje mu piękny utwór-pomniczek.
Wtedy dopiero zrozumiałem, że prawdziwy fotograf powinien być przy wszystkim, w każdej chwili musi być gotów przepłynąć brudną rzekę, która wystąpiła z brzegów, po to tylko, żeby zrobić zdjęcie jaszczurki, która uniknęła śmierci, chroniąc się na liściu lilii wodnej. Wtedy dopiero można o nim powiedzieć: Pan Fotograf (s. 142).
Vilém Heckel
Ten hołd dla zmarłego przyjaciela zmienia się w hołd dla wszystkich wspinaczy i dla samych gór, dla tej potężnej siły, która przyciąga ludzi jak magnes, łamie im serca, rzuca ich w szczeliny, ale przed niektórymi otwiera się ze wszystkimi swoimi bogactwami. I ta końcówka pięknie łączy to, co jest siłą całego zbiorku – fascynujących ludzi i naturę.
To nie byli zwyczajni ludzie. Wielki poeta napisał kiedyś, że drzewa umierają, stojąc. Także alpiniści umierają, stojąc (s. 157).
Dla tych kilku chwytających za serce tekstów, dla umiejętności spojrzenia na świat z uwagą i zachwytem, na jaki zasługuje, oraz dla ludzi – tych imponujących i tych na pozór „zwykłych”, bez których świat jednak byłby pusty – warto mimo wszystko sięgnąć po ten nierówny zbiór. Bo:
Nie każdy wie, że większą sztuką jest iść powoli i rozglądać się wokół siebie, niż gnać szybko i niczego nie rozumieć (s. 119).
***
O. Pavel, Jak tata przemierzał Afrykę, tłum. Urszula Lisowska, Jan Stachowski, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2004.

A gdyby ktoś był ciekaw, zdjęcia Heckela  – naprawdę piękne! – można obejrzeć tutaj.

Fotografie:
[1] Okładka polskiego wydania / Zdjęcie własne
[2] ? / Wikimedia Commons
[3] www.vilemheckel.cz / Wikimedia Commons
[4] www.vilemheckel.cz / Wikimedia Commons

czwartek, 26 maja 2016

Zainfekowana wirusem zachwytu – „Listy”, Katherine Mansfield

„Nie można uciec od piękna… jest wszędzie”.

Lektura listów Katherine Mansfield to cudowny rzut oka za kulisy życia pisarki. Na jej codzienność, na to, co chciałaby pewnie ukryć przed czytelnikiem – zmienność nastrojów, kaprysy i złośliwostki, ale i na to, co najbardziej w niej urzeka – gorączkowe pragnienie życia, nieustanny zachwyt światem i umiejętność spojrzenia na niego oczyma dziecka.

Kasia JEST zresztą dużym dzieckiem, co sama wiele razy podkreśla. Ze swoim entuzjazmem i zadziwieniem wszystkim co widzi, z marzeniami, które bezustannie snuje, nawet ze swoimi humorkami i dąsami. W liście do męża pisze, że są jak parka siedząca pod liściem rabarbaru i pokazująca sobie nawzajem cuda wyjęte ze swoich kieszeni. I wciąż roztacza przed nim wizje ich wspólnej szczęśliwej przyszłości, małego domku, w którym na stole pachną róże, i gdzie obydwoje oddają się swoim twórczym aspiracjom.

Marzyć nie przestaje ani na chwilę, nawet wtedy, gdy – co my już wiemy, ona jeszcze nie – zostaje jej tylko kilka miesięcy do śmierci. Wydaje się, że wtedy właśnie, jakby przeczuwając swój los, marzy najbardziej desperacko i rozpaczliwie, próbuje się tych marzeń uchwycić, pisze o domu, w którym kiedyś zamieszka, o ogródku, który założy, o wszystkich rzeczach, które napisze wiosną, gdy już wyzdrowieje, o „nowym życiu”, które zamierza rozpocząć. Przez to jej listy z ostatniego roku życia wywierają szczególnie wstrząsające wrażenie.
Czuję się „chora” i tęsknię – tęsknię za Tobą, za naszym domem, naszym wspólnym życiem i za malutkim dzieciątkiem. A w mojej duszy podnosi się coś bardzo ciemnego, nieokreślonego i przerażającego, co zagraża tym marzeniom… (s. 151).
Ale obok smutku i zadumy jest tu też dużo uśmiechu. Listy Kasi bywają też rozczulająco zabawne. Pisze, że chciałaby być krokodylem, bo to jedyne zwierzę, które nie kaszle. Spacerującym po pokoju muchom przypisuje dyskusję o ratyfikacji traktatu pokojowego „między nami a Mucholandią”. Nie znosi fasoli, bo to „jarzyna wyzuta z fantazji”. A czekoladki z likierem wraz z tajemnicą, którą kryją, są dla niej „przerażające”. W dniach gorszego nastroju (co naprawdę da się wyczuć) bywa cudownie ironiczna, jak we fragmencie o Szwajcarii:
A jedzenie zupełnie pozbawione nerwu, rozumiesz? Zdaje się leżeć i czekać na człowieka; nawet befsztyki są pokorne. Nie ma sposobu nawiązania kontaktu z tym jedzeniem; niczym nie pociąga, nie rozbudza ciekawości ani chęci bliższego zapoznania się i zadzierżgnięcia stosunków. Szparagi są zawsze martwe, a do purée de pommes de terres ma się ochotę mówić: „wuju”. (…) A przy tym ludzie w tym hotelu wyglądają jak żywy cmentarz. Nie widziałam nigdy takich mumii; to znaczy ludzi należących do minionej epoki. Kołnierze na fiszbinach (pamiętasz je?) są ostatnim krzykiem mody, jak również siatki na włosy i srebrne klamry do pasków, i zapinane buciki. Puder nie został jeszcze wynaleziony (s. 338).
Leżaczek i gazetka. Rok 1917.
Ironiczna za to bywa rzadko, gdy pisze o współczesnych jej pisarzach brytyjskich – wtedy po prostu wpada w gniew. Krytykuje, gani, widzi w nich jedynie grupę zaabsorbowanych sobą komediantów, cierpiących na erotyczną obsesję. „Mogłoby to być śmieszne, gdyby nie było takie wstrętne” – pisze. Są oczywiście chlubne wyjątki, jak zaprzyjaźniony z nią D.H. Lawrence – któremu również wytyka pewne rzeczy, jak podejście do miłości, ale przyznaje, że „namiętność robi z niego prawdziwego pisarza” – czy jej główna rywalka, Virginia Woolf („Psiakrew, Virginio, jak Ty dobrze piszesz! Wściekle dobrze”!).

Choć jednak stan angielskiego piśmiennictwa wyraźnie leży jej na sercu, stanowczo przykazuje samej sobie, by nie tracić czasu na roztrząsanie tej kwestii. Uważa, że jej zadaniem, podobnie jak wszystkich artystów, jest robić swoje najlepiej jak się potrafi, nie oglądając się na innych.

Idąc tym tropem – wiele uwagi poświęca również samemu pisaniu, swoim metodom twórczym, swojemu warsztatowi. Żali się, że pisanie jest dla niej wyczerpujące, ponieważ za każdym razem musi całkowicie wejść w rolę tego, o kim pisze, „zagubić się całkowicie w jego duszy”, ale zaraz później podkreśla, że „każda chwila bez pracy jest nieszczęściem”. Dzieli się tym ze swoimi przyjaciółmi artystami, podkreślając łączącą ich więź oraz fakt, że wszyscy ludzie sztuki tworzą plemię, którego reszta świata nie rozumie.
Mieszkam tu u „krewnych”, są najdrożsi, tylko – to nie artyści. Wiesz, co to znaczy. Kocham ich, byli dla mnie niesłychanie dobrzy i mili, ale nie należą do naszego świata. Tęsknię za moim ludem, za swoim własnym koczowniczym plemieniem (s. 253).
Wracam jednak do tego, co dla mnie osobiście najpiękniejsze. Kasia jest niesamowitą obserwatorką, godziny spędza na obserwowaniu owadów i innych zwierząt w ogrodzie, jej pisarstwo ma swoje korzenie w zadziwieniu i zachwycie, i jest zarazem nieustannym słaniem tych miłosnych liścików do świata, o którym pisał Hrabal.
Ja lubię straszliwie niemodne rzeczy – i ludzi. Lubię zasiadać na progach domów i rozmawiać ze staruszką, co przynosi pigwy, i jeździć na spacery trzęsącym wózkiem, i słuchać orkiestry, która w ciepłe wieczory grywa w publicznych ogrodach, i rozmawiać z kapitanami małych, zniszczonych parowców, a właściwie to lubię rozmawiać z różnego rodzaju ludźmi w najróżniejszych miejscach. Cóż to za straszliwie długie zdanie; ciągnie się bez końca. Chcąc go dokończyć, można by nad nim spędzić całe życie (s. 396).
Śliczna 24-latka. Rok 1912.
W jej piersi płonie szał życia, w głowie ma tysiące planów i marzeń, co rusz zapala się jak pochodnia. Tryska entuzjazmem, śmieje się, podskakuje jak mała dziewczynka. Niektórzy twierdzą, że podobny napad radosnego uniesienia doprowadził ją do śmierci – dostała krwotoku po tym, jak co tchu wbiegła po schodach, chcąc pokazać mężowi, jak dobrze się czuje. Nie wiem, czy to prawdziwa historia, ale jeśli tak – to było piękne odejście. Takie, na jakie zasłużyła.

Z tą radością i zachwytem była trochę jak istota z innej planety. Nie czuła się dobrze wśród ludzi, nazywała ich „mechanicznymi tworami”, porównywała z roślinami cisnącymi się w małych doniczkach, podczas gdy dawno już ktoś powinien przesadzić je do ogrodu. Narzekała, że większość z nich „nie potrafi stać się dziećmi”. „Dlaczego ludzie nie chcą żyć szczerzej i swobodniej?” – pytała. U osób spotkanych na swej drodze stale wypatrywała symptomów własnej „choroby”.

Na szczęście miała blisko siebie kogoś również zainfekowanego wirusem zachwytu, kogoś, kto ją rozumiał i zapalał się podobne jak ona. Męża, Johna Middletona Murry’ego. Adresata większości listów, towarzysza jej dziecięcych zabaw, człowieka, z którym chciała dziesięć lat wędrować w słońcu, ale niestety nie było jej to dane.
Co do mnie wierzę w małżeństwo, wydaje mi się jedyną zadowalającą formą stosunku. Jakże inaczej zdobyć spokój ducha, niezbędny do radowania się życiem i do pracy? Czyż wzajemne poznanie się nie jest ciekawszą przygodą od wymiany pocałunków z licho wie ilu osobami? Całe życie schodzi na owym poznawaniu się, a staje się ono z czasem coraz „bardziej cudowne”. Brzmi to zapewne po staroświecku, ale trudno. Smażenie z M. konfitur, wyszukiwanie w „Alpine Flora Book” nazw kwiatów, których tam nigdy nie ma, rozmowa, a nawet przyglądanie się jak M. ceruje swoje skarpetki n a  c y t r y n i e, zajmuje mi cały czas wolny od pracy (s. 378).
Wszystko to samo w sobie wystarczyłoby, żebym zachwyciła się listami Katherine Mansfield. Ale było jeszcze coś – tym razem pojawiła się akurat w momencie, w którym jej potrzebowałam. Towarzyszyła mi w ważnym okresie w moim życiu i dodawała mi odwagi, kreśliła śmiałe wizje, podsuwała mi w swoich listach odpowiednie słowa. Pomogła mi lepiej zrozumieć (i wyrazić) siebie. I stała się przez to najbliższą mi ze wszystkich pisarek, a do niej i do jej listów już zawsze będę wracać z sentymentem. Jak do przyjaciółki.

***
K. Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, wyd. Czytelnik, Warszawa 1978.

A tutaj pisałam o opowiadaniach Kasi, kilka zdań poświęcając również jej relacji z Virginią. Tym, których interesują powiązania między tymi dwiema pisarkami i chcieliby się dowiedzieć więcej, odsyłam W zacisze biblioteki, gdzie znajdziecie obszerne fragmenty dziennika Virginii dotyczące Katherine: tu i tu.

Fotografie:
[1] Archives New Zealand / Wikimedia Commons
[2] Ottoline Morrell / Wikimedia Commons
[3] Wikimedia Commons

czwartek, 19 maja 2016

Nabokoviada, czyli Czytanie z Mistrzem!

Niektórzy twierdzą, że lato to niezbyt dobry czas na klasyków. My z Pyzą uważamy jednak, że na klasyków zawsze jest dobry czas – i dlatego w lipcu startujemy z naszą Nabokoviadą!
Choć czytamy za pomocą mózgu, siedzibą artystycznych rozkoszy jest miejsce między łopatkami. Dreszczyk, który tam odczuwamy, jest z pewnością najwyższą formą emocji, jaką zdołała osiągnąć istota ludzka w procesie ewolucji czystej sztuki i czystej nauki. Czcijmy zatem te ciarki wzdłuż krzyża. Bądźmy dumni z tego, że jesteśmy kręgowcami, bo jesteśmy kręgowcami zwieńczonymi głową, w której płonie boski ogień. Mózg jest tylko przedłużeniem kręgosłupa; knot biegnie na całej długości świecy.
Tak pisał Vladimir Nabokov w swoich Wykładach o literaturze. I zgodnie z zaleceniami tego lata będziemy czcić literackie ciarki wzdłuż krzyża. O co chodzi? Sięgniemy po książki omówione w Wykładach. A potem będziemy o nich pisać, dyskutować, przyglądać im się ze wszystkich stron, roztrząsać to, co o nich napisał mistrz. Zmierzymy się z siedmioma lekturami, w tym z siejącym postrach Ulissesem. I ze wszystkiego zdamy szczegółową relację. Oto nasza lista lektur:

Jane Austen, Mansfield Park 
Charles Dickens, Samotnia 
Gustave Flaubert, Pani Bovary 
Robert Louis Stevenson, Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde’a 
Marcel Proust, W stronę Swanna 
Franz Kafka, Przemiana 
James Joyce, Ulisses

A ponieważ w kupie zawsze raźniej, nie zamykamy się w swoim dwuosobowym klubie dyskusyjnym. Zapraszamy i Was, abyście się przyłączyli! Może to dobra okazja, żeby nadrobić czytelnicze zaległości? Przeczytać wreszcie coś, co zawsze przeczytać się chciało, ale brakowało motywacji czy odwagi?

Czasu jest sporo – o naszej pierwszej lekturze, Mansfield Park, rozmawiać będziemy 27 lipca
Kto przyłączy się do Nabokoviady? :)