poniedziałek, 27 czerwca 2016

Zbrodnia i znaki zodiaku – „Mężczyzna na dnie”, Iva Procházková

Kilka miesięcy temu natknęłam się na serial o praskich śledczych, który z miejsca rozbawił mnie swoją koncepcją – miał łączyć rozwiązywanie kryminalnych zagadek z astrologią. Nazywał się Zabójstwa w kręgu (Vraždy v kruhu). Zaczęłam go oglądać od niechcenia – trochę z nadzieją na kupę śmiechu, trochę dla osłuchania z czeskim – ale z czasem bardzo mnie wciągnął i obejrzałam wszystkie odcinki z niekłamaną przyjemnością. To naprawdę produkcja na światowym poziomie.

Dlatego kiedy tylko dowiedziałam się, że po polsku ma się ukazać kryminał będący literackim wprowadzeniem do tego serialu, napisany przez autorkę jego scenariusza (a prywatnie też żonę reżysera, Ivana Pokornego) – Ivę Procházkovą, wiedziałam, że muszę przeczytać tę książkę.

Ofiara czy kat?

Procházková pochodzi z rodziny, w której była praktycznie skazana na pisanie. Córka słynnego czeskiego pisarza, scenarzysty i działacza politycznego Jana Procházki, siostra pisarki Lenki Procházkovej, sama ma też na koncie liczne sukcesy – m.in. dwukrotnie zdobyła najważniejszą czeską nagrodę literacką, Magnesia Litera. Jest znana i nagradzana przede wszystkim jako autorka książek dla dzieci.

W Mężczyźnie na dnie, podobnie jak w całej serii Vraždy v kruhu, krąży jednak wokół bardziej krwawej tematyki. Jak to w kryminale, jest trup – znaleziony w samochodzie na dnie zalanego kamieniołomu – rozpoczynają się więc poszukiwania zabójcy. Zapoznajemy się z relacjami przesłuchiwanych, stopniowo poznajemy historię zamordowanego policjanta Osvalda Zapletala i przekonujemy się, że był „mężczyzną na dnie” nie tylko w dosłownym tego słowa znaczeniu. Alkohol, trawka, szantaże, wyłudzenia, gwałty i zabawy z nieletnimi dziewczętami – to tylko niektóre z jego grzeszków. A intryga robi się coraz ciekawsza, bo jest naprawdę wiele osób, którym mogłoby zależeć na jego śmierci.

Astropsychologia

Gdzieś na marginesie autorka opowiada historię prowadzącego śledztwo podinspektora Mariána Holiny – uzależnionego od rogalików poczciwca, który romansuje z żoną kolegi z pracy, astrolożką Sábiną. Ta trójka już na zawsze będzie mieć dla mnie twarze serialowych aktorów – Holina to szpakowaty Ivan Trojan, Sábina – śliczna Hana Vagnerová, a mąż Sábiny, Rosťa Bor, wygląda jak Richard Krajčo, frontmen zespołu Kryštof.

Od lewej: Ivan Trojan (serialowy Marián Holina), Richard Krajčo (Rosťa Bor), Hana Vagnerová (Sábina Borová)
i Marek Němec (Diviš Mrštík) w serialu Zabójstwa w kręgu (Vraždy v kruhu).
Holina to nietypowy śledczy – w swoich posunięciach często kieruje się intuicją, a rozwiązując zagadkę śmierci Zapletala korzysta ze wsparcia Sábiny i zaczyna się dodatkowo posiłkować astrologią. I choć wizja policjanta kryminalnego dumającego nad sylwetką zabójcy z tabelami astrologicznymi w ręku jest naprawdę zabawna („Tylko w Czechach takie rzeczy” – myślałam, bo może nie wiecie, ale Czesi, choć w Boga nie wierzą, są równocześnie najbardziej zabobonnym narodem na świecie), serial i książka tak naprawdę za wiele śmiechu nie dostarczają, bo w metodach Holiny więcej jest psychologii niż czystej astrologii. Znaki zodiaku i wpływy planet stanowią dla niego tylko wskazówki, podpowiadają pewne rzeczy jeśli chodzi o osobowość sprawcy i nakierowują na motywy zbrodni.
Astrologia potrafiła odkrywać te powiązania. Nie była metodą śledczą, nie mogła dostarczyć dowodów, które dałoby się przedstawić w sądzie, większość kryminalnych zresztą zapewne w ogóle nie chciałoby o niej słyszeć, nawet jako o metodzie wspomagającej śledztwo, ale Marián przez te wszystkie lata zrozumiał, że trzeba wykorzystywać wszystko, co mogło pomóc (s. 197).

Korzenie zbrodni

To nie astrologia, a psychologia gra więc pierwsze skrzypce w kryminale Procházkovej. Autorka wnikliwie portretuje wszystkich uczestników zdarzeń, łącznie z zamordowanym policjantem, choć akurat w jego odczucia i przemyślenia nie mamy wglądu – poznajemy go jedynie z relacji innych bohaterów. Historie te, sięgające również dzieciństwa i dorastania Zapletala, pozwalają zrozumieć (choć oczywiście nie usprawiedliwić) jego zachowanie, w tym pogardliwy stosunek do kobiet. Jak mówi profesor Györffy:
Jeśli chcesz zacząć stosować astropsychologię w śledztwie, musisz zrozumieć, że podstawą nie jest samo wydarzenie, czyli zbrodnia, ale problem psychologiczny, który je poprzedza i który można zobrazować za pomocą astrologii. To z nim wiążą się konkretne przejścia osobiste. Zbrodnia jest reakcją na ten problem (s. 23).
Mężczyzna na dnie to ciekawy, przemyślany, trzymający w napięciu kryminał, przełamujący ponury nastrój i ciężki temat odrobiną humoru. Jego najsłabszym – ale zarazem w pewien sposób najmocniejszym – punktem jest zakończenie. Ale o tym chętnie już porozmawiam z tymi, którzy sami zdecydują się na lekturę.

***
I. Procházková, Mężczyzna na dnie, tłum. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2016.

Za literacki powrót do świata mojego ulubionego kryminalnego serialu – tęskno mi było po obejrzeniu ostatniego odcinka! – dziękuję Julii i wydawnictwu Afera.

A wszystkim tym, którzy choć trochę rozumieją po czesku, polecam oczywiście wspomniany serial z Ivanem Trojanem w roli głównej. Można go oglądać on-line, dla ułatwienia także z napisami czeskimi.

Fotografie:
[1]  Motyw z okładki polskiego wydania Mężczyzny na dnie, projekt: Kasia Michałkiewicz-Hansen, wydawnictwo Afera, Wrocław 2016.
[2] Česká televize
[3] Okładka polskiego wydania Mężczyzny na dnie / www.wydawnictwoafera.pl

sobota, 18 czerwca 2016

Diabelski pasożyt opowieści – „Podróż na południe”, Michal Ajvaz

To tutaj, w Loutró, w knajpce na wybrzeżu Morza Libijskiego, narrator powieści Ajvaza
słuchał co wieczór historii o Tomášu Kantorze i jego niezwykłym Dziele-Sieci.

Zmyślone kraje, ludzie, roboty i demony, medytujące mrówki, podmorskie robaki piszące fosforyzującym pismem i żelki w kształcie tajemniczych symboli. U Ajvaza jak zwykle roi się od podobnych cudów, ale to nie sztuka dla sztuki, ot, efektowna zabawa, a oryginalny sposób na opowieść o… opowieści. Tej, która bierze nas w posiadanie i zamienia się w chorobliwe szaleństwo.

Zaczyna się tak: spotkany przez narratora powieści w Loutró na Krecie rodak Martin, doktorant filozofii, opowiada o tajemniczym morderstwie w praskim teatrze Żółw, kiedy to biznesmen Petr Quas zostaje zastrzelony w trakcie baletu opartego na motywach Krytyki czystego rozumu przez aktora odtwarzającego rolę Rzeczy Samej w Sobie. Martin zdradza, że podjął wyprawę na południe tropem zabójcy, można więc powiedzieć, że wyruszył na poszukiwanie Rzeczy Samej w Sobie – urocze, prawda?

I choć na tym etapie powieść Ajvaza przypomina skrzyżowanie kryminału z powieścią filozoficzną, z czasem okazuje się, że chodzi o coś zupełnie innego. Zarówno wątek kryminalny, jak i filozofia Kanta są jedynie punktem wyjścia dla dziesiątek innych historii opowiadanych przez wielu narratorów. Wśród powieściowych opowiadaczy jest Martin, ale również Tomáš Kantor, tajemniczy pisarz, autor baletu wystawionego w teatrze Żółw i zarazem brat przyrodni zastrzelonego w trakcie spektaklu Quasa, a także cały szereg postaci pojawiających się na kartach legendarnej powieści Kantora – wykładowca akademicki Marius, dziadek jego ukochanej Hector, wymyślony przez Hectora więzień polityczny w fikcyjnym państewku Floriana Północna Fernando Vieta, bohater jego powieści – uwięziony w szklanej wieży projektant Leo...

Im głębiej wchodzimy w tę skomplikowaną strukturę narracyjną, im głębiej położoną szkatułkę otwieramy, tym robi się bardziej niezwykle, fantastycznie, psychodelicznie wręcz. Wraz z Mariusem poznajemy historię fikcyjnego narodu Ligdów, objęty zakazem pisania człowiek z opowieści Hectora „spisuje” swoją wielką powieść, wyginając litery w drucie, z kolei wspomniana powieść traktuje o projektancie, który zostaje uwięziony w szklanej wieży przez zakochaną w nim córkę najbogatszego człowieka w mieście, a po ucieczce zaprzyjaźnia się z poszukiwaną przez mściwą panią naukowiec kobietą-robotem oraz leczącą rany po wielkim starciu z pobratymcami kobietą-demonem.

Kręci wam się już w głowie? Mnie w trakcie lektury kręciło się często, bo czasem nie sposób już połapać się w tych zazębiających się światach, nie sposób nie pogubić się na różnych poziomach narracji. Zarówno kunsztowna konstrukcja, jak i intryga kryminalna zostają jednak zepchnięte w cień przez główną bohaterkę tej książki – opowieść. To wirus opowieści, rozrastającej się niczym żywy organizm, pulsującej obrazami i powiązaniami, wirus, którym zarażeni są niektórzy spośród bohaterów, gra tu pierwsze skrzypce.

Nie bez przyczyny porównanie z wirusem – opowieść z wizji Ajvaza nie budzi bowiem pozytywnych skojarzeń. Jest obrzydliwa, odstręczająca, groźna, niczym toksyczny grzyb wypełzający z dusznych i wilgotnych zakamarków naszej wyobraźni. Wyrastający z pustki „diabelski pasożyt” wypuszczający „natrętne, lepkie pędy zdań” niepostrzeżenie bierze w posiadanie umysły bohaterów i karmi je okrutnymi, wstrętnymi wizjami. Raz rozbudzony, nie daje się już uśpić i sprawia, że od tej pory poczciwy bohater, za dnia skryty za fasadą oddanego swej pracy, życzliwego lekarza, nocą przemienia się w mrocznego brata markiza de Sade, rozmiłowanego w „obrazach przemocy, rozkładu i obrzydliwości”.
Nie zdawał sobie sprawy – lub raczej nie chciał do siebie dopuścić takiej myśli – że nie istnieją żadne czyste źródła opowieści, że każda opowieść jest straszliwa; wszystkie opowiadane fabuły pochodzą z jednego dziwnym odorem trącącego zdroju, którego wody przesiąkają przez fałdy rzeczy i pojawiają się w brudnych kątach naszej przestrzeni (…). I rzeczywiście, po kilku zdaniach, o których niemądrze myślał, że są niewinne, poczuł, że jego opowiadania porywa dobrze mu znany nurt, że bierze w posiadanie wypowiadane zdania i kształtuje je w zgodzie z własnym rytmem, że do ich załomów przynosi skądś przerażające słowa (s. 259).
Michal Ajvaz na Miesiącu Spotkań Autorskich (2015).
Ten element zagrożenia i niepokoju jest charakterystyczny dla pisarstwa Ajvaza. Typowe jest jednak również to, że autor przełamuje ten mroczny nastrój odrobiną humoru i ironii. W historii Ligdów pojawiają się elementy – jak choćby motyw pisanych w XIX wieku wierszy pochwalnych na cześć ligdyjskiego narodu, na fali odrodzenia narodowego uznanych za starodawne zabytki – przypominające epizody z historii Czech (patrz: rękopis zielonogórski i królowodworski), relacje między fikcyjną Florianą Północną a Florianą Południową przywodzą na myśl dwie Koree, a cały wątek powieści napisanej przy pomocy drutu i jej przyjęcia przez czytelników to pretekst do uroczego ironizowania na temat intelektualistów, krytyków i wszystkich, którzy dążą do zaszufladkowania literatury i jej podporządkowania określonym celom, na przykład politycznym.
Miało się wręcz wrażenie, że Fernando z góry wiedział, czego będą się spodziewać czytelnicy, i stroił sobie z nich żarty. Intelektualiści mogliby ewentualnie przyjąć powieść, gdyby miała formę trudno zrozumiałego, bezkształtnego strumienia świadomości, rozmazującego kontury rzeczy, przyczynowo-skutkową ciągłość narracji i tożsamość osoby; po prostu oznajmiono by, że chodzi o „dzieło modernistyczne” (…); poza tym nie byłoby trudno modernistycznego tekstu zideologizować – powiedziałoby się: chodzi o protest przeciwko skostniałym formom klasycznym, które poprzedni reżym w sztuce popierał, a walkę o swobodę ekspresji dałoby się przedstawić jako element walki o wolność w ogóle. Drut Fernanda wyginał się jednak, tworząc słowa układające się w klasyczne okresy, za pomocą których autor długo i szczegółowo opisywał postaci i miejsca i opowiadał wprawdzie dziwną, ale spoistą fabułę (s. 142). [Czy to nie brzmi trochę jak opis twórczości samego Ajvaza?].
Michal Ajvaz po raz kolejny funduje czytelnikowi niełatwą przeprawę. Były momenty znużenia, kiedy czułam się przytłoczona nadmiarem słów, niektóre fragmenty zaś – jak choćby rozdziały poświęcone zawiłej historii Ligdów – zwyczajnie mnie nudziły. Zaraz potem jednak autor zaskakiwał mnie, w swoim stylu, jakimś zupełnie nieprawdopodobnym pomysłem, na nowo wciągał w swój tajemniczy, fascynujący świat. Warto więc zmierzyć się z tą opowieścią. Także tą, która żyje własnym życiem, rozrasta się, pączkuje i oplata jak bluszcz.

***
M. Ajvaz, Podróż na południe, tłum. Leszek Engelking, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

Za niezwykłą podróż na południe i w zakamarki wyobraźni ogarniętych mrocznym szaleństwem opowiadaczy dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty!

Zainteresowani mogą się też zapoznać z moją relacją ze spotkania z autorem w ramach zeszłorocznego Miesiąca Spotkań Autorskich.

Ilustracje:
[1] Postsumptio / Foter.com / CC BY-NC-ND
[2] Okładka czeskiego wydania książki, wyd. Druhé město / www.druhemesto.cz
[3] Rafał Komorowski / Wikimedia Commons
[4] Okładka polskiego wydania książki / ksiazkoweklimaty.pl