środa, 27 lipca 2016

Nabokoviada po raz pierwszy: „Mansfield Park”, Jane Austen

Zacznę od siebie. Mój stosunek do Jane Austen najlepiej wyrażają słowa panny Rachel Vinrace z Podróży w świat Virginii Woolf: „Ona jest jak ciasno zapleciony warkocz!”. Nie przepadam za pisarstwem Jane – zawsze wydawało mi się nieznośnie powściągliwe i chłodne. Nie sposób odmówić mu elegancji, ale brakuje mi w nim kolorytu, rumieńców, życia.

Również Nabokov nie wydaje się darzyć miss Austen i jej twórczości wielką sympatią. W liście do Edmunda Wilsona pisze zresztą wprost: „Nie lubię Jane” [s. 22]. Polecona mu jednak przez przyjaciela powieść Mansfield Park ostatecznie okazuje się dla niego fabularnie i konstrukcyjnie na tyle interesująca, że postanawia włączyć jej omówienie do swojego cyklu wykładów.

Na wstępie co prawda zastrzega: „Powieść miss Austen nie jest tak oszałamiająco żywym arcydziełem, jak inne omawiane tu książki” [s. 44] i nazywa Mansfield Park „dziecięcą grą”. W dalszej części wykładu nie omieszka też wytknąć autorce braku oryginalności – stwierdza, że jej styl jest mało efektowny i ubogi w metafory i porównania. Równocześnie jednak docenia zwięzłość i precyzyjność tego stylu, inteligentną ironię, a także umiejętne budowanie powieściowej intrygi i wykorzystywanie rozwiązań fabularnych dla celów opowieści. I to tym elementom poświęca w swoim wykładzie najwięcej uwagi.

Ja o fabule

Powstałe w 1814 roku Mansfield Park to historia Fanny Price, dziewczyny z ubogiej rodziny, którą przyjmują na wychowanie jej zamożni krewni, pryncypialny sir Thomas Bertram i jego żona, apatyczna lady Bertram. W całym przedsięwzięciu macza również palce wścibska i skąpa ciotka Norris, która przez kolejne lata skutecznie uprzykrza życie przygarniętej siostrzenicy (i przy okazji doprowadza do szału czytelnika).

Fanny wychowuje się wśród dzieci Bertramów – lekkoducha Toma, próżnych i utrzymywanych w przekonaniu o własnej doskonałości Marii i Julii oraz spokojnego Edmunda, do którego żywi więcej niż siostrzane, ale skrzętnie skrywane uczucia. Życie w Mansfield Park płynie leniwie i bez większych trosk, aż do czasu, kiedy w okolicy pojawiają się goście z Londynu – rodzeństwo Mary i Henry Crawfordowie. Parka ta rozkochuje w sobie kilku członków rodziny i wprowadza spory zamęt w ospałym światku Bertramów.

Crawfordowie w ekranizacji Mansfield Park z roku 1999 (reż. Patricia Rozema).
W roli Mary – Embeth Davidtz, w Henry'ego wcielił się zaś Alessandro Nivola.
Nabokov o kompozycji

Jednym z centralnych punktów powieści jest projekt amatorskiego wystawienia w Mansfield Park sztuki teatralnej Elizabeth Inchbald Śluby miłosne (w tłumaczeniu Hanny Pasierskiej, które czytałam, pod tytułem Przysięgi kochanków; w oryginale – Lovers’ Vows). Ten kluczowy dla całej opowieści motyw – wszak próby stają się dla uczestników wydarzeń pretekstem do zbliżeń – nie jest jedynym, co łączy powieść Jane Austen z teatrem; zdaniem Nabokova cała powieść przypomina sztukę teatralną. I w takim ujęciu okazuje się najciekawsza – najbardziej pasjonujące w lekturze Mansfield Park jest śledzenie rozgrywek między bohaterami, ich powiązań, ich sekretnych lub jawnych posunięć, które prowadzą do takiego a nie innego rozwiązania.

Nabokov zwraca też uwagę na to, jak autorka wykorzystuje pewne niewinne motywy jako elementy towarzyskich rozgrywek. Przykładowo moment gry w spekulację to zarazem moment spekulacji nad różnego rodzaju krokami – jak w przypadku Mary Crawford, która rozważa, czy powinna wyjść za Edmunda. Z kolei zdobny łańcuszek do krzyżyka, który panna Crawford usiłuje wcisnąć Fanny, okazuje się również narzędziem miłosnych intryg – w końcu otrzymała go od brata, który zawzięcie zabiega wówczas o względy młodziutkiej siostrzenicy Bertramów.

Bardzo podobały mi się również spostrzeżenia Nabokova na temat Podróży sentymentalnej. Dzięki nim wiem, że powiązania Mansfield Park z dziełem Sterne’a nie ograniczają się do „Nie mogę się wydostać!” szpaka, ale i że cały motyw oczekiwania przed zamkniętą bramą jest zaczerpnięty z tego XVIII-wiecznego dzieła.

Ja o wymowie utworu

O ile wiele uwagi Nabokov poświęca elementom kompozycyjnym, które najbardziej przykuły jego uwagę – i są to oczywiście ciekawe obserwacje – o tyle zupełnie pomija wymowę powieści, wnioski na temat współczesnego Jane Austen świata, jakie płyną z opowiedzianej przez nią historii. Jak się domyślam, były to dla niego rzeczy zbyt oczywiste, aby wspominać o nich w swojej analizie, ale ja poświęcę im kilka słów, ponieważ w moich oczach pozytywnie wyróżniają one Mansfield Park na tle innych dzieł autorki – są wyjściem poza nudny światek zalotów i gier towarzyskich.

Crawfordowie reprezentują zepsuty „wielki świat”, Londyn z jego wszystkimi pokusami, rzeczywistość, w której obowiązują inne standardy moralne, gdzie króluje obłuda i dbałość o własne korzyści i przyjemności. Burzliwe wydarzenia z końcówki powieści, udział Henry’ego Crawforda w całej sprawie oraz reakcja jego siostry Mary, „gruboskórność” obojga rodzeństwa, o której pisze również Nabokov, mają nas przekonać, że mimo przyjemnej powierzchowności i pozorów dobrego charakteru są to ludzie zepsuci i bezwzględni. Równocześnie, w opozycji do nich, Mansfield Park, nawet z nieco anachronicznym sir Thomasem i nieco ślamazarną lady Bertram, jawi się jako ostoja tradycyjnych wartości, kolebka moralności.

Można więc stwierdzić, że Mansfield Park jest wyrazem obaw autorki co do kierunku, w jakim zmierza świat i zarazem oznaką przywiązania do tego, co stare i sprawdzone. Wszak Fanny Price – ponoć ulubienica samej Jane Austen, bohaterka obdarowana przez nią imieniem ukochanej siostrzenicy – jest przedstawiona jako osoba, która nade wszystko ceni sobie przyzwyczajenie i z niechęcią przyjmuje wszelkie zmiany.

Frances O'Connor jako Fanny Price w ekranizacji z roku 1999.
Nabokov o miss Austen

Oprócz zawiłości kompozycyjnych Nabokov pochyla się również nad stylem Austen, ale już na wstępie stwierdza, że nie ma na jego temat za wiele do powiedzenia. Ocenia go jako elegancki, ale mało efektowny. Jeden z fragmentów przyrównuje do joyce’owskiego strumienia świadomości, ale zaraz potem wyrzuca autorce brak rozmachu, chwali ją za perfekcjonizm, by chwilę później, przy okazji omawiania pewnej przenośni, stwierdzić, że jest to „jedyna oryginalna metafora w książce” [s. 80]. Sugeruje więc, że miss Austen jest zręczną pisarką, sprawną rzemieślniczką, ale brak jej świeżości i błysku pisarskiego geniuszu.

Całe to opracowanie szczególnie mnie nie zaskoczyło, nie było tu uwag na tyle odkrywczych, aby wyrwały mi z piersi okrzyk „wow, nie wpadłabym na to!”, ale wydało mi się ciekawe głównie ze względu na stosunek Nabokova do pisarki – nie pozbawiony szacunku, ale i z lekka ironiczny, może nawet odrobinę pobłażliwy. W swoich notatkach wykładowca kpi z „filisterstwa” miss Austen (które objawia się jej zainteresowaniem kwestią dochodów), wyrzuca jej, że w końcówce powieści poszła na łatwiznę i posłużyła się formą epistolograficzną, zwraca uwagę na to, że bez powodu przez tak długi czas wstrzymywała zaręczyny Edmunda: „Edmund wciąż się nie oświadczył, a jego ślamazarność zakrawa na farsę” [s. 91]. (Ale równocześnie broni prawa Fanny do zakochania się w „nudnym” Edmundzie, a poświęcony temu zagadnieniu fragment urzekł mnie chyba najbardziej z całego wykładu). Wreszcie – zamyka wykład osobliwym stwierdzeniem, które może być zarówno protekcjonalną uwagą, jak i powściągliwą pochwałą.

Nabokov się zachwyca

Najbardziej rozbrajające w pisaniu Nabokova o literaturze są jednak emocje, które czuć w jego słowach, mimo całego tego analitycznego i pełnego powagi podejścia. To nie jest typ zasuszonego akademika produkującego długie, nudne, naszpikowane mądrymi słowami wywody, których hermetyczny język poza samym autorem rozumie ledwie garstka osób. W sposobie, w jaki potrafi się zapalić do pewnych zagadnień, w tych momentach zachwytu („ta scena jest cudowna”, „ten opis jest przepyszny” itp.) widać, że ten człowiek naprawdę czuje literaturę i wie, o czym mówi, gdy pisze o towarzyszących lekturze ciarkach w kręgosłupie. I jeszcze coś – wtrącenia na temat współczesnego świata, trochę w stylu zrzędliwego dziadka, ale jakże przy tym urocze!
Nasze kulturalne lub tak zwane kulturalne środowiska są być może bardziej zróżnicowane i liczniejsze niż w pierwszych dziesięcioleciach ubiegłego wieku, ale kiedy pomyślę o wulgarności radia, wideo lub niewiarygodnie banalnych współczesnych magazynach dla pań, zastanawiam się, czy nie należałoby odnieść się z większym uznaniem do tego zatapiania się Fanny w lekturze poezji, bez względu na to, jak była ta poezja rozgadana i nudna [s. 60].
Słowem – przekonałam się raz jeszcze, że czytanie wykładów Nabokova o literaturze to czysta przyjemność. I już się cieszę na jego omówienie Samotni, o którym będę pisać za miesiąc. Zacny wykładowca stwierdza, że „szokiem jest przejście do hałaśliwego, rozbuchanego, krzepkiego Dickensa po spotkaniu z delikatną, filigranową, subtelną i bledziutką Jane” [s. 99]. Mając za sobą pierwsze sto pięćdziesiąt stron tej następnej lektury z jego listy stwierdzam, że po raz kolejny ma rację.

***
J. Austen, Mansfield Park, tłum. Hanna Paiserska, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.
V. Nabokov, Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005.

***
Sprawdźcie też, co ma do powiedzenia na temat Mansfield Park i wykładu Nabokova Pyza Wędrowniczka – tutaj!

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. W następnej kolejności – Samotnia Charlesa Dickensa. Na dyskusję o tej powieści zapraszamy za dwa miesiące, 27 września :)

***
Wszystkie cytaty pochodzą z Wykładów o literaturze Vladimira Nabokova (wyd. MUZA SA, Warszawa 2005).

Fotografie:
[1] Motyw z okładki jednego z brytyjskich wydań Mansfield Park, wyd. Penguin Classic, 1999.
[2],[3] Facebook.com
[4] Giuseppe Pino (Mondadori Publishers) / Wikimedia Commons
[5] Grafika autorstwa Pyzy :)

wtorek, 19 lipca 2016

Nabokoviada i Jane Austen – zapowiedź!

Vladimir Nabokov w Uniwersytecie Cornella w roku 1957. Fot. Cornell University Faculty Biographical Files
„Jak być dobrym czytelnikiem” lub „Życzliwość wobec autorów” – tak mniej więcej mógłby brzmieć podtytuł do tych rozważań o różnych pisarzach, zamierzam bowiem zająć się z miłością, przypatrując się czule i bez pośpiechu wszystkim detalom, kilkoma arcydziełami literatury europejskiej (s. 33).
Takimi oto słowami Vladimir Nabokov otwiera swój cykl wykładów o literaturze, wygłoszonych na Uniwersytecie Cornella na przełomie lat 40. i 50. XX wieku. Reprezentując oryginalne, niezwykle wnikliwe podejście do czytania, biorąc pod lupę najmniejsze szczegóły, analizując drobiazgowo wygląd bohaterów, wystrój opisywanych wnętrz czy rozkład pokojów w posiadłości, gdzie rozgrywa się akcja, Nabokov wprowadzał młodych miłośników literatury w światy stworzone przez Prousta, Joyce’a czy Kafkę. O tym, jak niełatwym zadaniem jest zgłębienie literackiego dzieła i jak na ogół jako czytelnicy nieznośnie ślizgamy się tylko po jego powierzchni, przekonywał swych słuchaczy słowami Flauberta.
Sto lat temu Flaubert poczynił w liście do swej kochanki następujące spostrzeżenie: Comme l’on serait savant si l’on connaissait bien seulement cinq á six livres. „Jakimże mędrcem byłby człowiek, gdyby poznał dobrze choćby pięć lub sześć książek!” (s. 33).
Strona tytułowa pierwszego wydania
Mansfield Park. Fot. Lilly Library,
Indiana University / Wikimedia Commons
Listę Nabokova otwiera Mansfield Park, napisana w roku 1814 powieść Jane Austen, trzecia z kolei w dorobku autorki. Wybór nieoczywisty, propozycja podsunięta Nabokovowi przez przyjaciela Edmunda Wilsona, do której długo nie mógł się przekonać – stwierdzając z rozbrajającą szczerością, że jest „uprzedzony do wszystkich piszących pań” – zyskała jednak w końcu jego uznanie i zaskoczyła go misternością konstrukcji i błyskotliwością. W wykładach mówił o niej tak:
Powieść miss Austen nie jest tak oszałamiająco żywym arcydziełem, jak inne omawiane tu książki. Powieści takie jak Pani Bovary czy Anna Karenina są zachwycającymi, cudownie kontrolowanymi eksplozjami. Mansfield Park natomiast jest dziełem damy i dziecięcą grą. Ale z koszyka do robótek wyłania się urocza wyszywanka, majstersztyk misternego haftu, a w dziecku wyczuwamy olśniewający talent (s. 44).
I od tej właśnie lektury zaczynamy wraz z Pyzą naszą Nabokoviadę. 27 lipca opublikujemy nasze teksty o Mansfield Park i zaprosimy Was do dyskusji. Wszystkich chętnych raz jeszcze serdecznie zapraszamy – został jeszcze ponad tydzień, zdążycie! :)

***
Cytaty: V. Nabokov, Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. Muza SA, Warszawa 2005.

środa, 6 lipca 2016

Miłość to dotyk i jeszcze nie dotyk. „Oona i Salinger”, Frédéric Beigbeder

Zdarza się, że jakaś postać, żyjąca lub już nie, zawładnie naszą wyobraźnią. Zobaczymy jej zdjęcie w gazecie, natkniemy się przypadkiem na artykuł o niej, napotkamy wzmiankę w czytanej właśnie książce. Ulegamy fascynacji, zaczynamy drążyć temat, fantazjujemy. Nie możemy przestać o niej myśleć. Dla Frédérica Beigbedera taką postacią była Oona O’Neill.

Córka laureata Literackiej Nagrody Nobla, Eugene’a O’Neilla. Bywalczyni najmodniejszych nowojorskich lokali, Glamour Girl klubu Stork. Wieloletnia żona Charliego Chaplina i matka jego ośmiorga dzieci. Oraz dziewczyna, która w wieku lat 16 złamała serce J.D. Salingerowi.

Beigbeder zobaczył jej zdjęcie – to, które zamieszczone zostało potem na okładce Oony i Salingera – w kafeterii w Hanower, w New Hampshire. Zafascynowała go ta „ciemnowłosa królewna o pięknie nakreślonych łukach brwi”, tak jak kiedyś oczarowała jego ulubionego pisarza. A ponieważ ich historia jest pełna tajemnic, a listy wojenne wysyłane przez Jerry’ego do Oony są pilnie strzeżone przez spadkobierców żony Chaplina, postanowił spisać własną wersję wydarzeń. Oraz oddać swój hołd pięknej Oonie.

Oona w roku 1944.
Bezdomny kotek z Nowego Jorku

Pochodziła z rodziny, której przy najszczerszych chęciach nie sposób nazwać szczęśliwą. Ojciec nie interesował się nią i jej dwójką braci – dzieci przeszkadzały mu w pisaniu. I choć sam był zaniedbywany przez swoich rodziców i bardzo z tego powodu cierpiał, powtórzył dokładnie ten sam schemat we własnej rodzinie. „Jeśli chodzi o szczęście, Eugene był wyjątkowym antytalentem” – kwituje Beigbeder. A w usta Salingera wkłada stwierdzenie: „To wielki autor i mały człowiek”.

Obydwaj dorastający w takim środowisku bracia Oony jako dorośli mężczyźni popełnili samobójstwo. Ona natomiast, spragniona ojcowskiej troski i uwagi, ukojenia szukała w wielkomiejskim życiu, w nocnych klubach, alkoholu, zachwyconych spojrzeniach. Przedwcześnie dojrzała, ozdobą nowojorskiego Stork Club została już jako piętnastolatka.

Daleko było jej jednak do prowokacyjnej lolitki. Mimo podziwu, jakim była otaczana, wciąż brakowało jej pewności siebie i była bardzo nieśmiała. Choć olśniewała powierzchownością pięknej młodej kobiety, tak naprawdę była wciąż dzieckiem. Nieszczęśliwym i odtrąconym.
Oona była najmilsza z trójki, a także najbardziej nieśmiała mimo czarnej sukni odważnie odsłaniającej ramiona (…). Niezręczność, brak pewności siebie, jąkanie się, dodawały uroku każdemu gestowi – sposób, w jaki przyciskała do siebie kieliszek, mieszała kostki lodu palcem wskazującym, a potem go ssała, jakby krwawił, wieczne przepraszanie, jakby nie wiedziała, że Stork Club jej potrzebuje, żeby być modnym miejscem. Przymiotnik clumsy wymyślono chyba tylko po to, żeby opisać jej nieporadność. Chciało się zaadoptować tego bezdomnego kotka (s. 33).
Beigbeder poleca czytelnikowi obejrzeć na YouTube film z castingu do filmu Dziewczyna z Leningradu, na którym możemy zobaczyć siedemnastoletnią Oonę. I nie szczędzi dla niej zachwytów. Dla jej urody, jej naturalności, ponadczasowego wdzięku. Jest przekonany, że gdyby jej losy potoczyły się inaczej, zostałaby wielką gwiazdą. Pisze: „Oona to nie kobieta, to byt absolutny”. I cytuje za Trumanem Capote: „Miała tylko jedną wadę: była idealna. Poza tym była idealna”.


Wstrzemięźliwi, ale zmysłowi

I taką właśnie – piękną, olśniewającą, idealną – dostrzega ją pewnego razu w Stork Club dwudziestojednoletni Salinger. Podchodzi, zaczynają rozmawiać. Beigbeder ze szczegółami odtwarza przebieg tej pierwszej wymiany zdań, z całą jej nieporadnością, a zarazem przekonaniem każdego z tej dwójki, że spotkało właśnie kogoś wyjątkowego.

Stork Club w 1944. Przy stoliku na pierwszym planie, z cygarem w zębach,
siedzi Orson Welles, który zresztą też zabiegał o względy Oony. Jak pisze Beigbeder
„Oonie podobał się głęboki dźwięk jego głosu, ale uważała, że ma brzydki nos,
i ich romans nie doszedł do skutku. Nie możemy się w kimś zakochać,
jeśli nie lubimy jego nosa, bo ciągle będziemy narażeni na ten przykry widok”.
Później śledzimy jeszcze przebieg pewnego sowicie zakrapianego wieczoru na plaży, który kończy się problemami żołądkowymi małej Oony. Od tych kilku godzin zakończonych wstydliwym wspomnieniem rozpoczyna się jednak związek tej dwójki młodych ludzi. Nie trwający co prawda zbyt długo, ale za to niezwykle ważny dla Salingera i całego jego późniejszego życia.

Beigbeder pięknie pisze o łączącej ich więzi, o jedzeniu kasztanów, czytaniu razem czasopism filmowych, ulubionych ławkach w parku i ulubionych księgarniach, o bliskości, o erotyce – o tych pierwszych niewinnych zbliżeniach, niepełnych, ale upajających. „Love is a touch and not yet a touch” („Miłość to dotyk i jeszcze nie dotyk”) – pisał Salinger.
Nie wierzył we własne szczęście, że może trzymać ją w ramionach, wsuwać czubek języka w czerwone usta, głaskać jedwabiste włosy, przebierać rozcapierzonymi palcami po gołych plecach, udając pająka, który sunie w górę kręgosłupa, godzinami czuć przy sobie drżące ciało, a na szyi oddech. Co za luksus! Choć wstrzemięźliwi, oboje byli bardzo zmysłowi; trudno to zrozumieć w XXI wieku, kiedy penetracja zastąpiła dzień dobry, ale te niezbyt daleko posunięte pieszczoty im wystarczały (…). Jerry był przystojny i mógłby stracić cnotę z łatwiejszymi dziewczynami, ale wolał pieścić tę infantylną gwiazdkę. Sposób, w jaki opierała się jego zalotom, był tysiąc razy bardziej erotyczny niż noc z jakąś cycatą pindą, której na imię Samanta (s. 89).
Życie z Salingerem nie było jednak łatwe. Miał swoje humory, był kłótliwy, zaborczy, zapatrzony w siebie. Robił Oonie wyrzuty, że nie jest wystarczająco ambitna, że spędza czas w taki a nie inny sposób. Nie potrzebowała posępnego pisarza, potrzebowała kogoś, kto ją rozbawi, pocieszy, dowartościuje. Z czasem zaczął ją męczyć i nudzić. Kiedy więc wyjeżdżał, by w Europie walczyć z nazistami, nie było jej już przy nim i nie stała na brzegu, machając koronkową chusteczką.

Wojna i szampan

Wkrótce po wyjeździe Jerry’ego Oona poznała Charliego Chaplina. Ten, oczarowany nią od pierwszej chwili i pewien, że spotkał miłość swojego życia, szybko postanawia ją poślubić. Kiedy stają przed ołtarzem, ona ma 18 lat, on – 54.
Rodzina Chaplinów w roku 1961.
Beigbeder w sposób bardzo filmowy zestawia obrazki z życia młodziutkiej żony bogatego reżysera z dantejskimi scenami rozgrywającymi się 6 czerwca 1944 u wybrzeży Normandii, a później w lesie Hürtgen. Oona je obiad w eleganckiej restauracji, Jerry przedziera się przez morze trupów swoich zastrzelonych chwilę wcześniej w czasie lądowania towarzyszy broni. Oona w słoneczny poranek uczy się grać w tenisa, Jerry leży w rowie pełnym lodowatej wody, odmraża sobie palce i zastanawia się, czy to on będzie następny. Ten kontrast nie jest jednak po to, aby potępić bohaterkę – ostatecznie Beigbeder nie ma do niej pretensji o to, że wybrała dobrobyt i stabilizację.

O jej małżeństwie i ciąży Salinger dowiaduje się z gazet. Z wojennych okopów śle do niej listy, których treści nie znamy (z wyjątkiem fragmentów – jeden z nich na poniższym wideo czyta córka Oony, Annie Chaplin). Wyobraźnia nie znosi jednak próżni, więc Beigbeder próbuje je zrekonstruować. Jego wersja tej korespondencji jest utrzymana w płomiennym tonie, pełna pretensji, ale również miłosnych wyznań. Jerry Beigbedera nazywa samego siebie „oonistą” i wyznaje: „Twoja twarz jest moją religią”.
Będę się bić, wybacz patos, nie za mój kraj ani za wolność, dobro i wszystkie te pierdoły, ale za twoje różowe policzki, duże siekacze, delikatne ramiona, jedwabiste jak brzoskwinia. Tym będzie moja wojna: będę pisał do Ciebie listy, które zostaną bez odpowiedzi (…). Będę do Ciebie pisał listy przez całe życie, a później, kiedy ukażą się moje książki, wszyscy pomyślą, że to powieści, bo tak przeczytają na okładce, ale Ty będziesz wiedziała, że to są listy, zaadresowane jedynie do Ciebie (s. 113).

Beigbeder nie ma wątpliwości – ta pierwsza, niespełniona i utracona miłość ukształtowała Salingera na całe życie, również jako pisarza. W wyzwolonym Paryżu Jerry spotyka swojego idola, Ernesta Hemingwaya. Odbywają długą rozmowę o życiu i o pisaniu, w trakcie której Papa przekonuje młodszego kolegę po piórze, że „każdy pisarz powinien wiedzieć, co to znaczy mieć złamane serce”. Tak właśnie, w bólu miłosnego zawodu i w wojennej zawierusze, rodzi się J.D. Salinger, autor Buszującego w zbożu.

Książka o Beigbederze

Frédéric Beigbeder
Oona i Salinger, choć z założenia o wybitnym amerykańskim pisarzu i jego pierwszej wielkiej miłości, jest w dużym stopniu również książką o Frédéricu Beigbederze. Na marginesie historii słynnej dwójki autor szczerze, bezpośrednio i z humorem opowiada o sobie, o własnej miłości, swoim kryzysie wieku średniego i próbach odmłodzenia się. Z miejsca urzekł mnie otwierającą utwór opowieścią o wyprawie do Cornish, do domu Salingera, by przeprowadzić wywiad, który w końcu nie doszedł do skutku, bo „Fred” stchórzył. („Przecież nie mogłem zadzwonić do drzwi pustelnika jak nieznośny bachor domagający się cukierków w Halloween” – tłumaczy, zakłopotany). I – jak się należało spodziewać – oczarował opisem pierwszego wieczoru i nocy spędzonej z ukochaną Larą Micheli, łącznie z opisem mycia zębów swojej wybrance. To zresztą Larze dedykowana jest ta powieść.

Nawet w rozdziałach, w których skupia się na opowieści o Oonie i Jerrym, Beigbeder nie pozwala o sobie zapomnieć. Poufały ton, jakim pisze o tej dwójce, jak gdyby byli jego dobrymi przyjaciółmi, jego wtrącenia, jego „patrzę na nich, mimo że dzieli mnie siedemdziesiąt lat od tamtego letniego wieczoru...”. Przedstawiana historia staje się też dla niego pretekstem do snucia refleksji na różne tematy – rozpisuje się na temat miłości, dowodzi okrucieństwa i bezsensu wojny (z głębokim przekonaniem, że już wkrótce czeka nas kolejny podobny koszmar), jako wierny uczeń Salingera krytykuje współczesny świat.
Świat zamieszkują dziś ludzie straszliwie niezależni, skomplikowani, niezadowoleni; zakochani niezdolni do miłości, barany, które nie chcą być baranami, lecz mimo wszystko skubią trawę, śniąc, że nie należą do stada; krótko mówiąc, klienci Freuda, Buddy, Fashion TV i Facebooka (s. 61).
Przyznaję – nie wszystkie jego zmyślenia na temat Oony i Salingera mi się podobały. Wolałabym, żeby niektóre wymiany zdań zostały przemilczane, bo jako element fikcji literackiej brzmiały sztucznie i afektowanie. Pominęłabym przedśmiertną rozmowę Eugene’a O’Neilla z Jerrym, pominęłabym zmyślone spotkanie samego autora z Ooną w pewnego sylwestra w Szwajcarii. Ale mimo to książka Beigbedera ma w sobie dużo cudownej lekkości, nawet przy całym tragizmie niektórych fragmentów. Urzeka familiarnym tonem i nawiązaniami do popkultury, zachwyca plastycznością i filmowością opisów i zaskakuje świetnie dobranymi mottami. Łącznie z tym otwierającym całą powieść – XVI-wiecznym poematem Scarborough fair anonimowego barda z Yorkshire w wersji zespołu Simon & Garfunkel z 1966 roku (dopisane przez Paula Simona wersy – w nawiasie):
Are you going to Scarborough fair?
(War bellows blazing in scarlet battalions)
Parsley, sage, rosemary and thyme
(Generals order their soldiers to kill)
Remember mi to one who lives there
(And to fight for a cause they’ve long ago forgotten)
She once was a true love of mine.
W przekładzie Anny Michalskiej: 
Czy idziesz na targ do Scarborough?
(Miechy wojny rażą szkarłatnymi batalionami)
Pietruszka, szałwia, rozmaryn i tymianek
(Generałowie rozkazują żołnierzom zabijać)
Wspomnij o mnie dziewczynie stamtąd,
(I walczyć za dawno przebrzmiałą sprawę)
Która była moją wielką miłością.
I to wszystko. 

*** 
F. Beigbeder, Oona i Salinger, tłum. Anna Michalska, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2016. 

Za tę fascynującą, choć na wpół zmyśloną historię pierwszej wielkiej miłości jednego z moich ulubionych pisarzy dziękuję pani Joannie i wydawnictwu Noir Sur Blanc

Zachęcam też do lektury mojego dłuższego tekstu o J.D. Salingerze, w oparciu o biografię Shane’a Salerno i Davida Shieldsa. Książka Beigbedera jest dobrym wprowadzeniem do życiorysu pisarza, ale skupia się tylko na okresie do końca wojny. W przywoływanym tekście piszę również o tym, jak niespełniona miłość do Oony wpłynęła na dalsze życie Salingera.

Ilustracje:
[1] Zdjęcie z okładki Oony i Salingera / wyd. Noir Sur Blanc
[2] Ogiyoshisan / Wikimedia Commons
[3] Time Inc., Alfred Eisenstaedt / Wikimedia Commons
[4] Associated Press photographer / Wikimedia Commons
[5] JFpg / Wikimedia Commons
[6] Okładka książki ze strony wydawnictwa / noir.pl

piątek, 1 lipca 2016

Futbolowa bajka – „Jedenastka Kłapząba”, Eduard Bass

Sport to nie bajka. To godziny treningów, hektolitry potu, setki wyrzeczeń i mordercza dyscyplina. Ci najwytrwalsi i najbardziej pracowici mogą jednak liczyć na bajkowy sukces. I o tym właśnie pisze Eduard Bass w swojej Jedenastce Kłapząba.

O życiu i o sporcie

Eduard Bass
Nie ma wątpliwości, że licząca prawie sto lat powiastka Bassa o biednym rolniku Kłapząbie i jego jedenastu synach, którzy jako drużyna podbili cały futbolowy świat, to przede wszystkim propozycja dla najmłodszych. Jej cudowne odrealnienie, niezwykłe przygody młodych piłkarzy, humor, a zarazem naszpikowanie morałami to coś, co jak najbardziej potwierdza pozycję Jedenastki w czeskim kanonie literatury dziecięcej.

Ale można tę powieść odczytywać też na inne sposoby, zwłaszcza dziś. Pisząc o poczciwych, szlachetnych i pracowitych Kłapząbach Bass pokazuje młodym czytelnikom, jakimi wartościami powinni kierować się w życiu. Ale pokazuje również, nie tylko najmłodszym, jakimi wartościami należy kierować się w sporcie. Kłapząbowie docierają na sam szczyt, bo są braćmi, bo się kochają i szanują, bo grając zapominają o sobie, myślą o drużynie. Bo przestrzegają zasad fair play i nie wiedzą, co to brutalny futbol. Bo jak dzieci – którymi zresztą są – cieszą się z gry w piłkę. I nie dbają o pieniądze. W momencie, gdy pewien wyrostek uświadamia im, że grają dla pieniędzy – czar pryska, znika dziecięca radość z gry.
To prawda, że zarabialiśmy dzięki grze w piłkę, ale to nie znaczy, że graliśmy dla pieniędzy (s. 95).
To wizja idealistyczna, oczywiście, ale czy nie o to właśnie powinno chodzić w sporcie? O pasję, zdrową rywalizację, satysfakcję z pokonywania swoich słabości, radość z efektów ciężkiej pracy? Dlatego właśnie ta bynajmniej nie bajkowa droga doprowadziła Kłapząbów do bajkowego sukcesu.

Inwazja ludzików Michelin? Nie, to tylko Kłapząbowie i ich sposób na brutalnych rywali!
Uroku tej publikacji dodają oryginalne ilustracje autorstwa Josefa Čapka.

Od Bassa do Pavla

Czytając Jedenastkę zrozumiałam, jak silnie Bass inspirował innych czeskich pisarzy – jak choćby piszącego o sporcie Otę Pavla. W Bajce o Raszku, choć jej bohaterem jest postać autentyczna, mamy do czynienia z tym samym fantastycznym wyolbrzymianiem, z tym samym dziecięco naiwnym i zarazem barwnym sposobem opowiadania. Obydwa utwory są też równie silnie przesiąknięte morałem – jeśli czegoś bardzo chcesz, będziesz uczciwie pracował i włożysz w to całe swoje serce i energię, wszystko jest możliwe.

Jednastka Kłapząba to ładna opowieść o więzach rodzinnych, pochwała skromności, uczciwości i pracowitości, ale również, a może przede wszystkim – piękny wyraz miłości autora do piłki nożnej. W powieści Bassa futbol to radość, futbol to emocje, uprawia się go w każdym zakątku nieba i ziemi – grają w niego nie tylko ludożercy, ale nawet aniołowie w niebie (choć nie wszędzie wygląda tak samo...). Bohaterowie myślą futbolem i futbolem mówią. Futbol to życie, a życie jest futbolem.
A Jezusku, Panie Wasza wysokość królu, jak może się mieć taki rolnik jak ja? Gdyby nie moi chłopcy, wciąż byłoby u mnie zero-zero, a nawet jeśli wpadłby jakiś gol, to i tak zawsze okazałoby się, że był spalony (s. 46).
***
E. Bass, Jedenastka Kłapząba, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2016.

Za uroczą opowieść o pięknie sportu, tak aktualną mimo upływu czasu, dziękuję panu Mirkowi i wydawnictwu Stara Szkoła.

[1] Denis Dervisevic / Foter.com / CC BY
[2] Wikimedia Commons
[3] Ilustracja autorstwa Josefa Čapka / zdjęcie własne z książki Jedenastka Kłapząba, wyd. Stara Szkoła
[4] Okładka książki / wyd. Stara Szkoła