piątek, 30 września 2016

Ucieczka w nieistnienie – „Punkt Omega”, Don DeLillo

Opowiedziana przez Dona DeLillo w Punkcie Omega historia hipnotyzuje niemal tak silnie, jak spowolniona Psychoza oglądana przez jednego z bohaterów. Kim był ten tajemniczy widz? Czy czas naprawdę ma znaczenie? I czym właściwie jest punkt Omega?

Nowojorskie muzeum. Sala, w której w spowolnionym tempie wyświetlany jest czarno-biały film. Psychoza Alfreda Hitchcocka. Pod ścianą stoi mężczyzna. Od kilku dni przychodzi tu codziennie, od otwarcia muzeum aż do jego zamknięcia wpatrując się w czarno-białe kadry i przyglądając się odwiedzającym. Zaczyna rozumieć, że im mniej widać, tym więcej. Każdą scenę widzi tak, jak gdyby oglądał ją po raz pierwszy. Nie liczy czasu. W cieniu wielkiego ekranu czuje się bezpiecznie. Chowa się tu przed życiem.

Przed życiem – i czasem – chowa się też profesor Richard Elster, były doradca Pentagonu, „filozof obronności”. Jego kryjówka to stary dom na pustyni, kilkadziesiąt kilometrów od najbliższej ludzkiej osady. Tu jest bliżej przyrody niż gdziekolwiek indziej, a czas płynie zgodnie z naturalnym rytmem, nieskrępowany miejskim systemem zegarków i innych „ponaglaczy”, nieustannie przypominających nam o zbliżającej się śmierci.

Tu właśnie odwiedza go młody reżyser Jim Finley, który liczy na to, że namówi Elstera do wystąpienia w jego filmie dokumentalnym. Zaplanowana kilkudniowa wizyta rozciąga się do wielu tygodni przesiadywania na tarasie, przyglądania się górom i wysłuchiwania wywodów Elstera. Jak bumerang powraca w nich temat punktu omega – według francuskiego teologa Pierre’a Teilharda de Chardin punktu końcowego, do którego zmierza Wszechświat, kresu ewolucji.
Oto bowiem zaczyna się ruch do wewnątrz. Ojciec Teilhard wiedział o tym i nazwał owo stadium punktem omega. To skok poza sferę biologii. Proszę sobie zadać to pytanie. Czy na zawsze musimy pozostać ludźmi? Świadomość się wyczerpała. Pora wrócić do materii nieorganicznej. Tego właśnie chcemy. Pragniemy stać się polnymi kamieniami (s. 54).
Po pewnym czasie na scenę wkracza córka Elstera, Jessie. Ubóstwiana przez ojca, szybko staje się też obiektem fascynacji jego młodego gościa. Jest coś niezwykłego w tej bladej dwudziestoparolatce – coś, co Elster określa następująco: „Ona słyszy słowa od ich wewnętrznej strony”. Nic, co mówi, nie jest błahe ani banalne, a jej kwestie przypominają niesamowite rozmowy innych istot wtajemniczonych – małego Goulda i Shatzy Shell z mojego ukochanego City. Zamknięta w sobie, dziwnie wyciszona, w pewien sposób odcieleśniona – ojciec wspomina, że jako dziecko musiała stale dotykać swojej twarzy, jakby nie była pewna, czy istnieje. Jej „niefizyczność” zdaje się podkreślać fakt, że dziewczyna praktycznie się nie myje (śledzący jej zwyczaje Finley znajduje w łazience tylko małą, podręczną kosmetyczkę), zaś w dzień po tym, jak reżyser staje nocą w drzwiach jej sypialni, a powietrzu wisi erotyczne napięcie, Jessie… znika.

Właśnie tak, znika bez śladu. Zostawia dokumenty, pieniądze, ubrania, i ulatnia się, gdy Elster z Finleyem jadą do sklepu po zakupy. Wystudiowany spokój uczonego zostaje zburzony, pustynia, dotychczas bezpieczne schronienie, przemienia się w groźne więzienie, a wieczory stają się milczące.
Z perspektywy czasu brzmiało to już tylko jak martwe echo. Punkt omega. O milion lat stąd. Punkt omega zwęził się tu i teraz, wyostrzył jak nóż wbijany w ciało. Wszystkie podniosłe tematy tego człowieka zlały się w jeden ściśle umiejscowiony ból, skupiły wokół jednego ciała, które może było gdzieś tam, na pustyni, a może nie (s. 97).
Co się stało z Jessie? Wiemy, że to ona jest dziewczyną, która na ostatnich stronach powieści wchodzi do sali, gdzie w kółko przesuwają się kadry z Psychozy, a czas rozciąga się jak guma. I wiemy, co siedzi w głowie tajemniczego mężczyzny, opętanego filmem Hitchcocka. Czy skończyła jak w wizji Elstera, wróciła do materii nieorganicznej, stała się polnym kamieniem? Czy za sprawą naśladowcy Normana Batesa spotkał ją bardziej prozaiczny los?

Punkt Omega to oszczędna w słowach (wszak, jak twierdzi Elster, prawdziwego życia nie da się sprowadzić do słów…), ale bardzo efektowna opowieść. Jej siłą są niezwykli bohaterowie, spowolniona Psychoza jako klamra spajająca całą historię (pomysł to nie wytwór wyobraźni DeLillo – tego typu wystawa naprawdę miała miejsce w nowojorskim Museum of Modern Art w 2006 roku) oraz niejednoznaczne zakończenie.

Zgodnie z tym, co głosi opis wydawcy, ta książka przypomina haiku. Tak jak haiku, za niewieloma słowami kryje bogactwo treści, a łamiąc sobie głowę nad jej interpretacjami można spędzić niejeden wieczór… Ale w końcu czy czas ma jakieś znaczenie?

***
D. DeLillo, Punkt Omega, tłum. Michał Kłobukowski, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2011.

Za kolejną próbkę hipnotycznej prozy DeLillo dziękuję pani Joannie i wydawnictwu Noir Sur Blanc.

Ilustracje:
[1] CarbonNYC [in SF!] / Foter.com / CC BY
[2] noir.pl

wtorek, 27 września 2016

Nabokoviada po raz drugi: „Samotnia”, Charles Dickens

Zacznę znów od tego cytatu, bo nie bez powodu znalazł się właśnie w rozdziale poświęconym Samotni Charlesa Dickensa:
Choć czytamy za pomocą mózgu, siedzibą artystycznych rozkoszy jest miejsce między łopatkami. Dreszczyk, który tam odczuwamy, jest z pewnością najwyższą formą emocji, jaką zdołała osiągnąć istota ludzka w procesie ewolucji czystej sztuki i czystej nauki. Czcijmy zatem te ciarki wzdłuż krzyża. Bądźmy dumni z tego, że jesteśmy kręgowcami, bo jesteśmy kręgowcami zwieńczonymi głową, w której płonie boski ogień (s. 107).
Nie bez powodu, bo już lektura pierwszego akapitu tej książki serwuje nam potężną dawkę kręgosłupowych dreszczy. „Geniusz” – chce się krzyknąć, po raz pierwszy czytając ten fragment, po raz drugi – uświadamiając sobie, za sprawą wykładu Nabokova, jak bogata jest jego metaforyka. Panie i Panowie, przed Państwem Samotnia!

Mistrz obrazowości

Niewiele jest stwierdzeń w tym akurat wykładzie, z którymi bym się nie zgodziła. Bo niewątpliwie rację ma Nabokov, pisząc, że siła prozy Dickensa tkwi w jej obrazowości. Zaskakuje niecodziennymi, ale niezwykle trafnymi metaforami i porównaniami, zachwyca malowniczością, bawi, budzi sympatię lub doprowadza do szewskiej pasji za sprawą swoich wielowymiarowych, barwnych bohaterów. No i niesamowita zdolność operowania nastrojem – jak w przerażającym rozdziale opisującym śmierć Krooka czy tym, w którym pani Rouncewell wieczorem przy kominku snuje swoją opowieść o Chodniku Widma.

Do dziś Dickens jest pod tymi względami niedościgłym wzorem, a jego powieści to, także moim zdaniem, lektura absolutnie obowiązkowa dla młodych autorów. I to niezależnie od tego, czy marzy im się pisanie obyczajówek czy kryminałów, romansów czy powieści grozy, utworów psychologicznych czy sensacyjnych – na wszystkich tych polach Dickens błyszczy swoim talentem. Jak pisze Nabokov: „Współcześni autorzy wciąż mogą się upijać jego starym, szlachetnym trunkiem” (s. 107). I powinni!

Sprawne pióro i wrażliwe serce

Nasz zacny wykładowca analizuje oczywiście opisy Dickensa pod różnymi kątami, klasyfikuje je i charakteryzuje, bogato ilustrując przykładami. Pisze o „żywej ewokacji” czy „opisach w formie pospiesznej wyliczanki”, poświęca mniejsze rozdziały metaforom, porównaniom, powtórzeniom i pytaniom retorycznym. Zwraca uwagę na aliteracje (które Dickens naprawdę uwielbiał; jaka szkoda, że większość z nich ginie w polskim przekładzie!), gry słów i znaczące nazwiska. To wszystko pozwala w pełni docenić kunszt brytyjskiego mistrza pióra.

Zaułek Tom-Sam-Jeden.
Gdyby jednak wielkość prozy Dickensa opierała się wyłącznie na zręczności językowej i lingwistycznych sztuczkach, prawdopodobnie nie byłby do dziś jednym z najbardziej uwielbianych w swojej ojczyźnie (i nie tylko) autorów. Siłą jego pisarstwa jest również wrażliwość i serce. Nabokov podkreśla, że Dickens to jeden z pierwszych autorów, którzy wprowadzili do literatury prawdziwe ludzkie współczucie – coś, czego nie mieli starożytni.
Jak różny jest na przykład świat Dickensa od świata Homera czy Cervantesa? Czy bohater Homera naprawdę odczuwa boskie pulsowanie współczucia? Zgrozę, owszem – i coś w rodzaju ogólnego rutynowego miłosierdzia – ale czy jest w tej ujętej w daktyle przeszłości ów dojmujący, szczególny rodzaj współczucia, rozumianego tak, jak rozumiemy je dzisiaj? (s. 134)
To fakt – opisy, w których u Dickensa pojawiają się dzieci, zwłaszcza te zaniedbane, niekochane, brudne, naprawdę wyciskają łzy z oczu. Jeśli chodzi o małych bohaterów Samotni, szczególnie przejmujące są losy biednego ulicznika Jo, bezdomnej sieroty, zamiatacza ulic, popychanego i przeganianego przez wszystkich. Scena jego śmierci poprzedzonej modlitwą „Ojcze nasz” to chyba najbardziej wzruszający opis spod pióra Dickensa, jaki było mi dane czytać.

Postaci z krwi i kości

Pojawia się w tej powieści również niejaki pan Skimpole, który jest kimś w rodzaju „fałszywego dziecka”. Z początku rozbrajający ze swoim „ja nic nie wiem, jestem dzieckiem”, z czasem zaczyna swoją postawą coraz bardziej drażnić, aż w końcu okazuje się podłym wyzyskiwaczem, oszustem i manipulantem. Na tle jego groteskowej postaci prawdziwe dzieci rysują się tym bardziej niewinnie i anielsko, a doktor Woodcourt – jako szlachetny przedstawiciel profesji medycznej, a nie – przypadek Skimpole’a – jak nędzna karykatura lekarza.

Pani Bagnet (ze swoim szarym płaszczem i parasolem)
przyprowadza panią Rouncewell do George'a.
Ten bohater to dobry przykład tego, jak cudownie niejednoznaczne postaci potrafi budować Dickens. Zauroczona w pierwszej chwili panem Skimpole’em, z miejsca oznajmiłam Facebookowej społeczności, że to mój ulubiony bohater Samotni, z każdą kolejną stroną jednak moja sympatia słabła. Podobne przemiany w oczach czytelnika przechodzą również lady Dedlock i jej mąż, sir Leicester. Pierwsza – z pozoru nadęta dama z wyższych sfer, drugi – bogaty idiota, na końcu powieści okazują się kimś zupełnie innym.

Niejednoznaczności, niedoskonałości, zmienności – to wszystko sprawia, że powołani do życia przez Dickensa bohaterowie nie sprawiają wrażenia papierowych, lecz bardzo prawdziwych, z krwi i kości. „Jego postaci są żywymi ludźmi, nie zaś przebranymi za ludzi ideami i symbolami” – chwali Nabokov. I tak, po barwnej ferajnie opisanej na kartach Dawida Copperfielda, moją galerię ulubionych postaci zasilają kolejni: dzielna mała Charley, poczciwy, świadom własnych niedoskonałości dragon George, zaradna pani Bagnet i jej parasol-torebka…

A od siebie jeszcze mała osobista obserwacja: jak wielka jest siła woli i opanowanie bohaterek Dickensa! W przypadku lady Dedlock jest to wielokrotnie podkreślane, ale przecież i Estera właściwie była gotowa bez mrugnięcia okiem poświęcić swoją miłość, w imię słowa danego swemu opiekunowi. Przywodzi mi to namyśl Agnieszkę z Dawida Copperfielda, która cierpliwie przeczekała pierwsze małżeństwo Dawida, skrzętnie skrywając swoje uczucia. Mój podziw (z lekką nutą niedowierzania) jest bezgraniczny.

Wybitny czarodziej i kulejący gawędziarz

Oprócz tego, że Samotnia jest pięknie napisaną historią, jest również w pewnym stopniu satyrą społeczną i w pewnym stopniu kryminałem. Dickens otwarcie naśmiewa się z popularnego w jego czasach zaangażowania w działania charytatywne (na czym cierpią najbliżsi – pani Jellyby bardziej dba o małe Murzyniątka w Afryce, niż o własne dzieci) i krytykuje sąd kanclerski (w którym procesy ciągną się w nieskończoność, a całe to prawnicze bagno przywodzi skojarzenia z wszechobecną londyńską mgłą i błotem).

Sala z portretami Dedlocków w Chesney Wold.
Te wątki nie są jednak zdaniem Nabokova specjalnie ważne; satyra, choć zjadliwa i smakowita, jest nieco daremna, gdyż Dickensa opis funkcjonowania sądu kanclerskiego nie odpowiada realiom tamtych czasów – a w naszych okazuje się już zupełnie nieciekawy – natomiast wątek kryminalny nieco się gmatwa. Mimo to pod względem spójności fabuły i dokonań artystycznych Samotnia pozostaje jednym z najwybitniejszych dzieł swoich czasów. Jak podsumowuje Nabokov:
W najlepszych partiach na plan pierwszy wysuwa się Dickens-czarodziej, Dickens-artysta. W nieco słabszych widoczny jest wyraźnie w Samotni Dickens-moralista. W najsłabszych Samotnia ukazuje nam gawędziarza potykającego się co krok, choć ogólna struktura pozostaje wspaniałym osiągnięciem (s. 182). 
Po raz kolejny kończę lekturę wykładu Nabokova z uczuciem przyjemnej sytości. Za co jestem mu wdzięczna? Za aliteracje, za rozbiór na części pierwsze magicznych opisów Dickensa i za świetne analizy niektórych postaci, na czele z demonicznym panem Krookiem. A samemu Dickensowi? Za postaci, za miejsca, za nastroje, za śmiech, wściekłość, wzruszenie, oraz za to, że po raz kolejny udało mu się przenieść mnie do XIX-wiecznej Anglii. To wielka sztuka!

***
C. Dickens, Samotnia, tłum. Tadeusz Jan Dehnel, wyd. Czytelnik, Warszawa 1975.
V. Nabokov, Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005.

***
A co na to Pyza? Sprawdźcie u niej na Pierogach pruskich!

Polecam Wam też wpisy Pyzy (wraz z bardzo ciekawą dyskusją w komentarzach!) i Tarniny na temat Samotni, opublikowane w ramach Pikników z klasyką.

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. W następnej kolejności – Gustave Flaubert i Pani Bovary. O tym klasyku literatury francuskiej porozmawiamy 27 listopada. Zapraszamy!

Poprzednie teksty spod znaku Nabokoviady:
Jane Austen, Mansfield Park

Ilustracje: Wikimedia Commons 

czwartek, 22 września 2016

Goliat triumfujący – „Wilimowski”, Miljenko Jergović

Tak na pierwszy rzut oka Ernest Wilimowski niewiele ma wspólnego z opowiedzianą w tej książce historią. Tak na pierwszy rzut oka – liczy się tu przede wszystkim profesor Mieroszewski i jego relacja z chorym synem, jego przeszłość, jego zmarła żona, wszystko to, od czego w pewien sposób ucieka lub ku czemu zmierza latem 1938 roku, wspinając się wraz ze swoim dzieckiem i tragarzami do położonego w Dalmacji małego hotelu, o którym kiedyś opowiedział mu poznany przypadkiem bośniacki student. Hotel, zwany Niemieckim Domem, miał być miejscem, w którym chory na gruźlicę młodzieniec cudownie odzyskał zdrowie i powrócił do świata żywych.

Podobnie jednak jak w wielu powieściach środkowoeuropejskich, których akcja rozgrywa się w XX wieku, pierwsze skrzypce gra tu Wielka Historia. Spycha na margines wspomnienia profesora, jego relację z umierającym synem, quasi-miłosny związek z Katariną, właścicielką hotelu, i bezczelnie wkrada się między bohaterów. „Niemcy!” krzyczy ze złością profesor w trakcie pamiętnego meczu Polska-Brazylia, węsząc sabotaż w polskiej drużynie, w której roi się od zawodników o korzeniach niemieckich, i przez dłuższą chwilę okrzyk ten wisi złowrogo między nim a jego niemiecką gospodynią.

Mecz – to on stanowi centralny punkt całej powieści i łączy losy Mieroszewskich z Wilimowskim. Profesor przypisuje temu sportowemu wydarzeniu niemałe znaczenie – wlecze do hotelu skonstruowaną przez siebie antenę, aby odsłuchać wraz z synem transmisji z meczu, licząc na to, że radość z wygranej w magiczny sposób ułatwi mu porozumienie się z dzieckiem.
Dotarli do miejsca, do którego nie prowadzi żadna droga, i to tylko – albo przede wszystkim – z jednego powodu: ojciec wyobraził sobie, że właśnie tutaj Polska pokona Brazylię, a potem będzie walczyła o tytuł mistrza świata. I w ten sposób w ciągu dwóch tygodni swego wielkiego marszu, jak ten Napoleona, i narodowego triumfu, który nie miałby sobie równych w tragicznej i niepewnej historii Polski, piłkarska reprezentacja ułatwi ojcu to, co ma do załatwienia z synem” (s. 71). „Piłka nożna w gruncie rzeczy go nie interesowała. Zastępowała mu jedynie coś ważniejszego, coś, czego nie mógł mieć. Piłka nożna była metaforą (s. 77).
Wilimowski (pierwszy z lewej) w barwach Ruchu Hajduki Wielkie.
Mecz z Wartą Poznań, 15 maja 1937.
Jak wiemy jednak, mecz kończy się wynikiem 6:5 dla Brazylii. Staje się tym samym metaforą okrutną, symbolem wielkiej przegranej sprawy. Nawet mimo tego, że okazuje się jednym z najpiękniejszych i najbardziej emocjonujących starć sportowych w historii, i że Polacy, na czele z Wilimowskim, dzielnie stawiają czoła pełnej herosów drużynie brazylijskiej – niczym Dawid walczący z Goliatem. To chyba nie przypadek, że mały Mieroszewski nosi właśnie imię tego biblijnego bohatera. Ale w tej wersji historii drobny chłopiec ulega mocarzowi.

W tej przegranej kryje się równocześnie jakaś ponura zapowiedź wojny. Atmosfera jest już bardzo napięta, w niemieckim radiu rozbrzmiewa straussowska „histeria symfonicznych finałów”, krążą pogłoski o tym, co Hitler robi z Żydami, i że się zbroi. Wielka Historia już rusza swoim defiladowym krokiem, gotowa zmiażdżyć największych śmiałków.

Miażdży też Wilimowskiego. Bo mimo wszystko jest to też opowieść o nim – o sportowym herosie, którego wojna zrównała z innymi nieszczęśnikami. Nie pomógł fakt, że jako jedyny w dziejach podczas mundialu strzelił Brazylii cztery gole w jednym meczu – i tak musiał rozliczyć się ze swojego pochodzenia. A sprawa nie była prosta. Jergović pisze o ciężkiej sytuacji Górnoślązaków, którzy byli trochę Niemcami, trochę Polakami, „wrośli między sąsiednie tak różne narody niby jakiś żywy cud”. Wojna wymogła na nich jednoznaczną deklarację, i zostały im tylko dwie drogi – mogli zostać „albo zbrodniarzami, albo męczennikami”.

Ernest Wilimowski, rok 1936.
I tak – Fritz Scherfke, strzelec pierwszego gola w tym sławnym meczu, kilkanaście miesięcy później był już szoferem szych gestapo. A Wilimowski? Wilimowski nie wysługiwał się nazistom, ale krótko grał w piłkarskiej reprezentacji Trzeciej Rzeszy, i to wystarczyło Polakom, by uznać go za zdrajcę. Straszny był jego los po wojnie – dla Niemców Polak, dla Polaków Niemiec, nigdzie u siebie, wszędzie obcy, pozbawiony został ojczyzny. Bał się wrócić do kraju. I nikt już nie pamiętał o jego bohaterskich czterech golach. Jak pisze Jergović w zamieszczonej na końcu książki „Nocie o Erneście Wilimowskim”: „Smutek Ernesta Wilimowskiego i ludzi o podobnym losie należałoby opowiedzieć, gdyby jeszcze się dało”.

Pięknie pisze ten chorwacki mistrz pióra o Wielkiej Historii i jej smutnym wpływie na losy jednostek. Ale nie tylko o tym. Tematem, któremu poświęca w swojej opowieści wiele uwagi, jest również choroba – ciężka, nieuleczalna, jak gruźlica, na którą cierpiał bośniacki student, i gruźlica kości, która powoli zabijała małego Dawida Mieroszewskiego. Bohaterowie godzą się ze swoim losem, z poczuciem tymczasowości, uczą się żyć z widmem śmierci:
To żadna tragedia. Człowiek nawet nie czuje się nieszczęśliwy. Może tylko wpada w lekką melancholię wobec tak pewnego i szybkiego odejścia. Nie zaczyna czytać grubych książek, bo nie wie, czy dotrze do końca. On na przykład nigdy nie przeczytał Wojny i pokoju Lwa Nikołajewicza Tołstoja. I choć jest pisarzem – a przecież usiłuje nim być – nie pisze powieści, tylko wiersze i opowiadania. To, czego miarą są dni, tygodnie lub miesiące, w żadnym razie lata. Powieści piszą zdrowi ludzie (s. 43).
Wreszcie – sport. Profesora Mieroszewskiego piłka „w gruncie rzeczy nie interesowała”, poza jej znaczeniem metaforycznym, ale Jergović czuje i kocha futbol, to widać w jego opisach. Fragmenty poświęcone relacji z pamiętnego meczu są tak malownicze i obrazowe, że czytelnik sam zaczyna czuć sportowe ciarki; wydaje mu się, jakby tam był, w czerwcu ‘38, wierząc głęboko, że Polska może pokonać potężną Brazylię i jeszcze wszystko będzie dobrze. Tym boleśniej odczuwa się gorycz porażki. I z tym większym współczuciem myśli się o losach pewnego strąconego z piedestału piłkarskiego bohatera – i pewnego chorego, pozbawionego ojcowskiej czułości chłopca.

***
M. Jergović, Wilimowski, tłum. Magdalena Petryńska, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2016.

Za sportowe emocje, „romantyczny smutek” i środkowoeuropejską melancholię dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty. 

A wszystkich zainteresowanych historią Wilimowskiego odsyłam do tekstu Marka Bobakowskiego.

Fotografie:
[1] Motyw z okładki polskiego wydania Wilimowskiego, wyd. Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl
[2] Tygodnik „Światowid” / Wikimedia Commons
[3] Autor nieznany / Wikimedia Commons
[4] Navaey / Wikimedia Commons
[5] Okładka polskiego wydania książki / ksiazkoweklimaty.pl 

piątek, 16 września 2016

Świnka, pająk i mysz – Elwyn Brooks White i jego wesoła kompania

Niezbyt często zdarza mi się sięgać po literaturę stricte dziecięcą. Bywa jednak tak, że przytłoczona wielostronicowymi opowieściami, trudnymi tematami i intelektualnymi gierkami potrzebuję odetchnąć, wybierając lekką, ciepłą opowiastkę skierowaną do najmłodszych, która przecież wcale nie musi być płytka czy głupia. Przeciwnie – w literaturze dziecięcej kryje się czasem więcej mądrości, niż w przeintelektualizowanych tomiskach. Przykładem takich opowieści mogą być pewnością te spisywane przez E.B. White’a.

Wydana po raz pierwszy w roku 1952 Pajęczyna Charlotty z miejsca podbiła moje serce już samym faktem, że jej główną bohaterką jest… pajęczyca, Charlotta. Pełnym nazwiskiem – Charlotta A. Cavatica. Tak, tak, bohaterowie White’a, także ci zwierzęcy, mają imiona i nazwiska, bardzo ludzkie cechy charakteru i nawyki i rozmawiają ze sobą językiem, którego nie powstydziłby się niejeden erudyta.

Wiluś próbuje utkać sieć, „bo to przecież takie proste”.
Jego wysiłkom sceptycznie przygląda się szczur Tymoteusz.
Do tego wiele z nich przewyższa swoich ludzkich braci pod względem wrażliwości i empatii. Świat White’a nie jest jednak czarno-biały i podzielony na dwa obozy, nieczuli ludzie i czułe zwierzęta, co mi się szalenie podoba. Wszak biedny Wiluś nie zostaje miło przyjęty na farmie, a wyniosłe jagniątko kwituje jego nieśmiałe próby nawiązania kontaktu bezwzględnym: „Towarzystwo świń mnie nie interesuje. Świnie to dla mnie mniej niż zero”. Ciekawym przypadkiem jest też szczur Tymoteusz, moja chyba ulubiona postać z tej książki. Choć kreowany na czarny charakter, interesownego typka, który o nikogo nie dba i myśli tylko o własnym brzuchu, w potrzebie potrafi okazać „ludzkie” odruchy i ratuje innych bohaterów z opresji.

Nic dziwnego, że ten barwny zwierzęcy świat fascynuje małą Franię. Dziewczynka reprezentuje dziecięce, otwarte i nie ulegające uprzedzeniom spojrzenie na świat, które oczywiście zderza się z niezrozumieniem dorosłych – przede wszystkim jej matki, pani Arable. To nie jej syn Antoś, niesforny łobuziak, dostarcza jej powodów do niepokoju, ale grzeczna Frania, rozmawiająca ze zwierzętami i preferująca ich towarzystwo nad ludzkie. Postawa pani Arable: „Jeśli czegoś nie rozumiem, to mi się to nie podoba” jest typowa dla zamkniętych na świat dorosłych. Tymczasem, jak mówi doktor Dorian:
Być może gdyby ludzie mówili mniej, zwierzęta zaczęłyby z nami więcej rozmawiać. Ludzie nieustannie gadają – tego jednego jestem pewien (s. 154).
Pajęczyna Charlotty w piękny sposób uczy, że nie należy ulegać uprzedzeniom. To naturalne, że do niektórych rzeczy z początku podchodzimy z rezerwą; grunt, aby przełamać się i dostrzec więcej – tak jak Wiluś, który zobaczył w Charlotcie nie tylko odrażający sposób zdobywania pożywienia, ale i jej dobre serce. Uczy też zwracać uwagę na to, co w naszym otoczeniu piękne, choć zwyczajne i na... tych najmniejszych wokół nas, często niedostrzeganych i niedocenianych.

Stuart jako nauczyciel.
Takich jak Stuart Malutki, główny bohater kolejnej powieści E.B. White’a, wydanej w roku 1945. Mały Stuart, myszka, która przyszła na świat w ludzkiej rodzinie Malutkich, musi stale udowadniać innym, że mimo mikrej postury w odwadze i zręczności dorównuje większym niż on.

Stuart też jest postacią złożoną. Choć to bohater pozytywny, bywa też odrobinę przemądrzały i wyniosły. Nazwisko bardzo mu pasuje, bo to taki „stary malutki” – jeździ samochodem, chodzi w garniturze i z laseczką oraz domaga się brandy (na rozgrzanie, po tym jak pół godziny spędza zamknięty przez przypadek w lodówce). Dzięki jego postaci jednak w Stuarcie Malutkim jest trochę więcej humoru – do moich ulubionych scen należy ta, w której Stuart prowadzi lekcję w szkole w zastępstwie za nieobecną nauczycielkę.
- Henry Rackmeyer, powiedz nam, co jest ważne.
- Ostatni promień słońca w ciemny dzień, każda nuta melodii i zapach szyjki niemowlęcia, pod warunkiem że mama codziennie je myje – odpowiedział Henry.
- Bardzo dobrze – pochwalił go Stuart. – To są faktycznie ważne rzeczy. Ale o czymś zapomniałeś. Mary Bendix, o czym zapomniał Henry?
- O lodach z polewą czekoladową – rzuciła szybko Mary.
- Właśnie – przytaknął Stuart. – Lody są niezmiernie ważne (s. 122).
Elwyn Brooks White
Stuart, podobnie jak Pajęczyna Charlotty, podkreśla znaczenie przyjaźni – uratowany niegdyś z opresji przez uczynnego ptaszka Margalo, po zniknięciu przyjaciela zdeterminowany Stuart rusza na jego poszukiwanie. I tylko szkoda, że nie dowiadujemy się ostatecznie, czy odnajduje ptaszka – ale może nie cel się liczy, lecz sama obfitująca w przygody (także miłosne) droga?

Najpiękniejsza nauka płynąca z opowieści White’a jest taka, że warto czasem spojrzeć pod nogi lub na zapomniany kąt stodoły. Że odrażający pająk potrafi zadziwić świat i ocalić przyjaciela, najsłabsza świnka w miocie może zdobyć nagrodę na jarmarku, a maleńki myszoczłowiek jest kimś więcej niż tylko zabawnym kuriozum. To przesłanie, a do tego wciągająca akcja i przepiękne ilustracje – te wydania prezentują się naprawdę wspaniale! – sprawiają, że Pajęczyna Charlotty i Stuart Malutki to świetny wybór na prezent dla małego człowieka. I nie tylko dla małego, bo w końcu każdy czasem potrzebuje odrobiny czytelniczego wytchnienia :).

***
E.B. White, Pajęczyna Charlotty, ilustracje: Garth Williams, tłum. Maria Jaszczurowska, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.
E.B. White, Stuart Malutki, ilustracje: Garth Williams, tłum. Maria Jaszczurowska, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

Fotografie:
[1],[2],[3] Zdjęcie własne
[4] White Literary LLC / Wikimedia Commons