sobota, 29 października 2016

Polityka, Holokaust i kobiecość – Festiwal Conrada 2016, dzień 3. i 4.


Festiwal trwa. Trzeci dzień był jeszcze mocno burzliwy, stopniowo jednak emocje opadają, robi się spokojniej i... literacko, po prostu. Zapraszam na drugą część relacji.  

Spotkanie z rodziną Peszków

Jaką rodziną są Peszkowie? Szczerość do bólu, dobre i złe emocje, wybuchowe momenty, zwłaszcza, kiedy sobie popiją, a popić lubią. „Normalna polska rodzina” – z uśmiechem stwierdziła na wstępie Marysia. „Udało nam się osiągnąć status przyjaźni” – powiedział z kolei jej ojciec, przyznając równocześnie, że miłość to już dla niego problem, bo miłość to coś, co przemija.

W trakcie spotkania rodzina Peszków opowiadała o tym, jak dochodziła do tego, co ma dziś. Jak wszyscy nawzajem uczyli się siebie. Ze strony ojca pojawił się szacunek i wyrozumiałość, ze strony syna – dystans, odejście od lekko bałwochwalczego stosunku do rodzica, z kolei córka porzuciła aktorstwo na rzecz muzyki, aby mieć własny świat i „nie zamordować swojego ojca na scenie”.

Przyjemnie się ich słuchało. Bo miałam wrażenie, że to również dla nich ważna rozmowa. Że nie tylko dla publiczności, ale z własnej potrzeby, szczerze, analizują swoje wzajemne relacje, wspominają zarówno to, co było dobre jak i to, co było złe.

Poznaliśmy też kilka rozczulających historii. Jak to Marysia „za złotówkę” czytała Błażejowi jego lektury, ale bywała też do tego zmuszana, bo kiedy rodzice wychodzili, brat straszył ją w nocy. Jak pewnego razu Jan zastał 5-letniego Błażeja szlochającego na sedesie, i kiedy zapytał go, co się stało, usłyszał: „Tatusiu, czy ja muszę umrzeć?”. Wyznali też, że co dwa lata spędzają razem Święta. I dzieci, „już pod pięćdziesiątkę”, ale są oburzone, kiedy rodzice sugerują, że mogliby gdzieś wyjechać.

Niestety tym razem siedziałam dość daleko ;).
Mowa była też o płycie Jezus Maria, którą ojciec i brat wokalistki z początku mocno krytykowali, obawiając się, jaki będzie jej odbiór w konserwatywnej Polsce. I nie bez przyczyny – Marysia przyznała, że dostawała listy z pogróżkami, a jeden człowiek w galerii („Nie mówiłam ci tego, żebyś się nie martwił” – rzuciła w kierunku ojca) popchnął ją.

Jan Peszek powiedział wtedy, że dobrze, że go wtedy nie było, bo zabiłby tego człowieka. I właśnie te słowa spotkały się z silną krytyką jednej ze słuchaczek, kiedy przyszedł czas na pytania od publiczności. Oburzona pani zarzuciła mu, że jest takim samym frustratem jak hejterzy, których krytykuje, skoro mówi coś podobnego. Na tym jednak nie koniec – słuchaczka rozkręciła się i zaczęła komentować twórczość Marysi, nie unikając mocnych słów („Mam panią w dupie!”), zarzucając jej, że sprofanowała jeden z najpiękniejszych fragmentów Biblii, Pieśń nad pieśniami (tymczasem zdanie, o które jej chodziło, „Pan jest pasterzem moim” nie pochodzi oczywiście z Pieśni nad pieśniami) i pytając napastliwie: „Jeśli pani nie wierzy w Boga, to w co pani wierzy?”. Oczywiście, każdy ma prawo do własnego zdania, ale ten atak był zdecydowanie za ostry i przeczył wartościom, jakich oburzona pani zdawała się bronić.

Dla równowagi pojawiło się później kilka bardzo pozytywnych głosów. „Jestem fanem państwa twórczości” – stwierdził dumnie jeden ze słuchaczy i przez kilka minut rozpływał się nad wspaniałością dokonań artystycznej rodziny. Starszy pan, którego widzę na niemal każdym spotkaniu, powiedział, wywołując salwy śmiechu i brawa: „Dzisiaj czuję na tej scenie radość życia”. I dodał, że brakuje nam dziś takiej cywilnej odwagi. Za odwagę mówienia o swoim ateizmie podziękowała Marysi również inna słuchaczka. „Sama jestem ateistką, ale wszyscy w naszym kraju automatycznie zakładają, że jest inaczej; czuję się z tym jak przedstawicielka mniejszości etnicznej” – wyznała. Kolejna pani broniła Jana Peszka za jego skrytykowane wcześniej słowa: „Sama jestem matką i gdyby ktoś skrzywdził moje młode, zrobiłabym dokładnie to samo”.

Na koniec pojawił się wątek umierania za idee, którego Marysia jest zdecydowaną przeciwniczką, jako osoba kochająca życie i uznająca je za najwyższą wartość. Jak jednak powiedział jej ojciec: „Oczywiście, nie wiemy, jak byśmy się zachowywali, gdybyśmy żyli w czasach, kiedy ludzie byli zmuszeni biegać po kanałach. Pewnie byśmy biegali. Ale teraz trzeba żyć”.

Spotkanie z Eustachym Rylskim

W Polsce pisarze mają zbyt mało do powiedzenia w temacie polityki – stwierdził już na wstępie Eustachy Rylski. Kiedy któryś próbuje zabrać głos w tym temacie, jest to u nas traktowane jako rodzaj ekstrawagancji, podczas gdy na Zachodzie, w państwach dojrzałej demokracji, artyści mieli i mają aktywny wkład w sprawowanie rządów. De Gaulle, Llosa, Havel, Churchill – wymieniał przykłady. Jego zdaniem również w Polsce potrzebny jest rząd intelektualistów.

Nawet Rosja liczy się z pisarzami, choć oczywiście tutaj pisarze wywierają często wpływ negatywny (vide: Sołżenicyn, który zdeprawował Putina). Zdaniem Rylskiego nie ma wątpliwości, że wielu wielkich rosyjskich prozaików, gdyby żyło dziś, poparłoby aneksję Krymu. W Rosji jednak ten ścisły związek między polityką a literaturą wynika jednak z tego, że cała Rosja zanurzona jest w literaturze – stwierdził pisarz, i na dowód przytoczył historię, jak to podczas pewnego zakrapianego spotkania z Rosjanami, rozmowa zeszła na ich ulubiony temat – kobiety; nie kobiety z krwi i kości jednak, ale te z literatury…

Z czasem festiwalowa dyskusja zeszła na polską politykę. Rylski mówił o swoim niejednoznacznym statusie jako pisarza – dla lewicy dziwadła, dla prawicy „swojego człowieka”. Ma zresztą sporo przyjaciół z kręgów prawicowych, choć zupełnie nie zgadza się z nimi w kwestiach politycznych – uważa, że ich projekt na państwo jest katastrofalny i nikt, niezależnie od tego czy wierzący czy nie, nie powinien się na niego godzić.

Mówił również o podziale mentalnym, klasowym w Polsce i zastanawiał się, czy Polska da się namówić na wojnę domową (bo takich, którzy do niej namawiają, nie brak). Stwierdził, że Jarosław Kaczyński byłby „bardzo interesującą postacią literacką”, i opowiedział o nim – moim zdaniem bardzo niesmaczny – polityczny żart. Poruszył też temat Unii Europejskiej, która jest jego zdaniem jednym z najpiękniejszych i najpotężniejszych tworów w historii, i wyraził się dość dosadnie: „Trzeba być ostatnim skurwysynem, żeby pytać, czy Unia ma sens”. Na szczęście, kiedy mimo wszystko jeden ze słuchaczy postawił to pytanie, wymieniając liczne problemy gospodarcze państw Unii, pisarz odbył z nim krótką, ale bardzo rzeczową, inteligentną dyskusję.

Poglądy polityczne Rylskiego i jego sposób wypowiadania się o polskim rządzie bardzo nie przypadł do gustu jednej ze słuchaczek (tej samej, która wcześniej tak mocno atakowała Marysię Peszek). Stwierdziła, że skoro festiwal przynajmniej częściowo finansowany jest przez Ministerstwo Kultury, gość nie powinien wyrażać się o rządzących w ten sposób. Tak bezsensowna uwaga moim zdaniem w ogóle nie wymagała komentarza – zwłaszcza że już wcześniej Rylski mówił o tym, że każdy pisarz, choć przyjął demokrację i zgadza się z jej zasadami, ma prawo mówić i pisać o tym, co mu się nie podoba. Pisarz odparł jednak, że skoro tak, to przed każdą imprezą, w której bierze udział, musiałby sprawdzić sponsora, aby przypadkiem nie powiedzieć czegoś złego na jego temat.

Na koniec wypłynął temat Kościoła. Lekko zamarłam, ale na szczęście na napastliwą wypowiedź jednego ze słuchaczy Rylski odpowiedział – po raz kolejny – w sposób bardzo wyważony. „Jestem starym klerykałem” – wyznał, i stwierdził, że mimo wszystko mamy wielu naprawdę dobrych duchownych. Dla przykładu przytoczył historię, w której główną rolę odegrał arcybiskup Życiński – kiedy Rylski i jego żona zadzwonili do kurii w sprawie ociemniałej kobiety, która skarżyła się, że odkąd jest biedna, żaden ksiądz nie przychodzi do niej po kolędzie, Życiński osobiście zajął się tą sprawą, odwiedził kobietę i zapewnił, że jej dom nie będzie już więcej pomijany.

Ludzie z prowincji. Dyskusja z udziałem Radki Franczak, Andrzeja Muszyńskiego i Macieja Płazy

Trójka polskich pisarzy opowiadała w trakcie tego spotkania o tym, czym jest dla nich prowincja. Szybko dało się dostrzec różnice w pojmowaniu tego pojęcia przez poszczególnych uczestników rozmowy. Maciej Płaza uważa, że prowincja niesłusznie kojarzy się źle, a on osobiście jest dumny ze swojego prowincjonalnego pochodzenia, miasta zaś nie zna i nie rozumie. „Prowincjonalność jest pewną wartością” – powiedział. Z kolei Radka Franczak stwierdziła, że dla niej prowincja jest pewnym stanem umysłu, czymś zamkniętym i niechętnym zmianom, dlatego ona niekiedy wstydzi się, że wywodzi się z niewielkiego Słupska.

Rozmówcy zgodzili się jednak, że określenie „prowincja” jest bardzo względne – co innego będzie się bowiem w nim zawierało, jeśli naszym punktem odniesienia będzie Warszawa, a co innego – jeśli Nowy Jork. Względne jest również stosowane jako przeciwieństwo słowo „centrum”. „Mieszkałam w Warszawie, teraz mieszkam w Berlinie, jestem w ścisłym kontakcie z Nowym Jorkiem, ale moim osobistym centrum wciąż pozostaje Słupsk” – przyznała Radka Franczak.

W trakcie spotkania prowadząca Katarzyna Trzeciak przeczytała fragment powieści Franczak, w którym pojawia się „prowincjonalny”, zakorzeniony nawet po wyjeździe z rodzinnych stron, szacunek do chleba. Maciej Płaza stwierdził przy tej okazji, że opozycja prowincjonalność – centralność działa również w czasie, prowincjonalność jest bowiem utożsamiana z tradycją (szacunek do chleba, powiązany również – jak zauważył Muszyński – z pracą, w tym pracą na roli), centralność zaś – z nowoczesnością (duże supermarkety, towary ze sklepowych półek).

Poruszony został również temat wspólnotowości na prowincji. Płaza potwierdził, że ponieważ w małych miejscowościach ludzi jest mniej, relacje rzeczywiście są wyraźniejsze (co nie znaczy, że silniejsze). Andrzej Muszyński z kolei zauważył, że ta prowincjonalna wspólnotowość nie jest wcale tak silna, jak na przykład więzi, których doświadczył w środowisku emigracyjnym w Wielkiej Brytanii, te mają bowiem silne fundamenty – takie jak wspomnienia, praca.

Prowadząca zadała w pewnym momencie pytanie, czy trzeba wyjechać z prowincji, aby o niej pisać. Po krótkim zastanowieniu jednak goście doszli do wniosku, że nie. Choć bowiem oni sami wyjechali, to znaleźli kilka przykładów doskonałych pisarzy z prowincji, którzy na niej pozostali. Maciej Płaza stwierdził jednak, że takich pisarzy jest na pewno mniej.

Kiedy jedna ze słuchaczek zaczęła analizować twórczość trójki gości i mówić o tym, że zaliczyłaby ją raczej do nurtu wiejskiego niż prowincjonalnego, Andrzej Muszyński rozłożył ręce: „Cieszę się, że nie jestem krytykiem literackim, bo nie potrafiłbym się poruszać w tych definicjach i problemach. Zostawiam to innym, czym jest moja książka”. Słowa te dowcipnie skomentował Płaza: „Czyli, jak to pisał Tuwim, znasz się na literaturze jak ptak na ornitologii?”. Po czym dodał przekornie, że wiedza literaturoznawcza to trochę sztuka dla sztuki – nie jest nikomu na nic potrzebna. Przy czym, jak zastrzegł, mówi to z sympatią, sam w końcu jest literaturoznawcą.

W odpowiedzi na kolejne pytanie goście przyjrzeli się trochę głębiej kwestii wstydu, towarzyszącego prowincjonalnemu pochodzeniu. Właśnie wtedy Maciej Płaza dumnie zadeklarował, że on niczego się nie wstydzi, Radka Franczak zaś wyznała, że ona odczuwa wstyd – związany z narzucanym przez prowincję życiem według pewnego schematu, który dotyka być może bardziej kobiety niż mężczyzn. Andrzej Muszyński natomiast wstydzi się raczej rzeczy obiektywnych – na przykład tego, że jego sąsiad wyrzuca śmieci na pole.

Pod koniec spotkania Muszyński wypowiedział bodaj najpiękniejsze zdanie całego spotkania: „Prowincja to jest tam, gdzie widać gwiazdy nad głową”. Cytuję je jako ładne zamknięcie tej części relacji.

Spotkanie z Gézą Röhrigiem

Węgierski pisarz opowiadał w trakcie tego spotkania o niełatwych tematach. Zaczął od historii o swoim dzieciństwie, spędzonym najpierw w domu dziecka, skąd uciekał w poszukiwaniu własnej przestrzeni na grób ojca, później zaś – w domu przybranych rodziców, gdzie mieszkał w dawnym pomieszczeniu dla służby.

Później mowa była o czasach komunizmu na Węgrzech i o tym, że po przyjeździe do Polski w latach 80. wystarczyły mu trzy sekundy, żeby stwierdzić, że to o wiele lepsze miejsce niż Budapeszt, gdzie wtedy mieszkał. Działalność w opozycji nie wydawała się tu czymś tak smutnym i żałobnym jak w jego ojczyźnie i samizdat działał o wiele prężniej. To właśnie wizyta w Polsce, na festiwalu Marchewka, uświadomiła mu, że można angażować się politycznie i grać przy tym dobrą muzykę – inną niż prymitywne kompozycje, które prezentował on ze swoimi przyjaciółmi z zespołu Huckleberry :).

Zapytany o swój debiut poetycki pisarz odpowiedział, że wiedział, że będzie to porażka, ale uparł się przy wierszach. Porównał to do historii swojego kolegi, który ożenił się z pewną kobietą, mówiąc, że wytrzyma z nią najwyżej cztery lata, dłużej się nie da – ale mimo to brnął w małżeństwo, wiedział bowiem, że te cztery lata są tego warte.

W opowieściach gościa pojawiła się również postać dziadka, niezwykle dla niego istotna. To właśnie jego imię przyjął pisarz podczas swojej ceremonii obrzezania, już po wyjeździe do Izraela. To z dziadkiem mały Géza odbywał pierwsze rozmowy o Bogu, niełatwe zresztą, bo na pytanie, czy wierzy, dziadek odpowiadał hasłami w stylu: „Bóg nie musi istnieć po to, żeby być”. „Dziś wiem, że chciał mnie w ten sposób chronić” – stwierdził pisarz, czasy bowiem nie sprzyjały wierzącym. To dziadek również opowiedział mu o holokauście (za co zresztą później go przepraszał).

Wiele uwagi gość poświęcił opisywaniu swoich doświadczeń z wizyt w Auschwitz. Jak stwierdził, już jadąc tam czuł, że będzie to miejsce, które odmieni jego los. Wkrótce poczuł uzdrawiającą moc dawnego obozu. Wynajął w Oświęcimiu pokój, wyłączył telefon, zerwał łączność ze światem, i przez wiele dni codziennie przychodził tam rano i wychodził późnym popołudniem. Poczuł, że właśnie tam, nigdzie indziej, powinien być. I cieszył się, że to miejsce przetrwało, aby zaświadczyć o cierpieniu ludzi, którzy tam żyli i umierali.

W pytaniach od publiczności pojawił się wątek głośnego filmu Syn Szawła, w którym Géza Röhrig zagrał główną rolę. Słuchacz był ciekaw, w jaki sposób gość radził sobie z emocjami, jakie towarzyszyć musiały mu przy realizacji tego obrazu. Pisarz odparł, że jego receptą było bieganie – biegał aż do upadłego, po czym dzwonił po żonę, aby po niego przyjechała. I dodał, że nie możemy zatracać się w tych uczuciach, musimy nad nimi panować i musimy wracać mimo wszystko do Auschwitz, jesteśmy bowiem winni tamtym ludziom pamięć.

To nie jest kraj dla starej prozy. Dyskusja z udziałem Sofiji Andruchowycz, Marii Nikitiuk, Natalki Śniadanko i Haśki Szyjan

Choć zapowiedziano obecność czterech pisarek, na scenie pojawiły się tylko trzy – nieobecna była Marysia Nikitiuk. Na wstępie prowadząca spotkanie Iryna Vikyrczak wyjaśniła, dlaczego zostało w ten sposób zatytułowane – to nie nawiązanie do powieści Cormaca McCarthy’ego, ale do rosyjskiej bajki To nie jest las dla starych wilków. Następnie zapytała zaproszone pisarki, co sądzą o współczesnej literaturze ukraińskiej i jak ich zdaniem prezentuje się ona na tle innych literatur na świecie.

Haśka Szyjan wyraziła przekonanie, że nowa proza ukraińska nie odbiega od poziomu światowego, dotyczy także kontekstu społecznego aktualnego na całym świecie. Natalka Śniadanko dodała, że kultura ukraińska rozwija się wręcz szybciej niż inne, ze względu na brak ciągłości jej rozwoju – obecnie nadrabia zaległości z okresu, kiedy znajdowała się w strefie wpływów Rosji. Praktycznie z dnia na dzień powstają zupełnie nowe literackie obszary – literatura dziecięca, literatura tworzona przez kobiety, literatura komentująca politykę…

Prowadząca zapytała również o to, gdzie leży granica między starą a nową literaturą ukraińską, i przyznała, że dla niej był to moment, gdy po latach szkolnego czytania ukraińskich klasyków uświadomiła sobie, że nie wszyscy ukraińscy pisarze są martwi. Natalka Śniadanko stwierdziła, że stało się to, gdy literatura ukraińska wyszła z getta – kiedy wydawcy, utrzymujący się z pirackich tłumaczeń klasyki i odmawiający wydawania młodej prozy, „bo nikt tego nie będzie czytał”, przekonali się do nowości i zaczęli je publikować. Dziś wydawanie młodej prozy stało się procesem komercyjnym, biznesowym (o czym pisarka mówiła z zadowoleniem – co jest moim zdaniem ciekawe, biorąc pod uwagę dyskusje trwające obecnie w Polsce, i chyba nie tylko w Polsce).

Sofija Andruchowycz wyznała natomiast, że ona bardzo lubi określenie „stara” – kojarzy jej się z czymś pięknym, z tradycją. Nie zamierza więc deprecjonować starszej literatury ukraińskiej, ale uważa, że literatura powinna być przede wszystkim bardzo różna. Haśka Szyjan dodała, że piękne w dzisiejszej ukraińskiej kulturze jest to, że jest żywa.

Autorki mówiły również o tym, co jest w ich książkach uniwersalne, a co wymaga odpowiedniego kontekstu. Andruchowycz stwierdziła, że w swojej najnowszej powieści Felix Austria, choć jej akcja osadzona jest w czasach Cesarstwa Austro-Węgierskiego, porusza kwestie uniwersalne – zależności łączących ludzi oraz budowania iluzji. „Zmieniają się czasy i technologie, ale ludzie nie” – powiedziała pisarka. Również Haśka Szyjan przyznała, że stara się pisać o problemach uniwersalnych, jak w swojej debiutanckiej powieści Hunt, Doctor, Hunt! (niestety jeszcze nie przetłumaczonej na język polski) – historii Brazylijczyka Spirydona, który trafił na Ukrainę.

Natalka Śniadanko stwierdziła z kolei, że u niej jest trochę inaczej – że opisywane przez nią problemy mają pewien kontekst lokalny, znany jednak na przykład czytelnikom polskim (jak choćby świadomość człowieka migrującego). Pewne cechy z pewnością łączą jej twórczość – i wielu innych twórców ukraińskich – z prozą francuską czy niemiecką, ale ma ona również swoje cechy indywidualne, niepowtarzalne.

Poruszony został również temat inności – element wspólny dla twórczości zaproszonych pisarek. Haśka Szyjan, nawiązując do historii opowiedzianej w swojej książce, zasygnalizowała, że inność w Ukrainie Zachodniej wciąż jest jeszcze problemem. Sofija Andruchowycz zauważyła, że inność powinna nie tylko być akceptowana, ale i przez każdego w sobie rozwijana, ponieważ wspólnota potrafi dokonać wielkich i dobrych rzeczy (jako przykład podała Majdan), ale też wiele razy w historii wyrządziła ludzkości wielkie krzywdy i wykrzywiła poglądy jednostek.

Iryna Vikyrczak wspomniała, że leciała kiedyś samolotem z Oksaną Zabużko i rozmawiały o pewnym kanonie współczesnej literatury ukraińskiej – stereotypowym jej obrazie w oczach wydawców z Zachodu, według którego ma ona mieć nostalgiczny, galicyjski charakter. Natalka Śniadanko stwierdziła, że to cechy dość typowe dla literatury z Ukrainy Zachodniej (którą zresztą reprezentowały wszystkie obecne pisarki), ale ten kanon oczywiście nie jest do końca prawdziwy, powstaje bowiem wiele różnych, oryginalnych utworów.

Przy okazji pytania jednej z autorek wypłynął również temat literatury faktu na Ukrainie. Autorki zgodnie stwierdziły, że nie jest ona specjalnie rozwinięta i nie ma walorów literackich – powstaje na szybko i służy tylko odnotowaniu faktów. Wciąż brakuje również ukraińskiej publicystyki twórczej.

W odpowiedzi na pytanie o kobiety i kobiecą perspektywę w literaturze ukraińskiej Sofija Andruchowycz wspomniała swoją powieść Siomga (którą czytałam w ramach przygotowań do Festiwalu Conrada i która bardzo mi się podobała). Opisywała w niej traumy związane z okresem dojrzewania, opierając się, jak się dowiedziałam, w dużej mierze na własnych doświadczeniach – nie było więc to dla niej łatwe. Książka została przyjęta dosyć ostro, pewnie za sprawą kontrowersyjnej tematyki i odważnych opisów, co sprawiło, że autorka nieco zamknęła się w sobie, odwagi do pisania dodały jej jednak na nowo pozytywne głosy czytelniczek, które dziękowały jej za tę powieść, która dotyka ich własnych przeżyć. Dodatkową osłodą była z pewnością opowieść Natalki Śniadanko – jak pewnego razu siedziała w kolejce do lekarza, czytając Siomgę, a kiedy zobaczyła to lekarka, powiedziała: „O, Andruchowycz! Moja ulubiona pisarka!” i wpuściła ją do gabinetu bez kolejki :).

Ostatecznie jednak debata trochę mnie rozczarowała. Dowiedziałam się z niej kilku rzeczy na temat nowej literatury ukraińskiej, w rozmowie zabrakło mi jednak konkretów, smaczków, ciekawostek na temat zaproszonych autorek i ich książek. Może niepotrzebnie się na to nastawiałam, w końcu temat spotkania od początku sugerował, o czym będzie mowa. Mimo wszystko jednak czuję pewien niedosyt.

Po spotkaniu miałam okazję krótko porozmawiać z autorkami. Najbardziej sympatyczne wrażenie wywarła na mnie Sofija – skromna, urocza dziewczyna, która na moje pytanie odpowiedziała krótko i z lekkim zakłopotaniem. Najbardziej pewna siebie spośród nich wydawała się Haśka Szyjan, za to Natalka Śniadanko sprawiała wrażenie autorki o największym autorytecie.

W kolejnej, ostatniej już części relacji opowiem Wam między innymi o spotkaniu z Richardem Flanaganem (które już za mną; jaki z tego Flanagana przemiły, uśmiechnięty człowiek!) oraz z Eleanor Catton (które jeszcze przede mną – dziś o 19:30), a także o kilku innych, ciekawych rozmowach. Wypatrujcie!

środa, 26 października 2016

Autostop, Dylan i skanseny – Festiwal Conrada 2016, dzień 1. i 2.

Uf… Po pierwszych dwóch dniach muszę powiedzieć, że jest naprawdę intensywnie! Literacko, ale i gęsto od emocji. Poniżej – jak zwykle nieprzyzwoicie długa – relacja z pierwszych dwóch dni Festiwalu Conrada. Smacznego!

Spotkanie z Ryszardem Koziołkiem

Michał Paweł Markowski przedstawił Ryszarda Koziołka jako „człowieka, który wyciągnął z lamusa pozytywizm”. Profesor stwierdził, że jego romans z pozytywizmem nie ma charakteru „misyjnego” (może tylko lekko „ekshumacyjny – gdybym ja tego nie czytał, nikt by tego nie czytał”, dodał z uśmiechem), ceni przede wszystkim pozytywistów za dwie rzeczy. Po pierwsze – za to, że rozpoznali literaturę jako narzędzie interwencji społecznej; po drugie – za to, że trafnie odgadli, że podstawowym rywalem literatury stanie się gazeta, czy też, szerzej ujmując – informacja.

Wyznał też, za co tak bardzo lubi Sienkiewicza – za to mianowicie, że należy do pisarzy, którzy „mówią mniej niż wiedzą”. Niektórzy niesłusznie próbują zrobić z nich „głupków”, ale oni doskonale zdają sobie sprawę z tego, że życie jest bardziej skomplikowane, po prostu trzymają się swojej wizji literatury. Sienkiewicz i jego odbiór przez czytelników stał się zresztą przyczyną drobnej sprzeczki między prowadzącym a gościem – prof. Markowski upierał się, że jest naprawdę mało czytelników, którzy są w stanie świadomie, ze znajomością archetypów, czytać Sienkiewicza, na co prof. Koziołek zarzucił mu, że jest protekcjonalny i że nie trzeba być profesorem od literatury, aby czytać w sposób myślący.

Wdzięcznym tematem do dyskusji okazał się również… Szczepan Twardoch. Panowie rozmawiali o wizerunku tego pisarza, częściowo sprzecznym. Raz bowiem Twardoch pisze, że „przemoc nie płynie w jego krwi”, kiedy indziej natomiast mówi o „zwierzęcej przyjemności zwycięstwa” i przyznaje się do zamiłowania do brutalnych sportów. Na pytanie Markowskiego, czy to ten sam Twardoch, prof. Koziołek odpowiedział rozbrajająco: „Może pisze po to, żeby nikogo nie bić”.

Mowa była także o tajemniczym organie, który zanika osobom nieczytającym. Koziołek wyjaśnił, że to po prostu organ do myślenia. Jeśli przestajemy myśleć o tym, co poznane, tracimy również z oczu horyzont przyszłości. A to jest już niebezpieczne, podobnie jak opieranie się na reprodukcji nawyków; tymczasem literatura ćwiczy nas w myśleniu o tym, czego nie wiemy, „zasiewa w nas coś, czego w nas nie ma”.

Były i momenty mniej poważne – gość przyznał, że bardziej niż w trakcie lektury Wojny i pokoju płacze oglądając Piękną i Bestię, kiedy opada ostatni płatek róży :).

Podczas pytań od publiczności jedna z osób nawiązała do tego, co mówił prof. Koziołek o Prouście i Mannie – jak trudno jest dziś przekonać kogoś do tego, aby przeczytał W poszukiwaniu straconego czasu lub Czarodziejską górę, biorąc pod uwagę, że każdej z nich poświęcić trzeba dobre kilka lub kilkanaście tygodni. Słuchacz poprosił w takim razie gościa, aby zareklamował jakoś wszystkim tych wymagających klasyków, na co profesor przywołał swoją niedawną myśl – że każdy uniwersytet powinien być jak czarodziejska góra, pozwalając przez kilka lat nieśpiesznie myśleć i mówić, a nie, jak jest dziś, wypuszczać studentów na rynek pracy niczym produkty. I to była ładna puenta na koniec spotkania.

Spotkanie z Andrzejem Stasiukiem

Niezwykle barwna była również rozmowa z Andrzejem Stasiukiem, podczas której autor uroczo przekomarzał się z prowadzącym, Aleksandrem Nawareckim. Kiedy moderator, rozochocony wcześniej informacją o przewidzianej w trakcie Festiwalu nagrodzie dla najlepszych prowadzących, zaczął w pewnym momencie przepraszać Stasiuka, że rozmawia z nim, patrząc w kartkę z cytatami, pisarz odpalił: „Jak pan będzie przepraszał, to na pewno nie dostanie pan tej nagrody”.

Wszystko zaczęło się zresztą od drobnej prowokacji – Nawarecki przywołał cytat Stasiuka, że „jego serce najbardziej nie bije w Krakowie”, na co pisarz odparł dowcipnie, że skąd!, on bardzo lubi Kraków, jedyne takie miejsce, gdzie samochody zamiast jechać... stoją. Później mowa była o jeżdżeniu autostopem, gość opowiadał o tym, że to lekcja pokory, że wiąże się to z upokorzeniem, ale również cudownym doświadczeniem przypadkowości – bo nie wiadomo, dokąd trafisz, wszystko zależy od kierowcy. Pisarz stwierdził też, że dziś już nie podróżuje w ten sposób, ale chętnie zabiera autostopowiczów, szukając tych podróżniczych „brudów”, smrodu przepoconych skarpetek. Chociaż, dodał, „jak czterech łysych stoi w nocy przy drodze”, to się jednak nie zatrzymuje. Gdy ma zły humor – też nie.

Komentując cytat z książki Michała Książka, Stasiuk stwierdził, że jeżdżenie stopem to nie tylko poświęcenie ze strony autostopowicza, ale również ze strony kierowcy – na przykład jego stopowicze muszą się pogodzić z tym, że on słucha w aucie Radia Maryja (co naprawdę robi, bo lubi), on za to cierpliwie tłumaczy im, kim był Bob Dylan i że pisał przez całe życie o tym, co oni teraz robią.

Dopytywany przez moderatora, pisarz opowiadał o historii swojego podróżowania, o tym, jak w młodości jeździł wyłącznie po Polsce, która mimo to, za sprawą „gówniarskiej wyobraźni”, wydawała mu się ogromna, o tym, że z czasem zaczyna się to zdradzać i jeździć własnym samochodem, bo tak jest wygodniej, a zresztą w pewnym wieku człowiek stopując zaczyna się czuć głupio („Co temu dziadkowi się dzieje? Może pogotowie potrzebne?”). Mimo to jeszcze mając 42-43 lata jeździł z żoną, Moniką Sznajderman, stopem po Rumunii.

Mowa była także o granicach – o tym, że to europejska fikcja, że zniknęły, bo przecież cały świat jest nimi poprzecinany, i że ich trudne przekraczanie, jak dawniej, z budkami i celnikami, jest na swój sposób piękne. Po czym rozmowa przeszła na temat Bałkanów oraz zwyczajów tamtejszych kierowców, którzy sikają na swoje koła. Czy to dla nich jakiś rodzaj rytuału? „To temat na wielki projekt antropologiczny”, stwierdził pisarz. Duże rozbawienie wywołał też wątek krowich kup przylepionych do podwozia po jeździe bałkańską drogą, które to kupy Stasiuk przyrównał do… proustowskich magdalenek :).

Na pytanie zaś, dlaczego nie pisze o jeździe na rowerze, skoro to tak lubi, autor odparł, że nie lubi „gangów rowerowych”, z ich filozofią „Pieszych trzeba skasować” oraz ich zamiłowaniem do obcisłych strojów :). Wreszcie – przyszedł czas na literackie inspiracje. Prowadzący zasugerował trzy nazwiska: Nowakowski, Stachura i Haupt. Stasiuk odparł, że Nowakowski to całkowite pudło, bo nie czytał żadnej jego książki, Stachura – niezbyt, za to Haupt – bardzo. Prócz tego oczywiście Dylan („Cieszę się z tego Nobla, prawie jakbym sam go dostał”), a na sugestię pani z widowni – tak, również Bobkowski.

Stasiuk mówił też o swojej najnowszej książce, Osiołkiem, która ma premierę dokładnie dziś. Zdradził, że na przekór tytułowi jest to opowieść o „samochodach, które jadą przez Rosję”. Oraz że to książka „wesoła”, popadająca trochę w liryzm, „ale jaja są”.

Pod koniec pisarz zademonstrował swój brak zainteresowania psychologią i portretami ludzi („Powiem pani szczerze: ludzie mnie mało interesują. Sorry, ludzie!”), i dodał, że dla niego ciekawsza niż psychologia jest „zmysłowość świata”. Poza tym zdradził, że chciałby napisać książkę o tym, jak umierała jego mama – i wyznał, że wracając do Warszawy, kładzie się na łóżku, na którym umarła, nie czując strachu.

Pytanie o media społecznościowe zbył prostym: „Nie mam, nie wiem, jak to działa, i bez tego mam tylu kumpli, że nie wyrabiam się, żeby się z nimi spotykać”. Zapytany natomiast o to, czy będzie jeszcze jeździł i pisał o Rumunii, Albanii i Macedonii, zupełnie innych już dziś, odpowiedział, że „ni hu hu, nie pojadę już do Macedonii!”, i stwierdził, że „faceci zdradzają” (na co rezolutna pani słuchaczka odparła, że „niektórzy jednak są wierni”, więc może jednak tam wróci…). Wszystko zakończyło się wspomnieniem „starego Janika”, który całe życie jeździł na rowerze, a w latach 70. był w stanie sam wejść na słup elektryczny. Zacne zakończenie zacnego spotkania!

Spotkanie z członkami grupy OuLiPo

Równie ciekawie było na rozmowie z trzema przedstawicielami grupy OuLiPo – Marcelem Bénabou, Frédérikiem Forte i Ianem Monkiem. Jak dowiedzieliśmy się od dyrektora programowego Festiwalu Conrada, Grzegorza Jankowicza, data spotkania nie była przypadkiem – wszak 25 października 2016 to dokładnie trzy lata po wydaniu po francusku pewnej publikacji, zainspirowanej nowelą Podróż zimowa Georgesa Pereca. Już na samym początku zostaliśmy również uprzedzeni, że w trakcie wydarzenia czeka nas pewna niespodzianka… Ale o tym na razie cicho sza.

Wspomniana nowela Pereca, powstała w roku 1979, była głównym tematem spotkania. Autor opisuje w niej historię młodego literaturoznawcy Vincenta Degraëla, który podczas wakacyjnej wizyty u przyjaciela natyka się na tomik autorstwa nieznanego mu poety, Hugo Verniera. Zaczyna go czytać i stwierdza, zniesmaczony, że to jeden wielki plagiat z najwybitniejszych XIX-wiecznych twórców francuskich, z Verlainem i Rimbaudem na czele. Kiedy jednak okazuje się, że rok wydania tomiku to 1864, Degraël uświadamia sobie, że trzyma w rękach książkę-źródło, z której bez skrupułów czerpali najwybitniejsi… Cenne znalezisko ginie jednak w wojennej zawierusze, i wiele następnych lat nieszczęsny Degraël spędza na jego bezowocnych poszukiwaniach.

Zainspirowani opowieścią Pereca, członkowie OuLiPo zaczęli spisywać własne historie, oparte na podobnym schemacie fabularnym i motywie zaginionego arcydzieła. Tak powstała Podróż wczorajsza, Podróż Hitlera i… jeszcze 19 innych opowiadań, które zebrane zostały w jednym tomie. To właśnie on został opublikowany 25 października 2013, a obecnie, dzięki wydawnictwu Lokator, jest również dostępny w polskim tłumaczeniu.

Goście w najlepsze rozprawiali o tym, że każdy następny utwór jest po części krytyką poprzedniego, że w ten sposób powstaje pewien ciąg polemiczny, oraz o pojęciu „plagiatu przez antycypację”, którym to okrzyknięte zostało przez oulipijczyków niezwykłe dzieło Verniera opisane przez Pereca. Wtem pojawił się znów dyrektor Jankowicz w gustownych, kolorowych rękawiczkach, dzierżąc tajemniczą paczuszkę. Po wyznaniu, że nigdy wcześniej przemawiając do widowni na Festiwalu Conrada tak się nie denerwował, wyciągnął i zaprezentował cienką książeczkę, która okazała się być legendarnym dziełem Verniera, odnalezionym przez ekspertów Festiwalu Conrada :). Rok wydania – 1864, autor i tytuł się zgadza, układ typograficzny charakterystyczny dla tomików powstających w tym czasie we Francji… Czyli – mityczne arcydzieło naprawdę istnieje!

Odkrycie wywołało u gości w pierwszym momencie szok, a następnie – skrajne emocje. Ian Monk stwierdził, że to przekreśla całą ich twórczość, łącznie z tomem opowiadań zainspirowanych Podróżą zimową, który, jak sugerował, należałoby od razu zniszczyć, ale Bénabou uznał, że odkryty tomik Verniera może być cennym materiałem do porównań… Na koniec Grzegorz Jankowicz przekazał niezwykłe znalezisko członkom OuLiPo :).

Tak wygląda odnalezione arcydzieło :).
Dzięki uprzejmości wydawnictwa Lokator, 100 egzemplarzy tomu opowiadań zainspirowanych utworem Pereca (na szczęście nikt nie uskutecznił planu ich zniszczenia) trafiło w ręce słuchaczy. Wystarczyło odpowiedzieć na pytanie, jak nazywa się zespół muzyczny, w którym gra Frédéric Forte :).

Spotkanie z Idą Linde

Na festiwalowe spotkania lubię chodzić także wtedy, kiedy zupełnie nie znam twórczości autora. Liczę wtedy na to, że wypadnie na tyle ciekawie, że będę chciała zacząć go czytać. W przypadku Idy Linde tak właśnie się stało – choć zaczęło się niespecjalnie porywająco, od rozmowy o mniej lub bardziej znanych poetkach, z czasem szwedzka pisarka zaczęła opowiadać więcej o sobie i zrobiło się naprawdę ciekawie.

Najbardziej urzekła mnie jej opowieść przywołana w odpowiedzi na pytanie, co widziała pod powiekami jako mała dziewczynka. „Konie” – odpowiedziała pisarka i wyznała, że jako dziecko marzyła o jeździe konnej, ze względów finansowych rodzice nie byli jednak w stanie zrealizować tego jej marzenia. Jeździła więc konno w swoich fantazjach. Zwykła jazda samochodem stawała się w ten sposób przygodą – podczas wjeżdżania na most wyobrażała sobie, że siedzi na koniu i pokonuje właśnie przeszkodę. Kiedy później napisała utwór o koniu, który odmawia przeskoczenia przeszkody, ludzie zajmujący się jazdą konną nie mogli uwierzyć, że pisarka nigdy nie siedziała na koniu – tak przekonująco opisała to doświadczenie.

Zapytana o to, dlaczego w swoich utworach zawsze pisze o pewnych peryferiach, nigdy o centrum – czy jest to jakiś symboliczny powrót do dzieciństwa, czy po prostu centrum jest dla niej mniej interesujące – odparła, że „centrum jest tam, gdzie w danym momencie się znajdujemy”. I dodała, że ta sceneria nie ma nic wspólnego z wracaniem do dzieciństwa, był to bowiem dla niej nieszczęśliwy okres i nie chciałaby powrotu. „Błogosławieństwem jest dla mnie bycie osobą dorosłą” – wyznała.

Przy okazji stwierdzenia, że twórczość Idy Linde przybiera coraz bardziej polityczny charakter, Justyna Czechowska zapytała o funkcje, jakie zdaniem pisarki spełniać powinna literatura w najbliższej przyszłości. Odpowiedź brzmiała: pozwalać spoglądać na świat z wielu różnych perspektyw. Zapytana o jej doświadczenia jako tłumaczki Linde odparła, że to trochę katowanie siebie – tym, że „to nie ja coś tak świetnego napisałam”. Równocześnie przyznała, że to doskonała lekcja pisania. 

Na koniec zaś podzieliła się swoimi refleksjami na temat tegorocznej Literackiej Nagrody Nobla – zastrzegając, że pewnie wielu osobom się narazi, stwierdziła, że w przypadku Boba Dylana tekst jest nierozłączny z muzyką, wyróżnienie powinno więc raczej trafić do kogoś, kto skupia się tylko na słowie pisanym. Dodała, że chciałaby, aby był to ktoś jej nieznany, kto ją zaintryguje i wprowadzi w nowy świat.

Spotkanie oceniam bardzo pozytywnie, szkoda tylko, że słabo radził sobie na nim tłumacz. Nie znam szwedzkiego, nie potrafię więc stwierdzić, na ile dokładne było jego tłumaczenie – moje ucho ścisłowca wyłapało tylko, że pominął w pewnym momencie nazwę „ciąg Fibonacciego”, zapewne słysząc o nim po raz pierwszy – ale kilkukrotnie musiał prosić o pomoc prowadzącą spotkanie tłumaczkę Idy Linde, lub bywał wprost przez nią poprawiany. Trema?

W Polsce, czyli gdzie? Dyskusja z udziałem Dominiki Kozłowskiej, Michała Łuczewskiego, Włodzimierza Nowaka i Ziemowita Szczerka

Oj, na tym spotkaniu naprawdę iskrzyło! Można jednak było się tego spodziewać – w końcu to nie nowość, że kwestia polskości budzi duże emocje… Częściowo potwierdziło się w ten sposób również to, co powiedziała prowadząca Agata Bielik-Robson – że w jednolitej na pozór polskiej wspólnocie rozbrzmiewa coraz głośniej pewien spór, wynikający z kryzysu tożsamości.

Kontrowersje wzbudziła wypowiedź Michała Łuczewskiego, który stwierdził, że Polska „to prowincja, ale piękna prowincja” i choć nie mamy kapitału politycznego ani finansowego, mamy bogaty kapitał kulturowy. Jego zdaniem najmocniej czuć to w Krakowie, do którego ma duży szacunek, ponieważ tutaj właśnie przez wiele lat krzewił kulturę późniejszy papież Karol Wojtyła. Dodał też, że kulturową siłę Polski odczuwa wyraźnie podczas wizyt w krakowskich kościołach.

Prowadząca delikatnie zakwestionowała tę tezę, sugerując, że nasz kapitał kulturowy nie jest aż tak silny, skoro wciąż nie potrafimy przepracować kwestii naszej tożsamości i historii. W sposób bardziej zdecydowany skrytykował myśl Łuczewskiego Ziemowit Szczerek. Stwierdził, że pan Michał mówi chyba wyłącznie o swoich własnych emocjach, większość Polaków nie podziela jednak zachwytu towarzyszącego mu podczas wizyt w krakowskich kościołach. Swoje trzy grosze dorzucił Włodzimierz Nowak, stwierdzając, że musimy otworzyć się na nową opowieść, zamiast zamykać się w konserwatywnych, kościelnych, krakowskich klimatach. Uporządkować naszą przeszłość, opowiedzieć Polskę w nowy sposób.

Burzliwie zrobiło się, kiedy padło słowo „skansen”. Szczerek zasugerował, że Michał Łuczewski i podobni mu ludzie chcieliby zamknąć Polskę w micie jej romantycznej prowincjonalności, tworząc coś w rodzaju skansenu. Łuczewski odebrał to jako określenie obraźliwe, o czym świadczy jego komentarz, że „lubi takie mocne słowa”. I „odgryzł się” opowieścią o pewnej sztuce Josepha Conrada, w zakończeniu której bohater mówi: „Umieram za idee, których nienawidzę”. „Choć była to sztuka o Meksyku, możemy ją równie dobrze przenieść na polski grunt – tutaj też są tacy ludzie, którzy, jak pan Ziemowit, buntują się przeciwko polskim tradycjom i wartościom, ale później i tak za nie umierają” – powiedział Łuczewski.

Szczerek, mocno już zdenerwowany, odpowiedział, że on osobiście afirmuje polskość, za co krytykują go czasem środowiska lewicowe, ale nie uznaje potrzeby tego rodzaju „służby na kolanach”. Później głos zabrała Dominika Kozłowska, dyplomatycznie mówiąc o biedzie, która łączy zarówno środowiska lewicowe, jak i prawicowe, faktem jest jednak, że całe spotkanie zdominował wyraźny konflikt poglądów między Michałem Łuczewskim a Ziemowitem Szczerkiem, i na tym tle pozostała dwójka rozmówców wypadła jednak dosyć blado (co zresztą zauważył sam Nowak, stwierdzając, że „właściwie nie brał udziału w tej dyskusji”).

Niespokojnie było też podczas dyskusji z udziałem publiczności – jeden z panów po tym, jak skrytykował całe towarzystwo za brak wzajemnego szacunku i zwykłej ludzkiej dobroci, zaczął się dość niegrzecznie wcinać w wypowiedzi gości, krzycząc głośno „Proszę nie być złośliwym!”. Na koniec, za sprawą pytania zadanego przez jedną ze słuchaczek, dyskusja zaczęła niebezpiecznie schodzić na temat aborcji. Czas zaplanowany na spotkanie dobiegł jednak końca – i chyba dobrze. Atmosfera zrobiła się bowiem naprawdę gęsta.

Spotkanie z Michelem Faberem

Prowadząca Olga Szmidt otworzyła spotkanie pytaniem, czy Michel Faber kiedykolwiek jeździł autostopem. Oczywiście ze względu na powieść Pod skórą – w której ten sposób podróżowania pojawia się, ale w nieco bardziej „drapieżnej” odsłonie, jako sposób zdobywania ludzkiego mięsa na pożywienie.

Pisarz odpowiedział, że owszem, wiele razy zdarzyło mu się jeździć autostopem, nigdy jednak nie znalazł się w sytuacji zagrożenia. Został za to pewnego razu zabrany przez niezwykłą starszą panią – i tę osobistą historię postanowił opowiedzieć na dobry początek spotkania. Wracał ze Szkocji do Londynu, był akurat w Walii, późny wieczór, ciemność. Pomyślał, że utknął na dobre, kiedy nagle zatrzymał się przy nim samochód prowadzony przez bardzo drobną, szczupłą, „ptasią” damę. Po pół godziny zwyczajowej pogawędki, czując, że zdobył już jej zaufanie, postanowił spytać, dlaczego właściwie postanowiła go podwieźć – przecież są na odludziu, on jest duży i silny, ona maleńka i słaba, mógłby bez problemu połamać jej nadgarstki i odjechać jej samochodem. Odpowiedziała mu, że zdecydowała dawno temu, że nie będzie żyła w świecie, w którym cały czas się boi. Postanowiła po prostu zaufać ludziom.

„I think that woman’s crazy” – podsumował Faber, ale stwierdził, że to, co powiedziała mu tamta staruszka, miało ogromny wpływ na jego pisanie. To między innymi jej zawdzięcza ciepłe, ludzkie tony w swojej prozie. Również motyw zaufania stał się dla niego bardzo ważny – chętnie pisał zarówno o strasznych rzeczach, które dzieją się, gdy ludzie tracą do siebie zaufanie, ale i cudownych, gdy zostanie ono spełnione. Za esencję swojej prozy uważa słowa, które w Szkarłatnym płatku i białym wypowiada do pewnego wystraszonego dziecka Sugar: „Trust me”. Zaufaj mi.

Zapytany o to, czemu zapowiedział, że Księga Nowych Dziwnych Rzeczy będzie jego ostatnią książką dla dorosłych, Faber wyjaśnił, że czuł, że ma jeszcze w sobie dokładnie tyle opowieści, i nie chce już tworzyć kolejnych – nie czuje się zresztą profesjonalnym nowelistą, który regularnie publikuje kolejne książki. Poza tym coś zmieniło się w nim po tym, jak na raka zmarła jego żona (Eva – ta, której dedykowane są wszystkie jego powieści). To ona skłoniła go do tego, by po 25 latach pisania do szuflady zaczął wreszcie wysyłać swoje utwory wydawcom – jego uwagi, że książka nie musi być czytana, ma wartość sama w sobie, kwitowała dosadnym „Bullshit” :). Później zawsze go wspierała, każde jego dzieło w pewien sposób współtworzyli, dlatego nie sądzi, by było jeszcze możliwe, aby pisał dalej.

Dla dorosłych – dodał, i zdradził, że tworzy właśnie książkę dla dzieci. Nie chce oczywiście zabierać najmłodszych do tego „jądra ciemności”, o którym pisał w swoich powieściach (oraz niewydanym jeszcze po polsku tomiku poetyckim, Undying) – śmierć, nienawiść, korupcja, seks – ale zamierza stworzyć dla nich barwny, magiczny świat.

W trakcie spotkania Faber opowiedział sporo osobistych historii. Jedną z nich, dość niesamowitą, była ta, że przewidział śmierć Davida Bowiego – kiedy w 2014 zobaczył go na okładce czasopisma, dostrzegł na jego twarzy pierwsze ślady chemioterapii, te same, które widział wcześniej u swojej żony i innych pacjentów jej oddziału. Natychmiast skarcił sam siebie, ale jego podejrzenia wkrótce się potwierdziły.

Pisarz podzielił się też tym, jakich polskich twórców słucha (Czesława Niemena i zespołu SBB) i uważnie przysłuchiwał się wypowiedziom po polsku – pochwalił się m.in. znajomością słowa „samochód” :). Zdradził, jacy pisarze go inspirują (Vonnegut, Lewis – z którego Opowieści z Narnii silnie czerpie przy tworzeniu własnej książki dla dzieci, Zelazny), opowiedział o tym, czego nauczył go zawód pielęgniarza oraz wyznał, że jest teraz w nowym związku, z kobietą, która również utraciła kogoś, kogo bardzo kochała. Na pytanie o swoje pasje odpowiedział przekornie: „Po pierwsze – muzyka, po drugie – sztuki wizualne, po trzecie, daleko, daleko – literatura”.

Urocza była również końcówka spotkania. Zapytany o to, dlaczego wyjechał z Australii, odpowiedział, że jego żona zakochała się w pewnej farmie w Szkocji – a on kochał ją tak bardzo, że zgodziłby się nawet gdyby zażyczyła sobie przeprowadzki na Syberię. Jak do tej pory była to najpiękniejsza, najbardziej podtrzymująca na duchu rozmowa ze wszystkich, których miałam okazję wysłuchać na tegorocznym festiwalu, i cudownie osłodziła ona gorycz poprzedniej, buzującej negatywnymi emocjami dyskusji. Faber zaś okazał się nie tylko bardzo wszechstronnym, intrygującym pisarzem, ale również cudownym, ciepłym człowiekiem.

Festiwal trwa! Lekko opadam z sił, już zdrowie nie to co kiedyś, ale dzielnie będę relacjonować dalej. Do usłyszenia!

(A nowe miejsce festiwalu, Pałac Czeczotki, jest piękne!)

Fotografie: moje własne

piątek, 21 października 2016

Co na Conradzie? Edycja 2016.

Festiwal Conrada – to już za chwilę. Najbardziej intensywnemu literacko tygodniowi w roku, który zaczyna się w ten poniedziałek, przyświeca tym razem hasło… „Intensywność”. Które wydarzenia ja będę w tym roku wyjątkowo intensywnie przeżywać? Zobaczcie, i inspirujcie się!

Poniedziałek, 24.10, godz. 16:00, Pałac Czeczotki 
Na poboczu. Spotkanie z Andrzejem Stasiukiem

Nie miałam jeszcze okazji zobaczyć, posłuchać. A z książek znam na razie tylko dwie – Taksim i Jadąc do Babadag. Trochę mi się podobały, trochę nie, ale Stasiuk to chyba ciekawy człowiek. A wieczorem, oprócz tego, koncert „Stasiuk – Trzaska”.

Michel Faber
Wtorek, 25.10, godz. 20:00, Pałac Czeczotki 
Dziwne nowe rzeczy. Spotkanie z Michelem Faberem

Jego Szkarłatny płatek i biały chodził za mną od dobrych kilku lat. Kiedy usłyszałam, że Faber będzie na festiwalu, poleciałam wreszcie po tę książkę do biblioteki. Teraz czytam i się nią zachwycam. Ta proza naprawdę ma w sobie coś z Dickensa. Kogoś, kto tak pisze, trzeba posłuchać.

Czwartek, 27.10, godz. 20:00, Pałac Czeczotki 
To nie jest kraj dla starej prozy. Dyskusja z udziałem Sofiji Andruchowycz, Marii Nikitiuk, Natalki Śniadanko i Haśki Szyjan

O moim zachwycie młodą ukraińską prozą możecie przeczytać więcej tutaj. Książki Natalki Śniadanko i Sofii Andruchowycz bardzo mi się podobały, dlatego bardzo jestem ciekawa, co autorki będą miały do powiedzenia w trakcie czwartkowej debaty. One i ich koleżanki po piórze – Marysia Nikitiuk i Haśka Szyjan.

Richard Flanagan
Piątek, 28.10, godz. 18:00, Pałac Czeczotki 
Osadnicy. Spotkanie z Richardem Flanaganem

Do pisarstwa Flanagana mam stosunek jeszcze nie do końca sprecyzowany – momentami zachwyca, ale jednak wciąż są powody do marudzenia. Mimo to na pewno będę na spotkaniu z nim w piątek po południu. To w końcu literacka gwiazda światowego formatu, zdobywca Nagrody Bookera, na pewno warto więc go posłuchać. A na blogu możecie poczytać o moich wrażeniach z lektury Ścieżek Północy i Księgi ryb Williama Goulda.

Eleanor Catton
Sobota, 29.10, godz. 19:30, Pałac Czeczotki 
Lśnienie. Spotkanie z Eleanor Catton

A to już z kolei było wielkie czytelnicze oczarowanie. Wszystko, co lśni jest… olśniewające :). A Eleanor Catton imponuje mi na różne sposoby i należy do bardzo maleńkiego grona autorów, których przyjazdu do Polski wypatrywałam. Nie mogę sobie więc odmówić tego spotkania.

Sobota, 29.10, godz. 21:00, Pałac Czeczotki 
Dwa krańce języka. Spotkanie z Michaelem Cunninghamem i Richardem Flanaganem

Dwaj wielcy w duecie. Cunninghama jeszcze nie znam. Mam biblioteczne Godziny oraz Z ciała i z duszy, które planowałam przeczytać jeszcze przed festiwalem, ale nie zdążyłam – opowiem Wam więc o nich już po Conradzie. Bogata we wrażenia ze spotkania z autorem, które, mam nadzieję, dadzą mi nową, szerszą perspektywę.


Co poza tym? Bardzo ciekawe pasmo Przemysły książki, a w ramach niego – rozmowy z redaktorami, księgarzami i krytykami. Spotkanie z prof. Ryszardem Koziołkiem. Dyskusja o twórczości Josepha Rotha. Spotkanie z węgierską autorką Krisztiną Tóth, które prowadzić będzie Joanna Bator. Spotkania ze Szczepanem Twardochem, Filipem Springerem, Markiem Bieńczykiem. Dyskusja o przekładach Bułhakowa, o Afryce, o Izraelu, oraz późnowieczorne rozmowy z nominowanymi do Nagrody Conrada. Pasmo filmowe, czytania w kawiarniach... I cała masa wydarzeń dla dzieci, na które koniecznie zabierzcie swoje pociechy! Wszystkiego po trochu, dla każdego coś.

Dla mnie tak naprawdę wszystko na Conradzie jest ciekawe. I tak co roku. Najbardziej intensywny tydzień. Jeśli siły pozwolą, będę go dla Was relacjonowała na bieżąco, jak w poprzednich latach. To już za chwilę!

Ilustracje:
[1] Strony książki Natalki Śniadanko, Lubczyk na poddaszu, wyd. Biuro Literackie, Wrocław 2014 / zdjęcie własne,
[2], [3], [4] conradfestival.pl,
[5] Wydania specjalne „Tygodnika Powszechnego” poświęcone tegorocznemu Festiwalowi Conrada / zdjęcie własne. 

środa, 19 października 2016

Smaki i zapachy młodej ukraińskiej prozy – „Lubczyk na poddaszu” Natalki Śniadanko i „Siomga” Sofii Andruchowycz

Jednym ze spotkań w ramach tegorocznego Festiwalu Conrada ma być dyskusja o współczesnej ukraińskiej prozie. Wezmą w niej udział cztery młode pisarki – Natalka Śniadanko, Sofija Andruchowycz, Marysia Nikitiuk i Haśka Szyjan. W zapowiadającym tę debatę tekście w „Tygodniku Powszechnym” Iryna Vikyrchak pisze:
Nie jesteśmy postaciami z bajki, sielskim i agrarnym ludem nieustannie żyjącym w znoju, noszącym szarawary i kwietne wianki. Szanujemy narodową przeszłość, ale nie mamy ochoty na bezustanne rozmyślania i pielęgnowanie krzywd. Wyzwoliliśmy się i potrzebujemy książek współczesnych autorów, równie otwartych na świat jak my sami.
Czy to nie brzmi trochę jak i nasza, polska sytuacja? Tym ciekawiej będzie posłuchać, co na temat młodej ukraińskiej literatury mają do powiedzenia jej reprezentantki. A żeby dobrze się przygotować, sięgnęłam po książki dwóch z nich – tych, które były już tłumaczone na język polski – Śniadanko i Andruchowycz.

Lubczyk na poddaszu Natalki Śniadanko to oparta na bardzo ciekawym pomyśle opowieść o pewnym przeżywającym kryzys małżeństwie. Podczas wspólnej wycieczki Sarona trafia do tajemniczego hotelu. Jej mąż – jak wnioskujemy z kolejnych fragmentów – również znajduje się w podobnym miejscu, lecz innym niż Sarona. Pozostając przez kilka tygodni w całkowitym odosobnieniu i rozmawiając ze sobą tylko poprzez listy, muszą się nauczyć na nowo ze sobą być. Lakoniczne, oficjalne powiadomienia od zarządu hotelu mają im podpowiadać, czy zmierzają w dobrym kierunku. 

Sceneria i klimat trochę jak z filmu Lobster Jorgosa Lantimosa. Mimo jednak tej dziwacznej i nienaturalnej sytuacji, Sarona i Saron zaczynają ze sobą szczerze „rozmawiać”, przyznawać się do swoich win, zwierzać ze swoich lęków, dzielić się wspomnieniami. Mam wrażenie, że w ich korespondencję autorka wplotła wiele własnych przemyśleń i obserwacji (o których, mam nadzieję, wkrótce napiszę u siebie więcej), dlatego całość brzmi szczerze i przekonująco. Proza Śniadanko, choć trochę szorstka, momentami zaskakująca nieadekwatnym językiem, wymagająca oswojenia, intryguje jednak metaforami, prowokuje do rozmyślań. Smakuje na tyle nietypowo, że chce się więcej.

Oryginalna, choć bardziej dosłowna, jest również proza Sofii Andruchowycz. Czytając Siomgę przekonałam się jednak, że ta autorka jest przede wszystkim mistrzynią oddziaływania na zmysły. I nie chodzi tu tylko o erotykę, choć odgrywa ona rzeczywiście istotną rolę w tej książce. Opisy Andruchowycz sprawiają, że można poczuć, posmakować, zobaczyć. Z wielką przyjemnością łyka się jej piękne zdania, którymi opowiada o swoim (choć na ile można utożsamić autorkę z narratorką – sprawa dyskusyjna) dzieciństwie, spędzonym u boku zmęczonej własnym seksapilem kuzynki Hali, o zabawach w ogrodzie pobliskiego szpitala psychiatrycznego, o dorastaniu i pierwszych doświadczeniach seksualnych. 

A wszystko niczym klamra spaja motyw wąsatego podglądacza, który staje się pretekstem do zadawania ważnych pytań. Na przykład: czy żylibyśmy inaczej, wiedząc, że ktoś nas obserwuje? Zastanawiamy się nad tym, równocześnie stając po drugiej stronie barykady – wchodząc w tę intymną biografię autorki/narratorki, sami stajemy się podglądaczami.

Te dwie próbki młodej ukraińskiej prozy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Zgodnie z tym, co pisze Vikyrchak, jest w nich świeżość i moc, ostentacyjne odejście od historyczno-politycznej rzeczywistości i skupienie się na własnym ja oraz relacjach z najbliższymi. Zarówno Śniadanko, jak i Andruchowycz czyta się świetnie, dlatego chętnie posłucham ich – i ich ukraińskich koleżanek po fachu – na Festiwalu Conrada.

A debata o współczesnej ukraińskiej literaturze, zatytułowana „To nie jest kraj dla starej prozy”, odbędzie się w czwartek, 27 października, o godz. 20 w Pałacu Czeczotki. Polecam, zapraszam, i – mam nadzieję – do zobaczenia!

***
N. Śniadanko, Lubczyk na poddaszu, tłum. Ksenia Kaniewska, wyd. Biuro Literackie, Wrocław 2014.
S. Andruchowycz, Siomga, tłum. Michał Petryk, wyd. Czarne, Wołowiec 2009.

środa, 12 października 2016

Kwiatek od Bukowskiego – „Śmieję się z bogami. Rozmowy z Fernandą Pivano”, Charles Bukowski

W rozmowie z włoską pisarką i tłumaczką Fernandą Pivano Bukowski trochę gra. Drażni się z nią, pozuje na prostaka, lekko prowokuje. Jest tak, jak w jego książkach – trzeba czytać między wierszami, aby dowiedzieć się, jaki jest naprawdę. W przelotnych momentach szczerości kryje się prawda o smutnym człowieku, jakim był.

Pivano jedzie na rozmowę nie bez pewnych obaw. Spodziewa się opryskliwego mruka, dlatego jest zaskoczona wrażeniem, jakie wywiera na niej słynny już wtedy Bukowski. Maluje nam obraz przemiłego, cierpliwego człowieka. Dżentelmena, który całuje kobietę w rękę i obdarowuje ją kwiatkiem ze swojego ogrodu. Jak pisze Włoszka: „Podczas trzygodzinnego wywiadu ani przez chwilę nie okazał zmęczenia. Jeśli czymś go zirytowałam, to starannie ukrył to za uśmiechem. Ani razu nie podniósł głosu, ani się nie zniecierpliwił” (s. 14). 

A jaki jego obraz wyłania się z samej rozmowy?

Obraz autora, który nie miał – i nie chciał mieć – nic wspólnego z literackim środowiskiem. Ma kilku pisarskich idoli, ale o zdecydowanej większości współczesnych mu twórców wypowiada się z dezaprobatą. Są nudni, przewidywalni, w ich twórczości nie ma życia – to zarzuty, które powtarzają się jak refren. Nie oszczędza nawet tych, których ceni. Fante – genialny, ale zbyt normalny, Hemingway – wspaniała prostota, ale za dużo wojny, Miller – świetnie o seksie, ale za dużo filozofii. W pewnym momencie stwierdza nawet prowokacyjnie, że być może został pisarzem, ponieważ nie mógł znieść publikowanych autorów. „To było straszne tak siedzieć i nic nie robić, i pozwalać im wygrywać tą nudną nijakością” (s. 95) – mówi.

Obraz pisarza niezrozumianego. Któremu wielu ludzi przylepiło łatkę, i za tę łatkę go pokochało lub znienawidziło. A „wystarczy czytać moje książki” – mówi Bukowski, przyznając się do sporej dozy autobiografizmu w swoich dziełach. Z niezrozumieniem nie do końca potrafi się pogodzić – choć stwierdza buńczucznie, że zła opinia przysparza mu czytelników, z lekkim żalem komentuje wycelowane w niego ataki feministek: „Napisałem całkiem sporo opowiadań o miłości i to są prawdziwe opowiadania o miłości, po prostu. Ale one chyba tego nie czytają” (s. 27).

Obraz gościa, który niczego się nie wstydzi. Z równą swobodą mówi o swoich poglądach, wspomnieniach, przemyśleniach, jak i swoich przerośniętych jajach i zwyczajach związanych z wypróżnianiem. Przy tych szczególikach zwierzenia dotyczące jego rozkładu dnia i zwyczajów pisarskich to już pestka.

Obraz „prostego faceta” (choć nie do końca prawdziwy). Nie mam wzniosłych myśli, nie obchodzi mnie filozofia, nie znam się na słowach – powtarza. „Pisać prosto, a potem dalej upraszczać” – to jego dewiza. I dzięki temu, jak twierdzi, rozumieją go także ci, którzy żadnej poezji nie czytają. Bukowski próbuje też kreować się na „prostaka” uczuciowego, na kogoś, kogo nic nie obchodzi, nic go w życiu nie rusza. Ale nie do końca mu się to udaje. Czasem zdradza go obecna przy rozmowie Linda, czasem sam się zdradza. „Nie chcę robić z tego epopei” – wtrąca, opowiadając o tym, jak opiekował się chorującym kotem, ale my już wiemy, że ta nieczułość to poza.

Obraz wiecznego outsidera, wyrzutka z wyboru, rozczarowanego ludźmi i życiem. Człowieka, który często ma ochotę zamknąć się w domu i nie otwierać nikomu. Który nie może znieść banalności ludzkich rozmów. Który przez kilka lat próbował schować się przed światem w barze. Człowieka nieszczęśliwego, który stwierdza smutno: „Bardzo nieufnie podchodzę do kochania życia, bo jak je pokocham, może zrobić mnie w konia” (s. 38).

Ale też człowieka, który naprawdę uwielbia pisać. Dla którego pisanie stało się ucieczką od szarej monotonii codzienności, którego pisanie wyzwoliło. Spójrzcie tylko, jak o tym mówi: „Tak, ma pani rację, pisanie to żadna praca. I nie rozumiem ludzi, którzy mówią, że pisanie jest bolesne, bo to jest tak, jakby człowiek turlał się z górki. To jest wyzwalające, sprawia frajdę. To dar” (s. 39). W cytowanym na wstępie tego zbioru fragmencie listu do Johna Martina cieszy się, że nigdy nie rzucił pisania, że Słowo wciąż z niego wychodzi, jak dawniej, jak za młodu. Bogowie igrają z nim, a on z nimi. „Śmieję się z bogami”.

Charles Bukowski i Fernanda Pivano. Fot. Joe Wolberg
Nie przez cały wywiad jest jednak tak poważnie. Pasjonujące jest śledzenie relacji między Pivano a jej rozmówcą, te wszystkie przekomarzania, prowokacje… Zapytany o to, kiedy czuje się nieszczęśliwy, Bukowski wypala żartobliwie: „Kiedy udzielam wywiadów”. Włoszka nie pozostaje dłużna, nie daje się łatwo zbić z tropu, docieka śmiało: „A co pan robił, zanim zaczął się spotykać z kobietami? Spotykał się pan z chłopcami? Nigdy pan nie próbował?”. Licytują się, kto dłużej żył bez telewizora i nawiązują uroczą pogawędkę o starych samochodach, które „mają duszę”. Czuć wzajemną sympatię i szacunek, ale bez protekcjonalności (ze strony Bukowskiego) i czołobitności (ze strony Pivano).

W tomie znajdują się dwie rozmowy Pivano z Bukowskim, z roku 1980 i 1984 (zaraz po wydaniu Z szynką raz! – wspomnę przy okazji, że w tym wywiadzie pisarz m.in. rzuca stwierdzenie, które moim zdaniem wyjaśnia, skąd wziął tytuł tej powieści, na różne sposoby interpretowany; ja już wiem!). Całość wieńczy zbiór notatek Włoszki na temat Bukowskiego i jego twórczości, trochę chaotyczny, ale zawierający kilka trafnych diagnoz.

Na przykład odpowiedź na pytanie, skąd niesłabnąca popularność tego autora. Ta odpowiedź to: szczerość. Szczerość, z jaką pisze o potworności życia i z jaką mierzy się ze „zwykłym, codziennym szaleństwem”. I choć w tej rozmowie szczerości niekiedy próbował się wymykać, nie udało się, mamy go. Skrytego pod „maską klauna” faceta o smutnych oczach, który na pożegnanie uśmiecha się i mówi: „Proszę napisać coś miłego!”.


***
Ch. Bukowski, Śmieję się z bogami. Rozmowy z Fernandą Pivano, tłum. Krzysztof Filip Rudolf, wyd. Wydawnictwo w Podwórku, Gdańsk 2016.

Kochani! Jak mało kto lubię i wspieram małe wydawnictwa, dlatego polecam Waszej uwadze gdańskie Wydawnictwo w Podwórku. Istnieje od niedawna, ale ma już w ofercie kilka ciekawych, ambitnych pozycji. 

Ze swojej strony dziękuję za egzemplarz wywiadu z Bukowskim, dzięki któremu dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy o jednym z moich ulubionych pisarzy, i trzymam kciuki za dalszą działalność wydawniczą!

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne / tylna okładka książki
[2] zdjęcie własne / fotografia zamieszczona na str. 123 książki
[3] zdjęcie własne / fotografia zamieszczona na str. 20 i 21 książki
[4] okładka książki ze strony wydawnictwa / wpodworku.pl

poniedziałek, 10 października 2016

Śluz, łuska, paskudztwo, czyli prawda sztuki wg Flanagana
– „Księga ryb Williama Goulda”, Richard Flanagan

Powiem szczerze – mam z tą książką Flanagana problem. Krytycy rozpływają się nad intertekstualnością tej opowieści, nad nawiązaniami do wielkich nazwisk światowej literatury. Ale czy oprócz tych literackich zabaw ma ona dużo więcej do zaoferowania? Słowem, czy kmiotek nieoczytany, jak ja, który nie czytał Cervantesa (sic!), Borgesa i Calvino, ma się czym zachwycić?

Zaczyna się tak: drobny oszust Sid Hammet, żyjący ze sprzedaży podrabianych zabytkowych mebli, trafia do pewnego sklepu ze starzyzną i w stosie czasopism wewnątrz starej chłodziarki znajduje niezwykłą książkę. Bogata w ryciny przedstawiające tasmańskie ryby, emanuje tajemniczym fioletowym blaskiem i natychmiast budzi w nim dziwną fascynację (Ajvaz, tak bardzo Ajvaz!).

Z opowieści wynika, że jej autorem jest niejaki William Buelow Gould, skazaniec z kolonii karnej Sarah Island w dzisiejszej Tasmanii, a księga pochodzi z początku XIX wieku. Jedyną osobą, która wierzy w autentyczność tego znaleziska, jest jednak sam znalazca – eksperci utrzymują, że to zręczna mistyfikacja. Kiedy księga ginie w tajemniczych okolicznościach, opętany opowieścią, Sid postanawia ją odtworzyć. I tak przenosimy się w lata 20. XIX wieku, na tasmańską wyspę Sarah Island, gdzie włada obłąkany Komendant.

Podbita Tasmania jak powalone drzewo

William Gould to rodzaj alter ego Sida Hammeta – w miarę opowiadania obydwie postaci coraz bardziej zlewają się w jedno. Gould to także fałszerz i oszust, przez całe życie uciekający, ukrywający się pod przybranymi nazwiskami, ratujący się cudem z opresji dzięki swojemu talentowi malarskiemu. Zlecenie, które otrzymuje na Sarah Island od Lekarza, polegające na malowaniu wizerunków ryb z tasmańskiej zatoki, z początku także jest dla niego jedynie przepustką do przywilejów i wygodnego życia w kolonii. Z czasem przeradza się jednak w miłość, obsesję, misję – a malowane przez niego ryby zaczynają przypominać ludzi, których spotyka na swojej drodze.

Gould to bohater niejednoznaczny, nie jest tak świetlistą postacią jak choćby poświęcający się dla swoich podopiecznych i stający w ich obronie lekarz Dorrigo Evans ze Ścieżek Północy. Bohater Księgi ryb wprost przyznaje się do swoich grzechów, do swej niedoskonałości, tchórzostwa, interesowności, ale jednocześnie ma pewien szlachetny rys – mimo całego zła i bestialstwa, jakie zobaczył w swoim życiu, nadal jest wrażliwy na cierpienie innych ludzi i współczuje im.

Tak dochodzimy do jednego z najważniejszych tematów powieści, silnie obecnego też w nagrodzonych Bookerem Ścieżkach Północy. To próby zachowania ludzkiej godności w warunkach, które tej godności uwłaczają. I dotyczy to zarówno więźniów, jak i tubylców, niemiłosiernie gnębionych przez kolonizatorów. Flanagan drobiazgowo opisuje zarówno okrutne tortury, jakim poddawani są skazańcy, jak i akty bestialstwa na rdzennych mieszkańcach Ziemi Van Diemena – brutalne gwałty, pieczenie mięsa zamordowanych tubylców na rozpalonych przez nich ogniskach, zmuszanie ich do jedzenia części własnego ciała w ramach kary za ucieczkę.

Jak to u Flanagana, z dosadnymi, brutalnymi opisami sąsiadują tu poetyckie metafory. Obrazem podbitej przez kolonizatorów Tasmanii staje się zniszczone przez burzę drzewo eukaliptusa: 
„Wszędzie leżały szczątki, drzazgi, gałązki, wielkie konary i maleńkie wiórki, nie wiadomo więc dokładnie, jak naprawdę duży i piękny był kiedyś ten eukaliptus z Ziemi Van Diemena” (s. 79).

Niewola kłamstw vs. wyzwalająca prawda sztuki

Drugi ważny motyw Księgi ryb Williama Goulda, powiązany z tym pierwszym, to zniewolenie. Bohaterowie są zniewoleni na różne sposoby – więźniowie zostają dosłownie pozbawieni wolności, Komendant jest więźniem swoich obłąkanych wizji, Lekarz jest więźniem swojego pragnienia sławy w świecie naukowym. Z kolei Gould zostaje z jednej strony wraz z innymi skazańcami i tubylcami męczonymi na Sarah Island zniewolony przez zmyślenia Jorgena Jorgensena, które jako oficjalna dokumentacja mają przejść do historii i na zawsze utrwalić zakłamany obraz tego, co działo się w kolonii, a z drugiej – i to jest chyba najciekawszy motyw – zniewolony przez opowieść, którą snuje. W pewnym momencie odkrywa z przerażeniem, że wśród ksiąg wyniesionych z biblioteki Duńczyka znajduje się również jego, Goulda, własna opowieść, która zdaje się powstawać niezależnie od jego woli, determinując jego los.

Od zmyślonych opowieści i fałszowania obrazu rzeczywistości niedaleko do rozmyślań o prawdzie sztuki. Gould podkreśla wyższość dzieł brzydkich, ale prawdziwych w swej brzydocie, nad pięknymi fałszerstwami. Dlatego tak wielką miłością obdarza w końcu swoje ryby – namacalne, autentyczne, stające się też nośnikiem prawdy o ludziach, stanowiące tak silny kontrast dla malowanych na zlecenie pięknych wizerunków Komendanta czy tworzonych dla Pobjoya podróbek dzieł Constable’a. „Ryba to prawda” – pisze Gould. Jego rozważania na ten temat można chyba utożsamić z poglądami rozmiłowanego w odrażających opisach Flanagana na jego własne pisarstwo: 
„Z góry widać tylko ukształtowanie terenu, czyli kłamstwo, prawda natomiast nigdy nie jest daleko, ale przeciwnie, blisko, w piachu, w odpychających detalach, jak śluz, łuska, paskudztwo” (s. 102).

Tasmańska Wenecja

Posługując się motywem Komendanta i jego mrzonek autor krytykuje z kolei obłąkańcze, idealistyczne wizje, tak niebezpieczne w połączeniu z władzą. Zarządca Sarah Island przypomina trochę cara Piotra I, który w imię swojego chorego marzenia o Wenecji Północy (kolonia karna Komendanta zostaje zresztą też porównana do Wenecji, jako wzorca europejskiej architektonicznej doskonałości – znamienne!) poświęca życie tysięcy ludzi.
„Ogrom tej budowli zapierał dech w piersi, a czas jej wznoszenia oznaczał koszmarne cierpienie dla wszystkich pracujących przy niej robotników; setki więźniów zmarły, a tysiące odniosły rany i zostały okaleczone, gdy kuli żelazo, cięli i nosili drewno, wydobywali kamień, wykonywali różne prace murarskie albo stolarskie. Była to jednak makabra tak monstrualnych rozmiarów, że nie dało się nie odczuwać jakiegoś perwersyjnego zadziwienia tym, co powstawało w sercu naszej wyspiarskiej głuszy” (s. 193).

Nie jest przypadkiem, że panna Anne, której płomienne listy stają się główną inspiracją dla szalonego władcy Sarah Island, okazuje się ostatecznie nie tą osobą, za którą się podaje. To tylko podkreśla fałszywy ton i iluzoryczność wszystkich przedsięwzięć Komendanta.

Cierpiący więźniowie znajdują ukojenie w myśli o legendarnym buntowniku i wyzwolicielu – Matcie Bradym. Choć nikt nie wie, czy ta postać w ogóle istnieje, skazańcy wierzą, że wkrótce przyjdzie im na pomoc. To wyraźne nawiązanie do Jezusa Chrystusa pojawia się też w innych fragmentach – choćby w postaci samego motywu ryb, czy też w opisie prowadzenia Goulda na szubienicę („koronacja” wodorostami i ironiczne: „Hej, ho, królu Neptunie!”). To ostatnie sugeruje, że i on w pewien sposób jest zbawicielem, głosicielem prawdy objawionej.


„Opisywacz”, nie „opowiadacz”

Tyle o treści, przechodzę do formy. I zacznę od tego, co dobre. W prozie Flanagana są z pewnością przebłyski pisarskiego geniuszu. Choćby jego opisy postaci – iście dickensowskie. Jest w nich błyskotliwość, malowniczość, dowcip. Niektóre z nich tak mnie zachwyciły, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby dla Flanagana, gdyby od czasu do czasu porzucił ciężką historyczną tematykę i spróbował lżejszych, współczesnych, lekko satyrycznych klimatów.

Humor i dowcip z pewnością wyróżniają prozę tego autora, ale z drugiej strony, mam wrażenie, momentami przesadza on z groteską. Brakowało mi wyważenia – po kilku rozdziałach śmiertelnej powagi przychodzi jeden wręcz naszpikowany absurdalnymi scenkami (jak choćby ten, w którym Lekarz dokonuje niefortunnej samokastracji przy użyciu opuszczanego okna).

I trzecia rzecz – wspomniane połączenie dosadności, wulgarności wręcz, z poetyckością. Australijski autor w sposób lekko szokujący zestawia to co piękne i czyste z tym co przyziemne, brzydkie i plugawe, ze śmierdzącymi wydzielinami, rozjątrzonymi odbytami i gównem (które zresztą w jednej z ostatnich scen pojawia się w szlachetnej roli inkaustu). To chyba jeden z wyznaczników stylu australijskiego autora. Zasadniczo na plus, bo wywiera wstrząsające wrażenie, jakie ta lektura powinna wywrzeć, ale Flanagan przy tym często niebezpiecznie balansuje na granicy – to kiczu, to dobrego smaku.


„Każda pierś jest inna i każda przywołuje obraz jednocześnie absurdalny i piękny: są piersi ledwo widoczne, maleńkie wzgórki, niemal w całości złożone z aureoli i brodawek, jak gdyby sprowadzały całe swoje piękno do kształtu stożka; są piersi obfite, które aż się proszą, żeby gładzić je i obmacywać; są piersi przypominające psie sutki albo krowie wymiona, obdarzone niezaprzeczalnym ładunkiem erotyzmu; piersi, które chce się lizać i między które chce się wsuwać kutasa; piersi wydające się spoglądać w przeciwne strony niczym skłóceni małżonkowie” (s. 276).
Wreszcie – narracja, czyli to, do czego mam największe zastrzeżenia. Porwana, chaotyczna, nieuporządkowana, sprawia, że momentami Księgę ryb czyta się bardzo trudno. Skakanie w czasie i przestrzeni, żonglowanie postaciami pozbawionymi właściwie znaczenia, męczące dygresje („ W prostą drogę do celu wierzą tylko generałowie i woźnice dyliżansów pocztowych”)... Może to też element literackiej gry. Pewnie tak. Ale ja zdecydowanie wolę Flanagana statycznego – jako „opisywacza”, nie „opowiadacza”.

Odpowiadając na pytanie...

Żeby spiąć ten niemożliwie długi tekst ładną klamrą, na koniec wracam do literackich pokrewieństw i nawiązań. Najbardziej uderzająca była dla mnie zbieżność motywów z twórczością Michala Ajvaza, ale tu raczej nie ma mowy o świadomej inspiracji (Drugie miasto, choć powstałe jeszcze w latach 90., zostało przełożone na angielski osiem lat po wydaniu Księgi ryb, a o znajomość czeskiego oryginału Flanagana nie podejrzewam). Innych literackich tropów niestety docenić nie potrafię, bo ich nie dostrzegam. Czy jeśli u autora pojawia się kilka ładnych dickensowskich opisów, można mówić o nawiązaniach do Dickensa? Albo, skoro pojawia się trochę rubasznej erotyki i skatologicznych dowcipów, o nawiązaniach do Rabelais’go? Mam wątpliwości.

Ale, ale! Pisanie o książkach przynosi czasem różne ciekawe niespodzianki (co osobiście uwielbiam w tej zabawie). Bo oto, kiedy jeszcze zabierałam się do pisania recenzji, myślałam, że na pytanie zadane na wstępie, „Czy ta książka oprócz literackich zabaw ma dużo więcej do zaoferowania?”, odpowiem w tym tekście przecząco. Tymczasem wyszło na to, że jednak ma do zaoferowania całkiem sporo. Podsumowując więc: niełatwa i miejscami męcząca, ale jednak godna uwagi pozycja.




***
R. Flanagan, Księga ryb Williama Goulda, tłum. Maciej Świerkocki, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

Za podróż do XIX-wiecznej Tasmanii, do świata ludzi-ryb, dziękuję pani Marcie i Wydawnictwu Literackiemu.

Zapraszam też na spotkanie z Richardem Flanaganem w ramach Festiwalu Conrada. Piątek, 28 października, godz. 18:00, Pałac Czeczotki. Ja na pewno będę!

Fotografie:
[1] Motyw z okładki polskiego wydania Księgi ryb Williama Goulda, wyd. Wydawnictwo Literackie / www.wydawnictwoliterackie.pl
[2], [3], [4], [5] Zdjęcia własne / ilustracje do polskiego wydania książki
[6] Okładka polskiego wydania książki / www.wydawnictwoliterackie.pl