piątek, 30 grudnia 2016

W kleszczach sceptycyzmu – „Bez dogmatu”, Henryk Sienkiewicz

Analiza jest czymś podobnym do oskubywania kwiatu. Psuje się przez nią najczęściej piękność życia – a zatem i szczęście, czyli to, co jedynie ma sens” (s. 371).

Powieść psychologiczna Bez dogmatu, napisana przez Sienkiewicza w ramach odmiany po kilku latach pracy nad Trylogią, to dla mnie osiągnięcie wybitne. Przede wszystkim dlatego, że niepokoje głównego bohatera – inteligentna z bogatego domu, człowieka sceptycznego i niezdolnego do działania, postawy charakterystycznej dla czasów pisarzowi współczesnych – do dziś pozostają zaskakująco aktualne.

Zachwyt – tak krótko mogę podsumować moje wrażenia z tej lektury. Z lekkim zdziwieniem stwierdzam jednak, że niewielu współczesnych czytelników podziela mój entuzjazm. I niewielu jest takich, którzy, na wzór polskich dekadentów przełomu XIX i XX wieku, w targanym wątpliwościami Leonie Płoszowskim odnajdują samego siebie. Na głowę gagatka sypią się za to obelgi i dziś już biedny Leon zdaje się budzić wyłącznie płomienną nienawiść. Dlaczego?

W przeciwieństwie do większości osób sięgających dziś po Bez dogmatu, widzę w tej historii autentyczny dramat „cudownego dziecka”, które, rozpieszczone dostatkiem i powszechnym podziwem dla swoich zdolności, traci wolę działania i zdolność podejmowania decyzji. Za dużo myśli, za mało robi, sparaliżowane wątpliwościami i sceptycyzmem, nie jest w stanie w nic się zaangażować, żadnego życiowego projektu doprowadzić do skutku – i wcale nie jest mu z tym dobrze. „Ze wszystkich zadań życiowych nie rozwiązałem żadnego, jestem niczym” – pisze o sobie ten wyrośnięty mały geniusz, „geniusz bez teki”, doskonale świadomy własnych wad.

Henryk Sienkiewicz. Autor: Kazimierz Mordasewicz.
I dziś nie brak nam podobnych jemu. Może już nie ma bogatych arystokratów, „wymazujących z siedmiu dni tygodnia sześć powszednich”, ale są całe zastępy „cudownych dzieci”, inteligentnych, rokujących wielkie nadzieje, wychowywanych w poczuciu własnej wyjątkowości. W starciu z prawdziwym życiem okazuje się, że ich talenty i rozum niewiele są warte, nie potrafią wybrać swojej ścieżki ani się jej poświęcić, a bardziej przedsiębiorczy i zdolni do działania okazują się ich trójkowi koledzy ze szkoły.
„Byłem pierwszym uczniem, wodziłem więc rej w całej szkoły i nikomu nie przyszło do głowy spierać się ze mną o to stanowisko. Rosłem w mimowolnym przekonaniu, że i później, na szerszym polu, tak samo będzie. Przekonanie to dzielili nauczyciele i koledzy; tymczasem faktycznie tak jest, że wielu z moich towarzyszów szkolnych, którym do głowy nie przychodziło wówczas, żeby kiedykolwiek mogli współzawodniczyć ze mną, zajmuje dziś we Francji wybitne stanowiska, bądź na polu literackim, bądź naukowym, bądź politycznym, podczas gdy ja nie wybrałem sobie zawodu, a po prawdzie byłbym w kłopocie, gdyby mi kazano go wybrać” (s. 14).
Cudowne dzieci za wiele myślą, każde swoje posunięcie i decyzję skrzętnie analizują, aż w końcu wydaje im się bez sensu. I dotyczy to wszystkich sfer życia – tak drogi zawodowej, jak i wyboru towarzysza życia oraz małżeństwa, „bajecznego aktu wiary”, jak o nim pisze Leon. Głowa im puchnie od rozmyślań, podobnie jak bohater Sienkiewicza „stawiają znaki zapytania i filozofują tam, gdzie inni tylko kochają”. Boją się zobowiązań i zmian przyzwyczajeń, nie wiedzą, czego chcą, na nic nie mogą się zdecydować, niczemu nie potrafią się poświęcić. Wciąż zdaje im się, że „życie jest gdzie indziej”. W efekcie – kończą z niczym.

Muzyka i religia – wczoraj a dziś

Nie tylko zresztą postać Leona z jego wątpliwościami wydaje się pasować również do współczesnych nam czasów. Weźmy choćby takie słowa Leona na temat muzyki:
„Czy muzyka, dla której zrozumienia potrzeba być profesorem konserwatorium, od której nie mają klucza już nie tylko prostaczkowie, ale nawet ludzie rozwinięcie i poniekąd muzycznie wykształceni – jest tym, czym być powinna? Obawiam się, aby idąc tą drogą, muzycy nie wytworzyli z czasem kasty egipskich kapłanów, przechowujących wiedzę i piękność wyłącznie dla siebie” (s. 146).
Mam wrażenie, że wypowiedź tę można powtórzyć i dziś, rozszerzając ją na takie dziedziny jak film czy literatura. Nagromadzenie udziwnień, sztuczek i kalamburów, które mają pewnie z założenia stymulować widza, czytelnika czy słuchacza, często zaciemnia prawdziwy przekaz dzieła (o ile jakiś jest) i utrudnia jego odbiór, przez co staje się ono sztuką dla sztuki, pustą i bezużyteczną.

Także fragment dotyczący podejścia do religii brzmi jakoś dziwnie znajomo:
„Jeśli zaś chodzi o to, bym swoją zewnętrzną religijność usprawiedliwił mniej szlachetnymi a bardziej praktycznymi powodami – ach! mam ich mnóstwo. Oto, przywykłem od dzieciństwa; spełnianie pewnych przepisów stało się niemal we mnie nałogiem; oto, jak Henryk IV mówił, że Paryż wart jest mszy, tak ja mówię sobie: Spokój bliskich wart jest mszy; ludzie mojej sfery spełniają w ogóle obowiązki religijne, a moje sumienie czułoby się obowiązane do protestu tylko w takim razie, gdybym mógł sobie powiedzieć coś bardziej stanowczego niż: nie wiem. Oto, na koniec, chodzę do kościoła, bom jest sceptyk podniesiony do kwadratu, to się znaczy, że jestem sceptykiem nawet względem własnego sceptycyzmu” (s. 24).
Osobiste fatum

Duże wrażenie zrobiła na mnie ta historia, mająca w sobie coś z greckiej tragedii, w której trup ściele się gęsto, ale zamiast fatum jest to, co siedzi w głowie Leona – sceptycyzm i zwątpienie. To stąd wszystkie problemy; to jego wieczne „nie wiem”, to jego „nie umiem chcieć” kazało mu odtrącić kobietę, którą kochał, a później doprowadziło do innych tragicznych wydarzeń.

Fabuła powieści Sienkiewicza ma jednak moim zdaniem jeden słaby punkt. Anielka nie wydaje się typem, który wychodzi za mąż za niekochanego człowieka z rozpaczy. Zbyt jest na to rozważna i stateczna, zbyt dużą wagę przywiązuje do małżeństwa, i nawet jeśli w pierwszym porywie uczuć przyjęła oświadczyny Kromickiego, powinna się wycofać po wiadomości od Leona przekazanej przez Śniatyńskiego. I to wcale nie musiałoby oznaczać happy endu – sam Płoszowski przyznaje bowiem: „Gdyby wcale nie była wyszła za mąż… kto wie… wstyd mi wypowiedzieć tę myśl, a jednak, być może, żebym jej mniej pożądał” (s. 227).

Hultaj i łobuz – tak, ale (w to wierzę święcie!) nieszczęśliwy. „Dusza moja wlecze jedno skrzydło po ziemi” – pisze, i pisze szczerze. Boleśnie świadom swoich wad, zamknięty w klatce własnych psychicznych ograniczeń, stęskniony za prostotą nienaruszalnych zasad moralnych, spragniony „stałego miejsca zamieszkania” – tyle samo budzi we mnie niechęci, co współczucia.

 
***
H. Sienkiewicz, Bez dogmatu, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1963.

A tu ciekawostka – treść opublikowanej w „Przeglądzie Powszechnym” w roku 1890 recenzji Bez dogmatu autorstwa ks. M. Morawskiego. Z większością jego stwierdzeń kategorycznie się nie zgadzam :).

Zobaczcie też, co pisały o tej powieści Pyza i Tarnina w ramach Pikników z klasyką, oraz co sądzi o niej Marlow z Galerii Kongo. Wszyscy wykazują dla Leona zdecydowanie mniej zrozumienia niż ja :).

Fotografie:
[1], [3] Zdjęcie własne
[2] www.rempex.com.pl / Wikimedia Commons 

piątek, 23 grudnia 2016

Dickensowskich Świąt!

Pierwsza dostępna w powszechnej sprzedaży kartka świąteczna, zaprojektowana przez Johna Callcotta Horsleya na zlecenie Henry'ego Cole'a. Powstała w roku 1843 – a więc tym samym, w którym po raz pierwszy wydano Opowieść wigilijną. To właśnie z tej kartki pochodzi tak znana dziś forma życzeń świątecznych „Merry Christmas”.  
„Klimat miasta nie usposabiał bynajmniej wesoło, jednakże w powietrzu unosiło się coś tak radosnego, że najpiękniejszy dzień letni i najjaśniejsze letnie słońce na próżno starałyby się wytworzyć podobny nastrój” (s. 71).
Scrooge'a nawiedza duch Marleya.
Ilustracja autorstwa Johna Leecha
do pierwszego wydania Opowieści wigilijnej.
Czujecie? Tak, to już ten czas – za chwilę Boże Narodzenie. W tym roku z tej okazji postanowiłam przeczytać ponownie Opowieść wigilijną Dickensa, którą ostatni raz miałam w rękach jeszcze w szkole – zapewne przy okazji przedstawienia, w którym grałam Scrooge’a (wierzcie lub nie). Są tacy, którzy wracają do tego najsłynniejszego chyba utworku brytyjskiego prozaika rok w rok w Gwiazdkę, w mojej pamięci jednak magia tej opowieści trochę się już zatarła, i nie czułam potrzeby powrotu. Niesłusznie.

Opowieść (w wydaniu, które posiadam, tłumaczona po prostu jako Kolęda) jest bowiem wspaniałą próbką malowniczego i niezwykle klimatycznego pisania Dickensa. Fragment, w którym Scrooge’a nawiedza duch Marleya, czytany nocą, w łóżku, sama w mieszkaniu, autentycznie mnie przeraził, a z kolei opisy świątecznego rozgardiaszu i wesołych wigilijnych uczt, nawet w domach ubogich, promieniują aż miłością i ciepłem.
„Tymczasem zapadł już wieczór i śnieg zaczął sypać gęsty. A gdy Scrooge z duchem szli ulicami miasta, ogień huczący w kuchniach, salonach i najrozmaitszych innych pomieszczeniach rozświetlał mrok jasnością wprost cudowną. Tutaj w drgającym blasku kominka widać było ostatnie przygotowania do miłej świątecznej wieczerzy; już talerze grzały się przy ogniu, już za chwilę ciężkie czerwone kotary odgrodzić miały biesiadników od ciemności i zimna. Tam dzieci wybiegały na zaśnieżoną ulicę, aby przed innymi domownikami powitać zamężne swe siostry, braci z żonami, kuzynów, wujów i ciotki” (s. 88).
Duch Tegorocznego Bożego Narodzenia.
Ilustracja Johna Leecha do pierwszego
wydania Opowieści wigilijnej.
Oprócz znanej wszystkim Opowieści wigilijnej w tomiku, który czytałam, znalazł się utwór Świerszcz za kominem – urocze opowiadanie kreślące portret małżeństwa i domowego gniazda zbudowanego na wzajemnym zaufaniu, oddaniu, poczuciu bezpieczeństwa i przede wszystkim wielkiej miłości, dla której nie ma znaczenia różnica wieku czy odmienne osobowości. Z lekka wyidealizowane – tutaj nawet czarny charakter, bezduszny fabrykant, w kryzysowym momencie zaskakująco szybko przemienia się w poczciwego tatulka – ale jednak piękne, i choć nie rozgrywa się w scenerii bożonarodzeniowej, ma w sobie coś rodzinnie świątecznego, nie dziwię się więc, że znalazło się w tej publikacji wraz z Opowieścią.

W obydwu utworach pojawia się to, co w prozie Dickensa najbardziej urzeka – barwne postaci, z których każda ma jakiś swój charakterystyczny rys, humor, zwykle w postaci dowcipnych wtrąceń, oraz ten sympatyczny sposób snucia opowieści, w którym autor spoufala się z czytelnikiem i z własnymi bohaterami. Jakbyśmy wszyscy razem stali w jednym pokoju, a on szeptałby nam do ucha różne swoje uwagi, wskazując to na jedną, to na drugą postać. Swoich bohaterów autentycznie lubi, w swoich bohaterkach się kocha – to jest coś, czego nie czuć w takim stopniu u żadnego innego pisarza.

Pokrzepiłam się tą sowitą dawką świątecznego ciepła, a na koniec, gdy odmieniony sknera daje dowody uśpionej przed laty dobroci serca, uroniłam stosownie łzę. Bo rzeczywiście, choć często o tym zapominamy, goniąc za karpiem, łamiąc sobie głowę nad świątecznymi prezentami, lub z niechęcią myśląc o rodzinnych spotkaniach, jest coś magicznego i łączącego ludzi w świętach Bożego Narodzenia, coś, co czuję zawsze, gdy ktoś żegna mnie radosnym „Wesołych Świąt!”.

Dlatego też, Kochani, życzę Wam dużo miłości, ciepła i nadziei w tę Gwiazdkę. Nawet jeśli nie wszystko w życiu dobrze się układa, nawet jeśli mamy powody do smutku – to jednak cud, że jesteśmy, i że po raz kolejny możemy się cieszyć tym dniem, któremu nawet najpiękniejszy dzień letni nie jest w stanie dorównać. Wspaniałych Świąt!

A na koniec cytat – bo nie potrafiłabym tego tekstu zamknąć piękniej, niż swoje świąteczne opowiadanie zakończył Charles Dickens:
„Nie miał już nigdy więcej do czynienia z duchami, ale do końca życia zachowywał powściągliwość w jadle. Powiadano też o nim, że jak nikt umie święcić Boże Narodzenie. Oby to samo rzec było można o nas i o wszystkich ludziach. A na zakończenie powtórzę za Maleńkim Timem: niech nam Bóg błogosławi, każdemu z nas” (s. 139).

***
K. Dickens, Kolęda. Świerszcz za kominem, tłum. Krystyna Tarnowska, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 1988.

A książka trafiła w moje ręce dzięki Natannie z bloga Moje zaczytanie. Aniu, Tobie szczególnie życzę wesołych Świąt, bo dzięki książce od Ciebie moje stały się piękniejsze. Dziękuję!

Ilustracje:
[1] Sir Henry Cole / Wikimedia Commons,
[2], [3] Ch. Dickens, A Christmas Carol in proze Being a Ghost Story of Christmas, wyd. Chapman & Hall, Londyn 1843 / Wikimedia Commons,
[4] zdjęcie własne.

sobota, 17 grudnia 2016

W Krainie Czarów ze słownikiem
– „Alice’s Adventures in Wonderland”, Lewis Carroll

Ilustracja Johna Tenniela z pierwszego wydania Alicji w Krainie Czarów, 1890 r.
W wieku lat 28 po raz pierwszy zapuściłam się do Krainy Czarów. Poznałam wygadaną Alicję, Białego Królika, Kapelusznika, Kota z Cheshire i okrutną Królową. I tę sławną opowieść Lewisa Carrolla zaaplikowałam sobie w jej oryginalnym języku, po angielsku. Czy wyszło mi to na dobre? Trochę tak, trochę nie.

Lewis Carroll, ok. 1856.
Bo tak – z jednej strony prosty tekst i brak skomplikowanego słownictwa, jak przystało na literaturę dziecięcą. A ja miałam dodatkowe wsparcie, bo czytałam Alicję w wydaniu Wydawnictwa Ze słownikiem. Które, jak sama nazwa wskazuje, do książki dołącza słownik, a nawet trzy – w tym jeden w postaci trudniejszych słówek na marginesie. Prosty pomysł, a jakże wygodny, i aż dziwne, że nikt do tej pory na niego nie wpadł.

Drugi plus – to fakt, że miałam przed sobą wszystkie językowe gierki Lewisa Carrolla, jak na dłoni. A w ten sposób śledzenie rozmów Alicji ze stworzeniami z Krainy Czarów, najeżone zabawnymi pomyłkami, wynikającymi z podobieństwa brzmieniowego niektórych słów, lub wręcz ich identycznej formy, ale odmiennych znaczeń, było prawdziwą frajdą. Wiedziałam, dlaczego na wzmiankę o smutnej historii Myszy Alicja spojrzała na jej ogon, i dlaczego to takie zabawne, że według Gryfona podmorskie buty zbudowane są z „soles” i „eels”.

Z drugiej jednak strony – lektura po angielsku sprawiła, że utknęłam na poziomie baśni dla dzieci. I oczywiście nie jest to poziom zły, przeciwnie – opowieść Carrolla, barwna, pobudzająca wyobraźnię, fantastyczna, urzeka sama w sobie. Alicja jako główna bohaterka tej historii jest przeurocza – niczego się nie boi, a jej niewyparzony języczek stale nastręcza jej problemów. Galeria spotykanych przez nią w Krainie Czarów postaci budzi podziw dla nieposkromionej wyobraźni autora, a cała opowieść jest rozkosznie absurdalna. Kapelusznik, który rozmawia z Czasem, znikający Kot z Cheshire (w tłumaczeniu Elżbiety Tabakowskiej pojawia się ponoć jako Kot Znikot, ale nic mnie do tej wersji nie przekona; dla mnie pozostanie Kotem z Cheshire), taniec z homarami, dzieci, które zamieniają się w prosięta, gąsienica popalająca fajkę wodną… Jeden cud za drugim, zaiste (a w końcu Wonderland to dosłownie Kraina Cudów).

Ilustracja Arthura Rackhama, 1907 r.
W Alicji jednak, jak zauważył Maciej Słomczyński [1], kryją się tak naprawdę dwie książki – jedna dla dzieci, druga dla dorosłych. (I nie chodzi tu oczywiście o zarzucane Carrollowi przez nadgorliwych krytyków aluzje seksualne [2]). Oprócz „zwykłej” warstwy fabularnej roi się w niej od ukrytych sensów, aluzji i smaczków, które bez wsparcia tłumacza po prostu… umykają. Dogrzebałam się do nich już po lekturze, czytając opracowania. I choć aby wychwycić nawiązania do żyjących współcześnie Carrollowi postaci lub absurdów ówczesnego systemu edukacji potrzebne byłyby pewnie przypisy, to jednak w wielu innych przypadkach interpretacja tłumacza na pewno pomaga zrozumieć intencję autora.

Rozwiązanie? Czytać oryginał równocześnie z przekładem. I to nie jednym, a najlepiej kilkoma. I takie wyjście Wam sugeruję, ja również za jakiś czas tak zrobię. A sama wersja Wydawnictwa Ze słownikiem? Z czystym sumieniem polecam. Oprócz kilku słówek przetłumaczonych w nie do końca adekwatny sposób, opracowanie jest bardzo dobre, słowniczek na marginesie wygodny, a wszystkie słowa, których przy tekście brak, znaleźć można w jednym z dwóch pozostałych słowników.

Myślę, że fajnym kierunkiem rozwoju dla wydawnictwa byłoby opatrywanie jeszcze tekstu przypisami, które wyjaśniałyby gry słów oraz ujawniałyby aluzje i językowe smaczki. W ten sposób lektura byłaby bardziej pełna, zwłaszcza w przypadku takich dzieł jak Alicja. Ale to ewentualny pomysł na przyszłość.

***
L. Carroll, Alice’s Adventures in Wonderland, wyd. Wydawnictwo Ze słownikiem, Ruda Śląska 2016.

Za moje pierwsze spotkanie z Alicją, z przydatnym słownikiem pod ręką, dziękuję wydawnictwu Ze słownikiem.

Na koniec, nie mogę się powstrzymać, muszę podzielić się z Wami opinią sir Terry’ego Pratchetta na temat Alicji. Jak widać, mimo że książka zainspirowała niezliczoną rzeszę twórców – podobno nawet dla Beatlesów była jednym z najważniejszych źródeł inspiracji – nie wszyscy ją tak uwielbiali :).
„I didn't like the Alice books because I found them creepy and horribly unfunny in a nasty, plonking, Victorian way. Oh, here's Mr Christmas Pudding On Legs, hohohoho, here's a Caterpillar Smoking A Pipe, hohohoho. When I was a kid the books created in me about the same revulsion as you get when, aged seven, you're invited to kiss your great-grandmother” [3]

Źródła:
[1] https://pl.wikipedia.org/wiki/Alicja_w_Krainie_Czar%C3%B3w
[2] http://natemat.pl/21833,alicja-w-krainie-czarow-narkotyki-pedofilia-seks
[3] http://www.lspace.org/books/apf/words-from-the-master.html

Ilustracje:
[1] British Library / Wikimedia Commons
[2] National Portrait Gallery / Wikimedia Commons
[3] Wikimedia Commons
[4] zeslownikiem.pl

środa, 14 grudnia 2016

Sztuka i tajemnica, czyli jak upichcić bestseller – „Muza”, Jessie Burton

W swojej najnowszej powieści Jessie Burton stawia na te same elementy, które sprawdziły się w przypadku jej głośnego debiutu – Miniaturzystki. Jest tajemnica, element zaskoczenia, modny dziś temat dyskryminacji, historyczne tło… I choć Muza spełnia pewnie oczekiwania większości czytelników i ma duże szanse status bestsellera, to mnie jednak trochę rozczarowała.

Jessie Burton to przykład niezwykłej literackiej kariery – sensacją stała się jeszcze przed debiutem, kiedy na aukcji w trakcie Targów Książki w Londynie pomysł na jej pierwszą książkę wydzierało sobie kilkunastu wydawców. Nic więc dziwnego, że kiedy Miniaturzystka, bo o niej mowa, pojawiła się wreszcie na księgarnianych półkach, sprzedawała się jak ciepłe bułeczki.

Ja sama o książce pisałam z uznaniem, ale i ze świadomością pewnych niedoróbek. Jak najbardziej do wybaczenia; miałam nadzieję, że młoda autorka doszlifuje warsztat i rozwinie literacko skrzydła w swojej kolejnej powieści. Tymczasem nie do końca się tak stało, a ja po lekturze Muzy wciąż mam pewien niedosyt.

W swojej drugiej powieści Burton po raz kolejny przenosi czytelnika w czasie, tym razem jednak nie o kilka wieków, jak to było w Miniaturzystce, a zaledwie o kilkadziesiąt lat; akcja jednego z dwóch rozwijających się równolegle wątków rozgrywa się w Londynie lat 60. XX wieku, drugiego – w latach 30. w Andaluzji, w początkach hiszpańskiej wojny domowej. Elementem spajającym je jest tajemniczy obraz, którego historię stopniowo poznajemy.

Widać, że autorka poprzedziła pracę nad powieścią gruntownymi przygotowaniami – ładnie zarysowała realia czasów, o których pisze, zadbała również o historyczne szczegóły dotyczące wydarzeń w Andaluzji. W starannie skonstruowanej scenerii umiejscowiła dwie wciągające historie, których bohaterkami uczyniła młode kobiety, Odelle i Olivię, artystki, szukające własnej ścieżki twórczej i przeżywające pierwsze wielkie miłości.


Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że Muza to powieść bardzo „pod publikę”, niczym pisana według przepisu na bestseller. Tajemnicze dzieło, historia, sztuka, zwroty akcji, skrywane tożsamości, sekretne romanse… Do tego aktualny niestety również dziś, mimo że akcja rozgrywa się ponad pół wieku temu, temat wykluczenia ze względu na kolor skóry – pochodząca z Trynidadu Odelle w Londynie lat 60. jest traktowana z ironią lub nieskrywaną niechęcią. „Modny” temat dyskryminacji pojawia się zresztą również w Miniaturzystce; tam mieliśmy do czynienia z dyskryminacją ze względu na orientację seksualną. Burton doskonale wie, jakich składników trzeba, by upichcić komercyjny hit, i tą ścieżką konsekwentnie podąża.

I choć trochę mierzi mnie taki sposób budowania literackiego dzieła, to byłabym to w stanie autorce wybaczyć. Nie mogę za to przymknąć oka na warsztatowe niedociągnięcia (znów, niestety!). To prawda, że Burton potrafi utrzymać uwagę czytelnika, a w drugiej połowie książki, kiedy obydwie historie nabierają tempa, jej opowieść naprawdę wciąga. Są tu jednak również fragmenty, które brzmią jak zgrzyt po szkle – głównie partie dialogowe, z którymi pisarka ewidentnie sobie nie radzi. Rozmowy jej bohaterów są drętwe, banalne, naszpikowane frazesami, kiedy indziej – rażą przesadnym melodramatyzmem. Nieco subtelniejszą i bardziej wprawną rękę czuć na szczęście w opisach.

Jeśli chodzi o głębię postaci, której w Miniaturzystce trochę mi brakowało – tu jest nierówno. Bo z jednej strony jest irytująca Olivia – lojalna i wspaniałomyślna przyjaciółka, a zarazem rozpieszczona dziewczynka i apodyktyczna kochanka, czy intrygująca Marjorie Quick, z drugiej – nijaka Odelle, której perypetie z chłopakiem i przyjaciółką są raczej nudne, i dwaj bardzo przeciętni przedstawiciele płci brzydkiej, Izaak i Lawrie.

Czy Jessie Burton to nadzieja brytyjskiej literatury? Prędzej – nadzieja marketingowców. Którzy z jej ciekawych, wciągających historii i dobrze skonstruowanych literackich światów robią zresztą świetny użytek, strojąc je w piękne szaty (spójrzcie na tę śliczną okładkę!) i promując w ciekawy sposób. Ukłony dla Wydawnictwa Literackiego, które w ramach ogromnej kampanii reklamującej nową powieść autorki obdarowało mnie książką wraz z tubką farby i prośbą o namalowanie swojej recenzji. Oto ona :).


***
J. Burton, Muza, tłum. Agnieszka Kuc, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

Za egzemplarz książki i ciekawe wyzwanie (po tylu latach od czasów szkolnych miło było znów mieć pędzel w dłoni!) dziękuję pani Marcie i Wydawnictwu Literackiemu.

Ilustracje: 
[1] Zdjęcie własne
[2] goodreads.com
[3] Wydawnictwo Literackie
[4] Zdjęcie własne

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Książka, kawa i kanap(k)a. O Kawiarni Literackiej w Krakowie

Kraków, mój kochany Kraków, to miasto księgarni. To między innymi one, przytulne, zaciszne, kolorowe, często oferujące również zziębniętemu spacerowiczowi pyszną herbatę, kawę lub ciastko, tworzą jego niepowtarzalny klimat.

Do grona tych znanych już i lubianych, jak De Revolutionibus, Księgarnia pod Globusem, Bona – książka i kawa czy Massolit Books & Cafe, dołączyło niedawno kolejne urocze miejsce. To Kawiarnia Literacka na Kazimierzu. Kiedy tylko zobaczyłam zdjęcia i usłyszałam te wszystkie entuzjastyczne głosy na jej temat, postanowiłam, że muszę się tam wybrać. I okazało się, że opowieści wcale nie są przesadzone.

Spędziłam w Literackiej dobrą godzinę, zachwycając się wystrojem, buszując między regałami, posilając się kawą i kanapkami. W doborze książek na półkach widać tu czułą rękę miłośnika literatury – szczęśliwie brak empikowych wątpliwej jakości bestsellerów, jest za to mnóstwo świetnych tytułów wydawanych przez niszowe wydawnictwa. 

Trudno było się nie skusić, choć więc nie miałam w planach książkowych zakupów, ostatecznie wyszłam stamtąd z trzema książkami pod pachą – biografią Boya-Żeleńskiego, Obywatelem kultury Havla i listami Vonneguta. Oraz z pełnym brzuszkiem – pasty do kanapek mają naprawdę pyszne!

Ale to nie wszystko. Oprócz tego, że sprzedają świetne książki i robią świetne kanapki, organizują też różnego rodzaju wydarzenia. Spotkania autorskie, debaty, festiwale, sesje gier planszowych – w Literackiej prawie codziennie coś się dzieje. 

I tu, korzystając z okazji – małe ogłoszenie. Już w najbliższy piątek o godz. 19 odbędzie się tam spotkanie z Rafałem Niemczykiem, którego od niedawna jestem dumną menedżerką :). Kto będzie wtedy w Krakowie – serdecznie zapraszamy!

A o Kawiarni Literackiej możecie też poczytać na przykład u Hadyny, która zachwyca się m.in. nazwami tamtejszych drinków. Tak, tak, są też drinki, i mają nazwy rzeczywiście bardzo pomysłowe! :)

Słowem – wybierzcie się, a na pewno miło spędzicie czas. Kraków, ul. Krakowska 41.


sobota, 10 grudnia 2016

Na szóste urodziny...

„Literatura to nie tylko czytanie do poduszki albo dla zabawy, służy też do tego, żeby coś z niej wynieść, choćby nawyk rozglądania się wokół. Żeby się rozejrzeć i zobaczyć, jaki cudny jest zachodzący albo wschodzący księżyc”.
 B. Hrabal, Spotkanie autorskie w restauracji „Leśna”, tłum. J. Stachowski 
[w:] Piękna rupieciarnia, wyd. Czarne, Wołowiec 2006, s. 11.

Z taką myślą idę przez świat książek od ponad dwudziestu lat, a dokładnie od sześciu – w towarzystwie bloga. Tak, tak, to właśnie dziś, szóste urodziny Literackich skarbów świata całego!

Napiszę krótko, bo w tym roku nie świętuję tak hucznie, jak rok temu, w okrągłą, piątą, rocznicę. Dziękuję Wam, Czytelnikom, tym komentującym i tym tylko podglądającym, i dziękuję wszystkim, którzy w ciągu tych sześciu lat wspierali mnie w tworzeniu tego miejsca, nawet jeśli milcząco, i nawet jeśli moich wpisów nie czytali. Czasem sama obecność i dobre słowo to bardzo dużo.

Życzę sobie wytrwałości i zapału na następne sześć lat. Życzcie mi tego samego :).

środa, 7 grudnia 2016

Podsłuchana książka – „Zostańcie z nami”, Marek Šindelka

Każdego dnia słyszymy setki rozmów. Słowa płyną do nas z ust innych ludzi, z telewizora, z internetu. Rzadko jednak zdarza nam się zatrzymać na chwilę, by zastanowić się nad tym, co dociera do naszych uszu. Marek Šindelka robi to za nas. Podsłuchuje, podłapuje, przetwarza. I pięknie przepisuje na język literatury.

Oczywiście najbardziej spektakularnym przykładem takiego działania jest tytułowe opowiadanie tego uhonorowanego nagrodą Magnesia Litera zbioru, Zostańcie z nami. Jego narrator, prezenter telewizyjny, karierowicz, sam o sobie mówi: „Nic specjalnego… Przeciętny młody mężczyzna po trzydziestce… Mam trzydzieści cztery lata. Przystojny, inteligentny, wypalony egomaniak… Gadająca głowa” (s. 61).

Śledząc opowieść tej głowy szybko odkrywamy, że słowa, którymi bohater zawodowo posługuje się z taką biegłością, stały się jego chorobą. Czuje się zamknięty w klatce banałów, frazesów, które otaczają go w pracy i w życiu prywatnym. Obserwujemy go w różnych sytuacjach – na eleganckim przyjęciu, w domku letniskowym znajomego, na wiejskiej potańcówce, sam na sam z żoną lub w towarzystwie przyjaciół. We wszystkich tych okolicznościach słowa, nieszczere, miałkie, stają się murem między nim a otoczeniem. Zamiast łączyć – dzielą. Prawdziwe porozumienie możliwe jest tylko w momentach milczenia: „Tańczę, tańczymy, to nasz ratunek. Chociaż przez minutę możemy milczeć, kochana moja” (s. 59).

To, co mówi bohater, zdaje się jak gdyby niezależne od niego, jakby nasze słowa bezpowrotnie oddzieliły się od myśli, nie służyły już wyrażaniu naszych uczuć. „Sam siebie za bardzo nie słucham” (s. 64) – przyznaje w pewnym momencie. Niektóre rzeczy wychodzące z jego ust zaskakują jego samego, tak bardzo sprzeczne są z tym, co czuje, są jednak automatycznie zakodowane dla pewnych sytuacji („Będzie nam bardzo miło” – oto najlepszy przykład; my też to znamy, prawda?). I chyba dlatego właśnie tak porusza go obraz wrony, którą bezdomni nauczyli mówić różne świństwa. Bo sam jest jak ta wrona – tylko z innym zbiorem wyuczonych frazesów.

Samotność we dwoje

Ten świat słów bez znaczenia to również świat, w którym nie istnieje miłość i wzajemne przywiązanie. Jest tylko seks, przyzwyczajenie, rutyna życia w parze. „Miłość? Nie. Samotność we dwoje” (s. 71). Dwoje ludzi, mimo że żyje ze sobą od kilku dobrych lat, tak naprawdę zupełnie się nie zna, nie dociera do głębi swoich uczuć, widzi w drugiej osobie tylko odbicie siebie. Narrator czyta bezsłowne komunikaty Andrei: „Nie zgubiłam się, ty naiwny durniu, nigdy mnie nie miałeś. Nic nie masz, tylko martwą, prześwitującą skórę, którą zrzucam z każdą minutą, każdą sekundą. Nawet tego nie masz. Masz tylko wyobrażenia o moim naskórku, masz tylko samego siebie” (s. 72).

Ironicznie i przewrotnie brzmią w tym kontekście przywołane przez niego słowa Havla o „prawdzie i miłości, które zwyciężyły nad kłamstwem i nienawiścią” (s. 73). Bo przecież kłamstwo wciąż jest, trochę zmieniło oblicze, nie jest już tak opresyjne, ale może nawet bardziej podstępne, bo towarzyszy nam wszędzie, wkrada się także między nas a naszych najbliższych. Media, ze swoim słowotokiem, dają nam przykład, który nieświadomie przejmujemy. „Zostańcie z nami” to także pusty frazes – wypowiadany w radiu lub telewizji, by jak najdłużej zatrzymać słuchaczy, jak najdłużej zamknąć ich w klatce słów.

Gry towarzyskie

Słowa grają pierwsze skrzypce także w innych opowiadaniach ze zbioru Šindelki. Gry towarzyskie są właściwie zapisem rozmowy pewnej pary, która spędza weekend za miastem. To krótki tekst, ale bardzo prawdziwy – pojawiają się w nim wzajemne napięcia, drobne żale, przekomarzania… Wielu czytelników pewnie odnajdzie tu fragmenty do złudzenia przypominające własne rozmowy z partnerem czy partnerką (ja znalazłam).

W otwierającym zbiór utworze, zatytułowanym Imię, słowa stają się więzieniem, ale w innym znaczeniu, niż w Zostańcie z nami – tutaj doskwiera ich brak. Ujął mnie ten dramat człowieka, który, zamknięty w kloszu demencji, dostrzegający tylko szczegóły własnego mikroświata, głuchy na to, co dzieje się na zewnątrz, ze wszystkich sił stara się przypomnieć sobie imię kobiety, którą kochał i z którą spędził życie.

Marek Šindelka
Przywłaszczone tożsamości

Z kolei w opowiadaniach Lustro i Polaroid słowa służą kreowaniu rzeczywistości. Obydwa te utwory na różne sposoby poruszają też kwestię tożsamości. Bohater pierwszego z nich pod wpływem gry podjętej przez pewną dziewczynę staje się (a może zawsze nim był?) mężczyzną, z którym ma przeprowadzić wywiad. Postać z drugiego opowiadania lubi natomiast zakładać maski, bez większego wstydu czy skrępowania przywłaszcza sobie cudze tożsamości. W Polaroidzie pobrzmiewa ponadto jeszcze jeden ważny motyw – powtarzalności. W pewnym momencie zauważamy, że pewne sformułowania czy opisy powracają, a bohater, w swojej wiecznej podróży, zdaje się odtwarzać w kółko tę samą historię, zmienia się tylko jego maska, partnerka i sceneria.

Motyw powtarzania się i powrotu zaznacza się jednak najwyraźniej w Powrocie – opowiadaniu-pętli o pewnym mężczyźnie, który pewnego ranka budzi się w hotelu, nie pamiętając nic z poprzedniego wieczoru. Okazuje się, że hotel jest pusty i zamknięty na głucho… Mroczny nastrój i tajemnica, sytuacja uwięzienia, gra autora z bohaterem i czytelnikiem – ten utwór Šindelki mocno mi pachnie Dušanem Mitaną.

Słowa, która mają znaczenie

Czeski pisarz przywiązuje dużą wagę do słów nie tylko jako do tematu swoich opowiadań, ale i jako literackiego tworzywa. Pisze sugestywnie i obrazowo („pulsujący krzew krwi”, pieśń ludowa, która „zwala się ze sceny jak wór kartofli”), beznamiętne, sprawozdawcze relacje przeplata lirycznymi opisami, w których ujawniają się jego literackie korzenie – w końcu debiutował jako poeta. U Šindelki nie ma słów miałkich, banalnych, bez znaczenia. Literatura, TAKA literatura – oto nasz ratunek.


***
M. Šindelka, Zostańcie z nami, tłum. Anna Wanik, wyd. Afera, Wrocław 2016.

Za tę lekcję słuchania i myślenia, za próbkę mocnej czeskiej prozy, która każe zastanowić się nad sobą i zwiększa samoświadomość, i szczególnie za jedno piękne zdanie, które mnie prześladuje, dziękuję Julii i wydawnictwu Afera.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] okładka czeskiego wydania książki, wyd. Odeon / www.odeon-knihy.cz,
[3] fotografia autora ze strony wydawnictwa Afera / www.wydawnictwoafera.pl,
[4] okładka polskiego wydania książki ze strony wydawnictwa Afera.
  

niedziela, 4 grudnia 2016

Girl power w wiktoriańskim Londynie
– „Szkarłatny płatek i biały”, Michel Faber

Charles Dickens nie pisał o prostytutkach. Świat kobiet upadłych, 80-tysięczne miasteczko w XIX-wiecznym Londynie, z oczywistych względów nie istniał na kartach powieści wiktoriańskich pisarzy. Michel Faber wypełnia tę lukę, tworząc zarazem coś w rodzaju pięknego manifestu kobiecości – Szkarłatny płatek i biały to historia dziewczyny lekkich obyczajów, która dzięki ambicji, inteligencji i wewnętrznej sile wybija się ponad londyńską nędzę.

Zadanie, które postawił przed sobą autor, było jednak trudne. Bo nie dość, że opisuje świat XIX-wieczny, to jeszcze z perspektywy kobiecej. I to nie jednej bohaterki, a wielu. Czy mu się to powiodło? Trochę tak... trochę nie.

Zacznijmy od świata...

Tutaj jest doskonale. Spacer po ciasnych uliczkach Londynu, odgłosy, zapachy, widok sklepowych witryn, uliczny gwar, wszystkie te cudowne szczegóły sprawiają, że od pierwszej chwili czytelnik czuje się jak w powieści Dickensa. Z czasem, czy to za sprawą przeniesienia akcji na przedmieścia, czy to z powodu zaabsorbowania autora zawiłościami fabularnymi – których w końcówce jest zdecydowanie zbyt wiele – ten starannie zbudowany klimat słabnie, nad czym bardzo ubolewam. Pierwsze oczarowanie jednak pozostaje.

Kobiety. Jest ich tu wiele, i reprezentują bardzo różne postawy. Prostytutki i kobiety cnotliwe, anielice i diablice, takie, które widziały wszystko i takie, które pozostają naiwne jak dzieci. Każda z nich to postać cudownie złożona, „te złe” nigdy nie są do końca złe, a „te dobre” – nigdy nie są do końca dobre.

Cudowna jest pani Fox, ze swoją dobroczynnością na pierwszy rzut oka przypominająca karykaturalną postać Dickensa, pod tą fasadą jednak – niezłomna, wspaniałomyślna, do bólu szczera, a przez to nieco ekscentryczna. Mimo ciosów, jakie na nią spadają, mimo zmęczenia i przykrości wdowiego życia nie poddaje się i nie popada w zwątpienie. A jej urocze bluźnierstwa, którymi tak szokuje poczciwego Henry’ego? Moja idolka!

Agnes wywołuje mieszankę irytacji i współczucia. Porcelanowa lalka, której nikt nie przygotował do prawdziwego życia, której nikt nie nauczył miłości, która żoną i matką została, sama będąc jeszcze dzieckiem. Choć taka się wydaje płytka ze swoimi sukniami i pragnieniem olśnienia salonów, choć tak szokuje jej brak zainteresowania dla spragnionej czułości córki, trudno nie dostrzec w niej postaci tragicznej i nie wybaczyć jej, wiedząc o jej obłędzie i o guzie pulsującym w ślicznej blond główce. To również świetnie skonstruowana, wywołująca różne emocje postać.

A Sugar?

Romola Garai jako Sugar w serialu BBC z 2011 r.
No właśnie, Sugar… Jest z jednej strony najmocniejszą, a z drugiej – najsłabszą stroną tej powieści. Niełatwo ją ocenić, ale to jest akurat dobre. Poznajemy ją, gdy po godzinach zabawiania klientów – a robi to pierwszorzędnie, słynie z tego, że w łóżku zrobi wszystko – pisze krwawą powieść, w której wyładowuje swą nienawiść do mężczyzn. Ma jednak prawo nienawidzić – znamy smutną historię jej życia...

Jest interesowna, skłonna do oszustw i intryg, bez większych skrupułów wykrada pamiętniki Agnes – ale robi to wszystko, aby zakorzenić się w domu Rackhamów i pozostać z dala od swego dawnego świata, czego też nie można jej mieć za złe. I mimo wszystko czytelnik ją uwielbia – za jej ambicję, za jej intelekt, za współczucie, szczerość i troskę o Sophie, za to, że jako jedyna rozumiała, czego naprawdę potrzebuje to pozbawione czułości dziecko, bo w końcu sama niewiele ciepła ze strony swej matki zaznała. Jest autentyczna, wielkoduszna i żywa, w przeciwieństwie do przedstawionych w powieści arystokratów i dorobkiewiczów, odgrywających swoją smutną szopkę.

Ale jest też niekonsekwentna. [Uwaga, spoiler!] Współczuje Agnes, gdy William zamierza zamknąć ją w przytułku dla obłąkanych, ale jej późniejsze losy nie wydają się specjalnie jej obchodzić. Choć wiąże z dzieckiem duże nadzieje, rzuca się ze schodów z nadzieją poronienia. [Koniec spoilera]. Jej działania są nieracjonalne, i mimo że patrzymy na świat z jej perspektywy, nie wiemy, co tak naprawdę myśli i czuje. Czy to wada, czy zaleta tej narracji? Obstawiam, że jednak to pierwsze.

Dziewczyny górą!

Są tu też mężczyźni, choć zdecydowanie w cieniu. Ten najważniejszy, William, przechodzi swoistą metamorfozę i coraz bardziej odrzuca od siebie czytelnika. Choć w pierwszych scenach budzi raczej wstręt, krążąc po Londynie w poszukiwaniu dziwki, która spełni jego wyszukane żądania, na kolejnych stronach jawi się w nieco lepszym świetle – dba o Sugar, liczy się z jej zdaniem, i wierzy się mu nawet, gdy mówi, że ją kocha.

[W dalszej części możliwe lekkie spoilery…] Kiedy jednak przestaje doceniać swoją nieocenioną doradczynię i partnerkę, kiedy zaczyna znów traktować ją jak dziewczynę z półświatka, a swoje zainteresowanie kieruje ku obrzydliwie przymilnej lady Bridgelow, gwałtownie traci punkty. Można go już teraz potraktować w sposób należny wszystkim nieczułym samcom, przez których Sugar i tysiące innych dziewcząt trafiło na ulice – na końcu nawet kot Henry’ego wypina się na niego swoim futrzastym zadkiem.

Chris O'Dowd jako Rackham i Liz White jako Caroline.
Piękne jest to zakończenie. Po kilkuset stronach dziwacznych fabularnych perypetii, które zmęczyły mnie na tyle, że z lekką ulgą zmierzałam do końca tej lektury, przywróciło mi ono zachwyt, z pewnością należny powieści Fabera. Jest w tej końcówce Szkarłatnego płatka cały ten triumf kobiecej siły, pogoń za marzeniami, nowe, niezwykłe możliwości, podeptanie ciasnego świata, w którym kolejna surowa guwernantka uczy Sophie francuskiego, tańca i życia w niewoli.

Jest też pewien symboliczny powrót do początku. Między Rackhamem a Caroline, która mimo wszystko mu pomaga, powstaje więź, oparta na wdzięczności. Tworzy się piękna pętla, a wizerunek prostytutki, jaki kreśli w swojej powieści Faber, ostatecznie się ustala. Nie zdeprawowane, cyniczne, interesowne żmije – a wrażliwe kobiety, które o uczuciach wiedzą więcej niż „wyższe sfery”, a mimo to przez mężczyzn pozbawione zostały godności. [Koniec lekkich spoilerów :)].

A na koniec… cały ten seks

Oczywiście odgrywa tu ważną rolę. Ale cóż za brak językowej inwencji, panie Faber! W kółko tylko te „kutasy” i „cipy”… I ten cień zakłopotania, gdy mowa o miesiączce – „kobieca przypadłość”, myśli o niej Sugar. Czy przywykła do dosadnych określeń prostytutka tak by to nazwała? Wątpię… Wychodzi tu z pana mężczyzna, i w tym całym szokowaniu cielesnością, mimo odważnych, przyznaję, opisów, pobrzmiewa pewna nuta niepewności.

Mam więc trzy małe zastrzeżenia – niekonsekwencja postaci Sugar, fabularne udziwnienia i język seksu. Poza tym jednak lektura Szkarłatnego płatka i białego była dla mnie ogromną frajdą. Ponad 800 stron pełnokrwistej, iście dickensowskiej prozy, ze wszystkimi smakami i zapachami wiktoriańskiego Londynu – nie odmawiajcie sobie tej przyjemności!


***
M. Faber, Szkarłatny płatek i biały, tłum. Maciej Świerkocki, wyd. W.A.B., Warszawa 2007.

A relację ze spotkania z Michelem Faberem w ramach Festiwalu Conrada, w której dzielę się swoim zachwytem osobą autora, możecie przeczytać tutaj.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2], [3] bbc.co.uk,
[4] okładka polskiego wydania książki ze strony wydawnictwa / wab.com.pl

czwartek, 1 grudnia 2016

Nabokoviada po raz trzeci: „Pani Bovary”, Gustave Flaubert

Edmund Tarbell, The Blue Veil, 1898. Niebieska woalka pojawia się w scenie, gdy Emma po raz pierwszy dopuszcza się cudzołóstwa.
Mistrza Nabokova zdążyłam już poznać na tyle dobrze, że w trakcie czytania książek z jego listy zastanawiam się, co o nich napisze. W przypadku wykładu o Pani Bovary czekałam na jedno zdanie: „Emma była złą czytelniczką”.

I oczywiście pojawiło się. Musiało się pojawić. W końcu madame Bovary jest ucieleśnieniem tego wszystkiego, co Nabokov w podejściu do literatury tak bardzo potępia, a jej los – mroczną przestrogą. „Tylko dzieciom można wybaczyć utożsamianie się z bohaterami książki” [1] – grzmi w tym wykładzie mistrz, i choć zawsze trochę buntowałam się przeciwko temu surowemu przykazaniu, po trzecim bolesnym spotkaniu z nieszczęsną cudzołożnicą zaczynam wierzyć w jego sens.

C’est moi
Emma i Karol przybywają do Yonville.
Alfred de Richemont, ilustracja do
wydania Pani Bovary z roku 1905
(Paryż, wyd. Ferroud).

Mimo wszystko zawsze jej współczułam. Im starsza jestem, tym bardziej. Bo im człowiek starszy, tym bardziej sobie uświadamia, że życie jednak fajne nie jest. Złudzenia pękają jedno po drugim, nic się nie układa tak, jak powinno, jest proza życia, praca na etat, nuda. Chciałoby się gdzieś wyrwać, przeżyć coś wspaniałego, w czymś się zatracić. I to się nie zmienia od setek lat, większość z nas jednak te pragnienia tłumi, chowa do kieszeni, wyciąga czasem późną nocą, gdy już wszyscy śpią, ale rano znów chowa i pokornie wchodzi w swoją rolę. Emma nie potrafiła. A od tego już tylko krok do życiowych potknięć, błędnych decyzji.

Pierwszy jej błąd to małżeństwo. Poruszenie, które odczuwała przy Karolu, pomyliła z miłością. I kiedy uczucie nie rozkwitło, a zamiast romantycznego dżentelmena jej oczom ukazał się pozbawiony ambicji, prostaczkowaty grubasek, zaczęła czuć do niego wstręt. Nabokov zresztą też nie zostawia na biednym Karolu suchej nitki: „Jest to nudny, ociężały, zapracowany jegomość, pozbawiony wszelkiego uroku, bez krzty inteligencji czy kultury (…). Jest filistrem, ale także żałosną figurą ludzką” [2]. Ratuje go tylko uczucie, jakim obdarzył Emmę – bo choć to postać nieznośnie bezbarwna, jako jedyna spośród bohaterów jest zdolna do prawdziwej miłości. Dla pani Bovary to nie ma znaczenia. I, prawdę powiedziawszy, mam wrażenie, że każdy mężczyzna, choćby sam wicehrabia Vaubyessard ze wszystkimi swoimi końmi (konie to motyw freudowski – uśmiecha się Nabokov), prędzej czy później by ją znudził, bo przecież nie ma ludzi bez wad, a życia nie da się zamienić w scenerię romansu. Stąd – kolejni kochankowie i kolejne pomyłki.

Flaubert preparuje Madame Bovary.
A. Lemot, La Parodie, 1869.
Emma trochę za bardzo uwierzyła, że jest lepsza od innych, że zasługuje na coś wielkiego, że jej światek jest dla niej zbyt ciasny. Wielu z nas z pewnością to przekonanie dzieli. I dzielił je też Flaubert, stąd jego „Madame Bovary, c’est moi”. Nie bez przyczyny Jan Parandowski we wstępie do mojego wydania książki pisze: „Była to jedna z tych prawd poufnych, które odprężona szczerość wyrywa pisarzowi wbrew jego woli”. I dalej: „Historia Emmy złożyła się z przygód jego własnej duszy. Krył się w tym czar osobliwy, że można było cały dręczący świat strącić na barki wątłe i urocze, pragnienia mężczyzny oddać sercu kobiety, wszystkie tęsknoty i marzenia, własną nudę, czczość, bezbronność wypłakać ustami pachnącymi od pocałunków, zrzucić starą, twardą skórę i wejść nerwami, niepokojem krwi w ciało młode i rozkoszne, i w tym nowym kształcie ożyć nareszcie wszystkim, co w nim samym było tkliwe, wrażliwe, zdeptane wstydem i przybraną szorstkością” [3]. Mimo więc, że jako autor pozostawał zdystansowany i niemal niewidoczny, snując historię Emmy – opowiadał trochę o sobie.

Od Pani Bovary do Ulissesa

Ale Nabokov o tym wszystkim nie pisze. Jak się można domyślić, to dla niego niezbyt interesujące. Z zachwytem za to, tradycyjnie, rozprawia o konstrukcji i stylu. Podkreśla, jak ważne były dla Flauberta. Cytuje fragmenty jego listów do Louise Colet, w których pisarz zwierzał się z wysiłków wkładanych w budowanie poszczególnych scen. Na przykład rozdziału o zjeździe rolnym, który powstawał kilka miesięcy, ale pod względem strukturalnym jest rzeczą zachwycającą – i ponoć zainspirował samego Joyce’a do napisania Ulissesa. O mrówczej pracy francuskiego mistrza Nabokov pisze z wyraźną sympatią: „Osiemdziesiąt do dziewięćdziesięciu stron rocznie – oto moja bratnia dusza!” [4].

Rouen w połowie XIX wieku. To między innymi tutaj
rozgrywał się dramat Emmy Bovary.
Zwraca uwagę na motyw warstw, który przewija się przez cały utwór (warstwy śmiesznej czapki Karola, która ma być symbolem całego jego późniejszego życia, warstwy tortu ślubnego bohaterów, i warstwy trumienne, w które „ubrana” została Emma po śmierci), na jeszcze silniej obecny motyw koni, a także na coś, co nazywa kontrapunktem – równoległe prowadzenie i przeplatanie toków myśli lub rozmów (co widać m.in. w scenie w oberży, po przyjeździe Emmy i Karola do Yonville, oraz, przede wszystkim, we wspomnianej scenie zjazdu rolnego) – oraz płynne przejścia strukturalne w obrębie rozdziałów. Oczywiście podaje liczne przykłady na te wszystkie pisarskie zabiegi, i jak zwykle wzbudza we mnie wstyd, że tak mało widzę i w tak niewielkim stopniu doceniam maestrię i trud autora.

Pod lupę bierze też realizm w Pani Bovary. Okrzyknięta pierwszą powieścią realistyczną, nie jest wolna od elementów, które budzą wątpliwości. No bo faktycznie – jak to możliwe, że Karol nigdy nie przebudził się w nocy i nie zorientował się, że żony nie ma przy nim? Jakim prawem tajemnica romansu Emmy z Rudolfem nie wyszła na jaw w prowincjonalnym miasteczku, w którym wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich? Jak naiwny musiał być woźnica fiakra z najbardziej szokującej i obrażającej moralność sceny tej powieści? :)

Gustave Flaubert, fotografia autorstwa
Gasparda-Félixa Tournachona (Nadara).
W poszukiwaniu tego jednego słowa

Wreszcie – styl, sposób opisu, czyli to, co na równi z przemyślnością konstrukcji budzi osławione dreszcze w kręgosłupie. I Flaubert rzeczywiście to potrafi. Opłaciło się ślęczenie tygodniami nad jedną sceną, opłaciły się wszystkie te męki twórcze – tutaj nie ma ani jednego zbędnego słowa, a opisy Flauberta są cudownie obrazowe i sugestywne. Światło słoneczne wciskające się przez szpary w okiennicach, szklanki z niedopitym jabłecznikiem, muchy – i już mamy doskonale odmalowaną atmosferę letniego dnia w wiejskiej posiadłości. Jak pisze Parandowski:
„Styl pojmował Flaubert jako wyrażenie rzeczy we właściwych barwach, ruchu i natężeniu przez użycie słów z daną rzeczą tak zrośniętych, jak gdyby i rzecz sama, i słowo ją określające urodziły się razem. Była w tym pojęciu nieomal mistyczna wiara w jakiś byt zaginiony, w którym i słowa i rzeczy trwały we wspólnym uścisku, dopóki nie rozerwała ich wichura nowych światów. Zdanie stawało się precyzyjnym mechanizmem, jego części musiały być odszukane w olbrzymich składach języka, musiało się znaleźć ten jedyny rzeczownik, który był nazwą przedmiotu, ten jedyny przymiotnik, który dawał mu barwę, odcień, dźwięk, i ten jedyny czasownik, który przedmiot poruszał i ożywiał” [5].
Bez wątpienia czytam Flauberta trochę bardziej sercem, niż mistrz Nabokov, czego by pewnie nie pochwalił. Paradoksalnie, powieść-przestrogę przed identyfikowaniem się z literackimi postaciami czytam, bardzo mocno identyfikując się z bohaterką. Też jestem złą czytelniczką. Ale będę się pilnować – nie chcę skończyć, wyjadając ze słoika arszenik :). A w zachwycie, tak czy siak, możemy sobie podać ręce. Bo Flaubert wielkim pisarzem był.

***
Bibliografia:
[1] Nabokov V., Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s. 213.
[2] Tamże, s. 193.
[3] Parandowski J., Przedmowa [w:] Flaubert G., Pani Bovary, tłum. Aniela Micińska, wyd. Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986, s. 12.
[4] Nabokov V., dz. cyt., s. 210.
[5] Parandowski J., dz. cyt., s. 10.

***
Za kilkudniowy poślizg, z jakim ukazują się tym razem nasze nabokoviadowe posty, przepraszamy :).

Na Pierogach pruskich możecie poczytać, co na temat Pani Bovary i Nabokova ma do powiedzenia Pyza Wędrowniczka.

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. W następnej kolejności – nowela Dr Jekyll and Mr Hyde Roberta Louisa Stevensona, o której będziemy dyskutować 27 lutego. Zapraszamy!

Poprzednie teksty spod znaku Nabokoviady:
Jane Austen, Mansfield Park
Charles Dickens, Samotnia

***
Fotografie: 
[1] irinaraquel / Foter.com / CC BY
[2], [3] Wikimedia Commons
[4] William Henry Fox Talbot, Museum of Photographic Arts Collections / Wikimedia Commons
[5] Wikimedia Commons
[6] Grafika autorstwa Pyzy :)