wtorek, 31 stycznia 2017

Wewnętrzna odraza, histeria i żal – „O pisaniu”, Charles Bukowski

„Zdolność tworzenia jest naszym darem i wszyscy na nią chorujemy” (s. 54).

Zbiór listów Charlesa Bukowskiego O pisaniu to ważny klucz do osobowości słynnego outsidera literatury, a zarazem, w pewnym sensie, jego artystyczny manifest. Szczere, dosadne, bezpośrednie, czasem wulgarne, czasem zabawne – jak pisze w posłowiu redaktor Abel Debritto, „listy były środkiem do wyrażania, kim jest, bez względu na to, do kogo pisał”.

Czego oczekiwać, sięgając po ten zbiór? Otóż Bukowski w swoich listach…

…pisze sam o sobie

„I oczywiście jestem ordynarny, uczynili mnie takim” (s. 78).

I tu na pozór nie ma większych niespodzianek. Korespondencja potwierdza tylko to, co znamy już z jego książek – zdeklarowany samotnik, miłośnik wina, seksu, wyścigów konnych, człowiek twardy, nieustępliwy i rozgoryczony, ukształtowany przez trudne dzieciństwo i przykre doświadczenia z ludźmi.

Najciekawsze jednak są te momenty, w których, podobnie jak w wywiadzie z Fernandą Pivano, Bukowski zdradza się ze swoją wrażliwą naturą. Pod twardą skorupą ukazuje się człowiek ceniący sobie wiernych przyjaciół i zakochany w swojej małej córce. „Lubi mnie moja córeczka i to w zupełności wystarczy” – napomyka, jakby wstydliwie, gdzieś na końcu listu; ale tyle nam wystarczy.

Drugi szczególnie interesujący punkt to list, w którym Bukowski zamieszcza swoje notki biograficzne na okładki książek, przesłane Lawrence’owi Ferlingettiemu. Notki te pokazują bowiem, jak sam Bukowski chciał być postrzegany. „Ludzie albo go uwielbiają, albo nienawidzą”, pisze (cały czas o sobie) w pierwszym z tekstów, w drugim zaś – oprócz tego, że bez fałszywej skromności nazywa sam siebie „Dostojewskim lat 70.” – niezwykle trafnie charakteryzuje własną twórczość:
„Nie tylko pisze opowiadania – odkryć w nich można całą maniacką i kochającą duszę. Jego pisarstwo jest nieprzyzwoitym, lecz szczerym śmiechem przez łzy bólu (…). To pisarstwo zrodzone z krwawej męki duchowej raczej niż z intelektu (…). Nigdy nie usiłuje sprawiać przyjemności, ani osobiście, ani w swoim dziele” (s. 147).
…pisze o byciu pisarzem

„Według mojego wyobrażenia pisarzem jest ktoś, kto pisze. Kto siedzi przy maszynie i zapisuje słowa. Wydawałoby się, że na tym polega istota rzeczy. Nie uczyć innych, jak pisać, nie przesiadywać na seminariach, nie czytać wierszy szalejącemu tłumowi. Czemu oni są tacy ekstrawertyczni?” (s. 178).

Z listów Buka wynika jasno – być pisarzem to niełatwy kawałek chleba! I uściślijmy – nie chodzi tu o samo pisanie, lecz fakt bycia pisarzem i wszystko, co się z tym wiąże. Bukowski wielokrotnie pisze o ludziach, którzy chwytają za pióro z nieodpowiednich pobudek – dla rozgłosu i prestiżu, a także o tych, którzy mimo dobrych początków, mimo tego, że pisali kiedyś „z bólu, szaleństwa i potrzeby prawdy”, zostają zepsuci przez sławę, dają sobie wmówić, że znają się na wszystkim, pozwalają się zmanipulować. Obrastają w piórka, przesadna pewność siebie przesłania im wszystko, i po pewnym czasie stają się już tylko żałosną parodią pisarza.

Prawdziwy Artysta musi stale toczyć bój o własną duszę, o to, by nie stać się produktem marketingowym. I listy, które Buk wymienia ze znajomymi z branży oraz wydawcami, są zapisem tej walki – w obronie własnej indywidualności, własnego upragnionego wizerunku, własnego oryginalnego stylu. Sam decydował o tym, co mówił będzie w wywiadach, a w publikowanych tekstach wykłócał się o każdy przecinek. Z boju wyszedł z niej zwycięsko, nie dał się wtłoczyć w żadną formę i dlatego stał się tym, kim się stał – Charlesem Bukowskim, człowiekiem-legendą.


…grzmi na innych ludzi pióra

„Widzę więcej poezji w ulicach Santa Anita lub w pijaku pod bananowcem niż w zadymionej sali z ciotowatymi wierszokletami” (s. 38).

Czytając listy Buka odnosi się wrażenie, że nie ma na ziemi nikogo, kogo nienawidziłby bardziej niż poetów. To ostatni ludzie, z którymi chciałby pić i których chciałby słuchać; mali, zawzięci, złośliwi. „W świecie Sztuki jest więcej zła i żmij bez skrupułów, niż znajdziemy w dowolnej firmie handlowej” (s. 59) – twierdzi. Mało tego – większość z nich jest pozbawionych talentu, zachowawczych i wtórnych. To temat, który powraca chyba nawet częściej niż samo pisanie – nie bez powodu Bukowski twierdził, że nie został pisarzem dlatego że był dobry, ale dlatego że wszyscy inni byli tak bardzo źli.

Baty dostają się zresztą nie tylko tym jemu współczesnym, jak Faulkner czy Hemingway, ale i literackim gigantom – na czele z Szekspirem. „Hegel, Kant… jakiś dupek o nazwisku André Gide… nazwiska, nazwiska i reklamiarstwo. Keats, co za gówno” (s. 150) – nie przebiera w słowach nasz poczciwy listopisarz. Zarzuty? Ich twórczość nie ma nic wspólnego z życiem, ich pisarstwo jest „bezbarwne, matematyczne, automatyczne i wymuszone” (s. 120). „Nie bez powodu wiele osób nie czyta wierszy. Powodem jest to, że są napisane źle i bez ikry” (s. 190) – pisze wprost.

U kolegów po fachu krytykuje też ekstrawagancki styl życia, pragnienie sławy i luksusu. „Jestem ze starej szkoły, wierzę w pracę i życie w odosobnieniu; tłumy osłabiają determinację i oryginalność” (s. 186) – deklaruje, z niesmakiem patrząc na poczynania ekstrawertycznych bitników czy salonowego lwa Trumana Capote’a. A już tym, czego zupełnie nie potrafi zrozumieć, jest chęć uczenia pisania:
„Rozglądasz się, a oni już uczą TWÓRCZEGO PISANIA na jakimś uniwersytecie. Teraz uważają, że wiedzą, jak PISAĆ, i mają zamiar uczyć tego innych. To choroba: zaakceptowali siebie. Nie do wiary, że mogą to robić. To tak, jakby jakiś przyszedł i próbował mi wytłumaczyć, jak pieprzyć, bo uważa, że sam dobrze pieprzy” (s. 182).
…jest pijany

„I oczywiście teraz też piję, jeśli więc ten list stanie się trochę mętny, cóż, to mój styl” (s. 182).

To chyba żadna niespodzianka? Bukowski pił, niezależnie od tego, do kogo pisał. Jego listy powstawały podobnie jak wiersze – spontanicznie, na alkoholowej fali, bez przebierania w słowach. Nigdy drugi raz nie czytał tego, co napisał (o wierszach mówił, że „przypomina to pielęgnowanie zwiędłych kwiatów”) – listy natychmiast zaklejał i wysyłał, jeszcze zanim zdążył wytrzeźwieć. I to oczywiście widać, widać po dosadnych sformułowaniach, po szaleńczym błądzeniu myślami, wreszcie – po rozbrajających wstawkach w stylu „Muszę przerwać, niedobrze mi”. Ale pisanie z flaszką pod ręką miało swoje plusy, tym bardziej bowiem w swoich listach…

…jest szczery

„Chodzi tylko o to, że mówię to, co mówię i co zawsze mówiłem. pozwalam swojemu zgrzybiałemu umysłowi swobodnie działać. dawno temu, żywiąc się batonikami za pięć centów, w nowoorleańskich zaułkach postanowiłem, że zawsze będę mu na to pozwalał” (s. 123).

I znów – nie ma znaczenia, czy pisze do najbliższego przyjaciela, czy do swojego pisarskiego guru. Jasne, ton się lekko zmienia – ale Bukowski wciąż pozostaje bardzo bezpośredni i pisze wprost, co myśli. „Przeglądam Pańskie pismo i napotykam ten sam odwieczny bolesny problem – wszystko zbyt ładne i zmyślne, zbyt inteligentne i nudne, zawiłe, poważne” – czyta na przykład w liście od niego David Antin, wydawca czasopisma „some/thing”.


…uzewnętrznia się

„będę szczery; po prostu nie lubię większości ludzi – męczą mnie, walczą ze mną, przyprawiają o drżenie oczu, okradają mnie, okłamują, dymają mnie, oszukują, pouczają, obrażają i kochają; na ogół jednak mówią mówią mówią MÓWIĄ, aż czuję się niczym kot rżnięty przez słonia” (s. 91)

Nie lubi ich, to prawda, ale nic nie poradzi na to, że czasem sam potrzebuje z kimś porozmawiać. Potrzebę zaspokaja poprzez listy, i czasem ujawnia przy tym twarz, której zbyt często u niego nie widzimy – twarz człowieka zagubionego i niepewnego swoich możliwości. „Jestem w dołku, nie umiem pisać” – czytamy w liście z roku 1970 do Harolda Norse’a. Z listów dowiadujemy się też, że outsiderowi Bukowskiemu zależy mimo wszystko na tym, by być rozumianym: „Jeśli jedna osoba na świecie zrozumie, nie będę zupełnie sam” (s. 125).

…zmienia się…

„Świat ostatnio dość dokumentnie ujaił małego Charlesa i po pisarzu został blady cień, więc list od Pana sprawił mi cholerną frajdę” (s. 17).

Tak pisał 27-letni Bukowski do Whita Burnetta, jednego z pierwszych ludzi, który dał mu szansę i opublikował jego utwory (ten sam Whit Burnett zachęcił zresztą do pisania młodego Salingera). Od tamtego czasu aż do ostatniego zamieszczonego w tomie listu, z roku 1993, obserwujemy przemianę Bukowskiego – z młodego pisarza, którego chłonie jak gąbka każe miłe słowo, w doświadczonego, cenionego na całym świecie twórcę. Jeszcze w roku 1965 pisze do Henry’ego Millera, że „nie ma odwagi, by napisać powieść”, ale już kilka lat później spod jego pióra wychodzi doskonały Listonosz, a potem kolejne powieści.

I choć Buk lubił być postrzegany jako człowiek, któremu na niczym specjalnie nie zależy, widać wyraźnie, że pierwsze pisarskie sukcesy naprawdę sprawiały mu wielką radość. Najlepszym tego przykładem jest list do Johna Williama Corringtona z roku 1963, jeszcze u progu sławy, w którym Bukowski bardzo emocjonalnie pisze o pojawieniu się na okładce czasopisma „Outsider”: „Mam pełną świadomość, że mój umysł w końcu osłabnie od picia i ze starości – jeśli dożyję – ale nic poza śmiercią nie odbierze mi tej chwili” (s. 73).

Jeden z pierwszych listów w zbiorze. W dosyć nietypowej formie :).
…a zarazem się nie zmienia

Bo, trzeba przyznać, swoich poglądów na pisarstwo i sławę trzymał się z żelazną konsekwencją. Już w roku 1953 pisze, że „poprawna poezja to martwa poezja”, a jako główny motor swojego pisania podaje „wewnętrzną odrazę”. I choć w najstarszych listach jest trochę bardziej grzeczny i ułożony, jak przystało na adepta sztuki pisarskiej, już wtedy widać w nim rys buntownika i rewolucjonisty. No i wreszcie…

…wyraża swoją miłość

…do pisania. I to jest istota tego zbioru – nie bez powodu został zatytułowany właśnie O pisaniu. Bukowski wykłada tu swoje poglądy na sztukę, formułuje własny artystyczny manifest, w którym podstawą literatury ma być życie i przeżycie, bezlitośnie dźga ostrzem krytyki teoretyków, „chłopców z doktoratami”, „profesorów”, ale to wszystko nie dlatego, aby sobie pogadać, ale dlatego, że pisanie jest dla niego bardzo ważne. Ba! Było jego całym życiem, czymś, bez czego nie potrafił funkcjonować, co ratowało go przed szaleństwem. „Tworzę, bo muszę i chcę” (s. 194) – pisał.

Swoje poglądy na pisarstwo i na jego sens najpiękniej chyba wyraża w liście do Hansa van den Broeka w odpowiedzi na wiadomość o usunięciu z jednej z holenderskich bibliotek jego książki. „Boję się, że dyskryminowane są poczucie humoru i prawda” (s. 196) – odpowiada na stawiane mu zarzuty dyskryminacji rasowej i płciowej (cały list, w tłumaczeniu Krzysztofa Stelmarczyka, znaleźć można tutaj). Krytykuje tych, którzy zamykają oczy na rzeczywistość, na to, że jest brudna i zła, i pisze: „Jestem poniekąd zaszczycony, że napisałem coś, co wyrwało tych ludzi z głębin ich lekkiego snu” (s. 197).

Pisał z poczucia misji, by wyrazić swoją prawdę, i pisał po prostu dlatego, że sprawiało mu to ogromną przyjemność. Zwłaszcza pod koniec życia zaczyna o tym rozprawiać ze szczególnym entuzjazmem, i pewną czułością, wcześniej w jego listach nieobecną: „Nie ma przecież nic bardziej magicznego i pięknego niż zdania powstające na papierze (…). Nie mogę zrozumieć żadnego pisarza, który przestaje pisać. To jak wyrwanie sobie serca i spuszczenie go w kiblu” (s. 217). I dalej: „Pisanie uratowało mnie przed domem wariatów, od morderstwa i samobójstwa. Nadal jest mi potrzebne. Teraz. Jutro. Aż do ostatniego tchnienia” (s. 219).

Niewiele spotkałam w literaturze tak płomiennych słów na temat przyjemności pisania, jak te, które pojawiają się w listach Bukowskiego. I myślę, że rzeczywiście był on człowiekiem, który prócz maszyny do pisania i butelki wina niczego więcej do szczęścia nie potrzebował. W pisaniu znalazł to, czego wszyscy szukamy – sens i radość życia. Pozwolicie więc, że zakończę jego własnymi, pięknymi słowami:
„I gdy mój szkielet spocznie na dnie trumny, gdyby do tego doszło, nic nie będzie w stanie umniejszyć znaczenia tych wspaniałych nocy, spędzonych tutaj, przy tej maszynie” (s. 206).
***
Ch. Bukowski, O pisaniu, tłum. Marek Fedyszak, wyd. Noir Sur Blanc, Warszawa 2016.

Za lekturę wywodów jednego z moich ulubionych pisarzy na jeden z moich ulubionych tematów dziękuję pani Joannie i wydawnictwu Noir Sur Blanc.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z książki. 
Okładka: www.wydawnictwoliterackie.pl.

Inne książki Bukowskiego na Literackich skarbach:

piątek, 27 stycznia 2017

Myślozele, mumie, masochiści, czyli literacka gra, że palce lizać!
„Młyn do mumii”, Petr Stančík

O ile polskie nagrody nie są dla mnie istotnym wyznacznikiem literackiej jakości, o tyle tym czeskim ufam. Najważniejsza z nich, Magnesia Litera, działa na mnie jak magnes, bo nie zdarzyło się chyba jeszcze, żeby wyróżniona nią książka mi się nie spodobała (sprawdźcie tu).

Młyn do mumii Petra Stančíka, zdobywca tej nagrody w kategorii proza w roku 2015, intrygował mnie szczególnie – bo, przyznacie sami, „mistyczny porno-gastro thriller z XIX-wiecznej Pragi” nie brzmi raczej jak opis dzieła, które mogłoby spotkać się z tak gorącym uznaniem krytyków. Czym to „porno-gastro” tak urzekło szacowne jury? zastanawiałam się…

Teraz już wiem. Powieść Stančíka to przede wszystkim nie porno-, nie gastro- i nie thriller, a wspaniała literacka gra. Autor z rozmachem parodiuje, ironizuje i kpi, zszywa swoją historię z najbardziej oklepanych motywów literatury kryminalnej i sensacyjnej, umieszczając akcję w atrakcyjnej scenerii dawnej Pragi i dorzucając kilka historycznych postaci, a to wszystko sowicie podlewa sosem z potrawki z jeża, piwa i spermy. Młyn do mumii to taka Szmira Bukowskiego, tylko w XIX-wiecznych Czechach. A komisarz Durman Stančíka to brat bliźniak Nicka Belane’a, tak samo tępy i tłusty, a zarazem komicznie bohaterski i waleczny.

Pierdzący komisarz

Przyjrzyjmy się mu bliżej. Z początku robi na nas niezłe wrażenie – z werwą zabiera się za rozwiązywanie zagadki makabrycznego morderstwa, wydaje się inteligentny, pewny siebie i zdecydowany, jak na komisarza policji przystało. Nie waha się ruszyć za domniemanym złoczyńcą w pościg po dachach praskiego getta, a nawet po dachu pędzącego pociągu (ach, ach, co za emocje!).

Kilkadziesiąt kufli piwa później obraz nieustraszonego tropiciela zabójców rozwiewa się jak dym z fajki. Podziw po raz pierwszy ustępuje miejsca rozbawieniu, gdy nasz bohater zaczyna robić maślane oczy do Libuszki Jedwabnej i wyznaje jej miłość w słowach rodem z sentymentalnej powiastki dla pensjonarek (by kilka godzin później z zapamiętaniem chłodzić miłosny zapał w ramionach kilku dziwek pod rząd).

Z czasem wychodzi na jaw, że Durman potrafi jedynie napychać sobie kałdun, żłopać piwo i wtykać swój instrument w każdą ochoczą dziurkę, jaka mu się nawinie (a jest ich sporo!). Jego działalność zawodowa woła o pomstę do nieba – na polu śledztwa błądzi jak dziecko we mgle, nie zdając sobie sprawy z najoczywistszych rzeczy (wyprawa do Meksyku!), jedną z ofiar jeszcze żywą wysyła na sekcję zwłok, a w kulminacyjnej scenie przestrzeliwuje sam sobie ramię, po czym pędzi za domniemanym zabójcą, z trudem wlokąc swój tłusty brzuch i głośno popierdując. I to by było na tyle, jeśli chodzi o wspaniałego komisarza Durmana.

Masochista, Smetana i anarchistyczna pralka

To, co Stančík robi w swojej powieści z konwencją kryminału, ten cały pobrzmiewający w tle śmiech, to zdecydowanie największy plus Młynu do mumii. Drugi – to świat przedstawiony. Nie należy go brać oczywiście całkiem serio – niczego zresztą nie należy brać serio w tej książce – ale wystarczy zadać sobie trud sprawdzenia kilku informacji, by stwierdzić, że autor naprawdę świetnie się przygotował.

Leopold von Sacher-Masoch,
ojciec TEGO syna :)
Prawdą jest na przykład, że szefem praskiej policji w latach 60. był Leopold von Sacher-Masoch – ojciec TEGO Leopolda von Sacher-Masocha, pisarza, który wsławił się przede wszystkim pewnymi nietypowymi praktykami seksualnymi (nazwanymi zresztą od jego nazwiska). Synek też się w książce pojawia, w burdelu, w dosyć typowej dla siebie sytuacji.

To nie jedyne postaci historyczne, z jakimi spotykamy się na kartach Młyna do mumii. Mamy tu cały panteon wybitnych osobistości XIX-wiecznej czeskiej kultury – jest poeta i prozaik Jan Neruda, jest krzewiący nastroje narodowe kompozytor Bedřich Smetana, jest znany pisarz, publicysta i działacz polityczny Karel Sabina...

Kilka razy w powieści pojawia się Rękopis królowodworski, genialna mistyfikacja Václava Hanki i Josefa Lindy, która w latach 60. XIX wieku w świadomości spragnionych własnego państwa Czechów – w tym bohaterów Stančíka – była jeszcze cudownie odnalezionym rękopisem z XIII wieku, przedstawiającym najstarsze dzieje narodu czeskiego. (Fałszerstwo ujawniono dopiero pod koniec XIX wieku, a swój udział w tym miał m.in. późniejszy prezydent Czechosłowacji, Tomáš Garrigue Masaryk).

Są także detale. Zaintrygowana anegdotkami opowiadanymi przez Durmana i detektywa Egona Altera na temat przedmiotów znalezionych w sklepie ze starzyzną, postanowiłam to sprawdzić i odkryłam ze zdumieniem, że nie są one czystymi wytworami fantazji autora, ale mają zawsze rzeczywiste podstawy. (A o Dymiącym Zwierciadle można sobie poczytać tu).

I jeszcze jeden smaczek – aluzje do wynalazków, które w naszych czasach są na porządku dziennym, czyli te momenty, kiedy autor puszcza oko do czytelnika z XXI wieku. Podobny zabieg stosował w Lordzie Mordzie Miloš Urban, ale Stančík robi to z dużo większym rozmachem – tutaj nawet niewinna pralka staje się elementem anarchistycznego spisku…

Kwintesencja czeskości

Petr Stančík
Po tym wszystkim, co do tej pory napisałam, chyba jest już jasne, że wątek kryminalny nie odgrywa w tej powieści zbyt dużej roli. Młyn do mumii nie sprawdza się też jako thriller czy horror, bo po prostu… trudno przestać się śmiać. Ale jak się nie śmiać, skoro Durman rozwiązuje sprawę seryjnego mordercy, kontaktując się z duchami podczas seansu spirytystycznego i wsiadając na myślozelę – pokraczną maszynę obłąkanego wynalazcy Wenzela Benzela, która ma usprawniać pracę mózgu?

Mam zresztą wrażenie, że Stančík uprawia swoje literackie kpiarstwo niemal przez cały czas, nawet tam, gdzie nie jest aż tak oczywiste – na przykład wątek cesarza Maksymiliana i jego poszukiwań tunelu do Egiptu skojarzył mi się z powieściami o teoriach spiskowych w stylu Dana Browna. Nie mówiąc o całej tej historii z sekretnym zakonem Ordo Novi Ordinis.

Nie dziwi oczywiście, że taka powieść wyszła spod pióra właśnie Czecha. Widać tu typowy dla naszych południowych sąsiadów luz i dystans (a luzem i dystansem wykazało się również jury przyznające Magnesię Literę, bo, jak zauważyła Owieczka z Wełniastego Podejścia do Literatury, trudno sobie wyobrazić, by tak prześmiewcza rzecz, mimo że błyskotliwa i literacko doskonała, otrzymała najważniejsze literackie wyróżnienie w Polsce).

Ostatecznie rozbroiła mnie scena, w której Durman zupełnie „przypadkowo” zaczyna spółkować z tęgą kobieciną stojącą przed nim w tłumie, a gdy na jego pytanie, czy życzy sobie, żeby ją poddusić albo wykręcić rękę, zaaferowana dama zaczyna powtarzać „Na zmianę! Na zmianę!”, tłum wokół nich nieoczekiwanie podłapuje hasło i zaczyna skandować „Czas na zmianę!”. Sprawy wielkie i te zupełnie maleńkie, pospolite, ludzkie, splatają się ze sobą w tym fragmencie tak pięknie, jak chyba tylko w czeskiej literaturze potrafią.

No i jeszcze jedna rzecz, która sprawia, że Młyn do mumii jest w moich oczach kwintesencją czeskości – anegdotyczność. Ta rozkoszna, haškowska – bo przecież Szwejk to jedna wielka anegdota! – dygresyjność. Na marginesie głównej opowieści co rusz rozkwitają tu jakieś małe, urocze opowiastki – a to skrupulatne relacje z uczt Durmana, a to jego podboje erotyczne, z małym wątkiem paryskim (jak to nasz dzielny komisarz przywiózł do Pragi z miasta zakochanych miłość francuską…), a to motyw chińskich posłańców, historie przedmiotów z lombardu, pogadanki przy piwie, i wiele, wiele innych.
Książkę ilustrują intrygujące ryciny autorstwa samego Petra Stančíka.
Seks i jedzenie

W powieści Stančíka jest też zresztą dużo szwejkowskiej rubaszności. Cudownie rozbuchane i smakowite są tu zarówno fragmenty o jedzeniu, jak i o seksie, a niekiedy te dwie sfery się wręcz przenikają. I nie ma się co bać tego całego „porno”, bo scenki erotyczne są naprawdę w Młynie do mumii opisane tak, że… no, palce lizać.
„Z ukochaną osobą bierzcie się wzajemnie do ust, w ten sposób przedłużycie swoją rozkosz. Przede wszystkim nie zapomnij wybrać dla obojga odpowiedniego wina. Do czochrania pelikana najlepiej pasuje wino czerwone, ciężkie i słodkawe, na przykład Châteauneuf du Pape, czy nawet Porto Ruby. Natomiast do cipeczki białe, i to bardzo wytrawne, lekkie jak poddanie się pożądaniu, na przykład Muscadet z doliny Loary, ewentualnie burgundzkie Chablis, błędem nie byłby też szampan Brut, którego pobudzające bąbelki wywołują na śluzówce prawdziwe cuda…” (s. 214).
Jedyny drobny zarzut, jaki mogę mieć, to fakt, że opisy posiłków z czasem zaczynają nudzić. Nie pełnią w zasadzie żadnej funkcji dla fabuły, są do niej trochę „doczepione”, i kiedy minie już element zaskoczenia związany z tym, CO właściwie Durmanowi zdarza się jeść (te wszystkie jeże, nietoperze itp.), wątek „gastro” staje się trochę usypiający.

Smacznego!

Zmierzam do podsumowania, choć o wielu rzeczach jeszcze nie napisałam. Nie napisałam prawie nic o okrutnych zbrodniach, wokół których osnuta jest akcja, i o motywie męczenników, nie napisałam o zabawnych mottach z pism zakonu Ordo Novi Ordinis, które otwierają każdy rozdział i w ciekawy sposób korespondują z jego treścią, niewiele w moim tekście o historycznym tle i wojnie z Prusami, która przetoczyła się na kartach książki, mało w zasadzie napisałam o jedzeniu… Ale gdybym chciała napisać o wszystkim, pisałabym pewnie jeszcze z tydzień. Niewykluczone, że z samych cytatów z tej książki powstanie u mnie jeszcze jeden wpis.

A na razie napiszę tylko – polecam bardzo, bo powieść Stančíka to literacka uczta we wszystkich możliwych znaczeniach tego słowa.

P.S. Jak już zabierzecie się za czytanie, mała wskazówka – zwróćcie uwagę na szczególiki. Takie jak na przykład nazwiska.

P.S. 2 I jeszcze jedno, zupełnie już na końcu, bo mam czasem wrażenie, że wszystko kojarzy mi się z Michalem Ajvazem – ale ta gadająca mandragora, tunel pod ziemią i usługujące kruki i szczury? Proszę, no przecież to jest Ajvaz jak żywy! :)

***
P. Stančík, Młyn do mumii czyli przewrotne odkrycie komisarza Durmana, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2016.

Za przepyszną i rozkosznie dowcipną literacką zabawę Petra Stančíka dziękuję panu Mirkowi i wydawnictwu Stara Szkoła.

Ilustracje:
[1] Motyw z okładki książki, wyd. Stara Szkoła
[2] Okładka czeskiego wydania książki, wyd. Druhé město / www.druhemesto.cz
[3] Eduard Kaiser (+1895); Foto Peter Geymayer / Eigenes Foto einer Originallithographie der ÖNB (Wien) / Wimiedia Commons 
[4] Fotografia Petra Stančíka ze strony wydawnictwa Druhé město / www.druhemesto.cz
[5] Fotografia ryciny zamieszczonej w książce / zdjęcie własne
[6] Okładka książki, wyd. Stara Szkoła 

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Z pamiętnika dręczyciela – „Świnki morskie”, Ludvík Vaculík (nowe wydanie)

Vladimir Nabokov twierdził, że dobry czytelnik to czytelnik wielokrotny, i jest to myśl, którą często za nim powtarzam. Mimo tego więc, że na świecie roi się od książek, których jeszcze nie miałam w rękach, a powinnam, zdarza mi się wracać do dawnych lektur. Czas i doświadczenia zmieniają perspektywę, sprawiają, że dostrzega się zupełnie inne rzeczy niż za pierwszym razem.

Tak było i z moim powrotem do Świnek morskich Ludvíka Vaculíka. Po raz pierwszy czytałam je prawie cztery lata temu, na pierwszym roku bohemistyki, zachęcona rekomendacją lektora od czeskiego. Skromną białą książeczkę znalazłam w bibliotece i z mieszaniną ekscytacji i strachu zanurzyłam się w rozważaniach praskiego bankiera, ojca i męża, ot, zwyczajnego Vaszka, który z czasem zamienia się w okrutnego oprawcę tytułowych świnek. Teraz Świnki trafiły do mnie w nowym wydaniu, w odświeżonym tłumaczeniu, postanowiłam więc sprawdzić, jak zadziałają na mnie dziś.

I działają wciąż niezwykle mocno, ale mój odbiór jest też dziś bogatszy. Przede wszystkim dlatego, że po drodze zdążyłam zapoznać się z twórczością Ladislava Fuksa, który porusza w swoich książkach bardzo podobną tematykę. Przemiana niepozornego Vaszka w psychopatycznego dręczyciela mocno przypomina metamorfozę pana Kopfrkingla, tytułowego palacza zwłok. I tu, i tu chodzi o kontrast – szaleństwo rodzi się w głowie odpowiedzialnego męża i ojca, statecznej głowy rodziny, kogoś, kto wydaje się pewny jak skała, silny, mądry i godny zaufania. Kiedy z nim zaczyna dziać się coś niedobrego – to jak gdyby stopniowo pękał fundament całej rodziny. Jeśli więc lubicie prozę Fuksa, a zwłaszcza wspomnianego Palacza zwłok, myślę, że Świnki morskie też Wam się spodobają.

Przy drugiej lekturze zwróciłam też uwagę na niuanse, dotyczące charakteru Vaszka, na to wszystko, czego nie mówi nam wprost, ale co jesteśmy w stanie wyczytać między wierszami. Jeszcze zanim zaczyna praktykować swoje obrzydliwe eksperymenty na zwierzątkach, widać, że to nieprzyjemny typ. Ewidentnie mizogin – jak on pluje jadem na małe dziewczynki!
„Nie muszą nic robić, nie mają praktycznie żadnych zmartwień, a kiedy potem chcą o kogoś zadbać, jedynie mu szkodzą z winy swoich tępych matek. Tępych znaczy ozdobionych, leniwych i tuzinkowych. Ach, wy, tego typu dziewczynki – waszych matek mam powyżej uszu. Boję się, wy groteskowe specjalistki od niczego, nawet nie od fortepianu, z kim ożenią się nasi chłopcy. Zrzucimy was ze schodów” (s. 27).
A uwaga, którą raczył poświęcić swojej żonie, przedstawiając członków swojej rodziny? „Jest nauczycielką, ale mniejsza o to”? Vaszek wyraźnie nie lubi swojej Ewy, mało tego, nie przepada również za synami. Jest niecierpliwy, porywczy, ma skłonność do mądrzenia się, a jako czytelnicy zdajemy sobie sprawę, że do mędrca mu daleko. Już po pierwszych stronach możemy więc stwierdzić, że coś w tym na pozór zwyczajnym faceciku jest nie w porządku.

Dziś, czytając Świnki, nie mam wątpliwości – ten człowiek nie był psychicznie zdrowy. Przy pierwszym spotkaniu z nim sądziłam, że jest po prostu zepsuty, pozbawiony empatii i zły, ale takie elementy jak historia z niebieską kurtką Vaszka, niezdrowe sny, dziwne przejęzyczenia i pozbawione sensu wstawki, jak gdyby coś przebijało się do jego świadomości („Drogie dzieci, rozewrzyjcie nóżki, coś wam opowiem. Zabiłyście już kiedyś coś większego?”), czy zakończenie, które interpretuję jako coś, co wydarzyło się głównie w głowie bohatera, przekonują mnie, że narrator powieści Vaculíka był czystej wody szaleńcem.

Co jednak doprowadziło go do bram tego szaleństwa? Czy było to po prostu coś, co od urodzenia tkwiło głęboko w nim, i może tkwi w każdym z nas (jak twierdzi Fuks), a w zetknięciu ze zdanymi na jego łaskę stworzeniami ujawniło się? Myślę, że nie, a przynajmniej nie tylko – myślę, że znaczenie miało tu również jego środowisko pracy, Bank-Gang Narodowy, które tłamsząc go, wzbudziło w nim agresję. Ta natomiast znalazła ujście w dręczeniu słabych i bezbronnych świnek.

I tu dochodzimy do wielopiętrowej metafory komunizmu, która jest rdzeniem, najważniejszym elementem tej powieści. Tak jak terror i atmosfera podejrzliwości w Banku Narodowym budzi w pracownikach złość i niezdrowe instynkty (nie chodzi tu tylko o Vaszka – w końcu to jego kolega Karasek był jego guru sadystycznych praktyk na świnkach), tak reżim komunistyczny, ścisła kontrola nad obywatelami, stale towarzyszące im obawy i poczucie niepewności sprawiają, że czują oni potrzebę odreagowania. Zło rozprzestrzenia się jak wirus, nie wsiąka w ludzi niczym w gąbkę, ale sprawia, że szukają oni kozła ofiarnego, na którym mogą sobie odbić swoje krzywdy i swój strach.

Mało tego – na niego zrzucają również winę za własną bierność i strach przed działaniem. Vaszek nienawistnie myśli o świnkach, atakując poniekąd siebie: „Dlaczego w skałach nie piszczysz i nie krzyczysz w żelaznej przepaści? Dlaczego nie zaczniesz działać ze wszystkich sił, dopóki je jeszcze masz, choćby w ten najbardziej desperacki sposób, który swoją szaleńczą daremnością zaskarbi sobie uznanie boskie?” (s. 145)

Na tym poziomie metafory pojawia się ktoś taki jak inżynier Maelström (od wiru z opowiadania Poego) – ten, który wie, że coś jest nie w porządku i chce o tym mówić, ale zostaje uciszany lub po prostu nikt nie chce go słuchać, bo to niebezpieczne. Nigdy nie ma towarzystwa, zawsze siedzi sam przy stole, jest traktowany jak wyrzutek – zajmuje dokładnie taką pozycję, jak prawda w systemie komunistycznym. Inni jej nie tykają, mają bowiem swój mały świat, swoją strefę bezpieczeństwa, w której jest duszno i ciasno… ale przynajmniej jest. „Z biura do biura krążą złe domysły, ale o działaniach ratunkowych nie pomyśli nikt” – pisze Vaszek.

Ludvík Vaculík
Druga odsłona metafory to zachowanie Vaszka wobec świnek. Dzięki jego skrupulatnie spisywanym obserwacjom poznajemy różne typy ofiar, w zależności od tego, jak zachowują się względem oprawcy. I tak: są potulne owieczki, które od razu przystosowują się do sytuacji, są osobniki, które dają się złamać z czasem, ale są i buńczuczni wojownicy, którzy wolą sami zadać sobie ból, niż zdać się na łaskę dręczyciela. „Z tymi zapadniętymi oczami i najeżoną sierścią wyglądała jak ktoś, kogo okropne pobito, ale nie złamano psychicznie” – pisze o Rudzielcu Vaszek. Pod tym względem świnki okazują się zaskakująco podobne do ludzi…

I choć tematyka tej książki, jak widać, jest bardzo mroczna, nie brak tu również miejsca na odrobinę – często czarnego – humoru. Autor rozluźnia w ten sposób atmosferę, aby za chwilę z większą siłą przytłoczyć nas jakimś niepokojącym motywem. Zabawne bywają obserwacje Vaszka, autentycznie bawią też jego rozmowy z synami – u chłopców widać żywą inteligencję, która w połączeniu z przekorą skutkuje naprawdę dowcipnymi dialogami.
„– Jakoś, jakoś! Nigdy niczego nie zrobiło się jakoś. Wszystko, co zrobiono na świecie, zrobiono w dokładny i ściśle określony sposób. A nie jakoś, jakoś! 
Na to Paweł zamknął w końcu buzię, a otworzył ją Vaszek: 
– Tyle że, tatusiu, każdy sposób, który został wykorzystany do zrobienia czegoś, mógł być przed jego odkryciem oznaczany wyłącznie słowem: jakoś. 
Odwróciłem się do niego: 
– Ty? Nie przypominam sobie, żebym cię o coś pytał. No ale, wybornie, Vaszku! Wybornie. Od dziś ciebie będę pytał, czy Paweł wyczyścił klatkę! 
– Wybornie. A ja będę ci odpowiadał zgodnie z prawdą. 
– Jakich odpowiedzi będziesz mi z reguły udzielać? 
– Z reguły, że jej nie wyczyścił” (s. 140).
Kilka lat i kilka przeczytanych od ostatniej lektury książek sprawiło więc, że mój odbiór Świnek morskich lekko się zmienił. To też z pewnością jedno z tych dzieł, do których warto wracać co pewien czas, za każdym razem bowiem odsłaniają przed nami nowe konteksty.

Nie zmieniło się za to jedno – bardzo Wam tę powieść polecam. Jest niepokojąca, przytłaczająca, prawdziwa, i tak jak pisze Milan Exner, „w żadnym innym utworze literatura czeska nie zbliżyła się do twórczości Franza Kafki tak bardzo”.

***
L. Vaculík, Świnki morskie, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2016.

Za możliwość odkrycia tej lektury na nowo oraz za towarzyszącą jej mieszankę grozy, wstrętu i fascynacji dziękuję panu Mirkowi i wydawnictwu Stara Szkoła

Ilustracje: 
[1] vantagepointfl / pixabay.com
[2] zdjęcie własne
[3] okładka czeskiego wydania książki / www.ludvikvaculik.cz 
[4] Vitjan / Wikimedia Commons
[5] okładka książki / Stara Szkoła  

czwartek, 19 stycznia 2017

Mięsko, absynt i śmierć starej Pragi – „Lord Mord”, Miloš Urban

W tej książce Miloš Urban porusza wiele tematów i łączy całe mnóstwo wątków, ale akurat te, które wydawałyby się najciekawsze – kryminalny i horrorowy – liczą się tu najmniej. Wciąga za to jego klimatyczna opowieść o Pradze przełomu XIX i XX wieku, o mieście, które bezpowrotnie odchodziło wraz z żydowskim gettem ginącym pod łopatami koparek.

Tyle myśli wywołała u mnie ta książka, tyle uśmiechów, mniejszych i większych zachwytów, że sama nie wiem, od czego zacząć. Niech będzie na początek – kreacja głównego bohatera.

To jedna z mocnych stron tej książki. Hrabia Arco, dla przyjaciół Adi – znudzony życiem i pozbawiony ambicji szlachcic, „leń i sybaryta”, gruźlik, smakosz absyntu, narkoman, stały bywalec praskich burdeli. Okazjonalnie utrzymuje „na własność” jakąś panią lekkich obyczajów, a w razie niedotrzymania przez nią wierności w ramach seksualnego kontraktu, posuwa się do brutalnych rękoczynów. Nie lubimy go na początku.

Z czasem jednak okazuje się, że to nie tylko obibok i damski bokser, ale i miłośnik starej, dziwacznej architektury oraz człowiek gotów walczyć o słuszną sprawę. Ledwie się obejrzymy, już kibicujemy jego walce z bezdusznymi urzędasami, aż po iście westernowe zakończenie, i z zapałem śledzimy jego próby rozwiązania zagadki tajemniczego mordercy prostytutek (zastanawiając się, czy rzeczywiście za krwawymi mordami stoi… żydowski demon Mięsko). Hrabia Arco to bardzo niejednoznaczna postać. Tak naprawdę do końca powieści nie wiemy, co o nim myśleć. I to jest fajne.

Pogodny horror

Miloš Urban
Dalej – wątek kryminalny. Owszem, jest, ale wypada stosunkowo blado. I to nie jest niedoróbka autora, po prostu wątek ten jest w powieści niespecjalnie istotny, raczej rozgrywa się gdzieś w tle. Lord Mord zawiedzie też prawdopodobnie miłośników grozy – oprócz jednej sceny (ale, przyznaję, mocnej; upiorny szept Mięska w środku nocy w pustej uliczce w sercu getta, a potem jego „Lubisz mnie?”, zapach surowego mięsa i krwi… ja się bałam!) nie ma tu specjalnie horrorowego klimatu, i to też nie jest nieudolność autora. Znów – on nawet nie stara się specjalnie tego klimatu budować.

Zaskakująco dużo za to tutaj humoru. Cała opowieść utrzymana jest w – zaryzykuję to stwierdzenie – pogodnym wręcz tonie. Adi to trzeźwy (nie zawsze dosłownie), ironiczny i z lekka cyniczny narrator, dlatego czytając jego opowieść trudno czasem powstrzymać się od uśmiechu, a już wraz z bawidamkiem Solim, wiecznie z kąśliwą, nieraz wulgarną uwagą na ustach, tworzą naprawdę zabawny duet.
„Wybacz, Adi, ale ty, mimo że masz naprawdę szerokie horyzonty, i tak zachowujesz się jak osiołek, przed którym na sznurku kołysze się marchewka, a on nic nie widzi, nic nie słyszy, tylko idzie za nią, a i tak nigdy jej nie dogoni. Tyle że tobie przed oczyma nie unosi się marchew, ale jędrny kawał pizdy” (s. 141).
Humorem zaprawione są także wątki polityczne w Lordzie Mordzie. Mamy końcówkę XIX wieku, Czesi aktywnie dążą do zwiększenia swojej niezależności pod panowaniem Austro-Węgier, m.in. forsując użycie języka czeskiego w urzędach. Powstają podziemne organizacje radykałów o dążeniach niepodległościowych, na co władze odpowiadają wzmożoną aktywnością tajnej policji. Motywy te, bardzo zresztą ciekawe, nieoczekiwanie przenikają do wątku „burdelowego” – w czasie przyjęcia urodzinowego kuzyna Maniego trzy prostytutki odgrywają coś, co określają jako „widowisko dla patriotów”. Z grubsza polega to na tym, że odziana w czerwono-białe (barwy Czech!) pończochy Eva wdaje się w bójkę z czarno-żółtą (Austria!) Francką; po dłuższej szarpaninie zwycięża czerwono-biała Eva, a widzowie zostają zaproszeni do przetrzepania biczykiem pupy pokonanej czarno-żółtej Francki.

Co za smakowita scena! I taka czeska, pomyślałam sobie, tu – wielkie sprawy narodowe, a tu obijane tyłeczki dziwek w pasiastych gatkach… Po czym zaczęłam przeglądać opinie na temat książki na czeskich stronach i z wielkim zdumieniem stwierdziłam, że absolutnie nikt nie zwraca uwagi na tę uroczą scenkę, a wielu czytelników jest wręcz zniesmaczonych burdelowymi przygodami Adiego. I wtedy zrozumiałam – przecież dla Czechów nie ma żadnego „To takie czeskie!”. Dla nich to norma, tylko polski czytelnik dostrzega rozkoszną lekkość tej sceny, tak odmienną od naszego polskiego podejścia do „wielkich spraw”. Stąd wniosek – dla polskich czytelników ta lektura kryje jeszcze dodatkowe smaczki.

Josefov przed rokiem 1896.
Walka z systemem w XIX wieku

Najciekawszy w tej powieści, jak wspomniałam już na wstępie, jest jednak moim zdaniem obraz Pragi przełomu wieków. Miasta zmęczonego swoją wielkością, szarego, spowitego chmurą duszących pyłów, przechodzącego właśnie transformację z pełnej legend, magicznej Złotej Pragi w nowoczesną metropolię na wzór Wiednia czy Paryża.
„A Praga chętnie dawała się obgryzać tym dwóm żelaznym bestiom, pozwoliła im nawet przeniknąć do swojego starego, żywego serca i cieszyła się, że dostanie organ nowy, że tylko dzięki temu może przeżyć i pozostać w Europie XX wieku. Niewielu z nas patrzyło na to inaczej i dostrzegało inne rzeczy – że Żydowskie Miasto nigdy dotąd tak nie cierpiało i nigdy nie przyjmowało swojej zagłady z takim spokojem i pokorą” (s. 18).
Ten obraz, a zwłaszcza wizja miejskiej biedoty, stłoczonej w rozpadających się domkach czy wręcz dziurach w ścianie, tak bardzo nie pasującej do projektowanej świetlanej przyszłości miasta, bardzo przypomina mi inne europejskie stolice, opisywane przez XIX-wiecznych pisarzy – jak Londyn Dickensa czy Paryż Hugo.

O samej praskiej asanacji, czyli podjętej ze względów sanitarnych przebudowie miasta i niemal całkowitej likwidacji żydowskiego getta, napiszę więcej za chwilę, ale chciałabym jeszcze zauważyć, że ta nierówna walka o zachowanie tradycyjnego kształtu miasta, i w ogóle problemy, z którymi mierzyć musiała się Praga końcówki XIX wieku, pod wieloma względami przypomina mi czasy nam współczesne. Bo przecież dziś też wkurzamy się, gdy kosztem terenów zielonych stawia się w centrum miasta kolejny biurowiec lub handlowy moloch. A wszystko za sprawą wszechwładnych banków – jak w powieści Urbana. Problem „jednostka kontra postęp” jest wciąż aktualny. No i dziś też mamy na głowie smog :).

Przebudowa getta oznaczała także śmierć urokliwych ulicznych straganów, na których można było kupić... wszystko :).
Poza tym bardzo aktualny wydał mi się również bój, który doktor Hofman toczy z koncernem chemicznym Bayer, swoim byłym pracodawcą. Preparat doktora nie został dopuszczony do sprzedaży, „nie ma bowiem pieczęci” (s. 86). O zdominowaniu rynku farmaceutycznego przez ogromne koncerny oraz problemach z wprowadzaniem do obrotu nowych leków mówi się dziś i pisze tak wiele, że analogia jest oczywista.

I jeszcze jedna rzecz, która spodobała mi się w świecie przedstawionym powieści. Dowcipny sposób, w jaki Urban pisze o przedmiotach i urządzeniach, jakie dziś są na porządku dziennym, a w końcówce XIX wieku były absolutną nowinką. Hrabia Arco długo zastanawia się, czy kupić zegarek na rękę, bo choć jest wygodny, „wygląda jak podwiązki” (s. 171), i zachwyca się zamontowaną u Gity mechanicznie spłukiwaną deską klozetową (s. 39). Ale absolutnym mistrzostwem jest opis przejazdu automobilu wąskimi uliczkami Pragi:
„Ozdobiony proporczykami Slavii, kluczył uliczkami z prędkością przechodnia, śmierdział i ryczał, i na zlikwidowanym rynku wywoływał wrzask dzieci i przeżegnywanie się dam (...). W gazecie wieczornej pisano później, że szofer zabłądził jak kompletny prowincjusz, skręcił w wąską uliczkę, którą mu doradzono jako skrót, i stanął przed stromymi średniowiecznymi schodami. Obstąpili go gapie, a kiedy policja rozpędziła zbiegowisko, żeby automobil mógł z powrotem wyjechać z praskiej pułapki, okazało się, że z silnika ktoś wykręcił i zabrał jakiś błyszczący mosiężny czop. Przyprowadzono więc dwa państwowe konie, żeby samochód ze Starego Miasta odciągnąć z powrotem na prowincję” (s. 371).
A teraz słów kilka o asanacji...

Nie da się ukryć – w drugiej połowie XX wieku praski Josefov był przeludniony, zaniedbany i brudny. Radni, powołując się na fatalne warunki życia mieszkańców, ryzyko wybuchu epidemii oraz warunki sprzyjające przestępczości, zastosowali drastyczne środki – w lutym 1893 roku podjęli decyzję o zrównaniu z ziemią żydowskiej dzielnicy i praktycznie wybudowaniu jej na nowo.

Mieszkańcy jednego z domów na Josefovie. Zdjęcie daje dobry obraz tego, jak bardzo przeludnione było getto.
Angelo Maria Ripellino pisze o tym w swojej Pradze magicznej: „Choć przyczyny rozbiórki były istotne, faktem jest, że z przesadną zaciekłością i bezmyślnością zniszczono wyjątkowo malowniczy kompleks” [1]. Wraz z Żydowskim Miasteczkiem z Pragi odchodził pewien świat – świat ulicznych straganów, ciemnych uliczek, mistycznej atmosfery. Wielu protestowało przeciwko takim działaniom, nie chcąc, aby Praga straciła swój niepowtarzalny charakter. Jednym z nich był Vilém Mrštík, który pojawia się nawet osobiście w jednej ze scen powieści Urbana (s. 386), a cytat z jego dzieła, manifestu Bestia Triumphans, otwiera książkę.

Vilém Mrštík w roku 1897.
Bestia Triumphans to postać z Jutrzenki Nietzschego, uosobienie ignorancji i braku poszanowania dla wieloletniej historii i kultury. W swoim płomiennym manifeście Mrštík twierdził, że kieruje ona poczynaniami bezdusznych urzędników i szaleje w Pradze, „burząc i równając z ziemią pełne uroku, dziwaczne budynki, by zastąpić je ponurymi Wohnmaschinen” [2]. Dokładnie takie, jak Dom Na Galerii, uratowany – niestety tylko chwilowo – przez hrabiego Arco. Dla Mrštíka bezmyślne niszczenie żydowskiej dzielnicy było jednoznaczne z wyrzeczeniem się własnej kultury narodowej, tradycji i folkloru.

Urban idzie dalej – w zajadłych działaniach praskich radnych dostrzega ukryty antysemityzm. Choć na ustach mają piękne słowa o higienie, wygodzie i lepszych warunkach życia, chodzi im również o to, by zgnębić i ukarać Żydów, pozbawiając ich domów. „Żydowskie Miasto przyciągało te niebezpieczne gryzonie przez wieki. Jego zburzenie oznacza oczyszczenie i zdrowie, nową i czystą krew” (s. 380) – mówi odpowiedzialny za projekt asanacji doktor Preininger, co Soli, Żyd z pochodzenia, komentuje gniewnymi słowami: „Ty gojowska świnio”.

Choć fizycznie getta nie udało się uratować, Ripellino twierdzi, że przetrwało w zbiorowej świadomości Prażan. Na dowód przytacza słowa Kafki: „Nasze serce nie wie jeszcze nic o dokonanym uzdrowieniu. Stara, niezdrowa dzielnica żydowska wewnątrz nas jest bardziej realna od nowego, higienicznego miasta, które nas otacza. Chociaż nie śpimy, kroczymy jak we śnie: sami jak zjawy z minionych czasów” [3].

Książka à la dom Na Galerii

Lord Mord to twór przedziwny. Pod pewnymi względami przypomina romanetto, ale czerpie z tak wielu różnych gatunków (zakończenie – istny western, słowo daję!), że nie sposób go wrzucić do jakiegokolwiek worka.

Niektórzy czytelnicy twierdzą, że powieść tego wszystkiego nie udźwignęła. Ja jednak tak nie uważam, i nawet jeśli narracja ma swoje słabe punkty i momentami wydaje się chwiejna, to Urbanowi całkiem zgrabnie udało się wszystko skleić w jedną całość. Ta książka jest trochę – i może właśnie taka miała być? – jak dom Na Galerii i inne dziwaczne wytwory architektury w żydowskim getcie; posklejana z wielu różnych elementów, zwydziwiana, niebezpiecznie przeciążona, a jednak ma swój niewątpliwy urok.

Jeszcze tytuł. Opis z tyłu okładki dość jednoznacznie stwierdza, kim jest tytułowy Lord Mord, ale ja bym się tym specjalnie nie sugerowała. O tym jednak pogadamy, jak już przeczytacie.

***
M. Urban, Lord Mord, tłum. Katarzyna Kępka-Falska, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

Za wspaniałą literacką podróż, lekturę, która dostarczyła mi świetnej rozrywki, wiele dni przemyśleń i inspirację do zgłębienia tematu walki o starą Pragę (podczytuję już manifest Mrštíka!), dziękuję wydawnictwu Książkowe Klimaty

Dla tych z Was, który czytają po czesku, informacja – Bestia triumphans jest do pobrania na Krameriusie.

I jeszcze jedno – ponieważ mam jeden nadmiarowy egzemplarz Lorda Morda, spodziewajcie się na początku lutego małego konkursu :). Będzie okazja zdobyć tę perełkę!

Źródła:
[1] A.M. Ripellino, Praga magiczna, tłum. Halina Kralowa, wyd. PIW, Warszawa 1997, s. 171.
[2] Tamże, s. 172.
[3] G. Janouch, Colloqui con Kafka, s. 34 [za:] A.M. Ripellino, dz. cyt., s. 173.
Pozostałe cytaty pochodzą z Lorda Morda.

Fotografie:
[1] Motyw z okładki Lorda Morda, projekt: Magdalena Kocińska | O!Studio, wyd. Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl
[2] ksiazkoweklimaty.pl
[3] fotograf nieznany / Wikimedia Commons
[4], [5] Jindřich Eckert / Wikimedia Commons
[6] fotograf nieznany / Wikimedia Commons
[7] Okładka książki, wyd. Ksiązkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl

wtorek, 17 stycznia 2017

Życie z nietoperzem we włosach – „Pod śniegiem”, Petra Soukupová

(Zdjęcie w temacie. Spod śniegu wyziera mój brudny balkon).
„Ale życie nie jest lekkie ani piękne jak śnieg” (s. 382).

Kilka dni temu obudziłam się, wyjrzałam przez okno i oniemiałam. Zobaczyłam widok jak nie z tego świata – śnieg, który prószył przez całą noc, oblepił korony drzew, i ulica, jeszcze w świetle latarni, wyglądała jak żywcem wyjęta z najpiękniejszej zimowej widokówki. Poczułam miły dreszczyk, jakbym znowu miała 10 lat i wiedziała, że przede mną cały dzień zjeżdżania na sankach, lepienia bałwana i rzucania się śnieżkami.

Petra Soukupová w swojej powieści Pod śniegiem dosyć okrutnie bawi się takimi skojarzeniami. W naszej świadomości śnieg to coś pięknego i czystego, niewinnego, ale przecież wbrew pozorom świat pod białą pierzynką pozostaje szary, błotnisty i upstrzony psimi kupami. Tyle tylko, że przez chwilę tego nie widzimy – nie chcemy widzieć.

Takim „śniegiem” może być również fasada szczęśliwej rodziny. I właśnie takie „szczęśliwe” stadło przedstawione zostaje na kartach powieści Pod śniegiem. Na ponad 400 stronach autorka przebija się przez jego śnieżną skorupkę i odsłania wszystkie możliwe brudy, wzajemne urazy i żale, nie zapomniane, ale głęboko ukryte.

Sytuacja też jest bardzo znamienna – trzy dorosłe córki wraz z dziatwą w pewien zimowy, sobotni poranek jadą razem do domu rodziców na urodziny ojca. Wydaje się, że wszystkie są na swój sposób zadowolone z życia i nieźle sobie radzą. Olga jest samotną matką, ale ma świetny kontakt z synem i dobrze płatną pracę, która przynosi jej satysfakcję. Blanka to typowa kura domowa, czuwająca nad mężem i trójką dzieci – tak, jak sobie kiedyś dawno temu wymarzyła. Kristýna natomiast, najmłodsza z nich, jeszcze poszukuje swojej ścieżki, ale jest szczęśliwa, bo właśnie znalazła prawdziwą miłość.

A potem zaczynamy słuchać ich wzajemnych kłótni, zaczynamy obserwować, jak ścierają się ich różne poglądy na świat, zaczynamy wchodzić do ich głów, i dowiadujemy się, jak to jest naprawdę. Że Olga nie daje rady i rozpieszcza syna, chcąc mu zrekompensować brak taty. Że Blanka czuje się zaniedbana i niedoceniona, a męża podejrzewa o romans. Że „prawdziwa miłość” Týny to facet, który ma żonę i dziecko. Że siostry tak naprawdę się nie znoszą i każda z nich uważa, że pozostałe „gówno wiedzą o życiu”. A ich rodzice, ta ostoja wśród bałaganu własnego życia? Też nie jest u nich zbyt różowo… Relacja na dwa głosy, matki i córki:
„Czuje się tylko wstręt, nawet nie od razu, wstręt przychodzi z czasem, jak gniew, kiedy znajdujesz w wannie jego paznokcie albo obsikaną deskę klozetową, jak stawiasz przed nim kolację, a on czyta gazetę i ani be, ani me, albo kiedy leżysz na kanapie z okładem na czole, a on nawet nie spyta, co ci jest” (s. 324).

„Nie pamięta, kiedy ostatnio wspólnie położyli się spać, rozmawiali w łóżku, a potem zasnęli przytuleni. A przecież kiedyś tak było. Kiedyś, milion lat temu” (s. 398).
Pisarstwo Soukupovej jest wstrząsająco wręcz blisko życia – i to chyba jego największa siła. Bo przecież my to znamy. Każde dziecko ze szczęśliwej rodziny zastanawia się czasem, czy jego rodzice naprawdę są ze sobą szczęśliwi i czy niczego nie żałują. Każdy posiadacz rodzeństwa ma z nim trudne, naznaczone różnymi sprawkami z dzieciństwa relacje (choć bohaterki tej powieści są dla siebie ekstremalnie okropne; sama mam siostrę, z którą mocno się różnimy i nie zawsze ze sobą miło rozmawiamy, ale takich odzywek między nami zupełnie sobie nie wyobrażam). I każdy stara się ze swoją rodziną wychodzić ładnie przynajmniej na zdjęciach, pod grzecznym uśmiechem kryjąc gorzkie słowa. W tej powieści więc jakimś sposobem każdy odnajdzie kawałek własnego świata.

Do tego autorka odkrywa prawdę z niesamowitym taktem. Nikogo nie osądza, nikogo nie obwinia, za głupimi na pozór życiowymi posunięciami ukazuje mądre motywacje. Współczuje. Tak, to ważne – każdą ze swoich bohaterek prezentuje z ogromną dawką empatii. I choć każda jest zupełnie inna, nieraz wręcz antypatyczna, Soukupová potrafi wejść w jej skórę, opowiedzieć nam ją tak, że sami zaczynamy współczuć.

Mnie szczególnie poruszyła historia tej najstarszej, mamy bohaterek, niezrozumianej, nieszczęśliwej, tej, która „zawsze była dla nich tylko matką, nie człowiekiem”. Mamy, która „uważa, że jeśli będziemy dla siebie mili i uprzejmi, wszystko będzie dobrze”, przez wiele lat przeżywającej swój cichy dramat. Jej rozczarowanie, uczucie zamknięcia w pułapce, mimo że, jak sama mówi, wyszła za mąż z wielkiej miłości, to coś, czego sama się boję.
„Było mi smutno, że jestem stara, że dotąd chyba nie byłam szczęśliwa, bo żyłam z nim (…). Nasze wspólne życie po prostu mi ciążyło, jakbym żyła z zaplątanym we włosy nietoperzem, to nic, że się nie rusza, skoro wciąż tam tkwi, denerwuje, drażni (…). Na pewien rodzaj samotności po prostu nie ma rady, nawet dzieci jej nie odpędzą” (s. 212).
Styl? Praktycznie go nie ma, to nieprzerwany strumień myśli i mowy, bo forma nie może tu przesłaniać najważniejszego – opowieści każdej z bohaterek i ogromnego ładunku emocjonalnego. Wbrew pozorom jednak nie jest to rzecz, którą ciężko się czyta. Przeciwnie, chłonie się ją błyskawicznie, nawet z cieniem uśmiechu, na przykład gdy siostry zjadliwie komentują w myślach wzajemnie swój wygląd, lub gdy na scenę wkraczają rozbrykane pociechy Blanki i Olgi.
„Jezu, co ci jest? Okres masz czy co? (…) 
Co ciocia ma? pyta Oliver, nie podnosząc głowy znad gry. 
Nie, nic, Oli, zbywa go Olga, okres, kiedy dostaje się listy z urzędu” (s. 94).
Paplanina dzieci jest tu bardzo naturalna, rozmowy sióstr są bardzo naturalne, i nie mamy wrażenia, że ktoś serwuje nam płaską makietę, za którą usiłuje upchnąć poważne rodzinne problemy. Pod śniegiem to pisanie z głębi trzewi, bolesne i prawdziwe.

Na ostatnich stronach jednak znów zaczyna padać śnieg. Wraz z nim na zmęczoną podejrzeniami i przykrymi rozmyślaniami głowę spływa myśl: „To moja rodzina, najlepsza pod słońcem”. Czy to złudna nadzieja?

***
P. Soukupová, Pod śniegiem, tłum. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2016.

Za kawał dobrej czeskiej prozy, za moją ulubioną tematykę rodzinną i za przejechanie po mnie, czytelniczce, emocjonalnym walcem dziękuję Julii i wydawnictwu Afera.

Ilustracje:
[1] Zdjęcie własne
[2] Okładka czeskiego wydania książki, wyd. Host Brno, 2015 / nakladatelstvi.hostbrno.cz
[3] Petra Soukupová, fot. Milan Soukup / nakladatelstvi.hostbrno.cz
[4] Okładka książki, wyd. Afera, 2016 / wydawnictwoafera.pl   

czwartek, 12 stycznia 2017

Duchy, boczek z gruszkami i zbuntowany Jezus –
„Baj-o-dużenie”, Patrycja Prochot-Sojka

W świecie stworzonym przez Patrycję Prochot-Sojkę, w jej mitycznych Głuchołazach, wszystko jest niezwykłe i zarazem wszystko jest zwyczajne. Duchy żyją wraz z ludźmi w jednym domu, Śmierć pachnie drogimi perfumami i podkochuje się w Bogu, a Bóg jest zapracowany i Maryja ma do niego żal, że zaniedbuje rodzinę.

Kiedyś niemieckie Ziegenhals. Później, po wojnie, przemianowane na Głuchołazy. Niewielkie miasteczko na pograniczu polsko-czeskim. Umieszczając akcję nagrodzonego w konkursie Promotorzy Debiutów 2015 zbioru Baj-o-dużenie właśnie tam, a nawet wzorując niektórych ze swych bohaterów na postaciach autentycznych, Patrycja Prochot-Sojka udowadnia, że nawet niepozorne miejsca i ich mieszkańcy mogą być na swój sposób magiczne, mają swoją historię i kryją swoje tajemnice.

Na pierwszy rzut oka jednak niewiele w nim magii: „Ziegenhals nie wyglądało wcale na dzieło Boga, było za ciasne i za zwyczajne” (s. 31). Nic więc dziwnego, że niektórzy, zmęczeni tą ciasnotą i prowincjonalnością, marzyli o ucieczce. Chcieli zobaczyć wielki świat, jak Leonia, śląca w świat buteleczki z rozpaczliwym listem: „Jestem Leonią, córką młynarza. Niech mnie ktoś uratuje”. Zwykle jednak im się to nie udawało, miasto trzymało ich bowiem mocno w swoich zaborczych, opiekuńczych ramionach. Mimo ucieczki z cygańskim taborem córka młynarza w końcu wraca – trochę tylko bardziej poraniona, rozczarowana, z większym bagażem bolesnych doświadczeń. Duszne Ziegenhals, od którego próbowała uciec, ostatecznie okazało się dla niej schronieniem.

Z Ziegenhals / Głuchołazami jest tak, jak z dzielnicą krawca Khalida Al-Churi: „Nie ma nic bardziej świętego niż zwyczajni ludzie w zwyczajnej dzielnicy Albacin” (s. 94). Może to dlatego w tym małym, pogranicznym miasteczku Bóg, Maryja i święci są tak blisko zwykłych ludzi. Ich obraz w książce Patrycji Prochot-Sojki zaskakuje, bliżej im bowiem do kapryśnych greckich bóstw niż do nieskazitelnych postaci, które znamy z Pisma Świętego, z żywotów i obrazów w kościele. Wpadają w gniew, zazdroszczą, grzeszą pychą, dzielą ludzkie uczucia, obawy, potrzebę bliskości i zwierzeń.

I problemy mają takie jak my – nawet Bóg bywa zmęczony pracą, nawet Maryja potrzebuje przyjaciółki, nawet Jezus buntuje się przeciwko rodzicom. Jest w tym ich przedstawieniu pewien humor, oczko puszczone przez autorkę w stronę czytelnika: „Po spotkaniu z Maryją Ludwiczka nabrała pewności, że Królowa Świata jej po prostu zazdrości, bo nigdy z Józefem ani też z Bogiem tak naprawdę nie stworzyła normalnego związku” (s. 70). Zwyczajność i niezwyczajność spotykają się też tu – Bóg, Maryja i Jezus są tu zupełnie zwyczajni, i to jest właśnie tak niezwykłe.

Widok na kościół św. Wawrzyńca w Głuchołazach, pochodzący z XIII w. To tutaj Leonia, córka młynarza, wzbudziła w młodym Jezusie zew przygody, to tutaj Ludwiczka przychodziła rozmawiać ze swoją przyjaciółką – Maryją.
Ponoć niektórzy czytelnicy mieli autorce za złe sprowadzenie Boga i Maryi do profanum, zarzucali jej obrazę uczuć religijnych. Ciekawe wydaje mi się, że akurat ta niewinna w gruncie rzeczy zabawa wizerunkiem Boga budzi tak wielkie emocje, podczas gdy są w Baj-o-dużeniu fragmenty mocniejsze – i jeszcze przez to ciekawsze! – jak choćby ten, w którym rzeźnik Bruno Fritz, rozmyślając o swoim fachu i o psie, którego katował w dzieciństwie, do świń w rzeźni porównuje ludzi modlących się do Boga:
„Przychodzą ufni, prosząc o łaskę, o pomoc (…). Nie zawsze przecież ją dostają, a mimo to ciągle wierzą, ciągle zajmują swoje miejsca w ławach i proszą. A później, gdy pójdzie coś nie tak jak trzeba, patrzą na Boga zdziwieni jak moje oswojone świnie” (s. 67).
Lekko heretycki charakter mają również uczucia, jakimi mężczyźni z tych opowiadań darzą swoje kobiety. Nawet jeśli je krzywdzą, jak Fritz Ludwiczkę, równocześnie ubóstwiają je – stawiają na boskim piedestale, modlą się do nich. „Gdy pojawiła się Jefronka, Kleist nie przestrzegał przykazania – Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną” (s. 193). To pewien stały element większości historii, pojawiających się w zbiorze – opętańczą miłością darzy malarkę Gerle Farkas księgarz Jeremiasz, również u Michała Soroczyńskiego zdaje się rodzić uzależniająca fascynacja Anną.

Patrycja Prochot-Sojka
Autorka podkreśla, że duże znaczenie ma dla niej sensualność jej pisania: „Jeśli Emma Puschke przygotowuje najlepsze potrawy, to chcę, by czytelnik poczuł smak strudli z jabłkami, szpecli z gulaszem czy boczku z gruszkami i fasolą. Jeśli Śmierć używa ulubionych perfum Bouquet de Catherine, to nad książką powinien unosić się zapach jaśminu, róży, wanilii i piżma”. I rzeczywiście, niektóre jej opisy silnie oddziałują na zmysły:
„Tkaniny w sklepie Azisa poukładane były w osobnym pomieszczeniu, każdy według swego koloru, a każdy kolor z kolei miał swój zapach. Kadzidła, olejki i wszelkie pachnidła charakteryzowały poszczególną barwę. I tak na przykład purpura posiadała dymny aromat tytoniu, słodkiego miodu i czarnego pieprzu, niebieski pachniał dzikimi jagodami i drewnem cedrowym, zielony lawendą i rozmarynem, złoty imbirem i owocem karamboli, czarny wiśnią i gardenią, a biały kamelią i liściem lukrecji” (s. 101).
Baj-o-dużenie jest opowiedziane pięknym, niemal hipnotyzującym językiem. Momentami nierówne tempo opowieści, wrażenie przegadania w kilku miejscach to, jak sądzę, coś, co zniknie, gdy autorka nabierze pisarskiej wprawy. I tylko jedna rzecz sprawiła mi dużą przykrość – słaba redakcja i brak korekty. W książce mnożą się błędy interpunkcyjne i literówki, zdarzają się niekonsekwencje (w obrębie jednego akapitu nazwy czy imiona zapisane inaczej), błędy w nazwiskach („Elizabeth Bennt”, „Hubert de Givennchy”, „Jane Austin”). Trochę psuje to przyjemność lektury.

Mimo to była to dla mnie bardzo ciekawa literacka podróż. Głuchołazom Prochot-Sojki blisko do innych sennych światów, które bardzo lubię – tego z powieści Olgi Tokarczuk i Danieli Hodrovej. Wszystkie te pisarki w podobny sposób czarują rzeczywistość, zasiedlają ją duchami, przemieniają w arenę cudownych wydarzeń, które nikogo w świecie przedstawionym nie dziwią, a równocześnie mocno trzymają się ziemi, pokazując, że magia miejsc kryje się w ich historii i tradycji. Dlatego w cytowanym już wcześniej przeze mnie wywiadzie autorka Baj-o-dużenia mówi:
„Mocno zachęcam do rozmów z dziadkami, do pytań o ich dzieciństwo, młodość. O miejsca, w których żyli. Zdarzają się cudowne historie, związane z gusłami, zabobonami, miejscowymi legendami. Powtarzam, że trzeba słuchać, rozmawiać, bo bliscy nie żyją wiecznie. Odejdą razem ze starym światem, który dla mnie jest o wiele bardziej magiczny niż darowane nam tu i teraz”.

***
P. Prochot-Sojka, Baj-o-dużenie, wyd. MaMiKo, Nowa Ruda 2015.

Za kilka dni spędzonych w niezwykłym Ziegenhals w towarzystwie ludzi i duchów dziękuję pani Apolonii i wydawnictwu MaMiKo.

Wypowiedzi autorki pochodzą z wywiadu zamieszczonego pod adresem: http://plus.nto.pl/magazyn/a/pisanie-jest-proba-porzadkowania-swiata-zapamietywaniem,11418045

Fotografie:
[1] zdjęcie własne,
[2] Ebielmaj / Wikimedia Commons,
[3] fotografia z okładki książki / zdjęcie własne.

niedziela, 8 stycznia 2017

Miłość, flaczki i kiełbasa – „Najlepiej w życiu ma twój kot”, Wisława Szymborska, Kornel Filipowicz

„Ostatnie listy miłosne pisałam mając lat 8 na zamówienie służącej Karolci do młodszego palacza na lokomotywie. Od tego czasu wena mnie opuściła” – pisze Wisława Szymborska w jednym z listów do Kornela Filipowicza. Nie ma racji korespondencja zebrana w tomie Najlepiej w życiu ma twój kot jest prawdziwym popisem sztuki epistolarnej. To zbiór listów czułych, ale nie czułostkowych, żarliwych, ale nie sentymentalnych, tryskających humorem i fantazją. Oraz zapis miłości mądrej i dojrzałej, która nie karmi się płaczliwymi wyznaniami, niczego nie oczekuje i niczego nie żąda.

„Najpierw wiadomości, a potem czułości” (s. 337) – zaczyna jeden ze swoich listów Szymborska, i dobrze opisuje to charakter całej jej korespondencji z Filipowiczem. Obydwoje piszą rzeczowo, konkretnie, przede wszystkim przekazują sobie ważne informacje, dokumentują ostatnie wydarzenia. „Jako autor opowiadań krótkich (coraz krótszych) nie mogę pisać długich tekstów epistolarnych!” (s. 344) – tłumaczy się raz ze swojej lapidarności Filipowicz.

I rzeczywiście, to on z tej dwójki jest zdecydowanie bardziej zwięzły i przyziemny. Jego listy są niemal telegraficzne: „U nas: zimno, wiatr, zbliża się deszcz (oby!). Kasztan umiera. Idę z torbą na zakupy. Nie pracuję. Czytam Walsera (krótkie prozy)” (s. 331). Mało tego – ze skrupulatnością kronikarza notuje ceny towarów na Kleparzu, wymienia, co zjadł na obiad i wylicza, na ile dni wystarczy mu kiełbasa o długości 50 cm, jeśli będzie ją jadł w tempie 2 cm dziennie.
Kornel w szpitalu :).
W listach Kornela ze wzmiankami o miłości sąsiaduje zresztą nie tylko kiełbasa: „Potem byliśmy w barze na flaczkach. Za chwilę pójdę na spacer, myśląc o Tobie” (s. 130). A wspomnianą telegraficzność również wykorzystuje nieraz po to, by rozbawić adresatkę: „A ostatnie wiadomości w skrócie: kocica ma pchły (maluśkie, kocie – ale dużo). Basia ma grypę. Dwóch naszych kolegów ma chorobę weneryczną. A ja mam jeszcze pieniędzy na 1 ½ miesiąca!” (s. 116). I w ogóle humoru jest u niego sporo – urzekły mnie zwłaszcza jego koszule „non Byron”.

Baron von Moltke i aparat do udoskonalania nosów

Jeśli chodzi o dowcip, Szymborska wcale nie ustępuje swojemu partnerowi. Za to zostawia go daleko w tyle pod względem wyobraźni i literackości. Nie da się ukryć, że jej listy są lepsze i ciekawsze. Wchodzi w nich w role fikcyjnych postaci, wymyśla historie, daje upust nadmiarowi sił twórczych. Spreparowane przez nią listy hrabiny Heloizy Lanckorońskiej do plenipotenta Eustachego Pobóg-Tulczyńskiego to prawdziwe perełki, które czyta się z nieschodzącym z ust uśmiechem.
„Otóż wystaw sobie Pan, że świeżo zakupiony wierzchowiec okazał się narowistym, i przy pierwszej przejażdżce z grzbietu mnie zrzucił! Padłam zemdlona na murawę – na szczęście nie łamiąc sobie żadnego członka. Niestety, nie koniec na tem: towarzyszący mi baron von Moltke rzucił się natychmiast do cucenia, ale że gorsetu rozpiąć nie umiał, strzelił w powietrze, chcąc mnie tym hałasem do zmysłów przywieść… Strzelił wszelako tak niefortunnie, że trafił niedołęga w mego znarowionego konia, kładąc go trupem na miejscu!” (s. 67)
Hrabina Heloiza Lanckorońska i plenipotent Eustachy Pobóg-Tulczyński na wycieczce w Tatrach :).
 Noblistka jest też bardziej kreatywna, jeśli chodzi o miłosne wyznania. Ale nawet czyniąc takowe, nie może się nieraz powstrzymać od dowcipów. Jak napisał Tomasz Fiałkowski w posłowiu tego tomu: „Żarliwość łączy się tu w niezrównany sposób z dyskrecją, humorem, autoironią”.

I tak – po kilkunastu latach związku Szymborska, wciąż zakochana jak nastolatka, pisze do Filipowicza: „Jesteś najpiękniejszy, najlepszy, najmądrzejszy” (s. 361), by niedługo potem zaatakować go uroczym przytykiem: „Na odwrotnej stronie masz reklamę aparatów udoskonalających nosy. Mojemu nic nie brakuje, ale Twój pozostawia wiele do życzenia, więc chyba skorzystasz z oferty” (s. 368). Pyta zaniepokojona: „Kochany, a może coś się zmieniło? Może Ci za ciężko z takim czymś jak ja?” (s. 69), a zaraz potem droczy się z nim: „Drogi Kornelu! Piszę specjalnie »Drogi«, żeby Cię troszkę zaniepokoić, czy coś się nie zmieniło. Ale oświadczam, że nie zmieniło się nic i właściwie ma być »Kochany«” (s. 97). Naprawdę niezrównane jest to jej połączenie czułości z humorem!
„Kornelu, bardzo chcę pójść z Tobą do cyrku naprawdę, niechby ten cyrk był nawet byle jaki, lwy wyleniałe, linoskoczek grał na skrzypcach bardzo kiepsko, a małpy miały fraki nie szyte u londyńskiego krawca (tylko w Radomiu w zakładach im. Róży Luksemburg)” (s. 138).
„Z Alicją liczymy przy telewizorze pocałunki, jakimi się obdarzają mężowie stanu. Pierwsza kategoria: całunek w usta z żelaznym obłapem (Breżniew z Gierkiem) – druga: całusek w policzek z obłapem (Breżniew z Jaroszewiczem) trzecia całusek w powietrze (Breżniew z Czauczesku). Gromyko tylko ściska łapki. Ja Cię całuję w kat. I” (s. 329).
Najczęściej Szymborska wyznaje miłość w słowach prostych („Kochany Kornelu, wczoraj właśnie leżałam w ciemności i myślałam o Tobie. Że Cię kocham – i to bardzo”), ale żarliwych. Nieco inaczej jest w przypadku Kornela, ale na tle tego całego humoru i rzeczowości jego szczere, poważne wyznania też robią niekiedy duże wrażenie: „Będzie mi smutno, że będziesz spacerować nie ze mną. Że będziesz mówić nie do mnie” (s. 125).

Tym jednak, po czym poznaję prawdziwie dojrzałe uczucie, jest przede wszystkim niezależność tej dwójki i swoboda, jaką sobie zostawiają (o czym świadczy też fakt, że mimo długoletniego związku nigdy nawet razem nie zamieszkali). Mimo dowcipnych słów zazdrości, głównie ze strony Szymborskiej, nie ma tutaj prób przywiązywania do siebie na siłę, wieszania się sobie na szyi. Jest za to „Kocham Cię, ale się tym nie przejmuj ani nie licz się z tym specjalnie” Wisławy i „Nie zaprzątaj sobie mną głowy zbytnio, ale nie zapominaj o mnie” Kornela. I jego życzenia: „W dniu moich imienin życzę Ci, abyś niczego sobie nie wmawiając, w sposób wolny i nieprzymuszony, długo mnie jeszcze lubiła. Może ½ roku – a nawet rok?!!”.

I na tym chyba polegał ich sekret. Nic sobie nie przysięgając, będąc razem nie z obowiązku, a z czystej frajdy bycia razem, spędzili wspólnie ponad dwadzieścia lat. Rozdzieliła ich dopiero śmierć Filipowicza.

Literatura na ścianie wygódki w Ludźmierzu

Sięgając po korespondencję dwójki pisarzy, można spodziewać się, że będzie mowa o pisaniu – ale nie, Szymborska i Filipowicz poświęcają temu tematowi bardzo niewiele uwagi. Prawdopodobnie takie dyskusje woleli odbywać na żywo; listy były dla nich jedynie stosowanym z konieczności sposobem porozumiewania się, przekazywania ważnych informacji i zdawania relacji.

Nieco więcej dowiedzieć możemy się na temat wspólnych znajomych pary (w przypadku niektórych nie obeszło się bez uroczych złośliwości) i o ówczesnych realiach, choć i one zaprezentowane zostały z humorem. Uśmiech budzą wzmianki o kolejkach po kiełbasę czy trudnościach z dostaniem się do kina na Potop (bo takie tłumy!). Raz tylko robi się nieco poważniej, kiedy Kornel pisze: „Boję się Wisławo, że na długi czas zostaniemy zamknięci wewnątrz naszego bloku i odcięci od świata, nie mówiąc już o tym, że zamkną nam także usta” (s. 56). List kończy jednak brzmiącym pogodnie stwierdzeniem, że powinni być teraz bliżej, tak będzie im bowiem lżej i weselej – do czego się pięknie zastosowali.

Wracając jednak do literatury – nie należy żałować, że tak jej tu niewiele, bo to tylko pozory. Czym są te cudownie ironiczne relacje, dowcipne wyznania, zabawy w hrabinę Lanckorońską i plenipotenta Tulczyńskiego, list napisany przez Szymborską do kota, Mręgatego („Świat bywa bez litości dla młodych kotków ze skłonnością do marzycielstwa”), jeśli nie wspaniałą literaturą? Zresztą – wszystko wokół nas jest literaturą, i Szymborska i Filipowicz dobrze o tym wiedzieli. W jednym z listów Noblistka zachwyca się wierszykiem na ścianie wygódki w Ludźmierzu:


Zachwycona, komentuje: „Zauważyłeś chyba, że to jest piękna tercyna, i że ten kto ją ułożył, powinien zabrać się do przekładu Dantego” (s. 377).

Kończąc, zacytuję jeszcze raz posłowie Tomasza Fiałkowskiego: „Nieczęsto bywa nam dane obcowanie z tak niezwykłymi i pięknymi ludźmi”. To prawda. Dlatego polecam Wam ten zbiór – zobaczcie, jak pięknie i z jaką pogodą ducha można się kochać nawet w trudnych czasach.

Jedna z wielu wyklejanek :).
P.S. O treści tych listów napisałam wszystko, słowem jednak nie wspomniałam o formie, a to się nie godzi, więc dopisuję – Szymborska robiła cudowne wyklejanki. Stara gazeta, rach ciach, fotografia, podpis, albo zwykła pocztówka z zabawnym tekstem w dymkach, i wychodzą prawdziwe cuda! Poważnie, tak mi się te kolaże spodobały, że sama mam ochotę zacząć takie robić.

P.S.2 Tradycyjnie wyczulona na wszystko co czeskie, odnotowałam wzmiankę Szymborskiej o czeskich komediach: „Co to jest, że oni mają jakiś styl humoru, a my nie mamy?” (s. 325) oraz jeden bardzo ciekawy językowy trop. Poetka pisze: „Ale mi się właśnie na nią wylała herbata (wedle Twojej wymowy, bo dla mnie wylała się niestety cherbata)” (s. 216). Czyżby chodziło o dźwięczne h i bezdźwięczne ch, które w czeskim jest rozróżniane, i które Filipowicz, jako cieszynianin, mógł również rozróżniać? Ciekawe :).

***
W. Szymborska, K. Filipowicz, Najlepiej w życiu ma twój kot. Listy, wyd. Znak, Kraków 2016.

Za te kilkanaście dni obcowania z „niezwykłymi i pięknymi ludźmi” dziękuję pani Monice (za uśmiech, dobre słowo i poświęcenie mojej sprawie – serdecznie Panią pozdrawiam!) i wydawnictwu Znak.

Fotografie – własne. Zdjęcia wyklejanek i rysunków pochodzą z książki.