wtorek, 28 lutego 2017

Doktor Mengele, księżna de Guermantes i filmy porno – „Jak podróżować z łososiem”, Umberto Eco

Wystarczy już pierwsze zdanie. Już w pierwszym zdaniu tej książki jak w soczewce skupia się cały jej urok, lekkość i ironiczny dystans, i jest w nim zapowiedź, jak bardzo rozkoszna będzie to lektura. „Ponieważ przyszłość narodu indiańskiego wydaje się już przesądzona, pragnący awansu społecznego młody Indianin ma tylko jedno wyjście: zagrać w westernie”.

Od Indian i westernów przechodzimy do urządzania publicznych bibliotek (jak najdłuższe sygnatury, utykający bibliotekarze, godziny otwarcia bezwzględnie pokrywające się z godzinami pracy przeciętnych zjadaczy chleba), podróżowania (autostopem, ze zwojami pism kabalistycznych w plecaku; no i oczywiście z, niezwykle kłopotliwym, łososiem) oraz rozpoznawania filmów porno (jak – nie zdradzę; sprawdźcie sami!).

Po drodze zyskujemy niezwykle przydatną wiedzę – jak unikać chorób zakaźnych. I to jest chyba ulubiony mój tekst z tego zbioru; Eco daje tu taki popis czarnego humoru, w sposób tak zdecydowany, a zarazem uroczy i beztroski depcze wszelkie zasady delikatności i poprawności politycznej, i tak pięknie obnaża absurdy współczesnego świata, że aż muszę zacytować: „Psychoza wywołana przez AIDS groziła ograniczeniem działalności jedynie homoseksualistom, osłabiając poczucie demokracji. Teraz ograniczymy działalność heteroseksualną i znowu wszyscy będziemy równi” (s. 41). I dalej na przykład: „Ludność Kambodży i mieszkańcy libańskich obozów powinni unikać krwawej łaźni, odradzanej przez dziewięciu lekarzy na dziesięciu (dziesiątym, bardziej wyrozumiałym, jest doktor Mengele)” (s. 43).

Sprzęt do zbierania liści dla lorda Chatterleya

Umberto Eco w roku 1984.
Pisarz pokazuje w krzywym zwierciadle nie tylko rodzime Włochy, ale i inne kraje, które jako naukowiec i pisarz miał okazję odwiedzić. Opowiada nam o swoich perypetiach hotelowych, samolotowych i pociągowych (te ostatnie – w Stanach Zjednoczonych, gdzie „pociągami jeżdżą czarni pasażerowie wyjęci jakby z Nocy żywych trupów”, brrr!). I robi to w sposób zabawny, ale zarazem bardzo inteligentny; potrzeba czasem chwili, by rozgryźć jego kunsztowny dowcip. Dlatego też czytanie tych felietonów w większych ilościach na raz może trochę zmęczyć – lepiej je sobie dawkować, tak, jak były niegdyś publikowane w prasie.

I jeszcze te smakowite aluzje literackie, dzięki którym postaci z klasycznych dzieł w zaskakujący sposób ożywają! Eco pisze na przykład: „Leaf Scoops (…) służy do zbierania liści w waszym parku o powierzchni 80 tysięcy akrów. Wydając 12 dolarów 50 centów, oszczędzacie na ogrodniku lub gajowym (rada dla lorda Chatterleya)” (s. 59). I dalej, bardzo na czasie po ostatnim odcinku Nabokoviady: „Potrzeba kilku godzin, żeby go znaleźć, bo koperta jest rozmiarów worka na śmieci, a nie wszyscy mają ramiona długie jak Mister Hyde” (s. 104). A to z kolei bardzo na czasie przed kolejnym odcinkiem Nabokoviady: „Zarabiający ogromne sumy nowobogacki wskutek ciążącego na nim proletariackiego piętna nie umie posługiwać się sztućcami do ryb, zawiesza małpkę na tylnym oknie swojego ferrari, świętego Krzysztofa na tablicy rozdzielczej prywatnego odrzutowca i wymawia manágment zamiast mánagement. Nie zaprasza go więc księżna de Guermantes” (s. 151).

Eco złośliwy, Eco zafrasowany

Starsze teksty ze zbioru, te z lat 80. i początku 90., które znalazły się również w Zapiskach na pudełku od zapałek, przede wszystkim bawią. Są nafaszerowane absurdami tak bardzo, że aż momentami w duchu montypythonowskim – więcej w nich co prawda uszczypliwości, ale jednak chodzi głównie o zabawę. I tylko niektóre z nich zaskakują nas odrobinę poważniejszym morałem (na przykład Jak mówić o zwierzętach czy Jak nie zapominać o pedofilach).

W nowszych – tych pisanych już po roku 2000 – wyczuwa się za to jakiś niepokój. Wciąż jest ironicznie i dowcipnie, ale mam wrażenie, jakby Eco patrzył już w nich na świat z pewnym smutkiem. Wszechobecne smartfony, internet, dzieci, które nie potrafią już zapamiętać najprostszych informacji, głośne, prywatne rozmowy telefoniczne w miejscach publicznych, chęć pokazania się innym, obojętnie jak… Oto tematy, które z pewną rezygnacją porusza w tych tekstach pisarz. I zastanawiam się, czy to rzeczywiście świat tak bardzo zmienił się na gorsze, czy sam autor złagodniał, spoważniał, z wiekiem nabrał większej dla niego troski. Myślę, że prawda leży gdzieś pośrodku.

Podsumowując – przed lekturą felietonów Eco nie sądziłam, że jest możliwy tak elegancki, wyszukany i inteligentny sposób narzekania na świat. Bo przecież ten facet narzeka, ale robi to z taką klasą, że ani myślimy go spławiać, przeciwnie – chcemy go czytać i czytać. A na sam koniec, na deser, dostajemy jeszcze krótki przewodniczek po dziełach filozoficznych dla laików (z którego zamierzam skorzystać, a jakże). Sama słodycz!

***
U. Eco, Jak podróżować z łososiem, tłum. Krzysztof Żaboklicki, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] Bogaerts, Rob / Anefo / Wikimedia Commons
[3] www.wydawnictwoliterackie.pl.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Nabokoviada po raz czwarty: „Dziwny przypadek doktora Jekylla i pana Hyde'a”, Robert Louis Stevenson

Ilustracja Charlesa Raymonda Macauley'a do amerykańskiego wydania utworu z roku 1904.
 Zacznę od tego, że to chyba pierwszy spośród wykładów Nabokova, który trochę mnie rozczarował. Tym razem nie było efektu „wow!”, nie było walenia się w czoło i okrzyków (choćby w duchu) „Oczywiście! Że też na to nie wpadłam!”. Mniej niż zwykle tutaj ciekawych spostrzeżeń, dużo za to cytatów z utworu i zwykłego omówienia akcji.

Ładnie jednak Nabokov pisze o nowelce Stevensona. „Ta książka ma rozkoszny winny posmak” – stwierdza już na wstępie. I rzeczywiście, Doktor Jekyll i pan Hyde ma w sobie coś z bogactwa ciężkiego smaku porto, to utwór napisany kunsztownym językiem, mrocznie elegancki, klimatyczny, taki… do delektowania się. Jako próbkę tego stylu Nabokov przytacza opis poranka w londyńskim Soho, i rzeczywiście, ten malowniczy i przejmujący dreszczem fragment zwrócił też moją uwagę. Podaję w wersji anglojęzycznej (z którą zapoznałam się w wersji z poręcznym słownikiem dzięki uprzejmości wydawnictwa [Ze słownikiem], dziękuję!) oraz w tłumaczeniu Lesława Halińskiego (można przy okazji ocenić jakość przekładu):
„It was by this time about nine in the morning, and the first fog of the season. A great chocolate-coloured pall lowered over heaven, but the wind was continually charging and routing these embattled vapours; so that as the cab crawled from street to street, Mr. Utterson beheld a marvellous number of degrees and hues of twilight; for here it would be dark like the back-end of evening; and there would be a glow of a rich, lurid brown, like the light of some strange conflagration; and here, for a moment, the fog would be quite broken up, and a haggard shaft of daylight would glance in between the swirling wreaths. The dismal quarter of Soho seen under these changing glimpses, with its muddy ways, and slatternly passengers, and its lamps, which had never been extinguished or had been kindled afresh to combat this mournful reinvasion of darkness, seemed, in the lawyer’s eyes, like a district of some city in a nightmare” [1].

„Była mniej więcej dziewiąta rano, nad miastem wisiała pierwsza mgła. Pod niebem unosił się dymny całun o barwie czekolady, co i rusz przesuwany i rozpraszany przez powiewy wiatru. Przemierzając dorożką kolejne londyńskie ulice, pan Utterson obserwował wszelkie możliwe odcienie poranka; w jednym miejscu było czarno jak późnym wieczorem, w innym panował blady brąz, jakby opodal wybuchł pożar; w innym jeszcze przez wirujące kłęby mgły przebijały się nieśmiało słoneczne promienie. W tym wciąż zmieniającym się oświetleniu posępne Soho – dzielnica błotnistych dróg, niedomytych przechodniów oraz latarni, których nigdy nie gaszono ani nie zapalono – toż właśnie Soho sprawiało wrażenie miasta z najbardziej koszmarnych snów” [2].
A przechodząc do treści…

Już na wstępie zaskoczyło mnie skierowane do studentów zastrzeżenie Nabokova, by nie traktować Doktora Jekylla i pana Hyde’a jako powieści kryminalnej. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by zaklasyfikować ten utwór jako kryminał, ale – co stwierdziłam po namyśle – chyba głównie dlatego, że od początku znałam rozwiązanie zagadki. W rzeczywistości dzieło Stevensona czytane „właściwie” (czyli nieświadomie – tak, jak żaden współczesny czytelnik nie jest go już w stanie przeczytać) ma pewne cechy kryminału. A przy okazji Nabokov nie może się powstrzymać, by we właściwym sobie stylu nie wyrazić własnego zdania na temat powieści kryminalnych (i przyznam, że odczucia co do tego gatunku mam nieco podobne):
„Szczerze mówiąc, nie należę do tych akademików, którzy przyznają się nieśmiało, choć zarazem z prowokacyjną nutą przechwałki w głosie, że lubią kryminały, bo są one zazwyczaj kiepsko jak na mój gust napisane i nudzą mnie śmiertelnie” [3].
Aktor Richard Mansfield wcielający się
w rolę doktora Jekylla i pana Hyde'a.
Dalej nasz szacowny wykładowca zwraca m.in. uwagę na najsłabszy punkt noweli – czyli wiarygodność odkrycia dokonanego przez doktora Jekylla, możliwości przemiany w osobę o zupełnie innym usposobieniu – oraz na sposób, w jaki poradził sobie z tym Stevenson. Otóż dzięki zręcznym opisom, „obrazom, intonacjom, schematom słownym” oraz fałszywym tropom autor odwraca uwagę czytelnika od samej przemiany i jej fizjologicznych podstaw, „doprowadza umysł czytającego do takiego stanu, że nie będzie on dociekał, czy takie przeobrażenie jest możliwe, czy też nie” [4]. Dodaje, że podobne zabiegi zastosował Dickens w Samotni, w rozdziale, w którym pojawia się przypadek samozapłonu – i rzeczywiście, to budzące wątpliwości zjawisko poprzedza tam tak nastrojowy, budzący ciarki opis, że zapominamy o tym, czy taka śmierć była fizycznie możliwa czy nie. Stevenson jest równie zręczny, jego sztuczka działa – opowieść i jej klimat wciągnęły mnie tak bardzo, że byłam w stanie wyłączyć na chwilę mój ścisły, analityczny umysł i bez marudzenia rozkoszować się lekturą, z całą jej grozą.

Dobry Jekyll vs. zły Hyde?

Najważniejszym spostrzeżeniem tego wykładu była dla mnie jednak uwaga, że tak naprawdę w utworze Stevensona nie dochodzi do walki dobra (w osobie Jekylla) ze złem (w postaci Hyde’a). Jekyll nie jest bowiem jednoznacznie dobry, w końcu Hyde powstał ze skupienia jego złych skłonności; jest hipokrytą i człowiekiem lekkomyślnym, a więc stanowi mieszankę cech dobrych i złych. Z kolei Hyde, choć określany przez bohaterów jako „czyste zło”, nosi w sobie Jekylla, jego pamięć i świadomość, dąży do tego, by wrócić do jego postaci, co sprawia, że nie jest również jednoznacznie zły.

(I tutaj przyszła mi do głowy, już na marginesie wykładu, ciekawa myśl. Hyde, jak sugeruje nawet jego nazwisko, jest dla Jekylla „kryjówką”, w której może on dawać upust swoim złym żądzom; ale pod koniec role się odwracają – to Jekyll staje się kryjówką dla oskarżonego o morderstwo Hyde’a, w której ten w trosce o swe życie musi się od czasu do czasu schronić.).

Osobowości Jekylla i Hyde’a, ich niejednoznaczność, przedstawił nawet Nabokov graficznie (wiadomo, uwielbia to!). Jekyll zostaje zaprezentowany jako kratkowane koło, Hyde – jako mniejsze koło w linie ukośne.  reprezentowane są tu przez kratkowany wzór, złe – jako ukośne linie; wskutek zażycia mikstury dochodzi do koncentracji złych cech i tak powstaje Hyde. Pozostaje jednak świadomość Jekylla, unosząca się nad Hydem, „coś w rodzaju kółka dymu lub aureoli”. Pomysłowy schemat! 

„Szczątki zła” rozproszone w Jekyllu...
...które pod wpływem mikstury zaczynają formować ciemny koncentrat.
I po przemianie. Jekyll w postaci „kółka dymu” unosi się nad Hydem.
I jeszcze dwie drobnostki, które w wykładzie Nabokova mnie zainteresowały. Po pierwsze – obserwacja, że uwagi, które wygłaszają na temat Hyde’a rzeczowi i trzeźwo myślący panowie Utterson i Enfield, mają w sobie za dużo artyzmu i są sprzeczne z ich charakterami. Nabokov doszukuje się u bohaterów ukrytej duszy artysty, ale ja obstawiam jednak tę bardziej oczywistą opcję – artysta bierze tu górę nad Stevensonem. I druga rzecz – sposób, w jaki autor, ustami bohaterów, opisuje Hyde’a i jego grzeszne wyprawy, jest niepełny. Tłumaczy się to ograniczeniami wiktoriańskiej moralności, ale Nabokov dostrzega w tym wycofaniu się mimo wszystko artystyczną słabość. Tutaj, trochę nieśmiało, ale się z nim zgadzam.

Jekyll, Frankenstein, Szatan…

I to by było na tyle, jeśli chodzi o wykład, ale dorzucę jeszcze co nieco z innych źródeł. Bardzo spodobała mi się na przykład interpretacja, która pojawia się na anglojęzycznej Wikipedii – porównanie Jekylla do Szatana, strąconego do Otchłani za to, że nie chciał uznać swojej dwoistości, nie chciał się pogodzić z tym, że nie jest tak dobry jak Bóg:
„This failure to accept the tension of duality is related to Christian theology, where Satan's fall from Heaven is due to his refusal to accept that he is a created being (that he has a dual nature) and is not God. This idea is suggested when Hyde says to Lanyon, shortly before drinking the famous potion – "...and your sight shall be blasted by a prodigy to stagger the unbelief of Satan." This is because in Christianity, pride (to consider oneself as without sin or without evil) is the greatest sin, as it is the precursor to evil itself” [5].
I sugestia z posłowia Macieja Szymkiewicza w moim wydaniu książki – porównanie doktora Jekylla do doktora Frankensteina. Obydwaj w zaciszu swojego laboratorium realizują makabryczny projekt, rzucając w pewien sposób wyzwanie ludzkiej naturze. Obydwie więc opowieści można interpretować jako ostrzeżenie przed pychą, zuchwałymi próbami przekraczania narzuconych przez Boga (lub bogów) granic. Jak pisze Szymkiewicz:
„Można by rzec, że dziewiętnastowieczni brytyjscy autorzy chcieli wyrazić, iż w pewnych dziedzinach życia rozum musi się ukorzyć i uznać swoje ograniczenia; inaczej czeka go katastrofa. W starożytnej Gracji istniało pojęcie hybris, którym określano dumę i pychę, zuchwałość wobec bogów uniemożliwiającą człowiekowi właściwe rozpoznanie jego sytuacji. Hybris cechowała zazwyczaj władców i herosów, którzy sięgali poza granice swych możliwości. Sprowadzało to na nich nieszczęście, będące często boską karą” [6].
W końcu to piękne, że nikt z nas nie jest chodzącym aniołem ani czystym złem, prawda? Każdego dnia toczy się w nas walka, w której wygrywa raz jedna, raz druga strona, ale zarówno triumfy jak i upadki w pewien sposób przynoszą nam chwałę – to one czynią nas ludźmi.

***
Bibliografia:
[1] Stevenson R.L., Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde, wyd. [Ze słownikiem], Ruda Śląska 2016, s. 56.
[2] Stevenson R.L., Doktor Jekyll i pan Hyde, tłum. Lesław Haliński, wyd. Vesper, Poznań 2007, s. 37.
[3] Nabokov V., Wykłady o literaturze, tłum. Zbigniew Batko, wyd. MUZA SA, Warszawa 2005, s. 247.
[4] Tamże, s. 256.
[5] http://en.wikipedia.org/wiki/Strange_Case_of_Dr_Jekyll_and_Mr_Hyde
[6] Szymkiewicz M., Doktor Jekyll i pan Hyde, albo krytyka wszechwładnego rozumu [w:] Stevenson R.L., Doktor Jekyll i pan Hyde, tłum. Lesław Haliński, wyd. Vesper, Poznań 2007, s. 115.

***
Przeczytajcie też, co na temat Doktora Jekylla i pana Hyde’a oraz wykładu Nabokova pisze Pyza Wędrowniczka na Pierogach Pruskich!

Przypominam, że w ramach Nabokoviady omawiamy z Pyzą utwory analizowane przez Nabokova w jego Wykładach o literaturze. A w następnej odsłonie, uwaga… Proust! Tak, tak, przyszedł czas na tego wspaniałego klasyka francuskiej literatury. O W stronę Swanna, pierwszym tomie cyklu W poszukiwaniu straconego czasu, porozmawiamy 27 maja. To dobra okazja, by wreszcie zmierzyć się z tą lekturą – czasu jest sporo, przyłączcie się!

Poprzednie moje teksty w ramach Nabokoviady:
Jane Austen, Mansfield Park
Charles Dickens, Samotnia
Gustave Flaubert, Pani Bovary

Ilustracje:
[1], [2], [8] Ilustracje Charlesa Raymonda Macauley'a do wydania książki z roku 1904, wyd. New York Scott-Thaw / Wikimedia Commons,
[3] Fotografia: Henry Van der Weyde, British Library 1887 / Wikimedia Commons,
[4], [5], [6], [7] Ilustracje z Wykładów o literaturze Vladimira Nabokova, wyd. Muza / zdjęcie własne,
[9] zdjęcie własne,
[10] grafika autorstwa Pyzy :).

piątek, 24 lutego 2017

Życie i twórczość pasterza światła – „Historia światła. Powieść o fotografie Františku Drtikolu”, Jan Němec

Jak najpiękniej oddać hołd sławnemu fotografowi? Pisząc o nim powieść, która jest ciągiem malowniczych obrazów. I to właśnie zrobił Jan Němec w swojej Historii światła – biograficznej opowieści o Františku Drtikolu.

Historia Drtikola jest inspirująca – artysta odważny, spragniony prawdy, zdeterminowany, by na przekór epoce, w której żył, swą ukochaną fotografię podnieść do rangi sztuki. Dopiął swego, choć jego twórczość w początkach XX wieku była jeszcze dla wielu szokująca i kontrowersyjna. Był pierwszym fotografem w Czechach, który odważył się publicznie wystawiać zdjęcia nagich kobiet. Stworzył serię fotografii, przedstawiających gołe modelki na krzyżu. Jego nazwisko wywodzi się od czeskiego czasownika drtit – kruszyć, i taki był w swoim podejściu do sztuki: „Kruszę kajdany, które mnie uciskają...” (s. 478).

Malarz, fotograf, buddysta

Fotografia autorstwa Drtikola z roku 1915.
Co ciekawe, młody František wcale nie marzył o fachu fotografa. Chciał być malarzem. Ojciec jednak swoim stanowczym „ze sztuki pieniędzy nie ma” wymógł na nim, by wybrał bardziej praktyczny zawód – i nieświadomie popchnął go tym samym na drogę przeznaczenia.

„Fotografia w porównaniu z malarstwem jest taka tępa, to taka głupia służka rzeczywistości, kolorowanka dla idiotów, którzy nie mają żadnego twórczego talentu” (s. 81) – narzeka z początku Drtikol, gdy jako asystent w atelier miejscowego fotografa spędza długie, nudne godziny w ciemni. Dopiero studia fotograficzne w Monachium – i pasja jego wykładowców – pokazują mu, że fotografia jest sztuką w takim samym stopniu, co malarstwo czy poezja. „Bądźcie dobrymi pasterzami światła” – mówi profesor na jednym z pierwszych wykładów, w których uczestniczy Drtikol, i chłopak bierze sobie te słowa do serca.

Po ukończonych z sukcesami studiach wraca do rodzinnego Przybramia i otwiera tam własne atelier, ale nie wiedzie mu się. Fotografów jest tam już pod dostatkiem, a w małym, konserwatywnym miasteczku trudno jest mu znaleźć modelki do nagich zdjęć, którymi zajmuje się po godzinach. Pakuje więc manatki i wyjeżdża do Pragi.

W stolicy Czech spędzi resztę życia (nie licząc kilku lat na wojnie). Tam otwiera studio fotograficzne na ostatnim piętrze jednej z kamienic, wysoko ponad dachami – to jego bocianie gniazdo, jego podwodna łódź kapitana Nemo z uwielbianej w dzieciństwie lektury, gdzie chroni się przed ludźmi. Z czasem osiąga sukces zarówno komercyjny – fotografują się u niego największe osobistości epoki, na czele z prezydentem Masarykiem – jak i artystyczny – w stolicy może rozwinąć skrzydła, pozujących nago modelek ma tam pod dostatkiem. W Pradze przeżywa też dwie wielkie miłości i płodzi córkę, Ervičkę. Wreszcie, u schyłku życia – zwraca się ku religii i filozofii Wschodu.

Sztuka vs. miłość

Němec pokazuje nam w Drtikolu człowieka, który swojej sztuce podporządkowywał wszystko. Odnosimy wręcz wrażenie, że nawet jego miłości miały być tylko artystycznym bodźcem, czymś sobie narzuconym. „Musisz ją kochać, sam przed sobą się sprawdzić, a zarazem gardzisz nią” – pisze Němec o relacji Drtikola z kapryśną Elišką Janską. Fotograf pragnie „żony, która wniesie w jego życie piękno” – i znajduje ją ostatecznie w osobie młodziutkiej tancerki Erviny Kupferovej, która jednak po pięciu latach małżeństwa tanecznym krokiem odchodzi z jego życia, zabierając ze sobą córkę. Ich związek, piękny mariaż miłości i sztuki kończy się z hukiem, bo żadna z tych dwóch silnych artystycznych osobowości nie chce się podporządkować drugiej. „Małżeństwa artystów nie są szczęśliwe”…

Sztuka grała więc dla Drtikola pierwsze skrzypce – jako narzędzie prawdy. „Chcesz być tym prawdziwym – cokolwiek to znaczy” – pisze o nim Němec. I dlatego fotograf każe swoim modelkom zrzucać ubrania, chce pokazać ludzi takimi, jacy naprawdę są, wtedy dopiero stają się naprawdę piękni. „Stale wierzysz w święty świat marzeń i uznajesz, że ciało jest przede wszystkim płaszczem duszy. Jeśli wewnątrz nie ma piękna, nie objawi się też ono na powierzchni lub będzie chłodne i nudne, przypadkowe (…). Bóg stworzył człowieka nagim, nie powinno się o tym zapominać” (s. 232).

Nie sposób się z tym wszystkim nie zgodzić, patrząc na jego zdjęcia – jak choćby poniższą kompozycję, zatytułowaną Fala. „Wygląda jak nimfa zrodzona z abstrakcyjnego morza dekoracji (…). Wygięła tułów jak twardy łuk, pod biodrami jej cień wytworzył kolejną falę, która płynnie nawiązuje do tych na pierwszym planie. Wodorost na łonie wyraźnie teraz sterczy” (s. 453).


Płonąca kopalnia srebra

Jak wspomniałam na początku, Historia światła jest właściwie serią pięknych obrazów – i ta koncepcja zachwyca pomysłowością, w końcu mamy do czynienia z biografią fotografa. Pierwszym takim obrazem – wywołującym w czytelniku równie wielki szok, jak w małym Drtikolu – jest płonąca kopalnia srebra w Przybramiu. Od zaprószonego ognia wybuchł wtedy pożar, który pochłonął życie ponad 300 górników. Tragedia ta sprawia, że mały František po raz pierwszy zaczyna zastanawiać się nad śmiercią, a równocześnie, już wtedy, inspiruje go twórczo – chłopiec namiętnie szkicuje obraz katastrofy i tego, co dzieje się po niej.

Podczas jednej z sesji rysowania towarzyszy mu górnik, który przedstawia się jako Augustin Žlutický. Czy istniał naprawdę? Czy należał już wtedy do świata martwych, czy żywych? Nie wiadomo, pewnym jest natomiast, że wywarł ogromny wpływ na całe późniejsze artystyczne życie Drtikola, wypowiadając właściwie tylko jedno zdanie: „Człowiek najwięcej dowiaduje się o świecie, patrząc w swoje własne oczy” (s. 37). Do tej myśli powraca fotograf po latach, poświęcając się buddyzmowi, poszukując Boga w samym sobie i oddając się na powrót ukochanemu malarstwu. Historia zatacza koło.

Są również inne obrazy – niektóre rzeczywiste, inne ze snów. Jest uczestniczka zawodów rowerowych, jedyna kobieta wśród startujących, która małemu Drtikolowi przypomina mitologiczną nimfę Kajnis, zmieniającą się w wojownika, i otwiera mu oczy na płeć i ciało. Jest dziewczyna w oknie szkoły muzycznej, grająca na altówce, i jest wielki żółty balon w Monachium z napisem „Życie – Światło – Miłość”. Jest wirująca na scenie Erva, rozpostarta na krzyżu naga Sofia, nocne wiśnie podczas pieszej wędrówki z Pragi do Przybramia i pochód świateł na Świętą Górę…

Jan Němec (fot. Anna Nadvornikova)
Światło o smaku crème brûlée

Co ważne, wszystkie te obrazy są wspaniale opisane. Z tą samą wirtuozerią, z którą Drtikol pisał światłem – Němec maluje słowem. W jego opowieści wyciąg „wypluwa podtrutych górników jak dokładnie wyssane pestki wiśni”, a słowa w ustach modlących się kobiet „syczą i szeleszczą, jakby pełzały po rozgrzanych kamieniach”. Oddziałuje przy tym na wszystkie zmysły – pisze o brzmieniu ludzkiego ciała i o smaku światła:
„Wiele razy próbujesz tego światła, ale stale nie jest wystarczająco delikatne, wiesz, że powinno mieć smak świeżej wanilii, smak crème brûlée, który serwują w tej cukierni przy ulicy Ječnej. Ale posmak żelaza i zatęchły mrok rur nie chcą go opuścić, przyprawia cię to o smutek, zrozpaczony składasz ręce” (s. 513).
Podoba mi się również eksperyment z drugą osobą – Němec nie pisze „on, Drtikol” i nie pisze „ja, Drtikol”, a snuje jakby przez całą powieść długi monolog do Drtikola. Mimo to widzimy przez cały czas świat z perspektywy fotografa – razem z nim odczuwamy grozę tragedii w przybramskiej kopalni, ekscytujemy się studenckim życiem w Monachium, przeżywamy nieszczęśliwą i niepełną jak niedokończone rzeźby Michała Anioła miłość do Eliški (której wzruszającym zapisem są zamieszczone w książce listy z wojny). Jesteśmy z nim, kiedy z pompą wchodzi w życie małżeńskie, i kiedy znów zostaje sam ze swoją sztuką w atelier nad dachami Pragi.

Josefov, wojna i Masaryk

Tytuł powieści Němca, choć niepozorny, jest bardzo trafny. Bo tak naprawdę śledzimy nie tylko historię życia jednego człowieka, ale również historię fotografii, w Czechach i poza nimi, a więc, można powiedzieć, „historię światła”. Gdy młody Drtikol zaczyna się nią zajmować, jest zajęciem czysto użytkowym, nieudolnie odtwarzającym rzeczywistość, produkującym tandetne kompozycje do rodzinnych albumów. Z czasem wychodzi ze swojej szufladki i gdy opowieść się kończy – jest już pełnoprawną sztuką, docenianą w Pradze i na świecie.

Na marginesach tej biograficznej powieści o Drtikolu przewija się również historia Czech. Mamy tu antyniemieckie nastroje w Pradze przełomu wieków, opisywaną także u Urbana w Lordzie Mordzie zagładę żydowskiej dzielnicy (to właśnie dzięki albumowi z nostalgicznymi zdjęciami zagraconych podwórek i rozpadających się domów na Josefovie Drtikol zyskuje pieniądze na rozwój swojego atelier), I wojnę światową oraz Pragę powojenną, w której kawiarniach spotykają się intelektualiści z kręgu Masaryka i Čapka oraz fascynaci filozofii Dalekiego Wschodu.

Zarzutów mam niewiele. Do autora – że w końcówce opowieść trochę traci swoją dynamikę, oraz że nie wspomniał nic o zwierzętach, które Drtikol ponoć bardzo lubił i trzymał w swoim atelier (a wiem z pewnych źródeł, bo od jego córki – opowiada o tym w filmie dokumentalnym, do którego link podaję na końcu). Do wydawcy – że mimo świetnego tłumaczenia Katarzyny Bańki, pojawia się tu kilkanaście językowych usterek.

Podsumowując jednak, to była piękna podróż. Pełna kolorów, zapachów, smaków – i oczywiście światła.

***
J. Němec, Historia światła. Powieść o fotografie Františku Drtikolu, tłum. Katarzyna Bańka, wyd. Książkowe Klimaty, Wrocław 2017.

Na koniec – wspomniany krótki film dokumentalny, który bardzo Wam polecam. Niezależnie od tego, czy znacie czeski czy nie, bo pokazana jest w nim bogata kolekcja fotografii Drtikola – zarówno tych prezentujących kobiece akty, stosunkowo łatwych do znalezienia w sieci, jak i starszych, wykonanych jeszcze w czasach studenckich, których tematem są wiejskie krajobrazy, rodzimy Przybram i praskie zaułki. A prócz tego – sporo zdjęć samego Drtikola i innych postaci, o których mowa w książce.


Historia światła to pierwsza książka Jana Němca przetłumaczona na język polski, ale jest też jedno opowiadanie, które można po polsku przeczytać. Pisałam o nim u siebie, znalazło się w zbiorku Polska: z czym się to je? wydanym przez Fundację Kukatko :) 

Ilustracje: 
[1] Foter.com
[2] Erotische Fotografie 1890-1920 / Wikimedia Commons
[3] Okładka albumu František Drtikol – edice mezinárodní fotografie svazek 7 / antikvariat.eu
[4] kultura.idnes.cz
[5] Zdjęcie autora ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl
[6] Okładka książki ze strony wydawnictwa Książkowe Klimaty / ksiazkoweklimaty.pl

czwartek, 16 lutego 2017

Zamek, tym razem straszny – „Dziennik kasztelana”, Evžen Boček


Evžen Boček tym razem straszy. I to na serio.

Po sukcesie cyklu o arystokratce, której perypetie, jak się okazało, Polaków bawią tak samo mocno jak braci Czechów, polski wydawca pisarza proponuje nam jego debiut – wydaną po raz pierwszy w roku 1999 powieść Dziennik kasztelana. Widać po niej, że ścieżka twórcza Bočka w ciągu tych kilkunastu lat mocno się zmieniła; w jego pierwszej książce raczej niewiele jest humoru i absurdu, zaskakuje za to nastrojem grozy i niesamowitości.

Okładka pierwszego wydania książki,
jeszcze pod pseudonimem Jan Bittner.
Pozostaje za to forma dziennika, którą Boček wyraźnie lubi. Tym razem jest to dziennik pewnego sfrustrowanego Pražáka, który nie chce już być Pražákiem, postanawia więc objąć posadę kasztelana na 300-letnim zamku gdzieś na Morawach. Liczy na to, że z dala od hałaśliwej stolicy wreszcie odnajdzie spokój, a może i naprawi relacje z żoną. Szybko się okazuje, że nie będzie mu to dane, bo na zamku… dzieją się dziwne rzeczy.

Mamy tu klasykę, czyli mroczne zamkowe historie, zagadkowe zgony, nocne kroki na korytarzu i gramofon, który ni stąd ni zowąd w środku nocy zaczyna sam grać, ale też nietypowe, niepokojące motywy, jak obwieszony lustrami gabinet byłego kasztelana, pęknięty ołtarz w zamkowej kaplicy czy woskowa lalka-podobizna zmarłej Marii Arnoszty, jednej z dziedziczek hrabiowskiej rodziny zamieszkującej niegdyś zamek. Nie jestem koneserką horrorów, jakoś trudno mnie przerazić, ale Boček naprawdę dobrze buduje „straszny” klimat – kładąc się spać po wieczornej lekturze Dziennika miałam jednak lekkiego pietra (nawet mimo tego, że moje maleńkie M3 w niczym nie przypomina zamczyska pełnego mrocznych zakamarków i korytarzy, a ewentualny duch z braku miejsca raczej zadreptałby w miejscu, zamiast urządzać swoje straszne przechadzki).

Choć, jak zauważyłam, sporo czytelników na to narzeka, mnie podobała się w tej historii aura tajemnicy – fakt, że zakończenie tak naprawdę niczego nie wyjaśnia. Urwana opowieść może i pozostawia niedosyt, ale za to pobudza wyobraźnię, a do tego uwiarygodnia formę dziennika, o co Boček wyraźnie dba – każdy wpis kasztelana już na wstępie zdradza jego stan ducha i jasne jest dla czytelnika, czy od ostatnich zapisanych słów przydarzyło mu się coś wstrząsającego, czy nie. Jeśli tak – pisze chaotycznie i nerwowo, jeśli nie – spokojnie i ze szczegółami snuje swoją historię. (To się może wydawać oczywistością, ale niektórzy autorzy fikcyjnych dzienników jednak o tym zapominają). 

Zamek w Miloticach, gdzie kasztelanem jest Evžen Boček :) 
Tytułowy kasztelan z tej powieści jest dosyć ciekawy jako postać, z tym swoim wiecznym wkurwem na miejski styl życia i wszystko co współczesne (łącznie ze współczesną literaturą, która „przeraża go równie mocno jak rak prostaty”) i uroczo autoironicznymi komentarzami. Niczym nowym nie jest za to jego zatwardziały racjonalizm, bo w końcu w większości opowieści ze zjawiskami paranormalnymi w tle musi się pojawić ktoś taki – kto zostaje brutalnie wytrącony z przeświadczenia, że istnieje tylko to, co widzimy i słyszymy.

Plus za sympatycznego księdza Zbyszka z Polski! Nie jestem z tych, którzy jakoś strasznie oburzają się na czeskie podśmiechujki z Polaków, tacy już ci nasi Czesi są, „śmiejące się bestie”, ale mimo wszystko miło było napotkać w czeskiej książce polską postać tak mądrą, dobrą, jednoznacznie pozytywną. I to w dodatku księdza.

I jeszcze jeden plus – za to, że, podobnie jak w Arystokratkach, Boček po raz kolejny korzysta ze swoich doświadczeń jako kasztelana. A ponieważ Dziennik kasztelana nie jest już tak naszpikowany absurdami, możemy podejrzewać, że przedstawiony tu obraz pracy na zamku jest trochę bardziej bliski rzeczywistości. Relacje z personelem, użeranie się z ludźmi z urzędu powiatowego, remonty, renowacje, archiwizacje, sprzątanie – to wszystko, ten opis funkcjonowania powieściowego zamku, nawet jeśli leciutko podkoloryzowany, był dla mnie bardzo interesujący. (No i ciekawe, czy upierdliwy Furman był wzorowany na jakimś urzędniku, który Bočkowi dawał się we znaki? Hmm…).

Oczywiście Dziennik kasztelana nie ma jakichś wielkich ambicji, to wciąż lekka, czysto rozrywkowa – dla tych, którzy lubią się bać – literatura. Ale spędziłam przy niej kilka przyjemnie strasznych godzin. I choć dopiero nieskrępowanym humorem Bočkowi udało się naprawdę podbić serca czeskich (i polskich) czytelników, dla mnie ta powieść jest dowodem na to, że autor ten potrafi równie skutecznie wywoływać śmiech, jak i ciarki na plecach.

***
E. Boček, Dziennik kasztelana, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] ipetrov.cz,
[3] DaBler / Wikimedia Commons
[4] lubimyczytac.pl


Cykl o arystokratce na Literackich skarbach:

niedziela, 12 lutego 2017

Dwie bajki o ojcostwie – „Podróżowanie z Beniaminem”, Martin Vopěnka i „Klub filmowy”, David Gilmour

Zupełnym przypadkiem przeczytałam ostatnio, jedną po drugiej, dwie książki o ojcostwie. Obydwie przedstawiają dość niekonwencjonalną relację ojca z synem, obydwie okazały się czymś innym, niż się z początku wydawały, i obydwie do pewnego stopnia wystawiły na próbę moją czytelniczą cierpliwość.

Pierwsza, Klub filmowy, to oparta na faktach historia kanadyjskiego dziennikarza i krytyka filmowego Davida Gilmoura, który zastosował nietypowy wychowawczy eksperyment – pozwolił swojemu 16-letniemu synowi rzucić szkołę pod warunkiem, że w ramach edukacji będzie z nim oglądał trzy filmy tygodniowo. Druga, Podróżowanie z Beniaminem, opublikowana w serii Stehlík wydawnictwa Dowody na istnienie i określana przez Mariusza Szczygła jako „jedna z najpiękniejszych czeskich powieści”, jest zapisem kilkumiesięcznej wyprawy po Europie (a zarazem podróży wewnętrznej), w jaką główny bohater po śmierci żony zabiera swojego 8-letniego potomka.

Bajka filmowa

Zacznę od Gilmoura. Książkę, zapamiętaną dzięki recenzji Padmy na Mieście Książek, zabrałam z biblioteki, nastawiając się przede wszystkim na filmową ucztę. Intrygowała mnie długa lista dzieł kinematografii wspominanych w książce, liczyłam na to, że filmowa edukacja powieściowego Jesse’ego i mnie dostarczy inspiracji i pomoże nadrobić zaległości, zwłaszcza jeśli chodzi o klasykę kina. Bo braki mam, co tu dużo mówić, spore.

I pod tym względem Klub filmowy nie zawiódł. Wywody narratora na temat filmów czyta się z niekłamaną przyjemnością, oprócz tego bowiem, że analizuje on poszczególne obrazy i zwraca uwagę na konkretne sceny, okrasza także swoje miniwykłady bardzo interesującymi anegdotkami na temat aktorów i reżyserów. Niektórych z nich miał okazję poznać osobiście, przeprowadzając wywiady lub spotykając się z nimi na branżowych imprezach, toteż serwuje swojej latorośli – a zarazem i nam, czytelnikom – unikatowe smaczki.

I tak – dowiadujemy się m.in., że David Cronenberg zapytany o swoje filmowe guilty pleasures przyznał się do słabości do chrześcijańskiej telewizji, że Spielberg, Lucas, de Palma i Scorsese na imprezach nie interesowali się ani dziewczynami, ani narkotykami, „chcieli tylko łazić ze sobą i gadać o filmach”, i że Harvey Keitel to „świetny aktor, ale z mózgiem niczym niedogotowana wieprzowina”. Że Clint Eastwood „jest najlepszy” i że praca u niego na planie kończy się wcześnie, bo Clint chce jeszcze pograć w golfa, oraz że William Friedkin, reżyser Egzorcysty, był psychopatą, „potrafił strzelić w powietrze z pistoletu, żeby wystraszyć aktorów” i wykańczał psychicznie wszystkich na planie.

David Gilmour
Problem polega jednak na tym, że temat filmów stanowi zaledwie jakieś 20% tej książki. Reszta – to nudne jak flaki z olejem historie ze wspólnego życia narratora i jego syna, problemy ze znalezieniem pracy tego pierwszego, perypetie z dziewczynami tego drugiego, długie rozmowy o bzdetach… Przedwcześnie dojrzały, rozpity i rozbisurmaniony synek, najwyraźniej z nadmiaru wolnego czasu, co rusz wdaje się w niefortunne romanse i umiera z miłości, a jego tatuś, ponieważ jest tak bardzo cool, rozmawia z nim jak równy z równym, przyznaje, że „kobiety to krwawy sport” i dzieli się swoimi bogatymi damsko-męskimi doświadczeniami. Nic na to nie poradzę – dla mnie to trochę groteskowe. (I mam nadzieję, że to nie dlatego, że jestem już stara, zwapniała i nie rozumiem problemów nieszczęśliwych młodych ludzi – tak bardzo nie-cool :(!).

Tylko we fragmentach „filmowych” Gilmour błyszczy talentem opowiadacza, widać, że to jego temat i chętnie przeczytałabym na przykład zbiór esejów o filmach w jego wykonaniu. Niestety, poza tym książka jest raczej słaba, zupełnie nie porywa, a wizerunek tego „spoko taty” – któremu daleko do wzoru życiowej zaradności, a mimo to bierze na siebie życiową edukację swojego syna i wprowadza w życie ryzykowny wychowawczy plan, w który sam mocno wątpi – choć może nie powinien wpłynąć na moją ocenę całej książki, mocno uprzykrzył mi lekturę. 

***
Polecam jednak obejrzeć poniższy krótki wywiad z Gilmourem i jego synem, w którym opowiadają o tym, skąd wziął się pomysł na książkę i o całym tym filmowym doświadczeniu. Obydwaj wydają się tu bardziej sympatyczni, niż ich obraz powieściowy :):



Bajka podróżnicza

U Martina Vopěnki natomiast syn jest trochę młodszy – lat ma zaledwie 8, a zamiast podróży po filmowym świecie autor serwuje nam podróż dosłowną, fizyczną. Podobnie jednak jak u Gilmoura, jednym z głównych celów tej podróży jest zbliżyć ojca do syna; obie historie łączy też fakt, że i jeden i drugi tata jest bardzo niepewny, chwilami mocno wątpi w sens swojego projektu, obawia się, jaki wpływ będzie on miał na jego latorośl.

Dawid, narrator Podróżowania z Beniaminem, postanawia wraz z synem „zagubić się w Nieznane” po tym, jak w wypadku samochodowym ginie jego żona i matka małego Beniamina. Śmierć kobiety nie wydaje się dla Dawida wielką tragedią – przeciwnie, uwolnienie się od jej depresyjnej osoby przynosi mu chyba wręcz ulgę – ale czuje się życiowo zagubiony i liczy na to, że długa podróż pomoże mu odnaleźć właściwy kierunek i sens, „raj serca” (bo też w całej powieści autor nawiązuje do słynnego XVII-wiecznego dzieła Jana Amosa Komenskiego, Labyrint světa a ráj srdce). A syn? Wspólna wyprawa, ich własne, konspiracyjne, dwuosobowe przedsięwzięcie, ma być taką inauguracją dalszego życia już wyłącznie we dwójkę.

Idea piękna, z realizacją już gorzej – bo Dawid zdecydowanie nie świeci przykładem rodzicielskiej troski. A za jego płomiennymi wyznaniami miłości i przywiązania jakoś nie idą odpowiedzialne czyny. Najpierw kilkukrotnie zostawia Beniamina bez opieki, by jak najszybciej zaspokoić „niedające się okiełznać seksualne pożądanie” w najbliższym burdelu, później – w imię już nie potrzeb ciała, a tym razem wydumanych potrzeb duchowych – naraża go, ciągnąc ze sobą w rumuńskie góry mimo ostrzeżeń miejscowych, że o tej porze roku jest to już niebezpieczne. 

Nie mówiąc o tym, że na przekór wszystkim, decydując, że „nie będzie niewolnikiem empatii”, wyrzuca swój telefon, zrywa kontakt z rodziną i, nie bacząc na obawy dziadków Beniamina, przeciąga podróż, mimo że wakacje dawno się skończyły i chłopiec powinien wrócić do szkoły. „Jest moim ukochanym zakładnikiem” – pisze o synu. I nawet jeśli Beniamin, lojalny wobec ojca, nie mówi wprost, że chciałby już wracać, z czasem zaczyna przecież wysyłać subtelne sygnały, które Dawid dostrzega. Mimo to – brnie dalej, a wszystkich, którzy starają się ściągnąć go z powrotem do domu, wyzywa od małomieszczan.

Martin Vopěnka
Jest coś, co w tej postaci nie przekonuje – jakiś fałsz, niespójność i afektacja, co sprawia, że trudno uwierzyć w jej wielką ojcowską miłość. Sztuczność wyczuwa się też w tym, co dzieje się w tej powieści na poziomie języka – filozofujący Dawid wpada w tony nieznośnie górnolotne, tymczasem nadmuchanymi słowami bohater wygłasza po prostu banały („Jeśli jest Bóg, to czemu tyle bólu i cierpienia?”, „Wiedziałem, że poczucie szczęścia jest tylko ulotnym złudzeniem i że wyznaczony jest koniec wszystkich spraw w żywocie ludzkim”, „Pomyślałem o starości i o śmierci, że przyjdą tak samo nieuniknione, jak przyszła jesień w tutejsze góry”). Fakt, że jego natchnione gadki o Bogu, zbliżaniu się do czegoś wiecznego i łączności z wszechświatem sąsiadują, a nawet, niekiedy, przenikają się, z drobiazgowymi, wyzutymi z emocji i dosadnymi opisami aktów seksualnych, sprawia, że trudno jest potraktować je – i całego bohatera – na poważnie.
„Moim oparciem były dzieje życia starotestamentowych bohaterów. Przecież oni, w odróżnieniu od nowotestamentowych, też mieli potrzeby seksualne, a mimo to byli mili Bogu. Moralizują raczej ci, którzy masturbują się gdzieś ukradkiem w ubikacji, albo ci, którym nie staje” (s. 43).
Nie jest jednak tak, że w Podróżowaniu z Beniaminem dostrzegam same negatywy. Było tu też sporo momentów, w których się uśmiechnęłam, czy to z rozbawieniem (porównanie kempingu do taśmy w masarni czy kelnerów do drewnianych bali), czy z rozczuleniem (jak choćby przy fragmentach, kiedy bohaterowie rozmawiają o modlitwie, ale również przy opisie pary zakochanych żebraków na dworcu w Rumunii). Ba, zdarzało się nawet lekkie wzruszenie, także przy zakończeniu, które według niektórych jest zbyt sentymentalne i melodramatyczne – ja nie mam takiego wrażenia, przeciwnie, dopiero przy końcu tak naprawdę odczułam przywiązanie Dawida do syna, szczere, nie tylko deklarowane.

Mariusz Szczygieł jednak poleca :).
Ciekawe są też malowane przez Vopěnkę widoczki odwiedzanych przez bohaterów miejsc, przy tworzeniu których autor czerpie z własnych wspomnień i obserwacji – do napisania książki przygotował się bowiem, wędrując samemu trasą, którą pokonują Beniamin z ojcem. Mam wręcz poczucie niedosytu, tego tła mogłoby być więcej, ale z drugiej strony – zbyt wiele szczegółów na temat otoczenia pewnie odwróciłoby uwagę od głównego wątku, czyli przemyśleń Dawida i jego relacji z synem.

Mimo wszystko pozostało lekkie rozczarowanie. Ostrzegam więc – książka nie trafia w estetykę każdego. Nie jest, jak się spodziewałam, ciepłą, uniwersalną opowieścią, jaką można podarować w prezencie każdemu, od nastoletniej siostry poprzez rubasznego wujka aż po babcię. Wierzę jednak, że jeśli trafi na właściwego czytelnika, potrafi do niego przemówić.

***
Oczywiście wszystkie głosy polemiczne są mile widziane :). Chętnie też przyjmę propozycje innych książek skupionych wokół relacji ojciec-syn, bo to ciekawy temat, który można na wiele różnych sposobów przedstawić. Z literackich wizji ojcostwa, które sobie przypominam, mnie chyba najbardziej podobała się ta Etgara Kereta.

***
D. Gilmour, Klub filmowy, tłum. Emilia Skowrońska, wyd. Dobra Literatura, Słupsk 2011.
M. Vopěnka, Podróżowanie z Beniaminem, tłum. Elżbieta Zimna, wyd. Dowody na istnienie, Warszawa 2016.

Ilustracje:
[1] blanca_rovira / pixabay.com
[2] okładka książki ze strony wydawnictwa / www.dobraliteratura.pl
[3] zdjęcie ze strony wydawnictwa / www.dobraliteratura.pl
[4] okładka ze strony księgarni Wrzenie Świata / www.wrzenie.pl
[5] Pavel Hrdlička (Czech Wikipedia user Packa) / Wikimedia commons
[6] Dowody na Istnienie / Facebook.com 

niedziela, 5 lutego 2017

Chaos w domu z kamienia – „Amerykańska sielanka”, Philip Roth


„Zło zawsze zaczyna się w rodzinie” (s. 540).

Rozpisany na trzy osoby rodzinny dramat, zaprezentowany w Amerykańskiej sielance, to równocześnie metafora upadku amerykańskiego społeczeństwa i tradycyjnych wartości. Na ponad 600 stronach tej nagrodzonej Pulitzerem powieści Roth snuje przerażającą, mocno symboliczną opowieść o przemianie amerykańskiej sielanki… w amerykański obłęd.

Choć narratorem powieści jest Nathan Zuckerman, pisarz znany również z innych utworów Philipa Rotha, centralna postać w Amerykańskiej sielance to Seymour Levov zwany Szwedem. Amerykański ideał, człowiek sukcesu, współczesny heros. Żyd, ale bardzo „nieżydowski” – pozbawiony żydowskich kompleksów, obojętny wobec spraw religii, nawet wyglądem nie zdradzający swojego pochodzenia (stąd też, od blond włosów i jasnej cery, jego przydomek). „Tak zbliżony do goja, jak my sami w najśmielszych marzeniach” – pisze o nim Zuckerman. W czasach szkolnych gwiazda koszykówki i futbolu, obiekt podziwu, ucieleśnienie siły i fizycznej sprawności, później zaś szef rodzinnej firmy produkującej rękawiczki, mąż byłej Miss New Jersey i przykładny ojciec. „Dla Szweda życie rozwijało się jak kłębek puszystej włóczki” (s. 47) – cytując znów Zuckermana.

Tak właśnie widzimy Levova przez pierwsze kilkadziesiąt stron powieści, tak bowiem postrzega go pisarz-narrator. Kiedy jednak pół wieku po zakończeniu szkoły Zuckerman spotyka się znów ze swoim dawnym bożyszczem, coś się zmienia. Szwed po latach wydaje mu się tak samo nienaganny, jak kiedyś, teraz jednak jego nieskazitelność, „doskonała gładkość”, w pewien sposób drażni.

Jennifer Connelly, Ewan McGregor i Hannah Nordberg jako idealna amerykańska
rodzina. Kadr z filmu Amerykańska sielanka (reż. Ewan McGregor, 2016).
Przez moment Zuckerman w myślach porównuje Levova z Iwanem Iljiczem z opowiadania Lwa Tołstoja, który mimo „godnego żywotu w społecznym poszanowaniu”, u progu śmierci uświadamia sobie, że jego życie było płaskie i puste. Zastanawia się, czy coś kryje się pod idealną maską Seymoura: „Nie umiałem się ostatecznie zdecydować, czy jego niewzruszona gładkość jest jak śnieg, który pokrywa coś, czy jak śnieg, który pokrywa jedno wielkie nic” (s. 60). Ostatecznie opowiada się za pustką: „Żywot Szweda Levova, o ile ja się orientowałem, był najprostszym i najzwyklejszym z możliwych, i przez to właśnie fantastycznym, w iście amerykańskim stylu” (s. 50).

Myli się jednak. I już wtedy przeczuwa tę pomyłkę, stąd towarzysząca mu refleksja: „Człowiek jest jak czołg wyposażony w mózg. Myli się co do ludzi (…). Ponieważ inni z reguły mylą się tak samo co do nas, cały proces komunikacji jest jedną wielką fatamorganą, wypraną z realizmu, porażającą farsą błędnej percepcji (…). Po tym właśnie poznajemy, że żyjemy: że się mylimy” (s. 57). 

Jest to myśl, która przyświeca całej powieści Rotha – nie znamy tak naprawdę ludzi wokół nas, nie wiemy, co kryje się pod ich uprzejmym uśmiechem, jakie lęki i bolesne doświadczenia, jak widzą świat, co sprawia, że są tacy, a nie inni. Skalę pomyłki w ocenie Szweda uświadamia Zuckermanowi dopiero rozmowa z bratem dawnego bożyszcza, Jerrym. To on opowiada mu prawdziwą, tragiczną historię Seymoura i jego rodziny – historię, która wkrótce bez reszty wciąga i samego czytelnika.

Podstępne wtargnięcie chaosu

Nieszczęściem, które zniszczyło na pozór idealną rodzinę Levova – a zarazem jego wyobrażenia o świecie – była córka Meredith. Urocza mała Merry, której imię (ang. merry – wesoły) miało zdeterminować jej przyszłość; blondwłosy aniołek, który wyrósł na ziejącą wściekłością aktywistkę komunistyczną, zagorzałą przeciwniczkę wojny w Wietnamie, plującą obelgami na amerykański rząd i amerykański styl życia. Jej piękni, zdolni, zadowoleni z życia i dumni ze swej amerykańskości rodzice, choć śledzą zachowania córki z niepokojem, przez pewien czas wmawiają sobie, że dziewczyna jest po prostu bardzo wrażliwa na ludzką krzywdę, i że z tego wyrośnie. Wszystko zmienia się, kiedy przekonania Merry prowadzą ją do ostateczności – w imię protestu wysadza w powietrze lokalny sklep i urząd pocztowy, zabijając jedną osobę. Po czym znika.

Co za tragedia dla takiego człowieka jak Szwed! „Specjalisty od łagodzenia. Od umiarkowania. Od zatajania prawdy, aby nikogo nie urazić. Od wiecznych kompromisów”, jak mówi o nim brat. Zakochanego w swoim potężnym, kapitalistycznym kraju tak bardzo, że już w szkole odczuwał dreszcz ekscytacji i dumy, wymieniając nazwy wszystkich stanów. Przekonanego, że życiem rządzi porządek, a chaos jest gdzieś daleko, poza murami jego świata. Brutalnie wyrwany ze swojej amerykańskiej sielanki, Szwed „natrafia nagle na przeciwnika nieuczciwego – na zło, którego nie da się wykorzenić z ludzkich działań”. Urodzony sportowiec, przywykły do jasnych reguł gry i zasady fair play, nie potrafi tego zrozumieć i nie potrafi się z tym pogodzić.

I choć rozpacz jego pięknej żony jest bardziej efektowna – wszak była miss, choć tak bardzo odżegnuje się od swojej etykietki królowej piękności, przywykła do zwracania na siebie uwagi – to w Szwedzie, kochającym, troskliwym Szwedzie, zbrodnia Merry zostawiła najgłębszy ślad. Z każdą kolejną stroną przekonujemy się o tym coraz bardziej, coraz lepiej poznajemy tego mitycznego herosa i człowieka sukcesu i coraz bardziej mu współczujemy.

Ewan McGregor i Hannah Nordberg w filmie Amerykańska sielanka.
Odkrywamy w nim człowieka, który na pierwszym miejscu stawia zawsze obowiązki i odpowiedzialność, przywykłego do rezygnowania z własnych potrzeb na rzecz swoich bliskich, zawsze troszczącego się bardziej o innych niż o siebie. Bez mrugnięcia okiem stosującego się do poleceń ojca-tyrana i realizującego wszystkie zachcianki żony, mimo że ta, po zniknięciu Merry, obwinia go o swoje zniszczone życie i wypowiada pod jego adresem wiele podłych słów. Ale przede wszystkim – kochającego córkę całym sercem i gotowego oddać jej wszystko. W zamian otrzymał okrutną zapłatę.

Ostatecznie ma w sobie coś z nieszczęsnego Iwana Iljicza – po utracie córki zastanawia się, czy nie poszedł złą ścieżką, czy nie zawinił wobec niej „brakiem porywczości”. Zaczyna się łamać, jest rozgoryczony, wścieka się na Merry, że ośmieliła się podnieść rękę na jego święte wartości. „Głupia suka!” – myśli o swoim dziecku w najbardziej kryzysowych momentach. Nic z tych burzliwych rozmyślań nie przenika jednak na zewnątrz, jego idealna fasada zostaje nienaruszona, i nawet kiedy jego rodzina ostatecznie się rozpada, wkrótce zakłada następną, nie jest bowiem w stanie funkcjonować poza odwiecznym, ustalonym porządkiem. Gdyby zerwał z twarzy przybraną maskę, nie mógłby dalej żyć.

Zapomniane rękawiczki

Historia opowiedziana przez Rotha ma jednak wiele poziomów i można w niej dostrzec sporo przenośni i symboli. Przede wszystkim – to jedna wielka metafora amerykańskiego społeczeństwa, którego wiara we własną wspaniałość i potęgę zostaje zachwiana wraz z wydarzeniami lat 60., czyli zamieszkami na tle rasowym, również wspomnianymi w powieści, oraz wojną w Wietnamie.

Philip Roth
Autor odmalowuje przepaść dzielącą amerykańską młodzież lat 60. oraz pokolenie ich rodziców i dziadków – pamiętających jeszcze wojenną nędzę i wciąż pełnych powojennej radości, ufnych w siłę Ameryki, wykorzystujących możliwości, jakie daje im ich dobre, opiekuńcze państwo. Starsze generacje nie są w stanie zrozumieć, dlaczego ich dzieci i wnuki wściekle odrzucają wszystko to, na co oni tak ciężko pracowali, i dlaczego nie potrafią docenić życia w pokoju, przeciwnie – przenoszą wojnę na własny grunt. Jak mówi stary Levov: „Co to jest, że jak rodzicom, Bogu dzięki, udało się na chwilę wyjść z ucisku, to ich dzieci zaraz biegną szukać ucisku? (…) Dawniej uciekali od biedy; teraz uciekają od bogactwa” (s. 366).

Posługując się pewnymi symbolami Roth pokazuje, jak bardzo zmieniły się Stany Zjednoczone i świat w ciągu tych dwudziestu lat. Stary kamienny dom w Old Rimrock, dom marzeń Szweda, do którego sprowadza on rodzinę, a który z takim wstrętem odrzuca później Dawn, jest obrazem dawnej, potężnej Ameryki, opartej na solidnych fundamentach, na pozór niezniszczalnej. Równocześnie jest też obrazem samej rodziny Szweda, połączonej, wydawałoby się, nierozerwalnymi więzami.

Rodzinny interes Levovów – wytwórnia rękawiczek – symbolizuje z kolei, jak zauważa Jerry, zapomnianą już elegancję i wytworność; przypomina minione dawno czasy, gdy kobiety miały w szafie po dwadzieścia par rękawiczek. W ten sposób rodzina Levovów wydaje się jeszcze bardziej anachroniczna i nieżyciowa. Zakochany w swoim fachu Szwed boleśnie uświadamia sobie, „że wytwarzanie luksusowych damskich rękawiczek, dopasowanych z dokładnością do ćwierci rozmiaru, nie gwarantuje umiejętności stworzenia życia, które pasowałoby idealnie do wszystkich, których się kocha” (s. 601).

Pojawiają się też nieco bardziej dyskretne znaki – jak choćby hasło „Byk, który gwarantuje solidne stado”, którym Dawn reklamuje wystawionego na sprzedaż byka, Hrabiego. W jakiś przewrotny, ironiczny sposób zdaje się ono odnosić również do Szweda.

Groteska międzyludzkich relacji

Choć powieść Rotha zrobiła na mnie spore wrażenie swoją treścią, mam pewne zastrzeżenia do jej konstrukcji. Początek wydaje się bardzo przegadany. Rozumiem oczywiście, że perspektywa Zuckermana miała nas wprowadzić w historię Szweda, ale już jego rozważania o przeszłości, dzieciństwie, pamięci, przytaczane rozmowy z dawnymi przyjaciółmi ze szkoły, sygnalizowanie pewnych wątków i porzucanie ich – to wszystko wydaje się trochę niepotrzebne i nuży. Skoro już pewne tematy wypływają na pierwszych stronach, jak choćby nowa rodzina Szweda czy śmierć jego ojca, to oczekiwałam, że autor do nich wróci. Nie robi tego, i ostatecznie powieści brakuje pewnej fabularnej ramy.

Nie twierdzę jednak, że zaserwowana przez Rotha końcówka jest zła – przeciwnie, uważam, że ma bardzo silną wymowę. Amerykańską sielankę wieńczy garden party u Levovów, na którym oprócz rodziców Szweda obecnych jest kilkoro jego przyjaciół, ludzi z różnych sfer, o zupełnie innych zapatrywaniach na świat.

W trakcie tego spotkania opadają maski, wychodzą na jaw sekrety, dostrzegamy w pełni zaślepienie niektórych bohaterów. Relacje łączące poszczególne pary biorące udział w imprezie ukazują się nam groteskowe, karykaturalne, tak dziwaczne, że wszyscy nawzajem zastanawiają się: „Jak on/ona może go kochać?”. No i samo zakończenie, w którym stary Levov, gderliwa ostoja dawnych czasów, dawnej moralności, dawnych form, omal nie traci oka, i to w bardzo absurdalny sposób. Chaos dochodzi do głosu i śmieje się, śmieje się złośliwie na cały głos z tego wszystkiego, w co wierzyli poczciwi, solidni Levovowie, tak bardzo zakochani w dobrej mateczce Ameryce.


Dwa słowa o filmie

Po lekturze książki oczywiście nie mogłam sobie odmówić wyprawy do kina na ekranizację Amerykańskiej sielanki, debiut reżyserski Ewana McGregora. Film naprawił to, czego zabrakło w książce – w przeciwieństwie do niej posiada jasną fabularną ramę. Charakteryzuje go większy porządek, trochę chaotycznych wątków z powieści Rotha usunięto, inne zostały uproszczone. Jak jednak należało się spodziewać, brakuje mu głębi książkowego pierwowzoru – ginie trochę kontekst społeczny, a zamiast wielowymiarowej, metaforycznej opowieści mamy tylko dramat człowieka, który utracił ukochaną córkę. Zalecam więc lekturę – jako rozszerzenie i uzupełnienie filmowego seansu.

***
P. Roth, Amerykańska sielanka, tłum. Jolanta Kozak, wyd. Wydawnictwo Literackie, Kraków 2017.

Ilustracje:
[1] Motyw z okładki filmowego wydania Amerykańskiej sielanki, wyd. WL / www.wydawnictwoliterackie.pl
[2], [3], [6] Materiały dystrybutora filmu / www.americanpastoral.movie
[4] Wolf Gang / Foter.com / CC BY-SA
[5] Okładka książki ze strony wydawnictwa / www.wydawnictwoliterackie.pl