poniedziałek, 31 lipca 2017

Afryka z magii odarta – „Na złotym wybrzeżu”, Evald Flisar


W tej powieści słoweński autor Evald Flisar zabiera czytelnika do gorącej Afryki. Nakreślony przez niego obraz tego kontynentu niewiele ma w sobie turystycznego romantyzmu – to dziki, przerażający świat, w którym obowiązuje prawo dżungli i który wyzwala w ludziach mroczne instynkty.

Zanim jednak przejdę do wizerunku Afryki, kilka słów o fabule i bohaterach. To bardzo dziwna książka – postaci jest tu wiele, przy czym raz po raz pojawiają się i za chwilę znikają ze sceny. Widać, że Flisar zajmuje się również, a może przede wszystkim, pisaniem dramatów – nawet w tytułach poszczególnych rozdziałów wymienione zostają pojawiające się w nich osoby, analogicznie jak na początku kolejnych scen sztuki.

Główne postaci „dramatu” to Słoweniec Marko, podróżujący śladami ostatniej powieści jego zaginionego ojca, małżeństwo Silvija i Peter, również ze Słowenii, oraz Jack i Sally, Anglicy. Te trzy „zespoły” podróżują niezależnie, ale ich drogi co rusz się krzyżują, a ogniwem łączącym ich wyprawy okazuje się ojciec Marka, Igor Hladnik. Z ust mieszkańców Afryki, których podróżnicy spotykają na swojej drodze, dowiadujemy się stopniowo coraz więcej na temat pisarza i jego ostatniej afrykańskiej podróży, podczas której zaginął.

Na początku powieści pojawia się ciekawy motyw – Markowi na jego drodze zaczynają się przytrafiać dokładnie takie same sytuacje, jak opisane w ostatniej książce ojca. Niestety, po pewnym czasie autor jakby porzuca koncept i analogiczne przypadki znikają, a mnie robi się przykro, bo byłam ciekawa, jak ten pomysł rozwinie. Ale jedźmy dalej.

Tłok, malaria i ręka Lucyfera

Poprzez różne sytuacje, w których umieszcza swoich bohaterów, Flisar buduje obraz Afryki, zapewne czerpiąc obficie z własnych podróżniczych doświadczeń. I ten opis Czarnego Kontynentu bardzo mi się podobał; jest sugestywny, wiarygodny, ale i nie pozbawiony odrobiny dystansu i humoru. Podziurawione drogi, zatłoczone i niewygodne autobusy, puste hotele, w których do picia nie można zamówić nic oprócz ciepłego piwa, niemiłosierny gorąc i malaria – nie jest to bynajmniej turystyczne eldorado, a raczej szkoła przetrwania dla najwytrwalszych.
„Takiego skwaru jeszcze nie doświadczył. Wiatr, który wpadał przez otwarte okna, uderzał podróżnych po twarzach jak ręka Lucyfera. To był skwar podobny do tego, jaki bucha w twarz z piekarnika, w którym pieczesz kurczaka: odurzająca, dusząca kara boska” (s. 148).
Evald Flisar
Na dalszym planie autor pokazuje też problemy społeczne Afryki – wszechobecną korupcję i kumoterstwo, przepaść między wpływowymi a biedakami, rozprawianie się z oponentami przy pomocy trucizny, galopujący postęp obok zacofania, pogardliwy stosunek do kobiet. Warto jednak wspomnieć, że akcja powieści rozgrywa się w latach 80., i zapewne wtedy również własne afrykańskie doświadczenia zbierał sam autor; być może od tego czasu pewne rzeczy się zmieniły.

Flisar odziera więc Afrykę z sentymentów i magii – pokazuje, że to trudny do okiełznania, mroczny, dziki wciąż kontynent, niewiele mający wspólnego z pięknymi fotografiami z turystycznych folderów. Symbolem takiego europejskiego, naiwnego podejścia do Czarnego Lądu są w powieści Złote Wybrzeże, czyli dzisiejsza Ghana, oraz Timbuktu. Hladnik pisze w swojej ostatniej książce:
„Jakiś czas przekonywaliśmy się, że to, co przeżywamy, to w ogóle nie jest Afryka, ta dopiero się zacznie, jak dotrzemy do Timbuktu, jeśli nie wcześniej. Dopiero pod koniec drogi zaczęła w nas dojrzewać świadomość, że się oszukujemy. Że Afryka jest tym, co przeżywamy. I tym, co dotychczas przeżyliśmy. Że Timbuktu, o którym mówią legendy, ukrywa się w świecie, do którego nie dociera rzeczywistość. Tak, ja szukałem Timbuktu. Ona szukała Złotego Wybrzeża” (s. 244).
Dlatego też swoje ostatnie, niedokończone dzieło bohater zamierzał zatytułować Na złotym wybrzeżu – i taki tytuł otrzymała powieść Evalda Flisara.

Tutaj rządzą duchy

Turystycznej magii Afryki w powieści Flisara nie ma, ale za to pojawiają się elementy czarnej magii. I związane z nią wątki są chyba najciekawsze, jak choćby historia wodza, zamienionego w kobietę, który, by zdjąć z siebie czar, otrzymał za zadanie codziennie przez dziewięćdziesiąt dni spać z trzema młodymi kobietami, czy kłótliwych młodzieńców z wioski Nampong, według legendy przed laty uwięzionych w jaskini, i jako duchy terroryzujących lokalną ludność.

Ten pierwotny afrykański mrok ma w sobie również kobieta, która pojawia się na drodze wszystkich powieściowych podróżników, zmieniając tożsamość. Jest piękna i kusząca, ale też nieokiełznana, dzika, nieprzewidywalna – ona również symbolizuje ducha Afryki oraz mroczne instynkty, które wyzwala w człowieku Czarny Kontynent. Pisze o tym Hladnik, i mówi o tym sama Adriana:
„Nie rozumiesz Afryki? Stąd pochodzimy. Przez tysiące lat o tym nie pamiętaliśmy i dajemy upust swojej naturze jeszcze tylko w wojnach i radości z czyjegoś nieszczęścia, którą darzymy swoich przyjaciół. Afryka pod warstwą europejskiej nowoczesności została pierwotna. Tutaj umrzesz dlatego, że ktoś chce, żebyś umarł. Tutaj rządzą duchy” (s. 307).
Afrykański chaos fabularny?

Nie przemówiła za to do mnie warstwa filozoficzna powieści – prawdę mówiąc rozważania Hladnika o naszej tożsamości, o wolności, o ucieczce od samego siebie, wydały mi się dosyć mętne. Sporo trudności nastręczyły mi też zawiłości fabularne – zbyt liczni bohaterowie ustawicznie mi się mylili i kiedy po dłuższej przerwie brałam książkę znów do ręki, ciężko było mi się odnaleźć. (Co prawda w takiej opowieści, przesiąkniętej afrykańskim chaosem, mógłby to być zabieg w pewnym stopniu celowy, ale nie jestem w 100% przekonana). Czasem uwierały mnie nie do końca zgrabne sformułowania („grube uda, które w trakcie chodzenia przekładał z lewej strony na prawą”, „ni stąd, ni zowąd nie wiedziała, co ma zrobić”, „jej twarz skrzywiła się w wyrazie przygnębienia”) – to chyba trochę kwestia przekładu, trochę redakcji i korekty.

Mimo to jednak Na złotym wybrzeżu jest ciekawą propozycją, zwłaszcza ze względu na wspomniany obraz Czarnego Kontynentu, sugestywność opisu i afrykański żar buchający z kart powieści. Bardzo ciekawa jestem drugiej wydanej ostatnio w Polsce, tym razem lublańsko-nowojorskiej, powieści Flisara – Obserwator. O niej – już wkrótce.

***
E. Flisar, Na złotym wybrzeżu, przeł. Marlena Gruda, wyd. Ezop, Warszawa 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] fotografia autora ze strony wydawnictwa Ezop / ezop.com.pl,
[3] okładka ze strony wydawnictwa Ezop / ezop.com.pl.

4 komentarze:

  1. Dzięki za polecenie, nie słyszałam wcześniej o tej powieści. Mimo wskazanych wad chyba kiedyś się skuszę - lubię takie klimaty. Skojarzyła mi się z kupionym niedawno "Uzdrowicielem" - też o Afryce, też okiem Słowianina, Słowaka konkretnie, Marka Vadasa. Czytałaś może?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie czytałam, ale mam „Uzdrowiciela”, też będę czytać niedługo. I też pomyślałam, że te dwie publikacje mają trochę wspólnego. Ciekawie będzie poznać dwie różne słowiańskie perspektywy na Afrykę :).

      Usuń
    2. Zaciekawiłyście mnie dziewczyny - o żadnej z wspomnianych przez was książek nie słyszałem, ale obie sprawiają b. interesujące wrażenie. Afryka to wciąż ląd niepoznany, który jednak zdążył obrosnąć ogromną liczbą stereotypów. Kusi, żeby sprawdzić, co do powiedzenia na temat tego kontynentu mają Słowianie.

      Usuń
    3. Masz rację, Ambrose, jedziemy trochę na stereotypach, jeśli chodzi o Afrykę, dlatego stwierdziłam, że skoro jest okazja, chętnie zapoznam się z „afrykańskimi” publikacjami ludzi, którzy sami spędzili sporo czasu na tym kontynencie i mają na jego temat więcej do powiedzenia. Choć w pierwszej kolejności pewnie wypadałoby zapoznać się po prostu z książkami pisarzy afrykańskich :). Postaram się to nadrobić.

      Usuń