sobota, 15 lipca 2017

Żółty i skośny kryminał – „Roznegliżowane”, Iva Procházková

Druga książka z serii Ivy Procházkovej o podinspektorze Holinie, a jednocześnie druga publikacja z serii Czeskie Krymi wydawnictwa Afera, to dobry, solidny kryminał. Trochę jednak brakuje mu humoru i lekkości pierwszej części serii, Mężczyzny na dnie – zdecydowanie mniej tu rogalików i astrologii.

Czytałam sobie tę książkę nieśpiesznie, po raz pierwszy też bawiłam się w typowanie zabójcy, bo ponoć jest większa frajda (trochę jest, to fakt!). Wynotowałam sporo uwag, mam dużo obserwacji, niektóre rzeczy mi się podobały, inne nie. I tak…

Na minus – Holina. Jakoś się tu zmienił. Melancholii po utraconej miłości nie zagryza rogalikami, jego uwielbienie dla nich schodzi na dalszy plan, a miejsce pierwszego obżartucha powieści przejmuje po nim Mrštík; podinspektor traci swój humorystyczny rys, robi za to wrażenie bardzo stanowczego i profesjonalnego – przypomina mi bardziej tego serialowego. Jest jednak przez to mniej oryginalny, staje się takim „zwykłym” kryminalnym z filmów i seriali.

Okładka czeskiego wydania.
Bardziej przewidywalna niż polska
(patrz: przedostatni akapit) :).
Na plus – postaci drugoplanowe. Rozczarowanie z powodu Holiny wynagradzają mi tu inne postaci, takie jak pan Holopírek, emeryt, który w jednej z pierwszych scen powieści znajduje ofiarę, czy pan w pasiastej czapce z kamienicy na Nuslach. Żałuję, że pojawiają się one tylko na chwilę i szybko znikają.

Na duży plus – intryga. Śledziłam ją tym razem wyjątkowo uważnie, i choć poprawnie udało mi się wytypować zabójcę, muszę przyznać, że kilka razy autorka mocno mota czytelnikowi w głowie, aby sprowadzić go na niewłaściwy trop. Podejrzanych jest wielu, żaden typ nie jest oczywisty, rozwój śledztwa obserwuje się z dużym zainteresowaniem.

Na minus – mało astrologii. Jest tylko kilka wzmianek, Holina wybiera się niby na jakiś wykład poświęcony astrologii, ale w końcu na niego nie dociera. Nie wiem, czy wszyscy czytają te książki i oglądają serial w podobny sposób, podejrzewam, że – zwłaszcza w Czechach – nie, ale dla mnie obraz kryminalnych rozwiązujących sprawę posiłkując się wiedzą astrologiczną to naprawdę wielka sranda :). Dlatego żałuję, że w tej odsłonie cyklu jest takich praktyk mniej, i to też sprawia, że kryminał Procházkovej nie jest już tak oryginalny.

Na plus – tło społeczne. Autorka zapędza się w tej powieści na Libuš, praską dzielnicę Azjatów – wraz z bohaterami wędrujemy m.in. po ogromnym wietnamskim targowisku i poznajemy mieszkańców tej dzielnicy Pragi, o której milczą przewodniki. Trąca też takie kwestie jak tożsamość narodowa („Siedziała na krześle barowym jak jaskółka na drutach. Dziś Praga, jutro Zurych, za pół roku – kto to wie? (…) Nigdy nie zastanawiała się nad tym, gdzie jest u siebie” – myśli Holina o Hanie Ovečce) czy szerzące się wśród młodych dziewczyn zjawisko zarabiania na studia i życie w mieście swoim ciałem. Ku refleksji.

Na minus, ale mały – język. Miałam momenty irytacji, bo wydawał mi się tak płaski, zwyczajny, zupełnie nic ciekawego się w nim nie dzieje. Nie wiem jednak, na ile to moje narzekanie jest uprawnione, bo przecież w literaturze tego typu nie chodzi o język, ale treść, sposób opowiadania wręcz nie powinien odwracać uwagi od opisywanych wydarzeń. A druga rzecz, że chyba jestem też przyzwyczajona do prozy bardziej artystycznej. Więc minus, ale trochę niepewny.

Na plus – okładka. Ten słonecznie żółty kolor jest bardzo nieoczywisty – z początku mnie dziwił, bo tu przecież grudzień, mróz, Praga, jakaś śnieżna biel albo bury szary byłyby bardziej na miejscu. Kiedy jednak okazało się, że cała sprawa jest związana z praskim środowiskiem Wietnamczyków, „żółta i skośna”, jak mówi Karoch – wybór okazuje się jasny. A dodatkowo żółty wyróżnia tę książkę na półce z kryminałami (które właśnie szare, bure i ponure, ewentualnie czerwone, bo krew).

Ostatecznie bilans wychodzi na plus, i mimo że w tej odsłonie proza Procházkovej straciła trochę swoich smaczków, wciąż warto ją czytać. Zwłaszcza, jeśli ktoś po prostu lubi wciągające kryminały.

***
I. Procházková, Roznegliżowane, tłum. Julia Różewicz, wyd. Afera, Wrocław 2017.

Ilustracje:
[1] zdjęcie własne,
[2] wydawnictwo Paseka / www. paseka.cz,
[3] wydawnictwo Afera / wydawnictwoafera.pl. 

Polecam ciekawe recenzje tej książki na:

5 komentarzy:

  1. Nie przeczytam tej książki, bo nie czytam kryminałów (oprócz okazjonalnej lektury A. Christie), ale muszę się z Tobą zgodzić - okładka jest naprawdę świetna.
    Podczas czytania pomyślałam sobie, że "Roznegliżowane" to kolejna książka, która cierpi na bycie gorszą od pierwszego tomu. ;) Tak to jest, gdy pisarze stawiają sobie poprzeczkę dość wysoko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doceniam szczerość :). Ja też mam z kryminałami problem, nie przepadam za tym gatunkiem, ale ten przeczytałam, bo: a) czeski :), b) lubię wydawcę, c) staram się jednak tę niechęć trochę przełamać, nie zamykać się na niego zupełnie, choć by się bardziej otworzyć pewnie lepsza byłaby jakaś klasyka kryminału, typu wspomniana przez Ciebie Christie.

      Tak, okładka bardzo fajna, niebanalna i przykuwająca wzrok. Afera ma ogólnie fajne okładki (ukłony w stronę Kasi Michałkiewicz-Hansen!). A „Roznegliżowane” jako drugi tom nie wypadają całkiem źle, intryga kryminalna i jej rozwiązanie podobają mi się chyba nawet bardziej niż w „Mężczyźnie na dnie”, tyle tylko że brakuje mi tych znanych już i lubianych elementów z pierwszego tomu :).

      Ponoć autorka zrezygnowała z astrologii pod naciskami niezadowolonych czytelników – i to niezadowolenie mnie zdziwiło, bo moim zdaniem to właśnie ciekawy motyw wyróżniający te książki wśród innych kryminałów. Poza tym myślałam, że Czesi są bardziej podatni na te astrologiczne bzdurki, i właśnie im się to podoba, a tu niespodzianka :).

      Usuń
    2. Może właśnie dlatego pierwsza podobała mi się bardziej. :)

      Usuń
  2. A ja dalej nie przeczytałam pierwszej części, choć miałam (mam) w planach od dawna. "Mężczyzna na dnie" ma jeszcze lepsza okładkę, ale nadal nie pojawił się w mojej domowej biblioteczce. Trzeba coś z tym zrobić ;) Za to na moje półki wskoczyło niedawno kilka "klasycznych" czeskich tytułów. Głównie od wydawnictwa Dowody na Istnienie. Jak przeczytam osiemsetstronicowe tomiszcze, które nadgryzłam przedwczoraj ("Drood" Simmonsa) zabieram się za "Kacicę" Kohouta. To już postanowione ;) Coraz bardziej mnie ta czeska literatura pociąga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się mimo wszystko bardziej podoba ta „Roznegliżowanych”, prostsza, a bardziej przykuwa wzrok. Ale i tak obie są zdecydowanie lepsze od tych czeskich ;).

      Ponieważ jestem ciekawska, zapytam, jakie jeszcze czeskie tytuły Ci wskoczyły na półkę? :) „Kacicę” czytałam jeszcze w starym wydaniu; szokująca, pod pewnymi względami genialna, ale też momentami obrzydliwa książka. Z tej serii Szczygła bardzo też podobała mi się „Fabryka Absolutu” Čapka, świetny lek na religijny fanatyzm. A ja za kilka dni, jak tylko wygrzebię się spod najpilniejszych zaległości recenzenckich, zaczynam wreszcie „Przypadki inżyniera ludzkich dusz”.

      A jak tam Slawenski i Salinger? ;)

      Usuń